-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nienawidziła dyżurów. Nie chodziło oto, co robiła w ich trakcie, a o samą kwestię czasu. Szesnaście godzin to całkiem sporo. Zwłaszcza kiedy jesteś rezydentem. Wystarczy jedna zmiana wyników. Już Ivy siedziała u pacjenta, rozmawiała z rówieśnikami, by wymyślić jak najlepszą metodę leczenia. Tylko po dziesiątej godzinie, nieważne, co byś zrobił włączała się bezsilność.
Ten dzień był pod tym względem wyjątkowy. Wręcz miała wrażenie, że nie miała czasu, by usiąść, pójść do toalety, czy zjeść cokolwiek. Wszystkie szpitalne działania odbywały się pod ogromną presją, powodując u niej niemały ból głowy. Tak wyczekała końca własnego dyżuru. Przed powrotem do domu, na drugim końcu Toronto, zdołała sobie kupić kawę w automatu. Ciepło z kubka ogrzewało jej dłonie, a ona jak zaczarowana szła przed siebie.
Pewnie nie zdałaby sobie sprawy, że jej słabość idzie przed nią, ale w pewnym momencie straciła grunt pod nogami. Kubek z kawą rozlał się na lodzie, a ona kurczowo trzymała się losowego przychodnia.
— O jezu, przepraszam — zaczęła już mówić, a kiedy tylko uniosła wzrok, od razu się odsunęła. Jeszcze będzie musiała mu dezynfekować płaszcz za milion alpak. Wolała ominąć ewentualnych pretensji. Nawet jeśli ich rozmowy były grzeczne, kulturalne, to bała się ich. Mogła mieć w sobie na tyle zaciętości, by zwrócić mu uwagę, ale kiedy to ona popełniła błąd... Na samą myśl przeszły ją dreszcze — pan Marshall? — spytała cicho Ivy, licząc na pomyłkę. To nie mógł być on. Albo był. Czekała na reprymendę. Wiedziała, że gdy mogło mu coś się nie spodobać, to lepiej było zawijać własny interes.
— Przepraszam, jestem zmęczona — mruknęła, wzdychając ciężko. Tak, właśnie wyglądała po szesnastogodzinnym dyżurze. Włosy wydawały się być w totalnym nieładzie, a cera przypominała bardziej śnieżnobiały odcień. Nawet w niebieskich tęczówkach nie było jakiejkolwiek siły. Mimo to zmusiła się, by powiedzieć do niego jakiekolwiek, inne słowa — słyszałam, że z Pana ojcem coraz lepiej — dodała po krótkiej chwili, unosząc ku górze kąciki ust. Brała udział w każdej odprawie w sprawie leczenia ojca Charliego. Sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało. Złapała dziwny rodzaj sympatii w stosunku do mężczyzny. Ta krótka rozmowa złamała w niej dziwny schemat.
Zawsze wymieniała wodę w kwiatach u pacjentów. Tylko nigdy wcześniej nie myślała o tym, że powinna. W przypadku starszego Marshalla, nawet jeśli był wobec niej chamski i opryskliwy, robiła to, licząc, że może przez krótką chwilę porozmawia z jego synem. Chciała, choć nie powinna.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Spokojnie, panno Harrison. Proszę mnie nie przepraszać, widzę, że ledwo stoi pani na nogach. Nic się pani nie stało? - powiedział, przyglądając jej się badawczo i sprawdzając, czy nic jej nie jest. Kiedy uśmiechnęła się i powiedziała, że stan jego ojca się poprawiał, nie mógł nie odwzajemnić tego uśmiechu. Była wykończona po szesnastogodzinnym dyżurze, a dalej miała dla niego dobre słowo. - Tak, z ojcem jest lepiej, dziękuję. Najwidoczniej ma najlepszych opiekunów - odparł, dalej się uśmiechając. Po chwili jednak spoważniał. - Mówiła pani kiedyś, że po szesnastu godzinach pracy nie ma znaczenia, gdzie się odpoczywa - nawiązał do ich pierwszej rozmowy. Tak, dalej ją pamiętał. Zrobił krok w stronę samochodu (jak dobrze, że zaparkował prawie pod drzwiami szpitala) i otworzył drzwi pasażera obok kierowcy, gestem zapraszając ją do środka. - Dlatego proszę wsiadać, zawiozę panią do domu. Nie przyjmuję odmowy.
Stanął przy drzwiach, czekając, aż panna Harrison się podda i zajmie miejsce obok kierowcy. W tej jednej chwili Charles zupełnie nie myślał o tym, jak to wyglądało. Nie myślał też o konsekwencjach ani jakimkolwiek profesjonalizmie, który tak starannie budowali. Po prostu było mu jej po ludzku szkoda. Poczuł, że... chce się nią zaopiekować i upewnić się, że bezpiecznie dotrze tej nocy do łóżka i dzięki niemu nie będzie musiała walczyć z mrozem czy tłumem w komunikacji miejskiej. O ile jeździła komunikacją miejską. Charles nigdy nie miał przyjemności.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie miała sił się opierać. Mrugnęła kilka, wpatrując się w jego ciemne tęczówki. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Zmęczenie cały czas narastało, zostawiając nieprzyjemne dreszcze. Nabrała powietrza do płuc, chciała się otrzeźwić. Spróbować wyglądać na pełną energii, ale niektórych oznak nie dało się zmienić. Na jej twarzy mógł być wymalowany piękny, szeroki uśmiech, ciało samo ją zdradzało. Bladej skóry, podkrążonych oczu i tego uczucia przemęczenia nie była w stanie ukryć.
— Nie, wszystko w porządku — powiedziała krótko, pozwalając samej sobie na kontakt wzrokowy. Nie takiej reakcji spodziewała się po bogaczu, od którego aż krzyczało, kocham luksus i pieniądze. Dla Ivy było to szokujące. Słyszała, w jaki sposób rozmawia z innymi ludźmi, w jaki sposób się do nich zwraca. Był on człowiekiem, którego wolałaby unikać. Niczym ten najbardziej wymagający wśród wszystkich lekarzy prowadzących. Nie chciała do niego trafić za żadne skarby. Charlesa też się obawiała, mimo że za każdym razem zwracał się do niej z szacunkiem. Wystarczyło jedno nieodpowiednio wypowiedziane słowo i mógłby napisać na nią skargę, mogącą przekreślić całą jej przyszłą karierę.
— Dziękuję za miłe słowa, ale to jego wola walki jest nieprawdopodobna — odparła uprzejmym tonem. Mógł być chłodnym, wykalkulowanym wiceprezesem, ale zaskakiwał ją. Rzadko który pacjent docenia opiekę szpitalną. Co prawda dookoła Christophera każdy chodził jak na palcach, próbując nie wzbudzić w nim żadnej negatywnej energii. Tak u VIP'ów wypowiadanie tego typu słów było niespotykane.
— Zgadza się — kiwnęła głową na potwierdzenie własnych słów. Tylko później stanęła jak wryta. Zmierzyła wzrokiem Charlie'go. Nie spodziewała się takiego zaproszenia. Przez krótki moment wydawało się, że śni. Zamiast Dante miała w głowie Charlesa Marshall'a? Niemożliwe. Uszczypnęła się delikatnie w ramię, nie tego się spodziewała — ale nie powinniśmy, panie Marshall — stwierdziła poważnym tonem, obracając głowę w stronę szpitalnego wejścia. Jutro powstałoby zbyt wiele plotek, a Ivy mocno pilnowała ustalonych granic — jestem lekarzem pana ojca i... — pewnie zdążyłaby coś powiedzieć, tylko brzuch tak mocno zaczął burczeć, że na jej twarzy pojawiły się rumieńce. Nawet w świetle latarni dało się je zobaczyć. Dopiero teraz poczuła się jeszcze bardziej niekomfortowo. Przegryzła dolną wargę. Musiała się ruszyć, inaczej nie zdąży na autobus.
— Nie pojadę z Panem, muszę wpierw pojechać do McDonalds'a coś zjeść — a człowiek pokroju Charlesa Marshall'a na pewno tam nie jadał — powinien Pan wrócić do swoich obowiązków, na pewno ma Pan jutro ważne spotkania — pójść spać w łóżku obok narzeczonej — ważniejsze niż wożenie rezydentki — już miała się obracać, ruszyć w stronę przystanku, pojawił się za to większy problem. Autobusy były jak okres. Albo za wcześnie, albo za późno. Jej trafiła się ta gorsza forma, bus podjechał pod przystanek, a jedyne co zdążyła powiedzieć Ivy to krótkie westchnięcie. Teraz to dopiero rano dotrze do domu.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy usłyszał burczenie w jej brzuchu, a potem zobaczył ten uroczy, zawstydzony rumieniec, poczuł, jak jego determinacja zamienia się w coś na kształt rozbawionej czułości. A potem... potem zobaczył ten nieszczęsny autobus, który przemknął im przed nosem, zostawiając po sobie jedynie chmurę spalin. Los najwyraźniej postanowił osobiście wręczyć mu ten argument, którego mu brakowało.
- Pani żołądek właśnie przegłosował pani rozsądek, panno Harrison - dodał, a w kąciku jego ust zabłąkał się cień uśmiechu. Nie pojadę z Panem, muszę wpierw pojechać do McDonaldsa coś zjeść. Uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Charles nigdy w życiu nie zjadł niczego, co podawano w papierowej torebce przez okienko samochodu. Dla niego jedzenie było rytuałem, a nie szybkim uzupełnianiem kalorii. Jednak patrząc na jej bladą twarz i uciekający autobus, uznał, że dzisiejsza noc jest idealna na... wyprawę do świata "zwykłych ludzi". I tak nie miał już ochoty wracać do domu. - Możemy zajechać do tego miejsca po drodze - zaczął, dalej stojąc obok otwartych drzwi swojego auta. - Ale czy jest pani pewna, że to najlepszy wybór? Mogę panią zawieźć gdziekolwiek indziej, do restauracji, która serwuje prawdziwe jedzenie. To nie będzie żaden kłopot.
Zrobił krok w jej stronę, gestem dłoni zapraszając ją do środka samochodu, by osłonić ją przed lodowatym podmuchem wiatru. Kiedy panna Harrison wspomniała o jego ważnych spotkaniach, ważniejszych od wożenia rezydentki, Charles poczuł lekkie rozbawienie zmieszane z przekorą.
- Panno Harrison, proszę nie kazać mi wracać do obowiązków. Miałem ich dzisiaj wystarczająco dużo - odparł z niewzruszonym spokojem, ignorując fakt, że Blair faktycznie mogła już na niego czekać. - Zapewniam panią, że świat się nie zawali, jeśli dotrę do domu czterdzieści minut później.
Nie wiedział, z jakiego powodu aż tak naciskał. Może to przez to, że naprawdę chciał jej pomóc. A może chciał się odwdzięczyć. A może... to była wina jej błękitnych oczu? Sam przed sobą nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wiedział tylko, że nie ruszy się z tego miejsca, dopóki panna Harrison nie znajdzie się bezpiecznie we wnętrzu jego porsche.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Patrzyła na niego z niezrozumieniem w oczach. Plotki krążyły niezależnie od tego, co by zrobili. Wystarczyło, że rozmawiali poza szpitalem. Ciekawskie spojrzenia pielęgniarek, czy innych rezydentów na pewno ich wychwyciły. Ta rozmowa trwała zbyt długo przed samym wejściem do szpitala. Samo w sobie było to już dość... niezręczne? Rozumiała chęć jego pomocy, ale na takim stanowisku, które piastował powinien mieć w sobie dużo więcej rozumu.
— A jaka plotka powstanie, kiedy wsiądę do auta wiceprezesa wielkiej korporacji? — dalej miała słaby głos. Lekko jej drżał, gdy wypowiadała kolejne słowa. Głód zmęczenie brały swoje. Na słowa o sumieniu i dumie lekko się zaśmiała pod nosem. Trafiła na przepiękny okaz mężczyzny z misją ratowania kobiet? Westchnęła cicho i finalnie znów spojrzała w jego ciemne tęczówki — no to... trudno? Jestem silną, niezależną kobietą z psem — szczeniakiem, kundelkiem, którego do domu przyniósł jej chłopak — dam radę — uniosła ściśnięte pięści ku górze z wielkim uśmiechem. Na twarzy miała wymalowane zmęczenie. Tylko znikł z jej twarzy, gdy brzuch odmówił współpracy, a autobus odjechał. Spojrzała na Charlesa i wypuściła powietrze z płuc. Teraz nie miała już żadnego powodu do odmowy.
— Dobrze — mruknęła finalnie pod nosem, czując sromotną przegraną. Mogłaby wziąć taksówkę, ale o tej porze taryfa była niewyobrażalnie wysoka. Wydawać, by się mogło, że rezydenci mają sporo pieniędzy, tylko w rzeczywistości tak nie było. Liczyli grosz do grosza, aby przeżyć. Ivy żyła z dwoma pasożytami, o których musiała dbać na każdym kroku. Chyba nigdy nikt nie zadbał o nią poza jej rodziną — ale tylko dlatego, że autobus mi odjechał — dodała cicho pod nosem, spuszczając wzrok. Charles chyba rzadko znosił odmowę, a ona w końcu musiała mu ulec — tam jest jedzenie... Ciężki dyżur zawsze tam kończę, albo zamawiam do mieszkania — wymruczała, słysząc jego wywyższający się ton. Prawdziwe jedzenie doskonale to wybrzmiewało w jej głowie. Nawet teraz huczało. Ona uwielbiała jeść nuggetsy w sosie słodko-kwaśnym, zjeść frytki z mcflurry. Tylko tyle potrzebowała, by na jej twarzy wymalował się uśmiech.
— Za podwózkę postawię Panu jedzenie, taka wymiana, dobrze? — coś za coś. Nie zostanie panną w tarapatach. Chociaż na taką wyglądała, zwłaszcza gdy wzdrygnęła się, czując na sobie chłód wiatru.
Chwyciła go delikatnie za dłoń. Dziwne przyjemne uczucie przeszło przez jej ciało. Wsiadła do jego auta i czuła się, jakby znalazła się w innej rzeczywistości. Samo auto wręcz krzyczało luksusem. Czuła się w nim tanio. Jak ten niepasujący puzzel w całej układance.
— O każdą rezydentkę tak Pan dba? — spytała, kiedy już usiedli w aucie — dobrze, panie Marshall — czterdzieści minut. Nawet nie zdawał sobie sprawy, gdzie ona dokładnie mieszkała. W aucie panowała cisza. Ivy nie wiedziała, o czym powinna z nim rozmawiać. Jedynie radio wybrzmiewało głośniej. Finalnie podniosła się, spoglądając badawczo na Charliego. Musiała coś powiedzieć, bo by wybuchnęła.
— Trudno jest być... wiceprezesem? — pierwsze pytanie było proste, a drugie miało być jeszcze prostsze — co pan najbardziej lubi jeść w McDonaldzie? — każdy jadł fastfood'y. To były fakty. Wolała przerwać ciszę, zanim tę przejażdżkę nazwie najbardziej niezręczną w całym swoim życiu.
— O, jesteśmy — jej głos stał się bardziej radośniejszy. Z daleka wyczuwała już opary tłuszczu i odmrażanego jedzenia, ślinka pociekła na samą myśl — co mam Panu zamówić? — spytała, zanim jeszcze wysiedli z auta.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy panna Harrison zapytała o to, co lubi jeść w McDonaldzie, Charles na moment zamilkł. Co miał jej powiedzieć? Że nigdy tutaj nie jadł? Że dla kogoś o jego statusie to miejsce było jedynie jaskrawym punktem na mapie, który mijał zza przyciemnianych szyb limuzyny? Prawda była taka, że Charles Marshall nie potrafiłby wymienić ani jednej pozycji z menu bez zerkania na podświetlaną tablicę. Postanowił być z nią szczery. - Panno Harrison, muszę panią rozczarować. Moja wiedza o tym miejscu jest... czysto teoretyczna - przyznał, czując na sobie jej badawcze spojrzenie. Charles zaparkował na samym skraju parkingu, starając się zająć dwa miejsca, by nikt przypadkiem nie obtarł jego lakieru drzwiami jakiegoś rdzewiejącego sedana. Wysiedli z auta, a on odruchowo zapiął guzik marynarki, prostując sylwetkę. Kiedy weszli do środka, uderzyło go wszystko naraz: ostre, sterylne światło jarzeniówek, pisk frytkownic i zapach, który dla Ivy był obietnicą raju, a dla niego - zapowiedzią zgagi. Stanął przed wielką, dotykową tablicą, mrużąc oczy, jakby analizował skomplikowany wykres giełdowy. Przesunął palcem po ekranie, ale bogactwo wyboru burgerów, dodatków i rozmiarów napojów wyraźnie go przerosło. - Panno Harrison, proszę przejąć stery. Proszę wziąć dla mnie to samo, co dla siebie. Pani klika, ja płacę - mruknął, odsuwając się o krok i robiąc jej miejsce przed terminalem. - Czuję się tu bardziej zagubiony niż na szczycie klimatycznym w Davos.
Jedzenie na szczycie klimatycznym w Davos było całkiem niezłe, swoją drogą.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie skomentowała słów dotyczących plotek. Jedynie krótko pokręciła głową. Charlie był facetem, nie potrafił zrozumieć postrzegania świata kobiet i ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dla niej romans z rodziną pacjenta, tak bogatego pacjenta, a nawet plotka na ten temat byłaby w stanie skutecznie przekreślić karierę. Idealnie dbała o nieskazitelną reputację. Uśmiechała się, za każdym razem profesjonalna, uprzejma nie mogła pozwolić sobie na skreślenie tego wizerunku.
Dla Ivy nuggetsy i cheeseburger były świętą nagrodą. Chciała móc ugryźć kawałka buły, przegryźć ją. Dla niej był to smak dzieciństwa oraz szkolnych wycieczek. Ba, swego rodzaju melanżu, kiedy znikała na całe noce, by później o czwartej w nocy dostać gastro. Frytyki, nuggetsy, burgery to było jedzenie święte. Nerwowo wyczekiwała go w aucie, choć skłamałaby, że w ciągu tych piętnastu minut przejazdu prawie, by nie odpłynęła ze zmęczenia.
— Pan stawia, dobrze — powiedziała prawie jak jedna z jego pracownic. Uniosła do góry oba kąciki ust. W głowie miała już diabelski plan. Charles sprawiał wrażenie osoby, która niekoniecznie zgadzała się z innymi ludźmi. Wielki pan wiceprezes, dziedzic fortuny Marshalli. Ivy trochę osłuchała się od koleżanek z roku na jego temat. Chociaż dla niej wydawał się odrobinę... innym człowiekiem.
— Niby dlaczego? — spytała, przechylając głowę, by móc spojrzeć wprost na jego twarz. Lustrowała go, czekając na rozbawienie od słów, które zaraz wypowie — raczej moje koleżanki są... — zaczęła, poszukując w głowie odpowiedniego słowa — bardzo w Pana wpatrzone — w dużym skrócie śliniły się. Charlie był dla Ivy tylko i wyłącznie rodziną pacjenta. Czuła między nimi swego rodzaju granicę. Posuwali ją raz za razem do przodu. Raz z pytaniem o rodzinę, a teraz z wycieczką do McDonalds'a. Nie powinna mu pozwalać na tak proste gesty względem niej.
— Rozumiem. Nie przeszkadza Panu bycie wice? — spytała całkiem wprost. Pytanie mogło być nieodpowiednie. Za to kabelki w mózgu Ivy były nieodpowiednio połączone, finalnie westchnęła cicho. Czy w jej pracy była jakakolwiek wdzięczność? Ludzie potrafili być okropni, zwłaszcza spodziewając się widma rychłej śmierci — szczerze mówiąc, rzadko słyszymy dziękuję — przyznała całkiem szczerze i zaraz kontynuowała — wszystko zależy od pacjenta, ale... najgorsze co może nas spotkać, to powiedzenie o czyjejś stracie — jej praca mogła być bardziej znacząca dla kliku żyć, ale równie skutecznie była w stanie je niszczyć — ja dbam o kilka żyć, a Pan o całe rodziny — dając miejsca pracy, pensje. Gdyby firma upadła, wielu ludziom zawaliłoby się życie. Za to Ivy dbała o ludzi w najgorszym momencie życia.
— Naprawdę? — spytała szczerym, zdziwionym tonem. Zaraz zmarszczyła brwi — trochę to smutne — mruknęła pod nosem. Momentami miała w sobie szczerość dziecka. Przy pacjentach mocno się hamowała, by nie obiecać im uratowania życia. Za to przy Charlsie nie musiała się teraz hamować. Zresztą chwilę później stali przed ekranem, a Harrison szybko zaczęła coś na nim klikać. Wyjęła telefon, kuponiki zeskanowała.
— Szczyt klimatyczny w Davos? — tak, z tego całego gadania o menu głównie to zapamiętała — woah, jest pan prawdziwym ważniakiem — zaśmiała się cicho pod nosem. Na telefonie już uszykowała kartę płatniczą i szybko poklikała. Szybko przysunęła telefon i z wielkim, firmowym uśmiechem powiedziała — zapłacone — zaraz wręczyła mu numerek, a resztę paragonu zgniotła i włożyła do kieszeni przepranych jeansów — a pan stawia na stolik, gdy nasz numer się wyświetli — wyćwierkała, idąc w stronę jednego ze stolików. Przygotowanie posiłku może trwało kilka minut. Zaraz Charles wrócił z tacą z cheeseburgerami, frytkami, mcflurry oraz nuggetsami. No, oczywiście colka też była. Szybko chwyciła za burgera, odwijając go z folii.
— Jezu, jak dobrze — mruknęła z pełną buzią, mieląc pierwszego gryza. Wtedy zdała sobie sprawę z głupiej rzeczy, Marshall raczej nie wiedział, jak tu się jadało — umie pan to jeść? Sztućców tu nie ma — zaraz odłożyła własną porcję i odwinęła porcję Charliego — proszę, a teraz jemy... rękoma — jak jacyś jaskiniowcy — i jak? — spytała, kiedy tylko ugryzł burgera. Oczy się jej zaświeciły. W końcu nie była głodna, a jej organizm poczuł zbliżający foodgasm.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedział, że panna Harrison ceniła profesjonalizm ponad wszystko i że dla niej wciąż był tylko - i aż - rodziną pacjenta i kimś, kogo należało trzymać na dystans, ale, do diabła, jedli razem w McDonald's o nieludzkiej porze, po ciężkim dniu i wszelkie zasady etykiety i sztywne granice wydawały się w tym otoczeniu po prostu niedorzeczne.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wyprostowała się, słysząc pannę Harrison. Zastanawiała się, czemu za każdym razem musiał brzmieć tak poważnie. Byli w McDonalds'ie. Tutaj mogły dziać się tylko dobre rzeczy. Trzeba było iść z rytmem. Chociaż słysząc jego słowa, musiała się powstrzymać, by się nie zaśmiać. Pokręciła delikatnie głową, a finalnie szeroko się uśmiechnęła.
— A to dziwne — stwierdziła spokojnym tonem, wbijając w niego wzrok. Trzydzieści lat i ani razu? Aż wydawało się to być nie na miejscu. — ja staram się z każdym być tak no... pół na pół? — nie była z bogatego domu, u niej nigdy się nie przelewało. Dlatego bardzo starała się racjonalnie gospodarować pieniędzmi — może otacza się pan złymi kobietami? Czasami są takie okazje, by coś komuś ofiarować — kolacja, przekąska, nawet głupią kawę. Najlepszym kumplom potrafiła ją postawić bez większego zawahania. Dla Ivy życie nigdy nie wydawało się skomplikowane. Facet powinien stawiać, ale gdy była ku temu godna okazja. Nie za każdym razem, niecodziennie, a pewno nie losowy człowiek, który ofiarował jej podwózkę — u nas to transakcja wiązana. Pan mnie wozi, ja dałam jedzenie — stwierdziła, unosząc ku górze oba kąciki ust. Chociaż zostanie jej szoferem wydawało się być dla niej bardzo an wyrost. Dałaby sobie sama radę, nawet jeśli trasa do jej domu trwałaby kilka godzin. Może poślizgnęłaby się na lodzie, albo wróciła na drzemkę do dyżurki.
Wpatrywała się w niego intensywnie, czekając, aż spróbuje cheeseburgera. Z prawdziwą dziecięcą ciekawością czekała na jego werdykt. Interesujące. Aż parsknęła śmiechem, nie takich słów się spodziewała. Charles był sztywniakiem. Może to przez ten krawat, albo garnitur?
— Interesujący to może być program przyrodniczy, panie Marshall — odparła praktycznie od razu, uśmiechając się szeroko — za przeproszeniem, to jedzenie jest za-je-bi-ste — Ivy była stosunkowo łatwa w obsłudze. Zjadała jedzenie, by poczuć się jak prawdziwy wolny ptak, rozłożyć skrzydła i poczuć, choć chwilowy przepływ energii — za to mózg ma w sobie tyle dopaminy, że każdy stres odlatuje — poprawiła go znowu. Tłuszczowe żyły. To ona z ich duetu miała wykształcenie medyczne i była w stanie stwierdzić w sposób zdecydowany, że jeden posiłek w maku nikogo jeszcze nie zabił. Szybciej zaatakowałby ją stres w trakcie dyżuru, czy zmęczenie, któremu poddawała własny organizm, przy każdym zapomnianym posiłku, czy nieprzespanej nocy.
— Chwilowe mi nie przeszkadza nie brzmi, jak nie przeszkadza mi to — stwierdziła, spoglądając badawczo. Nie za duża odpowiedzialność, a jednak dalej ogromna — dlaczego nie jest pan prezesem? — spytała, a po chwili chwyciła się za usta — o ile mogę spytać — dodała po chwili, otwierając pudełka z nuggetsami i sosami. Jedno przesunęła w stronę Marshalla. Już zanurzała nuggetsa w sosie, gdy wspomniał o innych rezydentkach. Aż cała się wyprostowała, bo powiedział jedno słowo, które ją zakuło.
— To smutne, że sam Pan tak o sobie mówi. Chodzi raczej o bycie przystojnym — stwierdziła Ivy, marszcząc przy tym delikatnie brwi. To mogła mu oddać. Miał w sobie coś przyciągającego. Wielkie, ciemne tęczówki, pewność siebie i... pewnie zaczęłaby go bardziej chwalić w myślach, ale musiała zadać mu pytanie — a to coś niestosownego? — dopytała, a po paru sekundach już spuściła wzrok. Ivy. Nazwał ją po imieniu, podziękował jej, ją za to na samą myśl całą sparaliżowało.
— Za co? — spytała ciszej niż sama mogłaby się po sobie spodziewać. Wraz z jedzeniem wrócił do niej wigor, tylko te słowa wbiły się do jej głowy. Nie zrobiła nic nadzwyczajnego. Postawiła mu jedzenie, dała się podwieźć, a czuła się... jakby przekraczała granicę, której nie powinna. Teraz to do niej dotarło.
— Ale... — zaczęła, finalnie unosząc na niego wzrok — tylko poza szpitalem, dobrze? — w szpitalu dalej musieli mieć jasno określone zasady. Tylko czy to coś da? Westchnęła cicho, czując w sobie wewnętrzny dysonans — jak powinnam na Ciebie mówić? Charles brzmi strasznie poważnie — stwierdziła Harrison, marszcząc brwi. Mogła, było mniej poważne niż pan Marshall. Chwilę później zapadła niezręczna cisza, wypełniona zjadaniem kolejnego posiłku. Tym razem dobrała się do nuggetsów i nie miała zamiaru odpuszczać.
— Mogę zadać pytanie? — spytała nagle, wypalając jak Filip z konopi. Poczekała chwilę na odpowiedź twierdzącą — jesteś szczęśliwy? — trudne pytanie jak do nuggetsów, ale była szczera, czy pieniądze faktycznie nie przynoszą szczęścia — wiem, pewnie myślisz, że oszalałam. Tylko nigdy nie znałam nikogo... no wiesz, tak bogatego i zastanawiałam się, czy to faktycznie coś zmienia — dla niej pieniądze się liczyły. Za to duma nie pozwoliłaby wziąć ani jednego dolara od Charliego. Nawet postawienie mu jedzenie brała za własny punkt honoru. Nie chciała zostać kolejną, zależną od mężczyzny kobietą. Za to było coś, co musiała mu przyznać... sama przesuwała granicę z każdym pytaniem, a on coraz bardziej ją interesował. Chciała rozwikłać zagadkę Charlesa Marshalla i tego kim on tak naprawdę był.