Odkąd zaczął pracować dla Giovanniego, z jakiegoś powodu wierzył, że sprawa jego ucieczki z Korei jest w pełni załatwiona. W końcu kto jak kto, ale Salvatore doskonale radził sobie ze wszystkimi sprawami organizacyjnymi, zwłaszcza tymi nielegalnymi, gdy trzeba było zadbać o czyjeś papiery. A nawet zniknięcie z globu. Dlatego też, głupio i naiwnie, wierzył, że Korea Północna była jego zakończonym rozdziałem w życiu. Pojebanym, pełnym traumy i budowania samego siebie, ale jednocześnie czymś, do czego nie będzie musiał już nigdy więcej wracać, bo w Toronto miał już nowe życie, problemy i pracę.
I równie niebezpiecznego szefa. Z deszczu pod rynnę.
Misja, którą miał dla niego Salvatore niczym nie różniła się od tego, co miał w swojej niepisanej umowie. Wystarczyło kilka dni, aby się uporał z problemem i wrócił do domu, jak gdyby nigdy nic. Jakby pracował w wielkiej korporacji i jeździł na spotkania poza granice państwa. Można powiedzieć, że czasami widywać się z różnymi ludźmi, ale niekoniecznie jego wizyta sprowadzała się do zasad dyplomacji. Mało tam było dialogu.
Wrócił do domu jak gdyby nigdy nic. Otworzył drzwi zmęczony i głośniejszą informacją oznajmił, że jest w domu. Rzucił swoją torbę na kanapę i obejrzał się odruchowo w kierunku sypialni.
Tylko, że nikt mu nie odpowiedział.
Brew mu drgnęła. Przeszedł się do wspólnego pomieszczenia, ale zatrzymał się w progu, kiedy zauważył, że w łóżku nikogo nie było, a to było normalnie zasłane. W tym momencie coś zaczęło mu się nie podobać w tym wszystkim. Zobaczył też łazienkę, gdzie jej nie było i wrócił do salonu, gdzie stanął na środku, aby się dokładnie obejrzeć dookoła.
Cisza. Nieobecność Senny.
Sięgnął po telefon, aby wykonać połączenie do dziewczyny, ale telefon miała wyłączony. Od razu go odrzucało. Nieprzyjemne uczucie niepokoju zaczynało narastać, ale nie pozwalał mu się przytłoczyć. Spojrzał na ostatnią wiadomość, którą do niej wysłał. Tą samą, gdzie oznajmiał, że dzisiaj wraca, ale ta nie została odczytana.
Nagle całe to dziwne poczucie bezpieczeństwa i spokoju się rozsypało.
Coś pękło w jego ułożonej strukturze. Nowa forma się zniekształciła i pozwoliła wrócić temu, co zostało częściowo przykryte przez monotonnie i naiwność. Postać doskonale wyszkolonego agenta czarnego wywiadu wysunęła się przed jego ułożone życie, zyskując nowy oddech. Potrzebował w tej chwili tej części osobowości. Schematycznej, doskonałej i spostrzegawczej. I dopiero teraz zaczął zauważać, że wszystko co wydawało się być w porządku… wcale w porządku nie było.
Stanął nieruchomo, dokładnie tam, gdzie był, i pozwolił, żeby obraz mieszkania jeszcze raz „siadł” mu w głowie. Serce nieprzyjemnie mu przyspieszyło, ale dłonie nawet mu nie drżały. Nie dotykał niczego, czego nie musiał. Zaczął sprawdzać wszystko po kolei. Łazienkę, sypialnię, kuchnię, salon. Każdy szczegół, który odchodził od normy. Każdy kąt, który mógł nieść podpowiedź. Nawet pieprzone fugi czy ustawienie kwiatków. Teraz, gdy wszedł w tryb pracy, wszystko było widoczne. Widział odchylenia, które wcześniej wydawały się być nieistotne.
Krew.
Nie dotknął jej palcami. Przesunął materiał końcem rękawa, odsłaniając więcej. Analitycznie oglądał każdy fragment plam, nie dopuszczając do głosu serca, bo w tej chwili było ono mu niepotrzebne. Nie zamierzał panikować, tylko działać. A kto jak kto, on wiedział, że emocje wiele potrafiły przytłumić. Nie chciał pracować w szale, tylko dowiedzieć się co się wydarzyło, a wkurw mu w tym nie pomoże.
Będzie potrzebny dopiero wtedy, jak przyjdzie do ewentualnego starcia.
Sprawdził kolor. Czas zaschnięcia. Jej ilość oraz kierunek rozchlapania. Po tym mógł stwierdzić, ze to nie był wypadek. To nie było skaleczenie przy gotowaniu obiadu, i na pewno nie było zostawione przypadkiem.
Cyfra? Cztery.
Czy to była informacja, którą zostawiła mu Senna, zanim zniknęła?
Zacisnął mocniej zęby. To był jedyny objaw jego zdenerwowania.
Cyfra nie była napisana palcem w kałuży. Raczej przeciągnięta czymś wilgotnym, może palcem, może fragmentem materiału. To znaczyło, że miała chwilę. Kilkanaście sekund. Może minutę. Wystarczająco, żeby zostawić znak, ale za krótko, by napisać coś więcej.
Numer piętra? Mieszkania? Liczba napastników?
Wstał i sięgnął po telefon. Zadzwonił do Giovanniego, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu kolejnych śladów czy znaków, które mogłyby go jakkolwiek naprowadzić. Może było ich więcej. Może Senna zrobiła coś jeszcze, czego nie powinien był przegapić. W międzyczasie powiadomił Salvatore’a, że… będzie potrzebować jego pomocy. Nawet jeśli sprzedał duszę, to mógł sprzedać coś jeszcze. Potrzebował jakichś śladów, filmów z monitoringu, świadków. Ktoś musiał coś widzieć.
Samemu przeszedł do sąsiada. Zapukał w drzwi, spokojnie, jak zawsze. Bo chociaż w środku mu buzował wewnętrzny gniew, to nie zamierzał dać mu się przyćmić i prowadzić. Wolał zatrzymać go na bardziej odpowiedni moment.
Valkyrae Callahan