32 y/o
For good luck!
187 cm
Piercer, handpoke w Black Thorn Tattoo & Piercing
Awatar użytkownika
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słysząc jej wersję, prychnął cicho pod nosem. Owszem, może i kiepsko szło mu odczytywanie cudzych intencji, ale za to łączenie kropek było już dla niego zdecydowanie łatwiejsze.
-Jeżeli w taki sposób zdobywasz stałych klientów, to zastanawia mnie, jakim cudem cię jeszcze nie zwolnili.- Przesunął spojrzenie po jej brwiach, badając ich kształt, jakby starał się ją najlepiej zapamiętać. Spojrzał jednak gdzieś w bok, jakby starał się w sobie stłamsić poirytowanie, słysząc jak go tytułuje. Wiedział, że robi to specjalnie, że stara się wycisnąć z niego jakiekolwiek prywatne informacje jak ostatnią porcję pasty do zębów z plastikowej tubki. Poczuł, że coraz bardziej zaczynało go to uwierać... ale nie odezwał się nawet słowem.
Dopiero, gdy jej dłoń wylądowała na jego ramieniu, zmarszczył delikatnie swoje gęste brwi, jakby starając się zrozumieć, w którym momencie stała się aż tak nieodpowiedzialnie pewna siebie. Wystarczyło przyjrzeć jej się raz, by móc wyciągnąć oczywisty wniosek- był od niej wyższy, większy, miał więcej siły. Mógł zrobić coś, co odbiłoby się nie tylko na jej eterycznym ciele, ale i psychice. Był pieprzonym, beznadziejnym ćpunem. Gdyby chwilę przed wejściem do pubu wziął to, co udało mu się dziś nabić, mógłby różnie zareagować na te wszystkie bodźce, którymi tak hojnie go częstowała. Ba, ona z nim grywała. Te zadziorne uśmiechy, gesty i prowokacje... Nikt nigdy nie powiedział jej, do czego zdolni są niektórzy mężczyźni? Ktoś mógłby teraz kłócić się, że przecież ona nie wiedziała nic o nim i miała głęboką wiarę w ludzi. Owszem, ale litości, co wpaja się każdemu obywatelowi od dziecka? By uważać na nieznajomych, trzymać się daleko od typów spod ciemnej gwiazdy. Szczególnie na takich społecznych ścieków jak Swerdlove... Cholera, nawet ten pijaczek starał się dziś przypomnieć jej coś, co z pewnością powtarzał jej któryś z członków rodziny chwilę po tym, jak pomógł jej założyć szkolny tornister. Takie przestrogi nie mają terminu przydatności, a z wiekiem i doświadczeniem nabierają jeszcze więcej sensu.
Nie zwerbalizował jednak swoich przemyśleń.
Chciał ją troszkę nastraszyć, ale nie chciał przecież, by wezwała pomoc. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to rewizja przeprowadzona przez jedną z torontońskich świń. Nie, kiedy w kieszeni miał coś, za co mógłby mieć niemałe kłopoty. Ale ona połknęła haczyk... brnęła dalej. Prowokowała. Stawiała mu czoła. Słuchał jej w ciszy doskonale wiedząc, co ma w takiej chwili zrobić. Ten emocjonalny impotent potrafił wyczuć napięcie. To cholerne napięcie, które prowadziło w jednym, bardzo konkretnym kierunku. A ten gest, który wykonała chwilę potem... to było tylko potwierdzenie.
Naparł na nią mocno i szybko, z jakimś przedziwnym zadowoleniem obserwując, jak bierze głęboki wdech. Odbił ją od swojej klatki piersiowej tak, że zmusił ją, by zrobiła kilka kroków w tył. Ale on napierał dalej. Zabierał jej przestrzeń. Zapędzał w kozi róg, jak predator, którym sam jeszcze niedawno temu się mianował. Kiedy jej delikatne plecy odnalazły ścianę, oparł się dłońmi po obu stronach jej głowy, zamykając ją w klatce ze swojego ciała. Dając jej dosadnie do zrozumienia, że popełnia błąd przepychając z nim tą granicę. Nie pisnął jednak ani słowa. Dał jej ostrzeżenie, a ona je zignorowała. Oglądał jej szybko falującą klatkę piersiową z tym samym, nic nie mówiącym ale w jakiś sposób niebezpiecznym grymasem.
-Błąd.- powiedział wreszcie krótko, w odpowiedzi na to ostatnie, gdy nacieszył się już dostatecznie tym toksycznym napięciem. Czuł, że adrenalina i podniecenie zaczynają buzować mu w żyłach, w końcu w każdej chwili mogła go zaatakować w samoobronie, zawołać pomoc, metaforycznie się wycofać, bo w rzeczywistości nie miała już na to przestrzeni.- Ian, jestem Ian. - wyjawił wreszcie czując, że nie zdzierży kolejnego kreatywnego określenia stworzonego przez tę sarnę. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej portfel. Wyciągnął pięćdziesiąt kanadyjskich dolarów i schował portfel tam, skąd go wyjął. Bezczelnie odrzucił jej płaszcz, uchylił dekolt i wsunął jej pieniądze w taki sam sposób, jak ona zrobiła to przed nim dzisiejszego dnia.- To za oba piwa, fatygę i żeby potwierdzić regułę, że ludzie żydzą na napiwkach.- wyjaśnił i wyjął z kieszeni coś jeszcze... tym razem to był telefon. Wręczył jej go, nie odrywając wzroku od jej twarzy, analizując dokładnie każdy grymas, który się przez nią przemknął.- A to... gdybyś potrzebowała kolczyka w dowolnej części ciała, handpoke, albo spędzić czas w towarzystwie lokalnego ćpuna-tatuatora.- tym samym dał jej do zrozumienia, że trafiła swoim celnym strzałem prosto w sedno.

𝔩𝔬𝔰𝔱 𝔠𝔞𝔲𝔰𝔢
Ostatnio zmieniony pt sty 30, 2026 4:30 pm przez Ian Swerdlove, łącznie zmieniany 1 raz.
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
26 y/o
For good luck!
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła się, jakby właśnie była na jakimś sparingu. Słownym. Przedrzeźniali się, droczyli, flirtowali? Nie była pewna, co to dokładnie było, ale jedno wiedziała na sto procent... była gotowa wygrać. - O nieee… jesteś zaaazdrosnyyyy? - zgięła palec wskazujący, przysunęła go pod oko i zaczęła nim ocierać skórę, jakby imitowała spadającą łezkę. Vita zdawała sobie sprawę, ilu jest spierdolin życiowych. Ilu ludzi napadłoby ją dla szybkiego fixa, dla paru dolców, dla czegokolwiek. Sama mieszkała w dzielnicy, gdzie widziało się różne rzeczy i różnych ludzi. Wiedziała, że nie jest bezpiecznie. Więc co ona właściwie wyprawiała? Z obcym facetem, za barem, w nocy, na zimnie… i jeszcze próbowała mu udowodnić, że to ona tutaj rządzi.
Stanęła przed nim dumnie, wypięła pierś, badając jego reakcję… i kompletnie nie spodziewała się, że on na nią napnie. I to z taką siłą, że automatycznie cofnęła się o kilka kroków… siłą rzeczy. Poczuła dziwne ściśnięcie w brzuchu, jakby coś w niej nagle zaciągnęło hamulec ręczny. Czyżby jej przekomarzanie miało za chwilę okazać się jej kompletnym unicestwieniem? Delikatnie się skuliła, jakby chciała ugiąć kolana i zjechać po ścianie, kiedy oparł dłonie po obu stronach jej głowy, zamykając ją w tej przestrzeni. Spokojnie. Oddychaj. Próbowała wziąć głębokie oddechy. To musiały być żarty. Wmawiała sobie. I wtedy się zdezorientowała, bo chwilę później… przedstawił się. - Oh… - wydobyła z siebie ledwo. - Okej. - Dorzuciła to już ciszej, próbując się wyprostować i uspokoić, dosłownie jakby samo to okej miało przywrócić jej kontrolę nad sytuacją.

Widzisz, Vita? Czego się bałaś? Już teraz będzie wszystkooo… normalnieeee? - Zmarszczyła brwi, przyglądając się temu, co on właściwie zaczął robić. O co do cholery mu chodzi z tą kasą? Nie musiała czekać długo. Dosłownie wtargnął w jej przestrzeń osobistą jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej... Uchyliła usta w szoku, czując jego dłonie, które dynamicznie rozsunęły jej płaszcz, a chwilę później… o zgrozo… - Co… ty… - tylko tyle zdążyła z siebie wyrzucić, bo dokładnie w tym samym momencie poczuła zimny wiatr wdzierający się przez dekolt do środka sukienki… i zwinięte pięćdziesiąt dolarów, idealnie leżące między materiałem jej stanika a nagą skórą. 50 dolców? Za dwa piwa, z czego jedno było on the house? Przecież sprzedawali piwo po siedem. To… to było zdecydowanie za dużo. Zrobiło jej się głupio. Twarz jej zapłonęła i sama nie wiedziała, czy to od czystego zdziwienia, złości, czy z tego powodu, że poczuła się jak idiotka… bo w pewnym sensie przed chwilą wyżydzała od niego pieniądze. Tylko że Ian działał szybciej. Jakby coś w nim przeskoczyło, jakby włączył mu się jakiś tryb, który nie zna hamulców.
Za dużo się działo naraz. Nie potrafiła… nie wiedziała, jak zareagować na wszystko, co robił. Bo przecież chciała go zbesztać za to, jak jawnie pozwolił sobie jej dotknąć - tak, jakby to było normalne, tak, jakby miał do tego prawo, ale jednocześnie była kurewsko zdziwiona. I w dodatku… jeszcze bardziej roztrzęsiona, niż chciałaby przyznać. Dopiero wtedy zauważyła telefon, który wcisnął jej w dłoń. Nawet nie wiedziała kiedy. Spojrzała na ekran. Potem na niego. Dalej nie umiała ubrać tych emocji w słowa - wiedziała tylko jedno - pokaże mu tę Tomie. Jeszcze będzie żałował. Spuściła wzrok na telefon, otworzyła kontakty i prychnęła pod nosem, słuchając jego słów. - Lokalny ćpun, eh? - mruknęła. Wiedziała, że nic dobrego z tej relacji nie będzie. Wiedziała. A jednak… coś niewyjaśnialnego ciągnęło ją do niego, jakby ktoś wziął ją za włosy i pociągnął w stronę ognia, a ona zamiast walczyć, przeciwstawiać się… szła tak.. wiedząc, że zaraz się poparzy.

Wpisała swój numer. Podpisała się, Tomie - my sweet demise. - Jeszcze wplotła się w jego wyszukiwarkę, żeby znaleźć sobie idealne zdjęcie tej postaci, wysłała do siebie emotkę, żeby potem łatwo zapisać numer po zmianie, ustawiła ikonę kontaktu… i dopiero wtedy uśmiechnęła się szeroko. Wsadziła mu telefon w dłoń dumnie. - Dobra, Ian. - Spojrzała mu prosto w oczy, przysunęła się jeszcze trochę bliżej, stanęła na palcach, żeby zrównać się z jego twarzą. Przesunęła dłońmi wzdłuż jego szyi… po skórze, po szaliku, po wszystkim, co było między nimi… a potem wplotła palce w jego włosy i delikatnie je zacisnęła, uchylając usta. Patrzyła w jego szmaragdowe tęczówki dłuższą chwilę, a potem jej wzrok spadł na jego usta. - Bardzo… - wyszeptała. - Ale to bardzo… - Przysunęła swoje usta bliżej jego, zatrzymując się dosłownie na moment. Na takiej odległości, że wystarczyłby centymetr - jeden cholerny centymetr - i zderzyliby się ustami. - …nie podoba mi się, jak się ze mną bawisz. - Pstryknęła go palcami w nos. Odwróciła się i prawie podbiegła do drzwi. Złapała za klamkę, ale jeszcze się obejrzała, posyłając mu szeroki, niewinny uśmiech. - Nie wiem, czy będę mogła jeszcze pogadać na zmianie, a wiesz… muszę też poświęcić uwagę innym klientom! - uniosła rękę w górę, by mu pomachać. - Miło było cię poznać, Ian. - I zniknęła za drzwiami. Kilka chwil później była już w pokoiku socjalnym, zrzuciła z siebie płaszcz i szalik, wróciła za bar i spędziła resztę wieczoru obsługując przeróżnych klientów.
Nie byłaby w stanie powiedzieć, czy Ian wrócił dokończyć piwo, czy gdzieś się ulotnił - drag show zaczął się dosłownie chwilę po tym, jak wróciła z fajki, i zrobiło się takie piekło, że ledwo pamiętała jak ma na imię. Po powrocie do domu przywitała Milo. Usiadła, wyciągnęła napiwki ze stanika - miała ich sporo, ale tylko jedną pięćdziesiątkę. Od księcia ciemności. Od osoby, od której powinna trzymać się z daleka. Chwyciła telefon i zrobiła oczywiście kolejną najrozsądniejszą rzecz tego wieczoru.

Napisała do niego smsa.

Ian
owca
She is smiling like heaven is down on earth.
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Painted Lady”