Szum płynącej wody, barwiącej się na szkarłat; brzdęk upadającego metalu uderzającego o blat, by następnie odbić się kilkukrotnie o płytki położone na podłodze. Uniesiona dłoń w górę, puste spojrzenie pochłonięte sączącą się szkarłatną, życiodajną. Rozcięcie na skórze, niosące ze sobą powstałe delikatne pieczenie tańczące z bólem, robiącym mu za partnerkę. Pragnęła tego, kochała tę barwę, życiodajny płyn. Mirabella zaczynała powoli odpływać, będąc niczym w transie, dając się pochłonąć jeszcze bardziej, jeszcze głębiej. Gdy nagle jednym ruchem odwraca się w stronę nadchodzących kroków, sugerujących pojawienie się kogoś w kuchni, pozwalając, by krople jej krwi spłynęły w dół, tworząc ścieżkę krwi. – chyba powinniśmy pojechać do szpitala – powiedziała pusto i zimnie, gdy dostrzegła swojego brata.
- zaczekaj David, nie musimy tak pędzić. Przecież nie umieram, to tylko małe skaleczenie. – przebierała nogami, tak szybko, jak tylko mogła, a nawet wtedy miała spore problemy, by nadążyć za jego tempem. Kawałek delikatnego materiału, który miał robić za prowizoryczną gazę, zabarwił się już prawie cały, mieszając swoją szarość, ze szkarłatem jej jasnej krwi. W momencie przejścia przez główne drzwi szpitalnego oddziału ratunkowego charakterystyczny zapach uderzył w nozdrza Miry. Kiedyś brzydziła się go, był zbyt chemiczny, zbyt sterylny, a teraz go kochała. Przypominał jej o czystości, jak i również o śmierci niosącej się po salach segregacji, czy szpitalnych korytarzach. Być może nawet trochę rozumiała, dlaczego Ivy pokierowała swoją karierą właśnie w tę stronę. A może przynajmniej starała się ją zrozumieć, bo niektóre decyzje jak panią doktor, która powinna być ostoją ładu, były w jej wykonaniu bardziej chaotyczne, niż jej własny umysł. W recepcji panował sporawy ruch, więc nie oczekiwała, że zostanie przyjęta zbyt szybko, a jej rana zapewne również nie była jakaś priorytetowa.
Czyżby zaczynała żałować swoich słów wypowiedzianych w domu? Nawet jeśli w jakimś stopniu faktycznie tak było to za racji, że David pofatygował się, by z nią tu przyjechać, nie chciała mu teraz mówić, że właściwie mogą wrócić do domu i zwyczajnie to zakleić i zawiązać. A z biegiem czasu ciało samo się z tym upora, ot taka przecież natura ludzkiego ciała. – usiądę tam, postaram się to jakoś lepiej zabezpieczyć a ty, jeśli możesz, zabierz numerek, zgłoś mnie, czy jak działa ten ich system. – bywała w szpitalu, gdy była mała, gdy złamała rękę albo w odwiedzinach. Nigdy jednak nie zastanawiała się jak właściwie działa system przyjmowania pacjentów na oddziale ratunkowym. Wiedza bezużyteczna.
Jak powiedziała tak i zrobiła, nie czekając na odpowiedź brata, nie zważając na to, czy byłaby zgadzająca się z jej wytycznymi, czy też nie. Ruszyła powoli, obierając sobie za cel kilka krzesełek postawionych gdzieś na uboczu. Mijała kasłających ludzi, tych wyglądających na praktycznie zdrowych na pierwszy rzut oka, jak i również tych bladych, niczym rodząca się kostucha. Minęła parkę zakochanych, która zdawała się cicho narzekać na to, że czekają tak długo, a jego głowa boli tak mocno, że prawie kroczy już ścieżką umarłych. Usiadła za nimi, wsłuchując się w tyradę narzekań mężczyzny, samca alfa, który potrafił nawet warkliwie odpowiedzieć swej lubej. Przymknęła oczy, by zatopić się w ciszy, gdy nagle jakby w tym całym rozgardiaszu usłyszała coś znajomego. Nie Davida, kogoś również bliskiego. Prawie natychmiast się podniosła, płosząc tym marudną parkę zakochanych. Rozglądnęła się po sali i za jednym z parawanów dostrzegła znaną jej figurę, która zdawała się tylko omamem, marą na jawie. Zrobiła krok do przodu, spojrzała na Davida będącego gdzieś w oddali, a następnie pewnie ruszyła przed siebie, wyciągając rękę do kotary, gdy stanęła tuż przed nią. Dwa cienie muskały się, ofiara chorobliwego losu oraz KTOŚ. Już prawie miała ją pochwycić, sprawdzić, czy jej wypaczony umysł nie bawi się figlarnie z nią, gdy nagle usłyszała – przepraszam, ale nie może pani tam wejść – odwróciła się w stronę pielęgniarki, która ją powstrzymała, wydając z siebie dość wyraźnie „ohh”.
Ivy Harrison David Harrison
