-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Próba schowania nieśmiałego tym razem uśmiechu za rękawem bluzy (udawał, że musi przetrzeć twarz z przydrożnego pyłu) tym razem nie wyszła, bo satysfakcja obecna była również w jego spojrzeniu.
一 W zeszłym roku Lian przyniósł do pracy resztę warzyw w tempurze, zostały mu po imprezie urodzinowej. Wyłowiłem trzy krewetki 一 pochwalił się z wyjątkową jak na niego infantylną dumą. Oburącz podparł się w biodrach i odchylił głowę w tył, by kaptur spadł mu z powrotem na ramiona. 一 Od tamtej pory poluję na nie w markecie, ale zawsze kończy się na paluszkach krabowych. Prawie to samo.
Zupełnie nie to samo, mimo to w ten sposób był w stanie od czasu do czasu oszukać odrobinę zachciejstwa w sposób możliwie niskobudżetowy.
一 Kanapka też może być z pastą krabową, nie mam aż tak burżujskiego podniebienia. 一 Po tym, jak sen przestał krążyć mu w krwioobiegu i powoli zaczął budzić się rozum, a Milo przypomniał sobie dokładną cenę z ostatniego miesiąca za marne sto gramów krewetki, uznał za stosowne by podkreślić, że w pełni zadowoli go tańszy substytut. Im dłużej zresztą o tym myślał tym bardziej czuł jak chwilowa fiksacja przepoczwarza się w słuszny wstyd; taka nieobligatoryjna rozrzutność nie leżała w jego naturze, musiał się zatem najpewniej nie dobudzić.
Kolejny etap biegu przebiegał spokojniej - ku jego ogromnej wdzięczności i uldze ze strony płuc - mimo to Milo nadal nie wyglądał na entuzjastę. Patrzył Dylanowi prosto w twarz, czasami na ściągacze bluzy podskakujące przy jego sprężystym truchcie i starał się nie odzywać za często, bo przez to tylko wypadał z rytmu. Dopiero zapytany o skrót i preferowaną formę przemieszczania się po mieście Rivera odrobinę zwolnił i uniósł zdawkowo brew sygnalizując, że nie jest w stanie stwierdzić czy Dylan żartuje czy nie.
一 W sensie... że dachami? 一 zapytał mało rezolutnie, próbując zbadać grunt. Gauthier nie wyglądał mu na amatora tego typu atrakcji, a miał dość obeznania i orientacji w jego reakcjach by spodziewać się, że na widok niektórych skrótów dostałby apopleksji.
Mimo to Milo zwolnił i zmarszczył brwi mocniej.
一 Dylan...
Właśnie... Nie wspominałeś, że konwencjonalne schody cię nudzą. Ogarnęłoby się u nas alternatywne wyjście oknem.
一 Hej, Dylan.
Masz w zanadrzu jeszcze-...
一 Kurwa, Z TYŁU! Joder...
Nie zdążył wyratować go przed niewzruszonością sterczącego na ich drodze hydrantu i na jego oczach Gauthier przelał się widowiskowo na drugą stronę, na co Rivera zasłonił twarz dłońmi i pozwolił sobie jedynie na rzucenie okiem poprzez palce.
Przez ułamek sekundy Milo omal nie dostał zawału widząc jak głowa Dylana pędzi na spotkanie z krawężnikiem, ale kiedy mężczyzna w porę wysunął łokcie, odetchnął z ulgą.
一 I ty chcesz mi powiedzieć, że jesteś gotowy na alternatywę kiedy pokonał cię chodnik? 一 dopytał płasko i bez zachwytu. Przechylił jedynie głowę by ocenić na oko straty inne poza moralnymi. 一 Odpada, w tym kraju wezwanie karetki oznacza dług na parę pokoleń w przód. Poza tym... 一 Milo skłonił się nad nim w pół, chwycił go za nadgarstek i zapierając się nogami pociągnął do pionu. 一 ...potrzebuję cię w jednym kawałku. Uszkodziłeś coś czy ucierpiała tylko godność?
Uśmiechnął się złośliwie swoim firmowym półuśmiechem i spojrzał na niego z dołu w taki sposób, jakby chciał prześwietlić go na wylot i przy okazji zapytać czy aby na pewno nie zafundował sobie jakiejś przykrej kontuzji. Teraz, kiedy wiedział już o słabości jego kolana nie potrafił nie mieć go na uwadze, ale jednocześnie nie pytał wprost czując, że Gauthier nie potrzebował tego słyszeć. Wiedział, i on też wiedział.
Nie miał natomiast pojęcia jak długo sondował jego twarz, analizował przygarbienie ramion i postawę zanim zdał sobie sprawę z tego, że wciąż oplatał palcami jego nadgarstek jak wyjątkowo zaborcza ośmiornica. Nagłe uświadomienie sprawiło, że Rivera otrzeźwiał, puścił go szybko i schował obie dłonie za plecami rozglądając się przy tym dyskretnie na boki.
一 Okay, jogging to zajebista rozrywka, ale ja chyba nie jestem koneserem. Dzięki za... hmm, możliwość zweryfikowania tego w praktyce, błagam, nie róbmy tego nigdy więcej.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Porządna zdobycz - zgodził się, kiwając głową. - Szybko uciekały? - dorzucił, nawet nie próbując powstrzymać swojego momentami zbyt suchego poczucia humoru. Natomiast zmarszczył brwi na krótką chwilę, kiedy ten zaczął wycofywać się z życzenia, które miał od kiedy otworzył oczy.
- Możesz wybrać co ci się żywnie podoba. Zasłużyłeś - podkreślił, chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości co do potrzeby zaniżania standardów. To Dylan wyciągnął go na prawie śmiertelny bieg wkoło osiedla i, zgodnie z obietnicą przed wyjściem z domu, był w stanie za to zapłacić. Najwyraźniej na więcej niż jeden sposób.
Niezgrabny fikołek wyratował jego szyję przed potencjalnie groźnym skrętem, dostateczny refleks powstrzymał głowę przed rozbiciem o chodnik, a łut szczęścia objął jego dotychczasowe kontuzje, pozwalając by pociągnięty do pionu faktycznie dał radę stanąć o własnych nogach.
- I kto to mówi? Pierwszy zaliczyłeś trawnik, mądralo - prychnął, znacząco spuszczając wzrok na zielony ślad na jego kolanie i z powrotem, urażony sugestią jakoby jeden przegapiony hydrant miał świadczyć o jego zdolności chodzenia po dachach, bądź jej braku. Personalnie był przekonany, że dałby radę i każde kolejne zaprzeczenie ze strony Milo brzmiało coraz bardziej jak wyzwanie. Aż zaczynał żałować, że nie posiada pod ręką piwa, które ktoś mógłby mu potrzymać. Uniósł brwi i pstryknął go w nos w chęci zmycia z jego twarzy zbyt zadowolonego z siebie uśmiechu.
- Moje ego jest w kawałkach i wykrwawia się na twoich oczach, a ty się śmiejesz - zacmokał z dezaprobatą, pozwalając by kąciki jego własnych ust pociągnęły w górę w ramach potwierdzenia, że nie zamierzał ani kopnąć w kalendarz, ani kuśtykać resztę drogi z powrotem. O karetce nawet nie było mowy, chwilę wcześniej ledwo powstrzymał się przed wzdrygnięciem na samo wspomnienie o takowej podwózce. Nienawidził szpitali.
Zassał do ust dolną wargę, by stłumić grymas cisnący mu się na twarz, kiedy ciepło owiniętych wkoło nadgarstka palców zniknęło w nagle nerwowej atmosferze. Spojrzał na dłonie chowające się poza jego zasięgiem, na oczy Milo przebiegające po ulicy wkoło nich, na własny, dziwnie zimny nadgarstek, za który za chwilę złapał, jakby próbował wybadać potencjalne skręcenie. Tak naprawdę potrzebował czegoś do zajęcia rąk, by odwrócić swoją uwagę od zalewającej go frustracji i nie pokazać po sobie zbyt wiele. To nie była wina Milo i nie chciał by oberwał rykoszetem przez irytację ukierunkowaną na ich aktualną sytuację. Odetchnął przez nos, rozglądając się wkoło by sprawdzić dokąd tak właściwie dobiegli. Poruszanie się tyłem po nieznanym mieście nie oferowało wyjątkowo dobrej orientacji w terenie.
- Na pewno? Jak wrócimy do domu możemy spróbować jeszcze w śniegu - zaproponował z przekolorowanym entuzjazmem, siłą wypychając się z własnej głowy i chęci wywołania szybkiej osiedlowej rewolucji, tylko by być w stanie otwarcie złapać swojego chłopaka za rękę. Wizja na wpół obudzonego Rivery ślizgającego się po ośnieżonych chodnikach o piątej rano z własnej nieprzymuszonej woli była na tyle absurdalna by faktycznie trochę poprawić mu humor. Otrzepując dłonie o spodnie by pozbyć się pyłu i wszelkiego zebranego na chodniku syfu, skrzywił się nieznacznie przez lekkie szczypanie naruszonej skóry. Niechętnie przełknął pchającą mu się na język prośbę, by Milo podmuchał jego ała, zakładając, że było to równie nieakceptowalne co wcześniejszy dotyk.
- Czujesz się okay? Jakieś zawroty głowy, duszność, mdłości? - dopytał kontrolnie, odwracając się przodem do kierunku ruchu i kontynuując drogę, tym razem spokojnym spacerowym tempem. - To tam wygląda całkiem przystępnie na śniadanie. Hm? - upewnił się, chociaż sam już skręcał w stronę najbliższego przejścia, by dostać się do niewielkiej kawiarnio-piekarni po drugiej stronie ulicy.
Kilka minut później Dylan wracał do jednego z trzech chybotliwych stolików wystawionych pod markizą wybranego na chybił-trafił lokalu ze zdobyczną kanapką z krewetkami dla Milo, znacznie mniej pożywną, słodką bułeczką w kształcie muszelki z posypką waniliową dla siebie, oraz dwoma butelkami wody. Opadł na jedno z drewnianych, przemalowanych na biało krzeseł po rozłożeniu darowizny na stole i zabrał się za uzupełnianie płynów.
- A jakbyś dostawał krewetki po każdym biegu? - rzucił nagle, zdaje się znikąd, kiedy widok zamówionego przez Milo śniadania zainspirował go do negocjacji. Do momentu otwarcia ust nie planował ciągać go siłą do biegania, jednak najwidoczniej we wspólnym męczeniu się, potykaniu i podnoszeniu na nogi było coś dostatecznie przyjemnego, by chciał kiedyś to powtórzyć. Dopiero po rzuceniu propozycji przekręcił się w bok, by polać wodą kolejno obie dłonie w próbie pozbycia się resztek zanieczyszczeń z otarć na skórze.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Rachityczne skupiska krzeseł i stolików były dokładnie tak samo niegodne zaufania jak wówczas, a ta stałość z jakiegoś powodu bardzo go ucieszyła. Pewne rzeczy pozostawały niezmienne.
一 Dylan, nie musisz... 一 Ale Gauthier już oddalał się w stronę długiej lady i Rivera z nie do końca rozumnym spojrzeniem wbitym w jego plecy przez moment stał bez przekonania w progu, marnując przestrzeń i zasoby na ustalenie czy w kanapce znajdzie pastę z paluszków krabowych czy jednak Dylan ostatecznie zwariował i postanowił przystać na jego szaloną propozycję, czyli jak mu się wydawało - puścić domowy budżet z dymem. I to tylko dlatego, że półprzytomnie palnął, że miał zachciejstwo z łakomstwa.
Postanowił zaczekać jednak na zewnątrz skoro nie był do niczego potrzebny, a i ozdobą był żadną. Dzwonek rozszalał się nad drzwiami kiedy z przypadku puścił drzwi odrobinę za szybko, Rivera wymamrotał ciche „przepraszam” zza szkła i uczynnie poszedł wybrać im miejsce.
Kiedy Gauthier wrócił trzymając w obu rękach śniadanie i dwie butelki z wodą, Milo z zamkniętymi oczami bujał się niebezpiecznie na koślawym krześle i łapał słońce w rozpląsane loki, z których część przykleiła mu się do karku, a niektóre do skroni. Cień jaki padł mu na twarz gdy Dylan przysłonił mu świat skłonił go do uchylenia powiek, a jego spojrzenie skupiło się najpierw na obserwujących go w ciszy bławatkowych błękitach, by następnie w pełni zogniskować się na czymś, co mniej przypominało deser, a bardziej coś, co kojarzył z własnego talerza.
一 O boże 一 przemielił po cichu i w nabożnym skupieniu odebrał od niego kanapkę. Utkwił w niej wzrok, zajrzał do środka po czym momentalnie pognał spojrzeniem z powrotem w stronę Gauthiera.
Uśmiech jakim podziękował mu zanim jeszcze zdążył zrobić to werbalnie był złagodzony nieśmiałością i szczerą, autentyczną wdzięcznością mimo, że wciąż czuł się głupio. 一 Naprawdę krewetki?!
Dźwięk jaki zaledwie chwilę później, po wgryzieniu się zachłannie w brzeg i nadzienie, Milo wydał z siebie pomimo pełnych ust nie brzmiał jak coś, co powinno wybrzmiewać w miejscach publicznych; coś pomiędzy w pełni usatysfakcjonowanym jękiem a czkawką.
W tym czasie Dylan sam zdążył dobrać się do butelki z wodą i gdy Rivera kątem oka przyuważył jak opłukuje sobie dłonie początkowo uznał to za nawyk mycia rąk przed jedzeniem. Potrzebował chwili by zauważyć drobniejsze zadrapania, jakie pokazały się po usunięciu warstwy piasku i kilku źdźbeł trawy.
一 Fh-ekaj 一 wymamrotał z pełnymi ustami, już odkładając na bok kanapkę i otrzepując własne dłonie w spodnie. Przełknął pospiesznie większy kęs zaraz tego żałując, bo prawie się przy tym udusił, wziął od niego butelkę i wykonał jakiś naokrężny gest by zobrazować mu jak powinien pokazać mu swoje ręce.
Wiedział, że Dylan poradziłby sobie świetnie i bez jego pomocy, bez zamieszania, jakiego narobił omal nie strącając ceramicznej popielniczki ze stolika. Był przyzwyczajony do prowadzenia rozmów całym ciałem, więc ilekroć coś mu w tym przeszkadzało - pojawiały się pomniejsze lub większe katastrofy.
一 Mhm, będziesz żyć 一 zawyrokował śmiertelnie poważnym tonem, udając, że potrzebuje jeszcze chwili by ocenić straty; jedną ręką sięgnął na oślep po cienką jak kalka chusteczkę, złapał ich nieco ponad cztery i delikatnie docisnął do tych miejsc, w których po przemyciu z grubsza zwykłą mineralną wciąż sączyły się maleńkie kropelki krwi. Obiektywnie żadna tragedia. Osobiście - Milo miał ochotę wypowiedzieć wojnę wszystkim hydrantom w okolicy. 一 Poza tym... oh, Berto, buen-oh, dzięki!
Rivera nie zarejestrował momentu, w którym właściciel piekarni, tęgi i ledwo mieszczący się w ramie drzwi wejściowych w ciszy godnej agenta sił specjalnych przywędrował do nich po wcześniejszym pooglądaniu ich sobie z boku przez witrynę. Spojrzał najpierw na Riverę, potem na Gauthiera, mrużąc przy tym oczy jakby nie dowidział. Oczywiście Milo znał go za dobrze i wiedział, że Berto uwielbiał udawać na wpół ślepego i od czasu do czasu głuchego, podczas gdy tak naprawdę zawsze wiedział o wszystkim co miało miejsce w dzielnicy zanim komukolwiek innemu przeszłoby to przez myśl.
Mężczyzna wręczył mu nieco zwietrzałą buteleczkę wody utlenionej i zabrał przy okazji popielniczkę przeczuwając, że jeszcze chwila a będzie o jedną stratny.
一 Wygląda na to, że mamy profesjonalny sprzęt 一 zauważył nie mniej zaskoczony. Nie dał sobie zbyt wiele czasu na rozckliwianie się nad gestem, potrzeba bycia praktycznym kazała mu najpierw zająć się siateczką drobnych skaleczeń i zadrapań na dłoniach Dylana. 一 Masz szczęście, mnie częściej dezynfekowali spirytusem.
Po jego minie - zwłaszcza, że aktualnie skupiał się na trafieniu strumieniem w odpowiednie miejsca - ciężko było stwierdzić na pewno czy Milo żartował czy mówił zupełnie poważnie. Znając jednak choć trochę zwyczaje miejscowych i przymus improwizowania ze względu na niezbyt zamożną charakterystykę okolicy, należało przyjąć, że nie przekoloryzował.
一 No i proszę 一 mruknął wreszcie, gdy po odstawieniu pustej butelki na stolik i odciśnięciu nadmiaru pieniącej się wody chusteczkami widocznie spełnił się jako lekarz polowy. 一 Mógłbym to robić zawodowo, prawie jak wytrawianie ścieżek na... nieważne.
Krzesło zgrzytnęło pod nim kiedy wyciągnął się po swoją kanapkę, a na jego twarz powróciło to samo błogie rozanielenie, które wychylało się już na początku, jak tylko rozpoznał nadzienie.
Słońce ślizgało się opieszale po ich udach i łydkach, kiedy schowani w cieniu markizy wyciągnęli je przed siebie. Ulica bardzo powoli budziła się do życia, słychać było otwierane okna, podjeżdżające pod sklepy podstarzałe dostawczaki, kawałek dalej grupka dzieciaków zbierała się właśnie do szkoły. W powietrzu nie czuć było zimy, ale atmosfera świąt była obecna w inne, mniej oczywiste sposoby.
Z witryny uśmiechała się do nich wielka choinka z bibuły i... czegoś, czego nawet sam Rivera nie rozpoznawał, a co wyglądało jak bombka w kształcie croissanta.
一 Na przyszłość, nie możesz mnie tak rozpuszczać 一 wtrącił między jednym kęsem a drugim parę minut później, gdy dawkował sobie każdy kolejny kawałek kanapki patrząc na nią z taką tęsknotą, jakby już mu jej brakowało choć wciąż jeszcze miał ją w dłoniach. 一 Mogę czasami zrobić sobie z tobą spacer, ale nie waż się kupować mi więcej takich rzeczy. To drogie i niedorzeczne, nie ma co ulegać kaprysom.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prychnął pod nosem na dźwięki uciekające z jego gardła podczas wgryzania się w kanapkę, wyrywając się z chwilowego zawieszenia, chociaż nie potrafił zmyć z twarzy własnego uśmiechu podczas prób pobieżnego oporządzenia się.
- Hm? Nie no, luzik, ogarnę, nie musisz się... - jego słabe protesty zanikły gdzieś między odebraniem mu butelki, a pierwszymi kroplami zalewającymi mu skórę już ze strony Milo. Zamilkł i dał mu robić swoje, spoglądając na faktyczny stan swoich rąk po pozbyciu się warstwy brudu i myśląc dokładnie to samo, co ten powiedział na głos chwilę później. Większym zagrożeniem dla jego życia, niż wyskakujący spod ziemi hydrant, okazał się z kolei właściciel lokalu, który nagle pojawił się w polu widzenia Dylana i sprawił, że serce podskoczyło mu do gardła. Mechanicznie wymamrotał podziękowanie jak opóźnione echo Rivery i zdążył skinąć głową z wdzięcznym uśmiechem zanim ten ponownie zniknął za drzwiami. Obrzucił Milo trochę przestraszonym spojrzeniem na wspomnienie o spirytusie, chociaż zostawił to bez komentarza. Na kontakt z wodą utlenioną jego dłoń drgnęła jakby chciał ją wycofać przed atakiem, a nawet po opanowaniu pierwszego instynktu mięśnie palców podskakiwały raz na jakiś czas w ramach protestu przed uporczywym szczypaniem.
- Ty serio znasz tu wszystkich, hm? - zauważył, gdy już zostali sami, dopiero teraz w pełni rejestrując wniosek budujący się od poprzedniego dnia. - To... nowość. Dla mnie. Poza sąsiadką z naprzeciwka wątpię, żeby ktokolwiek z mojego osiedla pamiętał kim jestem, nigdy nie mieliśmy... tego - przyznał, łagodnie marszcząc brwi na dyskomfort środka wgryzającego mu się w rany. Okres dorastania, pomimo otoczenia rodzeństwem i do czasu obojgiem rodziców, zdawał mu się najbardziej odizolowanym czasem w jego życiu. Z dalszą rodziną pozostawioną w Quebecu, ludźmi wkoło skupionymi na własnych problemach i wpojoną niechęcią do proszenia o pomoc, miał wrażenie, że przebrnął przez wiele lat życia odcięty od reszty społeczeństwa. Kojarzył kilka ekspedientek przewijających się w sklepach osiedlowych, pamiętał jak zdarzyło mu się dostać pod ladą gumę kulkę, albo jak przymknięto oko na brakujące centy, gdy przepuszczał resztę kieszonkowego na słodycze, jednak w tej chwili nie potrafiłby stwierdzić czy którakolwiek z nich wciąż tam pracowała. I pomimo słynnej kanadyjskiej uprzejmości, wątpił by w domowych stronach ktokolwiek obcy wyszedł z lokalu w innym celu niż upomnienie go, że ich lokal to nie ostry dyżur. - Nie żebym był zaskoczony, ale zdaje się, że wszyscy chcieliby cię tu z powrotem - dodał z łagodnym uśmiechem, podnosząc wzrok na swojego amatorskiego pielęgniarza. Od barmana świętującego jego powrót jedzeniem na koszt firmy, przez grupę znajomych gotowych dla niego zarówno zaakceptować kogoś z zewnątrz, jak i, bez dwóch zdań, sprać mu tyłek jakby przekroczył niepisaną granicę, po wybrany losowo lokal z właścicielem oferującym niemą uprzejmość, jakby Milo nigdy nie wyjechał z Kalifornii. Z każdą spędzoną tam chwilą Dylan coraz lepiej rozumiał, że to faktycznie było jego miejsce na ziemi.
- Na..? Nie przerywaj teraz, mów mi więcej o tym, jak przypominam ci... co? Płytki jakieśtam? Obwody elektryczne? Każdy facet chciałby to usłyszeć - podkreślił, przejmując od niego chusteczki by dokończyć usuwanie resztek wody utlenionej spomiędzy palców. - Dzięki - dodał, już mniej za samo porównanie, a bardziej za cały proces zajęcia się jego drobnymi urazami. Rumieniec trzymający się jego twarzy miał już mało do czynienia ze zmęczeniem podczas biegu, oraz samym upadkiem, a łagodna nieśmiałość sugerowała, że nie był do końca przyzwyczajony do bycia po drugiej stronie tego typu gestów. Odzyskując swobodę ruchów, sięgnął po swój śniadaniowy deser jeszcze lekko mrowiącymi dłońmi, starając się używać wyłącznie czubków palców by nie usyfić się słodką posypką. Kiedy usłyszał absurdalne stwierdzenie padające z ust Milo, spojrzał na niego jakby wyrosła mu druga głowa, z kciukiem wciśniętym między wargi w trakcie zlizywania z opuszki wanilii. Zmrużył oczy i przez chwilę patrzył na niego, jakby poważnie coś rozważał, po czym pokręcił głową.
- Wniosek odrzucony - poinformował go tonem urzędnika, odkładając na chwilę resztkę bułeczki na stół. - Chyba się nie rozumiemy, skarbie, niedorzeczne w tej chwili jest tylko to, że myślisz, że masz cokolwiek do gadania w tym temacie - wytknął, zniżonym tonem, chociaż nikt nie znajdował się dość blisko by dosłyszeć ich rozmowę. - Dla ciebie to kaprys, dla mnie życiowa misja, bo o ile nie jestem w stanie dać ci wszystkiego, na co zasługujesz, nie znaczy że zamierzam przestać próbować - dorzucił, puszczając mu oczko i odchylając się na oparcie krzesła z większości opróżnioną butelką wody. - Kwestię rozpuszczania zostaw mi, a ty możesz zająć się swoją kanapką, przez którą naprawdę nie zbankrutujemy - dodał jeszcze, by rozwiać wszelkie wątpliwości, nawet nie łapiąc się na instynktownym uznawaniu ich jako jednostki pod względem finansów. Poza podstawowymi wydatkami domowymi wszystko ogarniali osobno, jednak tak jak w alternatywnej wizji swojego życia, gdzie przy pierwszej lepszej okazji kupiłby im willę, tak nie wątpił, że na potencjalne dno też poszliby razem.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Czymś, do czego zawsze go ciągnęło i wątpił, by to się miało kiedykolwiek zmienić.
Nie wiedział czy była to pamięć ulic, na których pod czujnym okiem nieba, ulicznych latarni - rzadziej miejskich kamer - sypiał skulony w kącie czy pod schodami, krwawił i lizał rany lub po prostu próbował dożyć kolejnego dnia. Może to była pamięć ludzi, których spotkał po drodze, tych patrzących krzywo albo wcale, rzadziej serdecznie, sporadycznie - gorzej - współczująco, jakby ich empatia miała rozwiązać każdy jego problem. Z takiej charytatywnej, czysto teoretycznej uprzejmości nie wynikały żadne konkrety, wiedział o tym, ale rozumiał, że ludzie potrzebowali takich bezproduktywnych aktów dobroci dla własnego komfortu.
Może chodziło o jego pamięć.
Może dlatego intuicyjnie wracał w te same miejsca, które na zasadzie wzajemności pamiętały również o nim, a tak się składało, że większość z nich mieściła się przy El Camino?
一 To chyba po prostu specyfika tej dzielnicy 一 stwierdził po chwili, gdy uporał się z grubsza z jakąś niewygodnej o tej porze dnia introspektywą. 一 Niektórzy mieszkają tu od pokoleń, ale większość po prostu pojawiła się tu pewnego dnia i już została. Nikt nie pyta o to co było zanim, ważniejsze jest to, co jest. O przeszłość niebezpiecznie pytać, przyszłość to luksus na jaki mało kogo stać. Żyjemy teraźniejszością i patrzymy obcym na ręce. To jest... bardzo proste, gdy się nad tym zastanowić, wiesz? 一 Milo przestał na moment pogryzać kanapkę i spojrzał na zbiorowisko wróbli kąpiących się w piachu w krzakach ligustru po drugiej stronie ulicy. Niewiele myśląc wyciągnął się na swoim krześle w przód, odskubał większy kawałek skórki i rzucił im by nie odleciały z niczym. 一 Poza tym mamy dobrą pamięć, tę... czekaj, jest na to jakieś słowo, mam je na końcu języka. Hmm... aha, tak, kolektywną, pamięć zbiorową, o to mi chodziło. To prawda, że lubimy sobie pogadać, jesteśmy głośni i impulsywni, ale co najważniejsze jest zawsze w gestach, wiesz? Takie małe akty dobroci, nie wiem jak to nazwać. Berto na przykład 一 przerwał, ale nie po to by zbudować właściwe dla nowej anegdotki napięcie; Milo chciał tylko wgryźć się w kanapkę, jakiej skrawek pozostał mu w ręku. 一 Nie wiem czy kiedykolwiek zamieniłem z nim choć parę słów o czymś innym jak... nie wiem. Ale pamiętam, że uczyłem tego jego dzieciaka tabliczki mnożenia, a Diego pomagał mu wymienić kiedyś witrynę jak jakiś gringo wjechał mu w nią samochodem. Wszystko sprowadza się do tego, że skoro nie mamy nikogo poza tą, nazwijmy to, enklawą, musieliśmy nauczyć się liczyć na siebie nawzajem. Być może u was wygląda to inaczej, bo łączy was przede wszystkim adres, a nie konieczność.
Rivera dokończył swój nieco rozwlekły, nadspodziewanie głęboki wywód na temat lokalnych mikrospołeczności i po spostrzeżeniu plamy sosu na swoim kciuku zlizał ją z lubością, w ten sposób żegnając się z najlepszą kanapką jaką jadł od co najmniej kilku miesięcy.
Nie żebym był zaskoczony, ale zdaje się, że wszyscy chcieliby cię tu z powrotem.
Milo uśmiechnął się koślawo, uchwycony tym stwierdzeniem w nagłej niezręczności towarzyszącej czemuś, o czym się wiedziało, ale nigdy nie wspominano na głos. Patrzył, jak słońce przelewało się gładko poprzez odsłonięte kostki, jak lizało każdy zakamarek znoszonych butów i chwytało za nogawki spodni; nie wiedział co odpowiedzieć. Wiedział co powinien był, zdawał sobie sprawę z tego, czego sam w głębi serca pragnął, jednak nie potrafił jeszcze rozpoznać, czy były to te same opcje ubrane w inne słowa.
一 To jedyne miejsce, które kiedykolwiek chciało mnie z powrotem 一 zaakcentował, czując konieczność podkreślenia tego precedensu. 一 Może dlatego Sacramento, Kalifornia tak naprawdę... chyba?
Dylemat, który nie tyle dręczył go co uwierał od czasu do czasu był obecny i w tym nieprecyzyjnym pytaniu rzuconym w eter; nie potrafił rozpoznać, czy w gruncie rzeczy kierował nim sentyment, oczywisty z punktu widzenia doświadczeń, przewidywalność tego, co mógł w tych miejscach odnaleźć, czy wyłącznie dawno temu przyjął za pewnik, że jest to jedyne co mógł zdefiniować mianem domu, a co znajdowało się w jego zasięgu.
Konflikt był o tyle bardziej zauważalny ostatnimi czasy, o ile ni z tego ni z owego Milo intuicyjnie zaczął przypisywać tę właściwość nie przestrzeniom, przedmiotom czy konturom ścian - ale człowiekowi, który siedząc obok i trącając go co raz kolanem zlizywał właśnie waniliową kruszonkę ze swoich palców.
Dla kogoś, kto z dnia na dzień zmuszany był do pakowania całego swojego życia w jedną walizkę było to odkrycie tak groteskowe, że na ten moment Milo był w stanie co najwyżej obserwować fenomen z odległości i oczekiwać, aż sam się przed nim rozłoży.
Słuchając jednym uchem o swoich ograniczonych prawach co do podejmowania dyskusji w zakresie wychodzenia na przeciw irracjonalnym zachciejstwom Milo prychnął krótko i cicho przez nos. Zmiął w dłoniach obtłuszczony papier po kanapce, dyskretnie wysunął sobie wcześniej serwetkę z logo kawiarenki i upchnął w kieszeń, a głowę wsparł na dłoni patrząc z ukosa na Gauthiera i z uśmiechem sygnalizującym pogodzenie się z losem. Pomimo, że Rivera był raczej zwolennikiem czynu, odkrył właśnie, że mógłby słuchać jego obietnic i zapowiedzi wszelkich starań bez końca.
Bo może właśnie o to chodziło w tym wszystkim - nie żeby dostać, tylko żeby wiedzieć, czuć, rozumieć, że był ktoś, kto całym sobą aż po kontur realnych możliwości gotów był zrobić wiele i przynajmniej spróbować.
一 Jak to wygląda u was? Takie życie na osiedlach, z trawnikami i grillem, i... na takim mieszkałeś, czy przestrzeliłem? Jak to było?
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dbacie o swoich - podsumował cicho, kiwając głową na znak, że wyjaśnienie miało dla niego sens. Świadomość tego, z czym Rivera musiał zmagać się do dnia dzisiejszego na terenie miasta, które teoretycznie miało być jego nowym domem, dodawała perspektywy do wszystkiego, co miał okazję zaobserwować tutaj. Z czystym sumieniem nie mógł ich do końca winić za nieufność względem samego siebie, nawet jeśli personalnie musiał się jeszcze z tym przegryźć. Jeśli osoby z zewnątrz kojarzyły im się przede wszystkim z rozbitymi witrynami, wyzwiskami i zagrożeniem dla życia, mało kto po raz kolejny nadstawiałby drugi policzek. - Szczerze mówiąc cieszę się, że jakbym w jakiś sposób, debilnie zrobił ci krzywdę, miałbym do czynienia z wianuszkiem osób chętnych oklepać mi mordę - przyznał, unosząc kącik ust. W tym całkowicie hipotetycznym scenariuszu uznawał to w pełni zasłużone, a myśl o tym, że Milo miał w zanadrzu osoby przejmujące się jego bezpieczeństwem, zapewniała mu trochę komfortu. Nawet pogadanka z Diego, o ile grająca mu na nerwach w momencie, gdy złapał go samego przed wyjściem do baru, stanowiła gwarant, że ktoś zawsze czuwał gdzieś nad jego głową. Przynajmniej dopóki znajdowali się w Sacramento.
Ciężar podkreślenia jedynego miejsca osiadł wkoło nich, na chwilę wpychając Gauthiera w potrzebę rozważenia tych słów w milczeniu. Instynktownie chciałby wyciągnąć rękę przez stół i ścisnąć jego palce, jednak świadomość niechcianych oczu skierowała jego dłoń w stronę papierka po kanapce Milo, od którego oderwał rożek i zaczął składać go w coraz mniejszą kostkę.
- Twoje miejsce na ziemi? Widać - przyznał, przechylając głowę nad lewym ramieniem i posyłając mu wesołe spojrzenie. - Jakbyś chciał tu wrócić to możemy to rozważyć. Chyba byłbym w stanie przyzwyczaić się do tego słońca zimą - dodał, z początku na poważnie, później przechodząc bardziej w stronę żartu, kiedy uśmiechał się w stronę podnoszącej się ponad budynkami kuli światła i zasłaniał sobie twarz dłonią by nie dostać nim prosto po oczach. Co jedna sesja biegania w grudniu bez potrzeby zapinania się pod szyję robiła z człowiekiem. O potencjalnej przeprowadzce rozmawiali już wcześniej, między malowanymi kwiatkami i kubkami kakao, jednak wtedy była to czysto teoretyczna rozmowa i Dylan nie miał wszystkich informacji. Aktualnie wystarczyło, że spojrzał na Milo, to jak funkcjonował pod kalifornijskim słońcem, i sam zaczynał mielić w głowie wizję życia na wybrzeżu. I to nie tylko okazjonalnie podczas urlopów. Oczywiście, nie musieli tworzyć jeszcze konkretnych planów - sam miał przed sobą jeszcze półtora roku magisterki, a Milo bliżej nieokreślony czas na uniwersytecie w zależności od wybranej ścieżki - jednak mogli je powoli zbierać. Nawet to lubił, wybieganie myślami o kilka lat do przodu i wyobrażanie sobie gdzie mogliby się wtedy znajdować. Poza tym, że cały czas tuż obok siebie, opcje były praktycznie nieskończone.
- I dzięki. Chciałem podziękować już wczoraj po powrocie, ale trochę mnie rozproszyłeś - wytknął, chociaż jego uśmiech sugerował, że chętnie przyjąłby takie rozpraszanie częściej. - Na pewno wiedziałeś, że zabranie mnie tutaj nie będzie do końca łatwe, ale i tak pokazujesz mi swoje ulubione miejsca, wychodzisz ze mną biegać i nadstawiasz za mnie karku, i nie masz pojęcia ile to zaufanie dla mnie znaczy, więc... Dziękuję - mruknął, pozwalając sobie na trochę ckliwości, skoro już przeszli na tematy nieco głębsze niż wzajemne nabijanie się ze swojej niezdarności. Im więcej czasu spędzał w tej okolicy, tym bardziej czuł się jakby Milo wbrew wszelkim niedogodnościom pokazywał mu swój mały skarb, trzymany wcześniej blisko serca, poza zasięgiem wzroku. I był za to wdzięczny tak samo, jak za fakt, że odważył się przed nim pokazać bez ochronnej warstwy wierzchniej. W ciągu dwóch dni odkrywał o nim więcej niż kiedykolwiek mógłby się spodziewać i ciężko było mu to ubrać w słowa. Zwłaszcza to, czego sam jeszcze do końca nie pojmował.
Zmarszczył czoło, przeżuwając ostatni kawałek swojego śniadania i spoglądając na Riverę najpierw pytająco, a później z łagodnym rozbawieniem, kiedy ten opowiadał jak wyobrażał sobie jego dojrzewanie.
- To brzmi jak ten... amerykański sen? Czy ja ci wyglądam na wychowanego na... Albo nie odpowiadaj - prychnął pod nosem, unosząc dłoń by powstrzymać potencjalną odpowiedź na niedokończone pytanie. Dopiero teraz zdawał sobie sprawę, że nigdy nie opowiadał mu zbyt wiele o swoim dzieciństwie, a te skrawki informacji, którymi się dzielił, krążyły wkoło tematu jego matki, tego czym się interesował i jego relacji z rodzeństwem. Tematyka faktycznych warunków życia dotychczas nie wydawała się w żaden sposób istotna. - Większość życia spędziłem w blokach, więc słabo z grillami, ale kilka trawników się znalazło. Jeszcze w Quebecu mieliśmy fajne osiedle, mieszkaliśmy ulicę od dziadków, kilka minut od jakoś trzech różnych ciotek i to oni się mną przerzucali kiedy rodzice nie mieli czasu, bo szkoła, praca, wiesz - machnął ręką lekceważąco. - Miałem kumpla piętro niżej, chodził ze mną do klasy i miał konsolę, więc oczywiście przesiadywałem u niego częściej niż we własnym domu. A i mieliśmy boisko do kosza, trochę zarośnięte i bez faktycznych siatek, ale potrafiliśmy tam siedzieć do nocy, aż czyjaś matka nie zaczynała krzyczeć z okna - na to uśmiechnął się z pewną tęsknotą to trochę łatwiejszych czasów. Przed kontynuacją wypuścił cięższy oddech i oparł się przedramionami o blat stolika. - Potem było Toronto, trochę większe mieszkanie, ale nie znaliśmy nikogo i.... Tak w sumie zostało. Rodzice byli zajęci pracą, ja nie chciałem za cholerę używać angielskiego na co dzień, a tym bardziej szukać nowych znajomych, kiedy dopiero co zabrali mi poprzednich, a ludzie wkoło żyli swoim życiem. Ta, hm, ta sąsiadka z naprzeciwka, starsza pani, jak dowiedziała się o diagnozie mojej matki parę razy przyniosła nam domowy obiad i dopytywała czy może z czymś pomóc, ale nie chcieliśmy jej wykorzystywać i, zresztą, radziliśmy sobie sami, więc... - przyznał i wzruszył ramionami. Patrząc na to wstecz, być może powinien złamać się szybciej i poszukać wsparcia poza domem, jednak w chwili aktualnej widział tylko to, że polegał na nim ojciec, matka i rodzeństwo. Nic innego się nie liczyło. - Z całą resztą mijaliśmy się na klatce i tak zostało już do przeprowadzki - podsumował, po czym błysnął łagodnym uśmiechem. - Faktyczny trawnik doszedł jak już byłem na wylocie, końcówka liceum. Cédric kupił sobie dom, znaczy nam, bo miałem tam zostać, ale to było dosłownie kilka miesięcy przed... no - uciął i postukał się palcem w bliznę na obojczyku. - Po rehabilitacji zwiałem do akademika, więc o życie na przedmieściach musiałbyś dopytać Olivera, on ci pewnie więcej opowie o imprezach w ogródku i czy sąsiedzi czasem proszą o mąkę - zasugerował, podpierając policzek na dłoni z ciepłym uśmiechem na twarzy. Myśl o młodszym rodzeństwie, prowadzącym stereotypowe życie nastolatków w domku jednorodzinnym, dawała mu pewną satysfakcję. Wykonał swoją robotę do czasu aż ojciec wziął się w garść na tyle, na ile potrafił, zapewniając najmłodszym członkom rodziny przynajmniej kilka lat w miarę spokojnych warunków dojrzewania. Nie mógł prosić o więcej.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Uważał to za niezwykłe, że w jednym tylko dniu potrafiło zmieścić się ich kilka, a te same przedmioty czy powtarzalne w każdym miejscu pozornie identyczne procesy potrafiły różnić się tym tempem diametralnie, mimo że innym łatwo było ten fenomen uchwycić.
Najprostszym przykładem był, jego przynajmniej zdaniem, ruch ulic dzielony na akty - o poranku, w południe, popołudniem, wieczorem oraz nocą, gdzie ta sama municypalna arteria kostki, betonu, zabiedzonej zieleni i pośpiechu różnej natury. Ten sam cykl odmieniał się później kolejno przez dzielnice i Milo nigdy by się nie zgodził na zrównanie prędkości centrum z prędkością przedmieścia, gdzie życie zwalniało znacząco i oddech - przymknięcie oczu - uśmiech, wszystkie trwały dłużej niż w samym sercu miasta.
Tak czuł się tylko w Ensenadzie, Sacramento, niektórych szczególnych miejscach na mapie wybrzeża i w Toronto. Czuł również, że sam rezonował w nich inaczej - nie potrafiłby dokładnie wskazać różnicy, ale Dylan prawdopodobnie zaczynał zauważać różnicę odkąd tylko wysiedli z samolotu - a znajome otoczenie reagowało natychmiast dostrajając się do tej wibracji.
一 Hmm? Nie no, co ty... 一 przemruknął bez przekonania, w pierwszej chwili odbierając sugestię jako żart. Przestał nawet stukać czubkami palców o lepki blat i z ubawionym, szerokim uśmiechem posłał mu pytające spojrzenie tylko po to, by nabrać wątpliwości. Uśmiech zaczynał przysychać mu na wargach, Milo skubnął je więc zębami - dolną wargę - i pokręcił głową wprawiając w ruch kilka ciemnych sprężynek włosów. 一 Wiesz, nie powiem, że bym nie chciał 一 przyznał po paru sekundach ciszy, jaka przekonała go do wyjścia z własnym punktem widzenia. Jego perspektywa była jeszcze niedojrzała, pozbawiona szczegółów i mglista, ale powoli kształtowała się nawet bez udziału jego świadomości; nigdy nie planował niczego zbyt daleko do przodu z przyzwyczajenia i tak było zresztą praktyczniej, nie wspominając o tym, że jak dotąd uwzględniał tylko siebie i wciąż uczył się nowego podejścia. 一 Myślisz, że może kiedyś, tak czysto teoretycznie, dałbyś radę się tu odnaleźć? Może nie konkretnie w El Camino, ale Kalifornia jest... wybrzeże jest długie, prawie zawsze ciepłe i może... no, ale to ewentualnie w przyszłości.
Rivera cofnął się o krok w swojej wielkiej wizji po części speszony, a częściowo zaskoczony tym z jaką łatwością zaangażował się w wyobrażenie o wspólnym kawałku plaży albo czegokolwiek, co potencjalnie mogliby mieć w bliżej nieokreślonej przyszłości. Nie wiedział czy byłoby to w ogóle możliwe finansowo, ale nagłe ukucie wyobrażenia tego odległego kiedyś bez Dylana orbitującego w tej codzienności przeraziło go bardziej niż myśl o morderczej racie kredytu.
Właściwie to czy on właśnie...?
Na całe szczęście Gauthier zdążył wybawić go od nadmiernych trosk i trudów myślenia i Milo się zmieszał, dość, by uciec spojrzeniem w stronę swoich rozchodzonych butów sportowych pamiętających jeszcze czasy jego wycieczek za miasto.
一 Prawdę mówiąc to chyba ja powinienem podziękować tobie 一 cmoknął z przekąsem, jakby liczył, że sprawa wyjaśni się sama przez siebie bez konieczności podnoszenia jej w rozmowie. Niezbyt wygodnie było mu z przyznaniem na głos, że - choć było to raczej oczywiste - rzeczywiście mu ufał. 一 Wiem, że nie jest łatwo i to specyficzne środowisko, ale to też nie jest tak, że muszę się tu specjalnie gimnastykować. Pewnie w ogóle nie zwracaliby na ciebie uwagi gdybyśmy zostali na trochę dłużej, trzeba cię tylko było wprowadzić. Reszta to twoja robota, mnie nie mieszaj.
Stuknął go czubkiem buta w podeszwę, chcąc zaczepić i dać znać, że po krótkiej analizie zaangażowania z obu stron w cały ten szalony społeczny eksperyment wyszli na równo, wliczając w to spontaniczną wymianę wrażeń z poprzedniej nocy.
Ponieważ trudność w wyłapywaniu pytań retorycznych dotyczyła go w tym samym stopniu co nieumiejętność rozpoznawania aluzji, Milo już otwierał usta by z beznadziejną prostolinijnością odpowiedzieć, że owszem, Dylan wyglądał mu na takiego, co wychował się na pedantycznym białym osiedlu, ale zamknął je uprzedzony, by się nie zapędzał.
Niewiele wiedział na temat przeszłości Gauthiera poza tym, że życie dość szybko pozbawiło go przywileju dzieciństwa i zmusiło do przyjęcia roli, której chłopak w jego wieku nie powinien był znać z własnego doświadczenia. Pamiętał, że był najstarszym z rodzeństwa, że niejednoznaczna relacja z matką odbiła się na nim tak głęboko jak blizny, które pozwolił mu wczoraj oglądać, a których przyczyny Milo upatrywał na długo przed tym, jak Dylan choćby spojrzał na motocykl.
一 Kumpla? 一 Rivera uniósł brew udając uprzejmy sceptyzm. Jednocześnie kąciki ust podwinęły mu się przekreślając efekt, jaki próbował uzyskać. 一 Ach. Czyli byłeś tym dzieciakiem, który uparcie wolał po swojemu zamiast jedynym słusznym...?
Oczywiście nie wypominał mu tego na poważnie; sam długo odmawiał jakichkolwiek rozmów w języku innym niż rodzimy hiszpański, poniekąd dlatego, że obcość brzmienia i dziurawość jego pojęcia o gramatyce angielskiego skutecznie go zniechęcały, a po części dlatego, że kurczowo trzymając się tych ochłapów codzienności jaka była mu bliska i znajoma nie czuł się tak, jakby miał się lada moment rozpaść. Nie wiedział na pewno ale podejrzewał, że również w przypadku Dylana mógł to być mały akt buntu wobec rzeczywistości, w jaką bez zgody czy choćby pytania został nagle wepchnięty.
一 Może to dlatego, że teraz prawie wszędzie ludzie żyją tylko na chwilę. Wiesz o czy mówię? Tak, że z myślą o tym, by za parę lat wyjechać. To raczej nie zachęca do zacieśniania więzów, mówię też trochę z własnego doświadczenia i... czekaj, kim jest Cédric?
Milo miał beznadziejną pamięć do imion.
Z jakiegoś powodu dobrze pamiętał o Oliverze, wystarczyło, że kiedyś raz o nim usłyszał, ale Cédric?
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- W ewentualnej, czysto teoretycznej przyszłości? Mógłbym - odparł, uśmiechając się ubawiony jego potrzebą rozcieńczenia tej sugestii do najbardziej hipotetycznego stanu. - W tej bardziej praktycznej też, macie tu całkiem ładnie. Tylko nie mogę obiecać, że latem nie spakuję manatków i nie wrócę do bardziej zdatnej do życia temperatury - ostrzegł, opierając swoją wiedzę wyłącznie na tej garstce informacji jaką miał na temat tych okolic, oraz założeniu dotyczącym własnej tolerancji na ciepło. Ciężko było to przewidzieć, kiedy nigdy nie doświadczył faktycznego kalifornijskiego lata na własnej skórze. - Nie oczekuję, że tu i teraz zrobimy plany na resztę życia, spokojnie. Powiedzmy tylko, że nie wykluczam tej opcji - dorzucił w ramach wyjaśnienia własnego toku myślenia. Potrzebowali tylko czasu i chęci, a tego zdaje się, że mieli w zapasie. A jeśli mieliby spędzić część życia w rozjazdach, szukając swojego idealnego, wspólnego miejsca na ziemi, także nie miałby nic przeciwko.
Z uniesioną pytająco brwią poczekał na wyjaśnienie dlaczego sam zasłużył na jakąkolwiek wdzięczność i do samego końca tego w pełni nie pojął, więc tylko luźno pokręcił głową z łagodnym uśmiechem na słabego kopniaka pod stołem. Takie małe gesty znaczyły dla niego wiele, stanowiły fizyczne przypomnienie o jego bliskości i były dla niego równie naturalne i już całkowicie bezmyślne, co mile widziane zwłaszcza w takich chwilach. Szturchanie kolanem, łokciem, czubkiem trampka, bezmyślny dotyk gdy mijali się między szafką kuchenną a lodówką, trącanie się palcami pod stołem, kiedy unikali nieproszonych spojrzeń, czasem niosło większą wagę niż pocałunki skradzione w komforcie własnych czterech ścian.
- Kumpla - powtórzył powoli, w pierwszej chwili nie pojmując dlaczego ze wszystkiego to zostało zakwestionowane, po czym uśmiechnął się i przewrócił oczami. - Tylko kumpla. Pierwszego crusha miałem jakoś w liceum, pierwszą dziewczynę już na studiach - przyznał, ot w ramach ciekawostki, skoro już zaczął temat. Ominęło go to całe podstawówkowe trzymanie się za ręce, ciągnięcie dziewczyn za warkoczyki i wzdychanie do najlepszego przyjaciela, stąd aktywnie nadrabiał to ostatnie przez cały zeszły rok. - Au diable ce langage insipide - wymamrotał pod nosem w ramach potwierdzenia, że angielski wciąż wydawał mu się tą gorszą alternatywą, której używał przede wszystkim z konieczności, a nie szczerych chęci. Oceniając po częstości hiszpańskich wstawek i sytuacjach, kiedy Milo salwował się nimi by lepiej wyrazić swoje myśli i emocje, nie wątpił, że z jego strony wyglądało to podobnie.
- Hm? A, moim ojcem - odparł, nawet nieszczególnie zaskoczony, że nigdy nie wspominał o nim dostatecznie dużo, by to imię cokolwiek dla niego znaczyło. - Jak będziesz chciał możemy go kiedyś odwiedzić. Myślał, że przyjdziemy na święta, więc pewnie chętnie pozna cię przy innej okazji. Tak czy siak mamy otwarte zaproszenie - podrzucił, podchodząc do tematu trochę jakby planował wypad do urzędu. Wątpił, by ten był szczerze zainteresowany jego życiem, jednak miał wrażenie, że z wiekiem coraz bardziej starał się naprawić swoje wcześniejsze błędy. Na informację o ich wyjeździe, i tym samym pierwszej okazji podczas której Dylan omijał rodzinne święta, zdawał się na tyle zaskoczony, jakby ta ewentualność nawet nie przeszła mu przez myśl. Przypominało to zarówno pierwszą rozmowę po jego ucieczce z domu, jak i poruszenie kwestii wyprowadzki do akademika, za każdym razem Cédric zdawał się na nowo odkrywać, że jego syn nie będzie zawsze na wyciągnięcie ręki. - Dzieciarnia też chce cię poznać - dodał z łagodnym uśmiechem, nie przyjmując do wiadomości faktu, że oboje byli już praktycznie dorośli. Wraz z wypowiedzeniem tego jednego zdania coś niewygodnie zakręciło mu się w klatce piersiowej; miał pełną świadomość, że jakby się postarali, znaleźliby moment na spotkanie dużo wcześniej, zamiast czekać na rodzinne święta. Zrobiłby dla tej dwójki wiele, jednocześnie czuł wyraźnie, że w ostatnich latach znacząco się od siebie oddalili i większość wspólnych planów było wyłącznie teoretycznymi pomysłami rzucanymi w eter. Jeśli działo się coś złego potrafił rzucić wszystko i wyratować ich z opałów w środku nocy, pisali ze sobą regularnie, jednak pomimo mieszkania w jednym mieście od dawna nie spędzali ze sobą czasu tylko dlatego, że mieli na to ochotę. I gdzieś w głębi Dylan wiedział, że dystans powstał z jego własnej winy.
- Myślisz, że Estella już ma dla nas jakąś pilną misję specjalną? - rzucił by odwrócić własną uwagę, zbierając papierki i serwetki ze stolika. - Miałem plan ścigać się z powrotem, ale znaj moją wspaniałomyślność, możemy zrobić z tego spacer - wyznał, spoglądając na niego zaczepnie i podnosząc się z krzesła. O ile przerwa śniadaniowa była wyjątkowo przyjemna, nie mogli siedzieć tam cały dzień. Przynajmniej nie kiedy Gauthier miał ambitny plan przypodobania się pewnej pani domu.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Sam natomiast potrafił zdobyć się najwyżej na sugestywne żarty - z jakich wycofywał się moment później, zanim nie daj boże wynikłaby z tego jakaś głębsza dyskusja - i długie, niezdrowo skoncentrowane na jego plecach spojrzenia, uciekające z powrotem w książkę lub telefon gdy Dylan odwracał się w jego stronę.
一 Nie zrozumiałem ani słowa 一 oświadczył płasko, nawet nie próbując udawać, że zrozumiał choćby połowę. Wciąż odmawiał nauki języka francuskiego twierdząc, że hiszpański wystarcza mu w zupełności, a angielski opanował dość by porozumieć się w każdym interesującym go temacie.
Milo przestał bujać się z krzesłem po czym posłał mu zaskoczone spojrzenie, z pojedynczą zmarszczką wstawioną niby przecinek między brwi.
一 Mówisz do ojca po imieniu? 一 zdziwił się otwarcie i szczerze, z miną wyrażającą jednocześnie głęboką konsternację i szok. Jego rodzinne relacje były dalekie od jakiejkolwiek akceptowalności, ale pewne rzeczy były tak trwale wpisane w kod kulturowy, że Milo nie wyobrażał sobie innych możliwości. Mógł darzyć własnego ojca żarliwą i płynącą prosto z serca nienawiścią, jednak możliwe, że prędzej odgryzłby sobie język niż zwrócił się do niego po imieniu, nie tylko dlatego, że w odpowiedzi oberwałby dość by nakryć się nogami. To po prostu nie wypadało. 一 Czekaj. Mieliśmy zaproszenie na święta?
Nie potrafił przypomnieć sobie tej rozmowy.
Zacisnął mocniej palce na krawędzi plastikowego krzesła pomiędzy swoimi nogami usiłując ustalić, czy Dylan faktycznie o tym zapomniał czy sprawa była o wiele bardziej prozaiczna - i do tej wersji Rivera przychylał się o wiele bardziej; zasłyszał jednym uchem i wypuścił drugim, zbyt skupiony na egzaminach i projektach semestralnych by wcisnąć kolejną informację.
Kolejna nowość uśpiła jego czujność, bo krzesło nagle zachwiało się i przez moment Milo zawisł na granicy życia i śmierci, pionu i poziomu, godności i ośmieszenia. W ostatniej chwili uchwycił się kurczowo krawędzi stołu i prawie wyrżnął brodą w blat.
一 ...chcą? 一 wymamrotał niemrawo, ze wzrokiem błądzącym niespokojnie po plamach odbarwionych na ceracie. Żołądek wciąż miał upchnięty wyżej niż naturalnie i nie był pewien czy to przez dramatyczny przechył sprzed chwili czy dlatego, że pobieżne wyobrażenie o spotkaniu z rodziną Gauthiera wywróciło mu wszystko do góry nogami.
Nie miał doświadczenia ze zwykłymi, niepatologicznymi rodzinami. Estella i Diego byli najbliżej czegoś, co mógłby tym mianem określić, ale wciąż nie tworzyli spójnego obrazu, z którym można było wyjść do ludzi i mierzyć ich tą samą miarą. Milo uwielbiał panią Flores, pewnikiem dałby się za nią pokroić tępym plastikowym nożem, za Diego zaś oddałby kolekcję komiksów (ale nie rękę, bo za dobrze go znał). Z tym, że czym innym była patchworkowa relacja trójki osób zdanych na siebie bo w takim układzie łatwiej było o dach nad głową, opłatę rachunków i wyżywienie, a czym innym ta z krwi i doświadczeń, nie zawsze dobrych, ale bliskich sercu bez względu na okoliczności. Milo nie miał złudzeń; dawno temu odkrył, że Estella widziała w nim swojego przedwcześnie zmarłego syna, a Diego chadzał własnymi ścieżkami nie różniąc się w tym od Pablo. Łączyła ich nawet ta sama obietnica - zawsze będę obok - i której obaj nie dotrzymali.
一 To świetnie 一 odezwał się wreszcie, kiedy kilka głębokich oddechów uziemiło go dość aby znów zaczął myśleć trzeźwo. 一 W sensie, jasne, chętnie zobaczę twoje małe kopie, i oczywiście ojca, jego też chętnie poznam. 一 Uśmiechnął się blado, niezbyt przekonująco, ale kiedy w ustach poczuł znajomą nieprzyjemną gorycz postarał się bardziej. Uśmiech stał się szerszy, sięgnął nawet oczu, ale nie wywabił dołeczków w policzkach. Chyba nie był gotowy na tę rozmowę ani na to spotkanie.
一 Myślę, że ma ich więcej niż jedną. 一 Z ulgą podłapał zmianę tematu, tak, jakby była ostatnią deską ratunkową jakiej mógł się chwycić, nie licząc stołu, na którym wciąż zaciskał palce, pomimo że od paru minut nie bujał się już na krześle. 一 Podejrzewam, że nawet z tuzin jak ją znam. Co, tak się jej boisz, że zamiast sprintu wolisz trasę wycieczkową?
Estella krążyła po domu od dobrych piętnastu minut i rozstawiała Diego po kątach nie mając litości. Milo nie miał pojęcia czym podpadł, ale podczas gdy on z Dylanem jedli w spokoju omlet z papryką i pieczarkami popijając kawę zbożową, Camarena w pocie czoła biegał po mieszkaniu znosząc z poddasza pudła z ozdobami świątecznymi udając przy tym, że świetnie się bawi. Na każdy grymas niezadowolenia obrywał od pani Flores przykurzoną palmą, która znalazła się w jednym z kartonów.
一 Pamiętam jak razem z Estebanem urządzaliśmy święta 一 zagadnęła ich, kiedy nienaturalnie cicho wpłynęła do kuchni i stanęła im za plecami, na co Milo zakrztusił się pieczarką i dopiero po przyłożeniu sobie prosto w pierś zwiniętą pięścią odzyskał oddech. 一 Nie przepadał za nimi, wiesz? Raz mieliśmy popłynąć na Karaiby, bardzo romantyczny rejs, wszystko gotowe, a tu nagle córka zadzwoniła, że przyjedzie na boże narodzenie. Wyobrażasz sobie?
Milo jedynie pokiwał głową; ze łzami w oczach cieszył się cudem jakim okazały się pracujące płuca.
一 I musieliśmy szykować obiad na ostatnią chwilę. Naprawdę, Esteban nawet pożyczał choinkę od sąsiadów, to dopiero było. 一 Kobieta westchnęła sobie od serca, klepnęła Dylana w ramię i jakimś szóstym zmysłem wyczuwając, że Diego zrobił sobie przerwę oddaliła się stukając obcasami w parkiet. Ktoś musiał nim przecież zawiadywać, nie daj boże odpocząłby za bardzo.
一 Dobrze myślisz 一 odezwał się przyciszonym głosem, gdy ostrożnie popijał swoją zbożówkę. 一 To jest fabuła Święta Last Minute, Estella pomyliła Estebana z Timem Allenem. Zdarza się, nie zawsze chcemy wyprowadzać ją z błędu. Czasami jest lepiej jak...
一 Mniej gadania, więcej jedzenia! 一 przerwała mu z przedpokoju pani Flores, na co Rivera przewrócił oczami, ale umilkł. Wolał nie ryzykować. 一 W tym roku to ty pogonisz po drzewko, więc przestań modlić się nad tym jajkiem.
Milo wyprostował się jednak gwałtownie, kolanem zawadził o blat aż brzdąknęły wszystkie naczynia (wraz z paskudnym mlecznikiem w kształcie uszczerbionej kury) i spojrzał z wyrzutem za siebie, a mimo, że nie zauważył kobiety w zasięgu wzroku, i tak zmarszczył brwi.
一 Ja?! Ja sam?! Czemu nie Diego?!
一 Diego ma inną robotę. I Daniel też, więc nie angażuj go w swoje obowiązki.
Estella wróciła do kuchni czując, że jej obecność jest tam bardziej potrzebna niż w wąskim przedsionku. Camarena i tak dostał zaszczytne zadanie powieszenia wieńca nad każdymi drzwiami idealnie prosto, więc miał zajęć na co najmniej godzinę.
一 Nie patrz tak 一 ofuknęła go zaraz, a sucha, rozsypująca wokół okrawki suchych, kolorowych kocanek zadrżała niebezpiecznie w jej dłoni. 一 Przecież go nie zjem, dogadujemy się doskonale. Prawda, Daniel? Milo mówił, że gotujesz więc zajmiemy się ciastkami. Poopowiadam ci najlepsze historie, mam ich dużo.
一 Z pewnością.
一 Słucham?
一 Nic nic, mówiłem tylko, że DYLAN usłyszy je z przyjemnością.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Od kiedy musiałem robić mu pogadanki, jakoś tak zostało - przyznał, wzruszając jednym ramieniem. Większość osób, które znał, raczej trzymała się tytułów rodzinnych i sam także używał ich w rozmowach z innymi ludźmi, by dopasować się do konwencji, jednak kiedy zwracał się do swojego ojca bezpośrednio słowo "tato" przechodziło mu przez gardło tylko ironicznie. - Mieliśmy, ale Sacramento wyszło szybciej. Możemy tam skoczyć za rok, dla równowagi - zaoferował, marszcząc brwi na zmianę w zachowaniu Milo i próbując zrozumieć potencjalną przyczynę. Personalnie nie widział w tym ani nic zaskakującego, ani wymagającego szczególnej dyskusji - zgodził się na propozycję spędzenia świąt w Kalifornii zanim w domu Gauthierów ruszyło typowe przedświąteczne ustalanie podziału obowiązków i godziny spotkania w Wigilię. Widząc jego walkę o życie ze śmiechem upomniał go tylko, że ma uważać i skinieniem głowy potwierdził zadane w międzyczasie pytanie o chęć jego młodszego rodzeństwa na spotkanie go na żywo. Mimo wszystko zmiana nastroju mu nie umknęła, tak jak niemrawy uśmiech, jednak nie potrafił od ręki wyczytać z jego mimiki twarzy powodu nagłej niepewności. Podjęcie nowego tematu rozmyło wszelkie dowody wcześniejszego problemu i pozwolił by wskoczyli w małą przepychankę słowną na temat Estelli, ciągnącą się połowę drogi do mieszkania. Będą mieli jeszcze wiele okazji by dogadać kwestię spotkania rodzinnego i nie omieszkał wyciągnąć z niego odpowiedzi na wszelkie pytania, jakie aktualnie posiadał.
Po powrocie do mieszkania Dylan zdążył wziąć szybki prysznic, zanim został pogoniony do stołu, w międzyczasie łapiąc z pokoju rozciągnięty, piaskowy sweter, który zawinął z szafy Milo przed wyjazdem. Nie zdarzało mu się to często, był znacznie bardziej przyzwyczajony do pożyczania własnych ubrań, niż do pozwalania sobie na kradzież w biały dzień, jednak otoczony znajomą teksturą, którą zwykle czuł tylko pod palcami, kiedy przytulał swojego chłopaka, zaczynał pojmować ten fenomen.
Korzystając z okazji na drugie śniadanie - zwłaszcza, że jego pierwsze składało się przede wszystkim z cukru i pustych węglowodanów, przy czym nie zamierzał żałować tej decyzji - właśnie popijał kawę zbożową, kiedy za plecami usłyszał głos pani Flores i, o ile sam dał radę zachować względny spokój, reakcja Rivery prawie wypchnęła mu napój nosem. Zacisnął powieki i przełknął, przytrzymując palcami nos i tłumiąc chęć roześmiania się, kiedy słyszał jak ten walczy o powietrze po jego lewej. Co jak co, wolał nie oberwać w potylicę suchym badylem, który miał okazję zobaczyć już w użyciu na głowie gonionego po mieszkaniu Diego. Zamiast tego został poklepany w ramię i odetchnął głębiej, gdy kobieta ulotniła się z pomieszczenia.
Nie pamiętał fabuły większości filmów, które Estella wkręcała w swoje opowieści, stąd personalnie przyjmował je bez kwestionowania. Zwłaszcza, że nie robiło mu to większej różnicy - skoro dawało jej to radość, równie dobrze mógł przyjąć do wiadomości, że prowadziła życie pełne zwrotów akcji i kiczowatych filmowych motywów. Słysząc głos z przedpokoju przerywający Milo wpół słowa, uśmiechnął się pod nosem.
- Musi mnie tego nauczyć - wymamrotał z rozbawieniem, wyraźnie zachwycony tym, jak dwa słowa pani Flores potrafiły uciąć wszelkie protesty z jego strony. Zwłaszcza, że sam jakimś cudem unikał tego traktowania i zamierzał korzystać z tej pozycji tak długo jak się dało. Mniej do śmiechu było mu już w następnej chwili, kiedy dowiedział się o nowym podziale obowiązków wyrzucającym Milo na zewnątrz, podczas gdy on miał zostać w mieszkaniu sam na sam z Estellą. I Diego.
Słuchał ich wymiany zdań, skacząc wzrokiem między jednym a drugim i bezwiednie skubiąc palcami lekko przypalony skrawek rękawa, aktywnie przypominjący mu do kogo należał element garderoby zanim postanowił go sobie zawłaszczyć. Dopiero poruszenie kwestii gotowania dało radę go trochę ożywić, a jego oczy zabłysły z zainteresowaniem. Okazja na pomoc z czymś, co potrafił, brzmiała kusząco, a jak miał przy tym szansę poznać nowe przepisy, i to takie które mogły przypaść Milo bardziej niż inne jego wymysły cukiernicze, nagle wizja dogadywania się z jego bliskimi bez asysty nie wydawała się tak straszna.
- Gotuję i piekę, chętnie pomogę. Jakie ciastka mamy w planach? - zainteresował się od razu, ignorując nawet potknięcie w temacie własnego imienia. Zdążył zaakceptować fakt, że przynajmniej na razie został przechrzczony na Daniela.
- Chyba że potrzebujesz pomocy? Wiesz, żeby cię to drzewko nie przygniotło - zwrócił się do Milo, obrzucając go znaczącym spojrzeniem w górę i w dół, zupełnie jakby dzieliło ich znacznie więcej niż niecałe dziesięć centymetrów wzrostu. Żartem przykrył szczere pytanie, bo o ile zdążył zauważyć, że sprzeczanie się z panią domu nie było zalecane, nie zamierzał puszczać Rivery samego, jeśli narzucone zadanie miało sprawić mu faktyczne problemy. Mógł nabijać się z jego niedoli, i robił to regularnie, jednocześnie był jednak na zawołanie by zaoferować pomocną dłoń. Był do tego zobowiązany zarówno kontraktowo, przez sam tytuł partnera, jak i przez własne sumienie.
Milo Rivera