Charles poczuł, jak ten cały sztywny pancerz, który nosił od lat, zaczynał powoli opadać. Brakowało tylko, żeby przebrał się z idealnie skrojonego garnituru w idealnie skrojony dres, bo małże i trufle już zamienił na McFlurry z frytkami. Wewnętrznie nieco kłócił się z tą wizją - przez całe życie uczono go, że musiał być poważny. Każde słowo musiało być przemyślane, a każdy gest kontrolowany. W Northland Power powaga była po prostu częścią jego pracy. Tam nie było miejsca na żarty, tylko na wyniki i twarde negocjacje. Był profesjonalistą, bo tak go zaprogramowano i właśnie dlatego brzmiał tak sztywno. Nie znał innego sposobu rozmawiania z ludźmi, których nie znał. A siedząc tutaj naprzeciwko Ivy, na tej obskurnej kanapie, z tłustymi palcami i colą w ręku... zasady chyba przestawały mieć znaczenie? Oby nikt nie zrobił mu zdjęcia do gazety. Już widział w myślach te nagłówki.
Upadek giganta - Marshall zamienił OZE na GMO? albo
Wiceprezes Northland Power ratuje planetę, jedząc z plastikowej tacy. Ubaw po pachy. Na szczęście, z rozmyślań wyciągnęła go panna Harrison.
A to dziwne. Ja staram się z każdym być tak no... pół na pół? Może otacza się pan złymi kobietami? Czasami są takie okazje, by coś komuś ofiarować. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc teorię o
złych kobietach. Prawda była taka, że ludzie zazwyczaj nie wchodzili z nim w polemikę. To nie tak, że Blair, Cherry albo Cora były złymi kobietami. Wręcz przeciwnie, należeli do świata, w którym on był dżentelmenem, a one damami (jakkolwiek śmiesznie to nie brzmiało, bo nigdy nie nazwałby swoich sióstr damami, HEHE, chyba że pod publiczkę). A dżentelmen z nazwiskiem Marshall po prostu nigdy nie pozwalał kobiecie sięgać po portfel.
-
To nie kwestia złego towarzystwa. Moja narzeczona i siostry to świetne kobiety, ale... - zawiesił głos, nie bardzo wiedząc, jak wytłumaczyć Ivy, że w drogich restauracjach, w których bywał, po prostu rzucał krótkie "proszę to dopisać do mojego rachunku" i temat kończył się, zanim w ogóle zdążył się zacząć. -
Po prostu w miejscach, do których zazwyczaj chodzimy, nikt nie wyciąga telefonu przy terminalu.
W zasadzie to... w jego codzienności pieniądze były niemal niewidzialne. U krawca nikt nie prosił go o kartę przy odbiorze garnituru - po prostu kłaniali się nisko, a faktura trafiała prosto do jego biura, gdzie asystent opłacał ją jednym kliknięciem. Tak samo było u jubilera, u dealera samochodów czy w prywatnych klinikach. Żył w systemie odroczonych płatności i wzajemnego zaufania, gdzie wyciągnięcie gotówki byłoby wręcz nietaktem. Spróbował frytek, patrząc przy tym na Ivy z nowym rodzajem zainteresowania.
U nas to transakcja wiązana. Pan mnie wozi, ja dałam jedzenie. To, co ona nazwała „transakcją wiązaną”, dla niego było powiewem świeżości. Pierwszy raz ktoś przy nim potraktował podwózkę luksusowym autem jako usługę wartą zestawu z frytkami. A chwilę później uśmiechnął się półgębkiem, gdy usłyszał to bezceremonialne
za-je-bi-ste. Ivy Harrison była najbardziej bezpośrednią kobietą, jaką znał. Oparł łokcie o plastikowy blat, zupełnie ignorując fakt, że rękawy jego marynarki za kilka tysięcy dolarów mają bliski kontakt z okruchami. -
Czyli twierdzi pani, że to nie jest śmieciowe jedzenie, tylko terapia medyczna? - uniósł do góry jedną brew, a w jego głosie można było wyczuć rozbawienie. A więc tak żyli ci rezydenci? Pomiędzy kawą z automatu, drzemkami w dyżurkach i nocnymi napadami na fast foody? Nagle spoważniał, wracając do jej pytania o to, dlaczego nie jest prezesem. -
Moja starsza o pięć minut siostra bliźniaczka jest prezesem - wzruszył ramionami, jakby to była najbardziej oczywista informacja na świecie. Sięgnął po McFlurry i niemal od razu skrzywił się od nadmiaru cukru. To zdecydowanie nie były włoskie gelato, które jadał na wakacjach w Toskanii, robione z naturalnych składników i podawane w temperaturze, która nie mroziła mózgu przy pierwszym kontakcie. To była po prostu gęsta, lodowata masa o smaku chemicznej wanilii, ale w dziwny sposób pasowała do tego wieczoru.
To smutne, że sam pan tak o sobie mówi. Chodzi raczej o bycie przystojnym.
-
Przystojnym, mówisz? - znów uniósł brew. Patrzył na nią, czując, jak jego wewnętrzny kompas zaczynał świrować. Wiedział, że powinien zachować dystans. Wiedział, że profesjonalizm, o który ona sama tak zabiegała, nakazywałby mu teraz uciąć ten temat krótkim uśmiechem, ale... prawda była taka, że... od lat nikt nie oceniał go tak fizycznie i bezpośrednio jednocześnie. Przekroczył granicę. Wiedział to w momencie, w którym nazwał ją po imieniu, czując na języku, jak dobrze to słowo tam pasuje.
Za co? -
Za to, że po prostu tu ze mną siedzisz i nie próbujesz być nikim innym, niż jesteś - odpowiedział. Patrzył, jak Ivy walczyła z własnymi myślami, jak marszczyła brwi, próbując pogodzić profesjonalizm z tą dziwną sytuacją. Kiedy zaproponowała pakt o "zasadach tylko w szpitalu", poczuł ulgę. To mu odpowiadało. Układy były jasne, a on kochał jasne układy. -
Wystarczy Charlie.
Zamieszał drewnianą łyżeczką w swoich lodach, które powoli zaczynały się rozpuszczać.
Mogę zadać pytanie? Bez słowa kiwnął głową.
Jesteś szczęśliwy? Uniósł do góry jedną brew, a ruch łyżeczki zamarł w połowie drogi do dna plastikowego kubka.
-
Pieniądze dają ci jedną, bardzo ważną rzecz. Spokój o to, co włożysz do garnka albo jak zapłacisz rachunki. To ogromny przywilej, nie przeczę, ale jednocześnie budują wokół ciebie mur - rzekł spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. -
A czy jestem szczęśliwy...? Przez większość czasu jestem po prostu... zajęty.
Wiedział, że trochę ją zbył tą odpowiedzią, ale prawda była taka, że sam nie znał odpowiedzi na to pytanie. W jego świecie
szczęście było terminem zbyt abstrakcyjnym, by zawracać sobie nim głowę między jednym a drugim spotkaniem zarządu. Zamilkł na moment, a potem pochylił się nieco nad stołem, chcąc odwrócić role.
-
A ty? Co ty byś zrobiła, gdybyś nagle miała wszystkie pieniądze świata? - zapytał, odstawiając McFlurry na bok. Nie miał zamiaru ich więcej jeść.
Ivy Harrison