23 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/on, i don't mind
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Indie była szalenie zajęta. Kurwa, jak nigdy przedtem.
Ostatnie pięć dni spędziła za wszelką cenę próbując uniknąć zostania sam na sam z własnymi myślami, w efekcie stając się najbardziej zabieganą osobą w całym Toronto, nie, chuj, w całym pierdolonym Ontario. Nagle zajmowało ją wszystko, całe mnóstwo rzeczy, pilnych spraw i zobowiązań, każde jeszcze ważniejsze od poprzedniego. Na przykład... na przykład zaległe obowiązki sprzed miesiąca czy dwóch, którymi nigdy nie miała realnego zamiaru się zajmować, aż do teraz. Starzy znajomi, z którymi z jakiejś przyczyny bardzo pilnie musiała odnowić kontakt, teraz, zaraz, spotkać się jeszcze tego samego dnia, chociaż dwa dni temu nawet nie pamiętała ich imion. Wyjścia, którym tak mówiła jeszcze szybciej i chętniej niż zazwyczaj, nigdy nie czując potrzeby pytania o szczegóły; domówki, wycieczki, rundki po szemranych barach, urodziny nieznajomych, w grę wchodziło wszystko, naprawdę. Było jej na ten temat tak kurewsko wszystko jedno, że bez zawahania zgodziłaby się pójść nawet na stypę zupełnie obcej osoby, jeśli tylko znaczyłoby to, że mogła na przynajmniej kilka godzin zająć głowę czymś innym niż ostatnim weekendem.
Najbardziej zajmowały ją chyba jednak wypalane pomiędzy tymi licznymi zobowiązaniami skręty, zwijane najcześciej późną nocą na zagraconym biurku i wciśnięte pomiędzy papierosy w pomiętej paczce, tak, żeby następnego dnia zawsze były na podorędziu, nieważne gdzie była. Na wszelki wypadek, bo chwilowo niespecjalnie ciągnęło ją do chlania, na myśl o alkoholu robiło jej się trochę gorzej, ale bardzo potrzebowała jakoś pomóc sobie w zagłuszeniu wyrzutów sumienia i głosu nierozsądku, zdradliwie nakłaniającego do popełnienia tych samych błędów, od których to wszystko się zaczęło.
Bo nie mogła. Strasznie, kurwa, nie mogła teraz zniknąć.
Zresztą, chyba akurat wcale nie tego chciała. Nie zniknąć, tylko uciec — nigdy nie musieć dowiedzieć się, jaka była skala strat, ile spustoszenia nieumyślnie zasiała nie tylko we własnym życiu, ale też w cudzych. Marv nie miała zielonego pojęcia, jak ogromną przysługę wyświadczała jej kiedy osobiście upewniła się, żeby w najbliższym czasie nie dzielili z Lucasem zbyt wielu zmian. Pół godziny. Dokładnie o tyle przecinały się dzisiaj, po raz pierwszy od wyjazdu, ale szanse, że w tym czasie mieliby okazję nawet zamienić ze sobą słowo były znikome — weekendowy ruch był na tyle duży, że żadne z nich nie powinno mieć na to ani czasu, ani możliwości.
W tym przekonaniu tylko utwierdzał fakt, że Indie na kasie zastała dantejskie sceny: ktoś kłócił się o zniżkę dla bąbelka, ktoś domagał cudzych, już zajętych miejsc, ktoś odgrażał się pozwem o niewłaściwą temperaturę nachosów, a poza tym musiał zbliżać się pokaz ostatniego Avatara, bo w przydługiej kolejce naliczyła przynajmniej cztery różne osoby od stóp do głów pomalowane na niebiesko. Na domiar złego na jednej z kas skończył się papier, więc na dzień dobry wysłano ją w delegacji po kolejny karton, czym nie była specjalnie zachwycona, bo zaplecze Fox Theatre było równie zapyziałe, co stara tapicerka kinowych siedzeń, regularnie ozdabiana przez gości sosem serowym, rzygami i innymi wątpliwie miłymi niespodziankami. Wysłużone drzwi do schowka skrzypiały złowrogo, zamek dzwonił dźwiękiem poluzowanego metalu, stare półki uginały się pod ciężarem zaopatrzenia, a podłogę w znacznej większości pochłaniało to, co się na tych półkach już nie zmieściło. Szokująco, ta przymusowa pielgrzymka na drugi koniec budynku nie sfrustrowała Caldwell nawet w połowie tak mocno jak zazwyczaj — zawlokła się tam niechętnie, ale bez jakichkolwiek protestów. Co, tak nawiasem mówiąc, było tylko i wyłącznie zasługą trzech buchów z wczorajszego gibona, które m u s i a ł a strategicznie wziąć sobie tuż przed wyjściem do pracy, żeby przypadkiem nie zwariować już na samą myśl o możliwości natknięcia się na L... w sensie nieważne, w ogóle nawet nieważne. Wypierdolone miała przecież.
Wszystko. Kurwa. Jedno.
Schowek był otwarty, co było jej bardzo na rękę, bo nie musiała męczyć się ze starym zamkiem i od razu przecisnęła się najpierw przez próg, a zaraz potem przez krótki, wąski korytarz, ignorując nieprzyjemny huk, który wydały zamykające się za nią z impetem drzwi. I zrobiłaby dokładnie to, co miała zrobić, ale za rogiem, przy jednej z półek, zastała odwróconą plecami postać, więc zamiast tego... odwróciła się na pięcie. Szybko, ordynarnie, w milczeniu i bez cienia zawahania. Wcale nie chodziło o brak miejsca, zmieściłaby się tam spokojnie, ale to nie w tych pięciu metrach kwadratowych na krzyż tkwił problem, tylko w tym, że rzeczoną postać rozpoznała dużo, dużo szybciej, niż powinna.
To już chyba wolała sobie trochę poczekać.
Naturalnie, jedyną słuszną odpowiedzią było ekspresowe angielskie wyjście, więc zabrała się za nie z takim zaangażowaniem oraz energią, że w rekordowym tempie znalazła się z powrotem przy drzwiach. Może nawet miałaby realną szansę zniknąć za nimi nierozpoznana, gdyby nie to, że pociągnięta klamka ustąpiła dziwnie łatwo, wydając przy tym głuchy dźwięk obijającego się o deski metalu.
Drzwi ani drgnęły, ale klamka już jak najbardziej — Indie właśnie miała niepowtarzalną okazję przyjrzeć jej się z bardzo bliska, bo jak gdyby nigdy nic spoczywała sobie teraz jej w dłoni.
Wykurwiście.

Lucas Miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
leo
mam alergię na chat gpt i ai w jakiejkolwiek innej postaci, poza tym wszystko cacy
24 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
siema
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


015.
fucking stuck
with you? fuck.




Ciężko mu się ostatnio żyło. I to wcale nie dlatego, że jego ulubiona drużyna koszykarska przegrała w finale Ligi Mistrzów — chociaż to też było depresyjne wydarzenie — a bardziej z powodu tego, co odjebało się na wyjeździe integracyjnym.
Wyjazd. Kurwa. Integracyjny.
Kto w ogóle wymyśla takie rzeczy dla dorosłych ludzi? To już naprawdę trzeba być jakimś chorym pojebem bez mózgu i nazywać się Marv, żeby proponować zarządowi takie pomysły. I co jej z tego było? Jaka integracja? A taka kurwa, że teraz Lucas zaczął brać jakieś dziwne, nocne zmiany, bo wtedy nie było w pracy Indie. Taka kurwa integracja.
Czy rozmawiali od tego czasu? Oczywiście! Mieli tych rozmów może z całe trzy gdzie jedna tyczyła się posprzątania rozsypanego popcornu z korytarza, druga przesunięcia premiery filmu, bo spierdolił się projektor, a trzecia to było całe zaraz wychodzę, kiedy to Lucas zapukał do kibla w szatni dla personalu.
Tyle.
Takie kurwa górnolotne konwersacje d o r o s ł y c h ludzi, którzy dali się ponieść. Bo inaczej się tego nie dało nazwać. Unikali się jak ognia, a Lucas w tym wszystkim to był chyba największym frajerem, bo nie dość, że udawał, że wszystko jest git, to jeszcze nie wymienił na ten temat z Charlotte ANI SŁOWA. Nawet złamanego zrobiłem coś głupiego. Chociaż nie, głupiego to on zrobił później, bo kupił jej KWIATY. Kwiaty, kurwa. Gdzie on nigdy nie kupował kwiatów — Big Maca jak już, ale nie kwiaty! Chociaż ona wydawała się przyjąć to w uśmiechem i nawet trochę go nie podejrzewała. A czemu? Bo Miller nie zdradzał. No kurwa, do teraz jak widać.
Przez to wszystko w robocie chodził wiecznie jakiś rozkojarzony i teraz też kolejny już raz zapomniał przynieść sobie więcej paczek kukurydzy, chociaż Marv biegała przez cały poranek i powtarzała, że dzisiaj zaplanowane jest kompletne oblężenie, dlatego mają się dobrze przygotować na duży ruch. No i co? Co on zrobił? Chuja się przygotował. Dlatego potem butował do kanciapki w samym środku tego całego armagedonu, żeby zgarnąć kilka paczek potrzebnych rzeczy. I normalnie robił to w świętym spokoju (co było super), tylko nagle drzwi trzasnęły, a kiedy sie odwrócił, zobaczył tam tą jedną osobę, której za chuja nie chciał. Aż się mu worek z kukurydzą przechylił i pierdolnął o podłogę, całe szczęście pozostając w jednym kawałku.
Miał się przywitać? Powiedzieć coś? Zastanawia się, jednak po chwili Indie sama podjęła decyzję robiąc taktyczny odwrót. I wszystko spoko — nawet byłby jej wdzięczny — gdyby nie fakt, że zamiast wyjść, ona została z klamką z ręce.
Miller zamrugał kilkakrotnie.
Co jest, kurwa? — spojrzał na nią z wyrzutem, jakby oczekująć, że zaraz to naprawi, jakby to kurwa była najprostsza rzecz na świecie. — Masz zamiar coś z tym teraz zrobić? — bo on to miał zamiar wyjść w pizdu, tylko teraz kurwa nie miał za bardzo jak.


Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
23 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/on, i don't mind
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wkurwiona była.
Na siebie, na niego, na cały pierdolony świat. Teraz jeszcze bardziej niż przedtem, bo oczywiście ze wszystkich pracowników Fox Theatre z którymi mogła tutaj utknąć, musiał trafić się jej akurat Lucas. Nie życzyła sobie takiej konfrontacji z rzeczywistością, nie teraz; bardzo umyślnie i skrzętnie trzymała się z daleka od wszystkiego, co choćby w najmniejszym stopniu mogłoby przypomnieć jej o jego istnieniu, więc powiedzieć, że było jej z tym wszystkim mocno nie po drodze, to jak nie powiedzieć nic. Cała ta ciężka praca, intensywne starania o to, aby nie myśleć o Millerze w c a l e, nieprzyzwoicie napięty grafik i niekończące się plany — wszystko na marne, pozbawione znaczenia i kompletnie bezużyteczne, bo wystarczyło zatrzymać na nim wzrok na dłużej niż nędzne pół sekundy, żeby natychmiast przypomnieć sobie o wszystkim, od czego tak zawzięcie uciekała. Razem z niechcianymi wspomnieniami od razu wracał też fizyczny ciężar popełnionych błędów: wyraźnie czuła, jak poczucie winy przygniata klatkę piersiową, jak chwyta za gardło i powoli zaciska się na nim boleśnie, czyniąc każdy oddech odrobinę trudniejszym od poprzedniego.
Ani trochę jej się to nie podobało. Wcale. Tak samo zresztą, jak nie podobało jej się pełne wyrzutów spojrzenie, które utkwił w niej Lucas, o dźwięczącej w tonie jego głosu pretensji nawet nie wspominając. Jakby to jej wina była, że to pierdolone antyczne zaplecze sypało się w oczach?
No jasne, żaden problem, już naprawiam — odpowiedziała mu szokująco spokojnie, nawet względnie grzecznie, przy okazji wzruszając beztrosko ramionami. Tylko i wyłącznie po to, żeby ułamek sekundy później ściągnąć mocno brwi w wyrazie dezaprobaty i warknąć już dużo mniej grzecznie: — A co ja, kurwa, ślusarz? Pierdolony budowniczy? — Ciężko powiedzieć, czy był to objaw poirytowania, stresu, czy niefortunnego połączenia obu tych rzeczy, ale negatywnych emocji w jej ciele było aż w nadmiarze. Poważnym, wręcz niezdrowym, więc zaraz znalazła dla tych emocji fantastyczne ujście — pierdolnęła w te nieszczęsne drzwi dobre trzy razy, szczerze licząc na to, że siłą była w stanie coś tu wskórać, a kiedy ta strategia okazała się niewystarczająca, spróbowała załatwić to bezceremonialnym kopnięciem. Pierwszym, drugim, w obu przypadkach bezowocnym, co wcale nie pomogło w uspokojeniu narastającej frustracji. — Ja pierdolę — zaklęła pod nosem, tylko tak potrafiąc skwitować całą sytuację. Zaraz odwróciła się z powrotem w kierunku Lucasa, wbijając w niego wyczekujące spojrzenie. — A Ty co, będziesz tylko tak kurwa stał jak widły w gnoju i się gapił? — spytała, ale nawet nie dała mu szansy na odpowiedź. — Taki mądry jesteś, to sam coś z tym teraz zrób — poleciła zamiast tego, wyciągając rękę w jego kierunku, żeby wręczyć mu tę nieszczęsną klamkę. — No śmiało, śmiało.

Lucas Miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
leo
mam alergię na chat gpt i ai w jakiejkolwiek innej postaci, poza tym wszystko cacy
24 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
siema
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

On też był wkurwiony.
Bardzo nawet.
Po pierwsze na siebie, że nie przygotował sobie tych wszystkich rzeczy wcześniej. Bo przecież gdyby to zrobił, mógłby teraz napierdalać popcorn na głównej sali w chuju głębokim mógł mieć fakt, że klamka w drzwiach do zaplecza była na tyle wadliwa, że mogła odpaść w każdej sekundzie. Jego wina. Jego bardzo wielka wina, że był leniwy i zostawił wszystko na ostatnią chwilę.
A po drugie był zły na nia, że nie mogła wybrać sobie innego momentu, żeby tu zejść i wszystko zepsuć. Naprawdę musiała tu przyjść wtedy kiedy on? Gdyby był jeszcze głupszy, pewnie poszczyciłby się o stwierdzenie, że pewnie specjalnie to zrobiła. Że chciała zrobić mu na złość. No tylko jak? Jak człowiek mógł naumyślnie spierdolić klamkę? Pewnie nawet gdyby chciała zrobić to świadomie, nie byłaby w stanie.
A jednak stała z nią w ręce i za nic nie umiała odstawić jej z powrotem na miejsce.
Prychnął na uwagę o ślusarzu, jednak wcale nie dlatego, żę ten żart był wysokich lotów — bo przecież WCALE go nie rozbawił — a bo słowa, które opuszczały usta Indie autentycznie i szczerze go i r y t o w a ł y.
A ja to kurwa zepsułem? — odgryzł się, zarzucając ręce na klatkę piersiową i krzyżując je. — Tobie się kurwa zaplecze pomyliło z Ikeą, to teraz skręcaj — bo jak to możliwe, że cała klamka została jej w dłoni? Co ona nie miała żadnych śrubek, którymi była przymocowana? Tak po prostu wszystkie nagle odpadły?
To dlatego, że ty wszystko robić na takim wkurwie — mruknął po chwili, kiedy ona tak dla odmiany zaczął napierdalać w nie nogą. — Jakbyś to zrobiła delikatnie, to pewnie nic takiego by się nie stało! — czy Lucas Miller właśnie stał pośrodku niewielkiego zaplecza i pluł jadem w stronę Indie, zwalając na nią całą winę? Oczywiście, że tak. Bo co innego miał zrobić, kiedy on w duchu wciąż liczył, że to tylko jakiś głupi żart i zaraz się okażę, że wcale nie byli tutaj uwięzieni.
Bo prawda była taka, że Miller cierpiał na klaustrofobię. Nienawidził małych przestrzeni, a już tym bardziej tych zamkniętych, które kurczyły sie z każdą minutą. I to zaplecze też jakby zaczęło. Aż rozejrzał się dookoła. Czy ta szafka stała tak blisko? Tak, na pewno się kurwa sama przesunęła, debilu.
Spojrzał na nią z politowaniem, kiedy wyciągnęła klamkę w jego kierunku.
A co ja niby mam z tym zrobić?! — wyszarpał jej uchwyt i machnął nim w powietrzu, ale zaraz potem westchnął i podszedł bliżej. — Przesuń się — fiknął niezadowolony i przysunął się do drzwi, a zaraz padł na kolana, żeby mieć lepszy widok na zamek. — Jeszcze bardziej sie odsuń. Wciąż słysze jak oddychasz — jakby mu to nagle przeszkadzało. Chuj, że jeszcze tydzień temu wariował na punkcie jej przyspieszonego oddechu, kiedy jęczała mu tuż przy uchu. Nie ważne. Teraz mu to przeszkadzało.
Zmarszczył brwi i wręcz ze stoickim spokojem spróbował dopasować klamkę do dziury, jaką po sobie zostawiła. No tylko problem był taki, że uchwyt po drugiej stronie drzwi również pierdolnął z hukiem na ziemie, wiec nie było nawet takiej opcji, żeby to zadziałało.
Za chuja się to nie uda — oznajmił i rzucił bezużyteczny przedmiot na ziemię. Potem wstał i kopnął go z całej siły. Klamka poleciała gdzieś pod jedną z półek. Tyle ją widziano. Spojrzał w końcu na Indie. — A masz chociaż jakiś telefon przy sobie, czy tak chodzisz do składzika kompletnie nieprzygotowana? — chuj, że on swojego też nie miał. To nie było ważne. Ważne czy ONA miała swój. Bo jak nie to przypał.

Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
23 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/on, i don't mind
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słucham? — przerwała sobie na moment w napierdalaniu w drzwi, żeby odwrócić głowę i odwzajemnić się Millerowi pięknym za nadobne: krzywym, pełnym wyrzutów spojrzeniem, którym omiotła go wymownie od stóp do głów. Winna czy nie, Indie nie miała najmniejszego zamiaru wziąć na siebie odpowiedzialności, przynajmniej nie całej, a tym bardziej nie zamierzała pozwalać mu na ten bezczelnie pouczający ton. — Zaraz Ci kurwa dam delikatnie — ostrzegła lojalnie, całkowicie zresztą poważnie, bo jej zasoby cierpliwości były już na całkowitym wykończeniu. — Nie wkurwiaj mnie, Miller.
Całe szczęście, że nie pokusił się o zarzut uwięzienia ich tutaj naumyślnie, bo chyba nieironicznie wyszłaby z siebie i pewnie skończyła mówiąc o kilka słów zbyt wiele. Już bez tego miała mu za złe, że uparcie obarczał ją winą za zepsuty zamek, co najmniej tak, jakby miała na to wszystko realny wpływ. Bo gdyby miała, zostanie z Lucasem sam na sam w małej przestrzeni byłoby dosłownie jedną z ostatnich rzeczy, które świadomie zdecydowałaby się zrobić. Przecież gdyby to od niej zależało, już dawno by jej tutaj nie było — w końcu w ostatnich dniach niczego nie chciała bardziej, niż za wszelką cenę uniknąć jakiejkolwiek konfrontacji.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na jego pytanie, bo nie wiedziała — nie miała zielonego pojęcia, co takiego miałby zrobić z tą pierdoloną klamką, ale ewidentnie wszystko wiedział lepiej, więc nie poczuwała się specjalnie mocno do usilnego szukania odpowiedzi. Zwłaszcza, że kazał jej się przesunąć, z czym w pierwszej chwili nie miała najmniejszego kłopotu — wręcz przeciwnie, z ulgą odsunęła się na bezpieczny dystans i wszystko byłoby kompletnie spoko, gdyby Miller nie uznał tego za niewystarczające.
Oczywiście, że odebrała to osobiście. Bo jak inaczej? Odwrócony plecami pewnie nie miał okazji tego zauważyć, ale mina zrzedła jej jeszcze bardziej, tym razem może odrobinę inaczej, w inny sposób, bo chociaż prędzej znalazłaby się sześć metrów pod ziemią niż przyznała się do tego komukolwiek na głos, zabolało ją to. Poważnie uwierało nie tylko w sumienie, ale i godność, bo jeszcze kilka dni temu naiwnie uwierzyła w te pierdolone pijackie obietnice, że na pewno tego wszystkiego chciał, tylko po to, żeby teraz czuć się jak jego największy błąd, tak godny pożałowania, że nawet nie chciał jej w pobliżu.
A proszę Cię uprzejmie, z radością — burknęła niezadowolona, rozgoryczenie i całą resztę tych prawdziwych, nieprzyjemnych emocji jak zawsze kryjąc za fasadą złości. Inaczej nie potrafiła. — Miłej pierdolonej zabawy — wymamrotała pod nosem, bardziej do siebie niż Lucasa, któremu bez żalu pozwoliła w pojedynkę męczyć się z zepsutym zamkiem.
W ciszy obserwowała jego płonne starania i przegraną walkę, podążając wzrokiem za kopniętą klamką i jeszcze chwilę tępo gapiąc się w półkę, pod którą zniknęła. Słowem by się nie odezwała, ale Lucas znów miał do niej fenomenalnie głupie pytanie.
Przygotowana na co niby? Mam się pakować na wycieczkę do schowka? Na łeb upadłeś? — oburzyła się lekko, wywracając teatralnie oczami, ale zaraz upomniała się w myślach i zeszła z tonu. Niewiele, ale chociaż trochę. — Nie. Marv powiedziała, że nie chce mnie widzieć na zmianie z telefonem — wyjaśniła krótko, znów wzruszając ramionami. Nie zamierzała dzielić się szczegółami i powodem, bo ten był równie niepoważny, co sama Caldwell — zrozumiałego bana na telefon dostała za napierdalanie w Candy Crush i pasjansa pod ladą. — Zresztą, powiedział co wiedział, gdzie Twój telefon w takim razie? — odbiła bez zastanowienia, przyglądając się mu uważnie. — Spoko, ruch jest, ktoś się przecież zaraz zorientuje, że nas nie ma — wytknęła, niby w jego kierunku, choć w rzeczywistości chyba bardziej pocieszała samą siebie. — Wytrzymasz tak pięć minut, czy mam zacząć wstrzymywać oddech żebyś mnie przypadkiem nie usłyszał? Jeszcze sobie nie daj Boże przypomnisz, że stoję obok. — Tego już wcale nie planowała mówić, ale nie wyglądała jakby zamierzała za to pytanie przepraszać. W ogóle.

Lucas Miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
leo
mam alergię na chat gpt i ai w jakiejkolwiek innej postaci, poza tym wszystko cacy
24 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
siema
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bo oni już chyba nie potrafili inaczej.
Nie potrafili tak po prostu ze sobą rozmawiać po tym, co się stało. Miało to swoją genezę w kilku kwestiach, jednak chyba najbardziej w tym, że oni na drugi dzień zamiast usiąść i to jakoś przegadać, to zaczęli się unikać. Udawali, jakby nic z tego co się wydarzyło, kompletnie nie miało miejsca. On jako pierwszy odwrócił rano wzrok na stołówce przy śniadaniu, a ona zaś na jego pytanie, czy chciała ostatniego kotleta podczas obiadu przewróciła jedynie oczami i go sobie zabrała, nie racząc go żadnym słowem. Traktowali się jak powietrze i chyba właśnie to wszystko, co było między nimi wisiało gęsto nad ich głowami.
Ciążyło im.
A już na pewno ciążyło Lucasowi. Dlatego był taki nerwowy. Dlatego tak warczał na Indie. Bo na tamtą chwilę najzwyczajniej w świecie nie potrafił inaczej.
Tak samo jak nie potrafił naprawić tej pierdolonej klamki, którą zaraz cisnął gdzieś pod szafę. Był zły. Poirytowany. A do tego miał jebaną klaustrofobię, która powoli zaczynała mu doskwierać.
Przygotowana na zatrzaśnięcie się w schowku właśnie! — odpowiedział praktyczne od razu na jej pytanie na co niby miałaby być przygotowana. Jego słowa były tak durne i irracjonalne, że aż mogło się to wydawać niemożliwe, że opuściły usta Millera. — Ja nie mam telefonu, bo mi sie kurwa rozładował — to była jego wymówka. A to, że stało się tak, bo napierdalał w Pokemony i Framę, to już inna kawestia. Ale przecież nie będzie się tym teraz chwalił Caldwell, kiedy tak skakali sobie do gardeł.
Wywalił oczami, gdy oznajmiła, że lada moment ktoś się zorientuje, że tutaj są. Ta pewnie. Z pewnością Bobby będzie zachodził w głowę gdzie jest ich ulubiony duet.
A powiedziałaś chociaż komuś, że tu idziesz? — spojrzał na nią, wstając z ziemi. — Bo ja nie — otrzepał kolana z kurzu. Podłoga tutaj była tak upierdolona, że to aż szok, że trzymali tutaj jedzenie. Aż dziwne, że całe się nie popsuło od ilości gnoju, jaki tu panował. Tylko ciekawe od kiedy przeszkadzały mu takie rzeczy?
Może właśnie od dzisiaj, od teraz, bo wkurwiało go dosłownie wszystko. Chociaż na ostatnie słowa Indie westchnął głośno. Słyszał w nich ten zawód. Słyszał, że ruszyły ją jego słowa i dopiero to sprawdziło, że nieco spuścił z tonu. Przeczesał włosy, złapał kolejny głębszy oddech
Wytrzymam — mruknął już nieco spokojniej. Chociaż przecież wciąż był na nią wkuriwony. Na tą całą sytuacje wkurwiony. A najbardziej to chyba na siebie.
Opadł ciężko na chłodną ścianę i przez moment pozwolił, żeby cisza wypełniła pomieszczenie. Wciąż było słychać gwar z głównej sali, ale docierało to do nich wystarczająco z wygłuszeniem, żeby można było usłyszeć własne myśli. Chociaż może dla Lucasa byłoby lepiej, gdyby ich wcale nie słyszał?
Indie… — zaczął po chwili. — To wcale nie tak, że wkurwia mnie twoja obecność… — i przerwał. Przerwał jakby w połowie zdania. Jakby chciał coś jeszcze dodać, ale sam nie wiedział jak. Nie wiedział co. Bo chyba co by nie powiedział, to byłoby kurwa źle.

Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
23 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/on, i don't mind
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak — pokiwała twierdząco głową na pytanie o to, czy ktokolwiek wiedział gdzie jej szukać. — Znaczy niby nie, ale wysłali mnie tutaj w delegacji, więc... — wyjaśniła z krótkim wzruszeniem ramion. — Więc zgaduję, że prędzej czy później ktoś przyjdzie urządzić mi zjebę za to, że się grzebię. — Marne było z tego pocieszenie, bo czort wie, jak długo miało to zająć, ale przynajmniej trochę poprawiało to ich perspektywy na wydostanie się stąd względnie szybko.
Wytrzymam.
Przycichła. Nie zostało jej nic innego niż oprzeć się o jedną z półek, wbić nieobecne spojrzenie w upierdoloną podłogę i cierpliwie czekać na koniec tego koszmaru. Podobnie jak Lucasowi, cisza niespecjalnie jej teraz służyła, więc za wszelką cenę starała się skoncentrować na czymkolwiek innym niż własne myśli, z których żadna nie była ani miła, ani jakkolwiek produktywna. Niczego przecież już nie mogła zmienić — nieważne jak wiele byłaby skłonna za taką możliwość oddać, cofnięcie się w czasie nie wchodziło w grę, a na próby odkręcenia tego wszystkiego było stanowczo za późno.
Mimowolnie zaczęła zadawać sobie pytania o to, co gdyby. Zastanawiać się nad tym, jak potoczyłby się ten pierdolony wyjazd, gdyby darowała sobie ostatnią kolejkę, gdyby Miller nie był pijany, gdyby zabrakło im odwagi i nigdy nie dowiedziała się, że uciekając straciła nawet więcej niż jej się wydawało. Wszystko, czego chciała — szansa na wspólną przyszłość, chuj, nawet sama możliwość, żeby tylko chociaż spróbować — wypuszczone z rąk, przegrane, bez zastanowienia oddane na zawsze, tylko dlatego, że stchórzyła. Gardziła sobą za to, zupełnie szczerze. Na samą myśl robiło jej się fizycznie gorzej, więc z braku lepszej strategii wyłączyła się na moment, niezmiennie wpatrzona w ten sam kawałek podłogi. I pewnie stałaby tak jeszcze dłużej, tępo gapiąc się przed siebie i bijąc się z myślami, gdyby z letargu nie wyrwał jej głos Lucasa.
Na dźwięk własnego imienia zareagowała momentalnie, natychmiast podnosząc na niego wzrok. Nie sądziła, żeby to on jako pierwszy miał przerwać ciszę, zwłaszcza w ten sposób — bez złości czy pretensji, spokojnie, nie kolejnym zarzutem, a zapewnieniem, które naprawdę potrzebowała usłyszeć.
Okej — odpowiedziała, znów wzruszając ramionami. Cholera wie po co, bo nikogo w ten sposób nie oszukiwała, ani jego, ani siebie — oboje doskonale wiedzieli, że nic z tego nie było jej obojętne, ani trochę, co tylko potwierdził fakt, że było w jej głosie coś z... ulgi? Ukojenia? Obu?
Nie zdziwiło ją przerwane w pół słowa zdanie. W normalnych warunkach pewnie naciskałaby, żeby dokończył myśl, ale nie zrobiła tego z jednego, bardzo prostego powodu: rozumiała. Indie rozumiała, bo też nie miała najmniejszego pojęcia, co powiedzieć, jak to zrobić, od czego zacząć i na czym skończyć. Jej też brakowało na to wszystko słów, więc pozwoliła, żeby schowek znów pogrążył się w ciszy, zamiast tego wpatrując się w niego bez słowa. Przynajmniej do czasu.
Powiedziałeś jej? — wyrwało jej się znikąd, tak niespodziewanie, że sama wydawała się zaskoczona. Nie samym pytaniem, bo to akurat na usta cisnęło się jej nieprzerwanie już od kilku dni, ale własną prostolinijnością. Do tej pory ich obopólna zdolność bezpośredniego komunikowania się na ten temat zależała od tego, czy byli wystarczająco napierdoleni, ale... tego przemilczeć nie mogła. Ani chwili dłużej. Po prostu nie.

Lucas Miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
leo
mam alergię na chat gpt i ai w jakiejkolwiek innej postaci, poza tym wszystko cacy
24 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
siema
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby wtedy zabrakło im uwagi, życie byłoby prostsze. To z pewnością. Sprawy miałyby się dobrze, stabilnie nawet. Indie i Lucas rozmawialiby może od czasu do czasu, czasami któreś rzuciłoby jakimś żartem, inne zaraz mniej lub bardziej mądrym słowem. Może nawet potrafiliby wyjść razem na piwo. A teraz? Teraz panowało między nimi jedno, wielkie gówno.
Chociaż gówno było w tym przypadku niedopowiedzeniem.
Bo gówno było chociaż czuć, a oni traktowali sie przez ostatni tydzien jak jebane powietrze. Jakby nie istnieli. A kiedy znaleźli się w końcu w jednym pomieszczeniu i to bez wyjścia, nie potrafili nawet na siebie spojrzeć, przez dłużej niż kilka marnych sekund.
A przynajmniej Lucas nie potrafił.
Bo jak mógł to zrobić?
Jak mógł patrzeć w jej piękne, błękitne oczy, kiedy między nimi było tyle niedomówień? Kiedy tydzień temu całował zachłannie jej pełne, gorące usta, a na drugi dzień wrócił do swojej dziewczyny. Bo przecież wrócił do Charlotte. Przecież nic jej nie powiedział. Bo co? Co miał z tym zrobić? Tak po prostu jebnąć całym swoim życiem tylko dlatego, że raz po pijaku on i Indie nagle coś do siebie poczuli? Bo dali się ponieść?
Przecież przez życie nie można było iść tylko i wyłącznie na haju i liczyć, że jakoś się uda. To całe pierdolenie, żeby słuchać serca też było z dupy. Bo co z głową? Przecież to chyba głowa wiedziała o wiele lepiej, co powinno sie zrobić. I teraz głowa mówiła Lucasowi, żeby uciekać. Spierdalać od Caldwell jak najdalej, bo zaraz może naprawdę zrobić się niewygodnie. I nie minęło kurwa dziesięć sekund, kiedy z jej ust padło to pytanie. To jedno pytanie, które sprawiło, że popołudniowy obiad odwrócił mu się żołądku i podszedł do samego gardła.
Powiedziałeś jej?
Westchnął głośno, a następnie zjechał po ścianie prosto na ziemię. Wbił spojrzenie w jedną z szafek, jakby liczył na to, że wszystko dokoła nagle zniknie. Na marne. Bo ona dalej tam była, a pytanie, które wypowiedziała, nie było tylko i wyłącznie w jej głowie.
Otworzył usta, żeby się przyznać. Żeby powiedzieć jej, że tego nie zrobił. Tylko przecież Lucas nie byłby sobą, gdyby nie palnął czymś głupim.
O czym? — spytał jak ostatni debil. — O czym miałem jej powiedzieć, Indie? — rzucił, ponownie układając na ustach jej imię, chociaż ani razu na nią nie spojrzał. Nie miał na do mocy przerobowych w ciele. Nie miał odwagi.
Ty się spowiadasz z rzeczy, które robisz po pijaku? — dopytał po chwili, łapiąc jakąś pierwszą lepszą paczkę czipsów i nie przejmując się konsekwencjami, otworzył ją sobie. Nawet nie był jakoś bardzo głodny — po prostu chciał zajeść ten cały stres i wypchać sobie czymś usta, żeby już się kurwa bardziej nie pogrążać. Bo chyba zrobił to już zdecydowanie za bardzo.

Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
23 y/o
Welkom in Canada
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/on, i don't mind
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W zasadzie nie musiał już czegokolwiek mówić. Ciężkie westchnienie i odwrócony wzrok powiedziały jej wszystko, co musiała wiedzieć — natychmiast dotarło do niej, że odpowiedź na jej pytanie brzmiała nie. Nie powiedział jej.
I Indie aż trochę nie potrafiła w to uwierzyć.
A o czym kurwa? — palnęła natychmiast, ale wcale nie chciała się teraz unosić, a już na pewno nie wszczynać kolejnej niepotrzebnej kłótni, więc sama weszła sobie w słowo i zatrzymała się przed kolejnym zdaniem. Tylko na chwilę, konkretnie po to, żeby wziąć głęboki oddech i poprawić ton na trochę bardziej cywilizowany, aby móc kontynuować już spokojnie: — Nie rżnij głupa, Lucas, nie jesteś durny.
Za wszelką cenę starała się ten spokój zachować, choć nie dało się ukryć, że nie przychodziło jej to bez trudu. Nie chciała go przecież pouczać, zachowywać się tak, jakby miała wyższość moralną, bo do tego było jej akurat niestety dosyć daleko, ale jednocześnie w głowie jej się nie mieściło, że zdecydował się przemilczeć sprawę. Bo nie taki był Lucas. W teorii dużo słuszniej byłoby podejrzewać o to Indie, która nigdy nie potrafiła dobrze radzić sobie ani z trudnymi emocjami i poważnymi tematami, ani z rozmowami o nich — zwyczajowo robiła wszystko, aby ich unikać, a że do uciekania miała niepodważalny talent... Z pewnością byłaby zdolna dniami (tygodniami? miesiącami?) migać się od tematu równie ciężkiego co ten. Ale nie Miller, który w jej oczach zawsze był kimś, kto starał się robić to, co najsłuszniejsze, co uważał za właściwe, a niekoniecznie to, co najłatwiejsze.
Skrzywiła się w reakcji na jego kolejne pytanie. Żartować sobie musiał? Tak jej się przynajmniej wydawało, więc z premedytacją wstrzymała się z odpowiedzią, zupełnie jakby spodziewała się usłyszeć coś jeszcze. Nie doczekała się rozwinięcia — pomieszczenie znów na krótki moment pogrążyło się w ciszy, zanim do Indie wreszcie dotarło, że niepotrzebnie czekała na resztę.
Co? — spytała wprost, wyraźnie zbita z tropu jego rozumowaniem. To, co robiła po pijaku, w większości kwalifikowało się jako względnie niewinna głupota — było od tego kilka wyjątków, jasne, ale przeważnie decyzjami podejmowanymi na gigancie nie robiła krzywdy nikomu poza sobą, czego nie można było powiedzieć o tej sytuacji, która nie była ani niewinna, ani tym bardziej nieszkodliwa. — Ty tak serio? — upewniła się, marszcząc brwi, gdy nie usłyszała żadnego zaprzeczenia. — To nie to samo — rzuciła krótko, stanowczo, nie kryjąc dezaprobaty. Rozumiała dlaczego nie chciał tego robić, nie dziwiła mu się ani trochę, ale nie mogła z czystym sumieniem pozwolić mu kłamać na ten temat własnej dziewczynie. — Dobrze wiesz, że to nie to samo. — Pokręciła głową, nie odrywając od niego spojrzenia. — Nie spowiadasz się jej z zarzygania wycieraczki, tylko z pierdolonej zdrady — wyrzuciła z siebie wreszcie. Wreszcie, bo choć powinna była nazywać rzeczy po imieniu już od samego początku, to dopiero teraz przeszło jej to przez gardło. L e d w o.

Lucas Miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
leo
mam alergię na chat gpt i ai w jakiejkolwiek innej postaci, poza tym wszystko cacy
24 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
siema
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No właśnie problem w tym, że Lucas chyba jednak był durny.
Bo nie dość, że nie powiedział o niczym Charlotte, to jeszcze wcale nie miał zamiaru tego zmieniać. To nie była kwestia jeszcze teg nie zrobiłem, tylko nie zrobie teog nigdy. Co przecież było długie. Durne. Takie rzeczy praktycznie zawsze wychodziły finalnie na jaw i gryzły w dupę. I on niby to wiedział, a jednak wciąż postanowił pozostać w milczeniu w tej sprawie.
Bo co on miał jej powiedzieć?
Przepraszam Charlotte, jakoś tak się stało, że pocałowałem... no właśnie kogo? Po prostu Indie? Jak miał ją nazwać, kiedy nawet sam nie wiedział, kim ona właściwie dla niego była. A potem co? Miał dodać, że to nic nie znaczyło? Kiedy on kurwa wcale nie był tego taki pewien, że to nic nie znaczyło. Bo co jeśli znaczyło? Co jeśli on od tego czasu nie potrafił przestać myśleć o pełnych i gorących ustach Caldwell, o cichych jękach, które opuszczały jej gardło, kiedy błądził po jej rozgrzanym ciele dłońmi, kiedy na nowo zapoznawał się z teksturą jej skóry, kiedy całował ją zachłannie, by zaraz potem obsypywać malinkami jej szyję. I wszystko inne, co jeszcze chciał zrobić i z r o b i ł b y, gdyby do domku nie weszła Marv.
No i właśnie. Tutaj był ten jeden, mały punkt zaczepienia, którego on we własnej głowie uczepił się jak kotwicy — fakt, że do niego poważnego nie doszło. I chuj, że to nie z ich inicjatywy, a ich przełożonej, ale przecież nie doszło. Nie przespali się ze sobą.
Gadał o tym ostatnio z kumplami. Może nie powinien, ale pytał ich, co uważali za zdradę i czy zaliczyliby do tego pocałunek. Cóż, może Lucas miał chujowych znajomych, a może właśnie kurewsko mądrych, bo każdy jeden powiedział, że przecież przypadkowy buziaczek mógł przytrafić się każdemu i nie powinien przez coś takiego narażać swojego związku. Więc to robił. Oczywiście pomijając fakt, że kompletnie ignorował Charlotte w tym tygodniu, ciągle mając jakieś wymówki i zasłaniając się dużą ilością pracy na to, że nie może się spotkać.
Ściągnął brwi, kiedy Indie znowu na niego naskoczyła. Siedział cicho. I to nawet nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia — bo właśnie może i miał, nawet dużo, ale doskonale wiedział, że wszystko, co cisnęło mu się na język jedynie pogorszy całą sprawę. Wiedział to. Czuł to kurwa w kościach. A jednak, kiedy ona powiedziała to ostatnie zdanie, kiedy jej usta podsumowały ich wybryk jako z d r a d ę, w końcu na nią spojrzał i otworzył usta.
Przecież do niczego takiego nie doszło… — rzucił cicho. Czemu cicho? Bo kurwa doskonale zdawał sobie sprawę, że to ją tylko rozjuszy. Że ona wcale nie patrzyła na to z tej perspektywy. Bo była kobietą? Bo miała w życiu jakiejś zasady? No tylko kurwa z drugiej strony, gdyby je faktycznie miała, też nie pchałaby się na zajętego faceta, czyż nie? Może jego myślenie było egoistyczne, może też pozbawione logiki, ale była w tym szaleństwie jakaś prawda. Ona też wiedziała, co robiła. I doskonale wiedziała, z czym to się wiązało. Tylko czy Lucas chciał się teraz o to spierać?
Może normalnie by nie chciał, może by to jakoś olał, przekręcił w żart, ale fakt, ze wciąż byli zamknięci w maleńkiej komórce podczas gdy on miał jebaną klaustrofobię sprawiał, że cały był nerwowy. Że nakręcał się na rzeczy, na które nie powinien, tylko po to, żeby nie myśleć o malejącej ciągle przestrzeni.
A co ty się tak interesujesz, co? — odezwał się jednak. Nie powinien. — Nagle ci się kurwa szkoda Charlotte zrobiło? — poderwał się do pionu i bez zastanowienia podszedł do Caldwell w zdecydowanie zbyt szybkim tempie niwelując dzielącą ich odległość. — Jakoś tydzień temu wcale ci to nie przeszkadzało, kiedy zaciskałaś na mnie nogi — powiedział to. Powiedział to, patrząc jej bezczelnie w oczy. No debil. D e b i l.

Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Fox Theatre”