A to przecież tylko jeden telefon; jedna, niezobowiązująca propozycja. Mogła się zgodzić, mogła nie. Mogła w ogóle od niego nie odebrać. Z tym że Percy tak naprawdę wcale nie wiedział, co miał jej powiedzieć. I wcale nie chciał się tłumaczyć. Jego słowa powinny brzmieć mniej więcej tak: hej, wybacz, że nie odzywałem się przez kilkanaście lat, ale znasz mnie… tak już mam. Jestem, później znikam i znowu wracam. Zwykle, kiedy czegoś potrzebuję. Pieprzony egoista. Zamiast tego rzucił tylko luźnym kłamstwem, które zahaczało o przypadkowe przypomnienie sobie o niej, bo to było totalnie w jego stylu, a ona o tym wiedziała. Pomyślał, że skoro zgodziła się na spotkanie, chyba nawet za bardzo się też nie zmieniła. Ale o tym musiał się przekonać na własnej skórze.
Dostał adres i przybliżoną godzinę, o której mógł się pojawić. Jechał prosto z kancelarii, tak było najprościej – nie wracać do domu, wysłać jedynie Gigi sms-a, że będzie późno. Bez zagłębiania się w zbędne szczegóły.
Na siedzeniu pasażera leżała butelka taniego alkoholu à la wino. Dokładnie tego samego, którym upijali się kiedy oboje mieli po dwadzieścia parę lat, a Gardner nie wiedzieć czemu uznał, że kupno tych szczyn będzie perfekcyjnym zwieńczeniem jego nagłego powrotu do jej życia.
Zapukał trzy razy w drzwi wejściowe, rozglądając się dookoła. York Mills to to nie było, ale Evina Swanson nie była też adwokatem zarabiającym kupę szmalu na karnych sprawach. Obecnie wiedział o niej tyle, co nic. Że mieszkała w Toronto, że zajmowała się zabójstwami, że żyła. Nie dopytywał czy sama, czy z kimś, czy powinien spodziewać się gromadki bachorów latających po jej domu, czy może stada kotów… J e s z c z e nie dopytywał.
Gdy otworzyła mu drzwi, wpuszczając do środka, uniósł w górę brwi i trzymaną w dłoni butelkę.
— Pamiętasz? — Spojrzał na nią podejrzliwie. — Musisz.
W sam raz na powitanie, zamiast „dobrze cię widzieć, świetnie wyglądasz”, za które pewnie dostałby w twarz siarczystym „dobra, wchodź, nie pierdol”.