ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i'll search the shadows you wear like crown
and i'm gonna hunt you down
Nie lubił głośnych spraw.
Krzykliwe nagłówki gazet przyciągały oceniające spojrzenia oka publiki, równie dociekliwego co irytującego. Gdy świat dowiadywał się o pewnym akcie niesprawiedliwości, który wyjątkowo trafiał w struny Kanadyjskiego społeczeństwa, zaczynał dzielić się na irytujące podgrupy. Domowych detektywów, doszukujących się prawdy, której nie znalazły organy ścigania. Łaknących closure kanapowców, żądających kolejnej wypowiedzi na ten sam temat, jakby piąta miała przynieść nowy okruch informacji. Lokalnych wojowników, zjawiających się pod sądem z makietami i czerwonymi twarzami żeby dopilnować, by sprawiedliwości stała się zadość.
To nie praca pod presją nawarstwiała jego zmęczenie w takich sytuacjach - a dodatkowa ilość papierkowej roboty. Proces ze zwykłej roboty przekształcał się w przedstawienie, w dodatku odbywające na polu minowym, po którym musiał lawirować. Nie sposób było przedstawić niuansów prawa karnego w krótkiej wypowiedzi wyrwanej z kontekstu, nie dla reporterów kategoryzujących odpowiedzi w swoich czarno-białych ramach, gotowych do konsumpcji dla tłumów. Słowem - nagłośnienie jakiejkolwiek sprawy jedynie ją komplikowało.
A sprawa Ethana Hale'a była prosta.
Był motyw, było bezpośrednie powiązanie z rodziną, a wreszcie - byli świadkowie jego pieprzonego p r z y z n a n i a się do winy, którym chwalił się w pobliskiej knajpie. Rozumiał, dlaczego morderstwo pary wzbudzało taką sensację. Młode, szablonowe małżeństwo, zamordowane we własnym mieszkaniu skłaniało do refleksji, dodawało dreszczyku niebezpieczeństwa dla codziennej egzystencji przesiadających na kanapie ekspertów. Koniec końców, jeśli oni nie dostrzegli nadciągającego niebezpieczeństwa - ba, sami wpuścili je do domu - to jaka jest szansa na to, że oglądający wiadomości nie znajdują się teraz w ich położeniu?
Rozumiał, ale uważał zamieszanie wokół tej sprawy za niepotrzebne, dodające mu zbędnej pracy, której najchętniej by nie wykonywał. Gorzka pigułka, którą zwykł przełykać w sytuacjach takich jak ta.
Nie spodziewał się jeszcze, że utknie mu w gardle.
Nawet wtedy, gdy głośne nazwisko znalazło się na okładce czytanej przez niego gazety, niebezpiecznie blisko artykułu na temat jego sprawy. Cholera, w nim. Venus Carrington miała swoją renomę - z rodzaju tych, które uważał za rozdmuchane. Prasa była w stanie skutecznie zignorować dobrych prawników, którzy doprowadzą do skazania złych ludzi - w końcu tak jest sprawiedliwie, tak jest logicznie, więc z pewnością nie musieli się nad tym zbytnio napracować. Prasa zaś zapamiętywała każdego adwokata, dzięki któremu na zewnątrz wychodził ktoś, kto nie powinien.
Nie zapominała o ludziach takich jak Carrington.
On zamierzał.
Ponieważ sprawa Ethana Hale'a była prosta, łatwa i nieskomplikowana. Ponieważ jego zespół zebrał wszystkie materiały dowodowe zgromadzone przez policję, wszystkie znane i nieznane publice fakty na temat dokonanej zbrodni, a wreszcie - wezwał świadków, znajomych pary i Hale'a, którzy posiadali obciążające zeznania. Nawet gdy znalazł się na sali sądowej, spoglądając na swoją przeciwniczkę, był przekonany, że zwycięstwo tkwiło w jego garści. Że Carrington wzięła pieniądze, ponieważ Hale musiał zaoferować jej ich w cholerę - więcej, niż była warta jej i tak zbrukana reputacja.
Siedem pieprzonych godzin później jako jeden z ostatnich tkwił na korytarzu, oparty plecami o ścianę. Nie wątpił, że reporterzy czekali na niego przy wyjściu z budynku, on jednak czekał na kogoś innego. Musiał z nią porozmawiać, musiał spojrzeć jej w oczy, musiał ją p o z n a ć, wraz ze schowanymi w jej głębi intencjami i planami na przyszłość.
- Dobra robota panno Carringotn - zagadnął, gdy tylko blondynka znalazła się w drzwiach, przy których oczekiwał - niewiele różniąc się od sępów z mikrofonami na zewnątrz. Jego słowa były mieszanką kłamstwa i prawdy - bo choć wykonała dobrą robotę, żaden komplement z jego ust w tej chwili nie wyszedłby szczery. - Złapała nas pani z zaskoczenia.
Nie zamierzał przecież iść na noże i takich intencji nie zamierzał po sobie pokazywać.

żmija
31 y/o
For good luck!
165 cm
pani adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Uwielbiała głośne sprawy, a zainteresowanie mediów często działało na jej korzyść, szczególnie w trudnych sprawach, w których potrzebowała zamieszania, aby zwrócić uwagę na manipulacje i wpływ dezinformacji na opinie przysięgłych. Sprawa Ethana Hale’a była prosta, to prawda, ale dzięki błędom w śledztwie 一 w przeprowadzaniu samych czynności śledczych, jak i w dokumentacji 一 czyniły z niej twardy orzech do zgryzienia, głównie dla prokuratury. Venus zdawała się być w swoim żywiole, przebojowa, pewna siebie i odpowiednio seksowna. Wiedziała jaką ma opinię i mogła manipulować swoim wizerunkiem, w zależności od potrzeby. Ubierała się modnie, podkreślała swoją figurę i urodę, a jednocześnie pilnowała dobrego smaku i elegancji. Wysokie szpilki, ale zakryte drogim materiałem dopasowanych, eleganckich spodni z wysokim stanem. Opięta w talii koszula, ale mniejszy dekolt i zakryte ozdobnymi rękawami nadgarstki. Biżuteria bardzo skromna, ale błyszcząca, makijaż naturalny, ale jednak bardzo korzystny dla jej urody. Fryzura dopasowana do outfitu, ale równocześnie podkreślając, że jest przecież młodą kobietą i to w dodatku blondynką.
   Echo jej kroków potoczyło się po przestronnym korytarzu gmachu sądu, gdy zmierzała w stronę schodów, trzymając pewnie w dłoni skórzaną teczkę w kolorze écru. Miała wyborny nastrój, mimo wielogodzinnej batalii wręcz tryskała energią i miała zamiar uczcić to odrobiną cukru. Może coś z kremem? Może podwójny karmel? Beza 一 to był najlepszy wybór. Przypomniała sobie swoją przemowę przed ławą przysięgłych, jak tłumaczyła o sile manipulacji i bezwzględności mediów, jak podkreślała, że w takich okolicznościach nie należy wierzyć w plotki ani w to, co zobaczy się w internecie. Należy skupić się na dowodach, na potwierdzonych faktach i tutaj należy się zatrzymać i poddać wnikliwej weryfikacji działania policji i prokuratury. W tym czasie Ethan Hale, zakuty w kajdanki przyglądał się przemowie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Był ubrany elegancko, zadbany i chociaż jedyne co miał robić, to siedzieć spokojnie na dupie i udawać człowieka, który nie chciał, ale musiał, to czasami na jego twarzy można było dostrzec dziwną satysfakcję i wyższość.
   Krok za krokiem zbliżała się do końca korytarza, obcasami wystukując równy rytm. Została na sali dłużej i wyszła z niej prawie na końcu, chcąc na gorąco omówić jeszcze kilka rzeczy ze swoim zespołem. Zeszła wolnym, ale pewnym krokiem po schodach, a potem przeszła przez wysokie, ozdobne drewniane drzwi, do głównej części budynku sądu, skąd słyszała już szmer rozmów dziennikarzy, czekających przed budynkiem.
   Znowu poczuła się jak drapieżnik, gotowa odpowiedzieć na każde pytanie bez wahania i jeszcze wcisnąć gdzieś swoje trzy grosze. Zatrzymał ją jednak mężczyzna, stojący przy drzwiach, a kiedy do jej uszu dobiegł jego głos, zatrzymała się tuż obok, a potem powoli przekręciła w jego stronę i przyjrzała się mu wnikliwiej, oceniając nie tylko niewątpliwie atrakcyjny wygląd. Miała dobrą pamięć, ale skoro już weszła w rolę do zagrania przed czekającymi dziennikarzami, to mogła zacząć grać.
   Na jej twarzy pojawił się firmowy, starannie wypracowany uśmiech, ale wesołość wcale nie obejmowała jej oczu, które pozostały bystre i bardzo uważne. Ujęła torbę i drugą dłonią, opierając ją przed sobą na kolanach, umyślnie nie poprawiając zabłąkanego, złotego kosmyka włosów, który w postaci ładnej fali opadł na jej policzek.
   一 Dziękuję. A Pan to… ? 一 rzuciła, delikatnie nachylając się w jego kierunku, jakby zachęcała go, by mówił odważniej i głośniej. 一 Nas, czyli? Nie kojarzę, żeby oficjalnie nas sobie przedstawiono 一 powiedziała, chociaż i bez tego doskonale wiedziała kim był ten mężczyzna. Podejrzewała, że kiedy wygra już sprawę i podejmie się kolejnej, prawdopodobnie zapomni o Jonathanie Myersie, chyba że po tej porażce ktoś jeszcze weźmie go do poważnej roboty.

jeż
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carrington niewątpliwie była bardzo pociągającą kobietą - w dodatku przywiązującą ogromną uwagę do swojej prezencji. Wszystkie jej aspekty wydawały się mocno wykalkulowane, wyraźnie zdawała sobie sprawę z tego, na ile może sobie pozwolić by jej wygląd nie wpłynął na bycie postrzeganym przez ławę przysięgłych w negatywny sposób. Nie przekraczała granic, ale docierała do samego ich końca - wystarczająco, by przykuwać uwagę, zbyt mało by użyć tego przeciwko niej.
Ale gdzieś pomiędzy jej złotymi falami włosów i wydatnymi ustami czaiły się przebłyski tej samej zgnilizny, która przemykała po twarzy jej klienta jak czarny kot przemykał przez jezdnię. Być może było to wyłącznie złudzenie optyczne, oświetlenie sądowej sali i dzielący ich dystans, ale Myers nie mógł wyzbyć się wrażenia, że te piękne rysy twarzy wykrzywiały się w dziwnym wyrazie wyższości i satysfakcji - zawsze, gdy uderzała, a jej cios trafiał na podatny grunt.
A później dostrzegł ją z bliska - i przekonał się, że miał całkowitą rację.
Przez krótką chwilę jego wzrok prześlizgnął się po jej twarzy, wyćwiczonym uśmiechu i chłodnych oczach. Jego głowa bezwiednie przekrzywiła się lekko, niczym opadający na jej policzek lok jasnych włosów, nim te piękne, czerwone usta postanowiły się rozchylić.
A padająca z nich odpowiedź zniszczyła śliczną fasadę Venus Carrington niczym mydlaną bańkę.
Kąciki jego ust pomknęły w górę, choć w jego uśmiechu dostrzegłaby znacznie więcej szczerości niż we własnym. Błysnęło w nim rozbawienie, jak i pewna doza satysfakcji wywołanej zwykłym potwierdzeniem swojej r a c j i. Ponieważ przyglądając jej się przez długość sądowej sali, podejrzewał, że za jej profesjonalizmem i rozbrajającym wyglądem chowa się dokładnie taka osobowość, jaka wzięłaby pieniądze od Ethana Hale'a.
A teraz ją dostrzegł - chowającą się za długimi rzęsami bestię, gdzieś tam, w głębi jej czujnego spojrzenia.
- Najmocniej przepraszam. Jonathan Myers, reprezentuję stronę oskarżyciela - odpowiedział szarmancko, wyciągając w jej stronę dłoń - niepewny, czy w ogóle będzie na tyle uprzejma by ją przyjąć. W końcu nie byli już na sali sądowej, oraz nie tkwili jeszcze przed dziennikarzami - nie było przed kim zachowywać pozory. - Musiała mnie pani nie zauważyć. Prawnicy pani pokroju często miewają problem z zauważaniem na sali sądowej l u d z i.
Opierając się o futrynę drzwi, przez które przeszła, kątem oka dostrzegał cienie sylwetek poruszających się w głównej sali sądu - dziennikarzy wypytujących w tej chwili jakąś niewinną ofiarę, oczekujących na ich oboje.
- Wasz klient musi być bardzo zadowolony - zauważył z uznaniem, które zabarwione było pewną dawką ironii. - Jeszcze nie wie, że błędy w formalnościach mają statystycznie nieistotną szansę na pociągnięcie go przez cały proces.
Jego dłonie wsunęły się do kieszeni spodni - być może nie tak przykuwających uwagę jak materiał opinający biodra blondynki, lecz dobrze skrojonych, eleganckich, cholernie d r o g i c h. Pochylił się naprzód, a grawitacja wysunęła z jego ułożonych włosów własny, drobny kosmyk, który powoli poddawał się walce opadając na jego czoło.
- Nie zamierza pani przecież jeszcze świętować zwycięstwa, prawda? - zapytał ciszej, nie ścierając przebiegłego uśmiechu z własnej twarzy, jakby sama sugestia, że odebrałaby dzisiejszy proces za coś wartego bezy, była kawałem samym w sobie.
Nie wiedział o bezie, ale wiedział o tym błysku zadowolenia wypisanym na jej twarzy gdy maszerowała na spotkanie z dziennikarzami.

vipère
ODPOWIEDZ

Wróć do „Superior Court of Justice”