Krzykliwe nagłówki gazet przyciągały oceniające spojrzenia oka publiki, równie dociekliwego co irytującego. Gdy świat dowiadywał się o pewnym akcie niesprawiedliwości, który wyjątkowo trafiał w struny Kanadyjskiego społeczeństwa, zaczynał dzielić się na irytujące podgrupy. Domowych detektywów, doszukujących się prawdy, której nie znalazły organy ścigania. Łaknących closure kanapowców, żądających kolejnej wypowiedzi na ten sam temat, jakby piąta miała przynieść nowy okruch informacji. Lokalnych wojowników, zjawiających się pod sądem z makietami i czerwonymi twarzami żeby dopilnować, by sprawiedliwości stała się zadość.
To nie praca pod presją nawarstwiała jego zmęczenie w takich sytuacjach - a dodatkowa ilość papierkowej roboty. Proces ze zwykłej roboty przekształcał się w przedstawienie, w dodatku odbywające na polu minowym, po którym musiał lawirować. Nie sposób było przedstawić niuansów prawa karnego w krótkiej wypowiedzi wyrwanej z kontekstu, nie dla reporterów kategoryzujących odpowiedzi w swoich czarno-białych ramach, gotowych do konsumpcji dla tłumów. Słowem - nagłośnienie jakiejkolwiek sprawy jedynie ją komplikowało.
A sprawa Ethana Hale'a była prosta.
Był motyw, było bezpośrednie powiązanie z rodziną, a wreszcie - byli świadkowie jego pieprzonego p r z y z n a n i a się do winy, którym chwalił się w pobliskiej knajpie. Rozumiał, dlaczego morderstwo pary wzbudzało taką sensację. Młode, szablonowe małżeństwo, zamordowane we własnym mieszkaniu skłaniało do refleksji, dodawało dreszczyku niebezpieczeństwa dla codziennej egzystencji przesiadających na kanapie ekspertów. Koniec końców, jeśli oni nie dostrzegli nadciągającego niebezpieczeństwa - ba, sami wpuścili je do domu - to jaka jest szansa na to, że oglądający wiadomości nie znajdują się teraz w ich położeniu?
Rozumiał, ale uważał zamieszanie wokół tej sprawy za niepotrzebne, dodające mu zbędnej pracy, której najchętniej by nie wykonywał. Gorzka pigułka, którą zwykł przełykać w sytuacjach takich jak ta.
Nie spodziewał się jeszcze, że utknie mu w gardle.
Nawet wtedy, gdy głośne nazwisko znalazło się na okładce czytanej przez niego gazety, niebezpiecznie blisko artykułu na temat jego sprawy. Cholera, w nim. Venus Carrington miała swoją renomę - z rodzaju tych, które uważał za rozdmuchane. Prasa była w stanie skutecznie zignorować dobrych prawników, którzy doprowadzą do skazania złych ludzi - w końcu tak jest sprawiedliwie, tak jest logicznie, więc z pewnością nie musieli się nad tym zbytnio napracować. Prasa zaś zapamiętywała każdego adwokata, dzięki któremu na zewnątrz wychodził ktoś, kto nie powinien.
Nie zapominała o ludziach takich jak Carrington.
On zamierzał.
Ponieważ sprawa Ethana Hale'a była prosta, łatwa i nieskomplikowana. Ponieważ jego zespół zebrał wszystkie materiały dowodowe zgromadzone przez policję, wszystkie znane i nieznane publice fakty na temat dokonanej zbrodni, a wreszcie - wezwał świadków, znajomych pary i Hale'a, którzy posiadali obciążające zeznania. Nawet gdy znalazł się na sali sądowej, spoglądając na swoją przeciwniczkę, był przekonany, że zwycięstwo tkwiło w jego garści. Że Carrington wzięła pieniądze, ponieważ Hale musiał zaoferować jej ich w cholerę - więcej, niż była warta jej i tak zbrukana reputacja.
Siedem
- Dobra robota panno Carringotn - zagadnął, gdy tylko blondynka znalazła się w drzwiach, przy których oczekiwał - niewiele różniąc się od sępów z mikrofonami na zewnątrz. Jego słowa były mieszanką kłamstwa i prawdy - bo choć wykonała dobrą robotę, żaden komplement z jego ust w tej chwili nie wyszedłby szczery. - Złapała nas pani z zaskoczenia.
Nie zamierzał przecież iść na noże i takich intencji nie zamierzał po sobie pokazywać.
żmija