Odkąd był dzieckiem, zawsze fascynowały go kataklizmy naturalne. Uważał je wręcz za coś pięknego - coś, co z daleka wygląda zapierająco dech w piersiach, przerażająco na swój wyjątkowy sposób… a mimo to potrafi zostawić za sobą tyle unicestwień. To było chore, wiedział. Ale nigdy nie umiał przestać w ten sposób o tym myśleć. Tak samo podchodził do swojej - teraz już oficjalnej - znajomości z panną Torres. Wiedział, że z nią nie będzie łatwo. Wiedział, że dostarczy mu niejednego bólu głowy, albo go wykończy… tylko że, banalnie, to już się działo. Tyle że nie przez nią, a przez to małe żyjątko, które powolnym tempem rozwijało się w jego mózgu. Miał tylko nadzieję, że utrzyma ten sekret jak najdłużej. Nie przywykł do zatajania rzeczy. Zazwyczaj był wylewny, szczery. Mówił, co myślał - starał się być przy tym fair, racjonalny. Może czasem surowy, ale to dopiero wtedy, kiedy puszczały mu nerwy… tak jak w przypadku owego Alexa.
Wracając jednak do katastrof.
Sofia skradła jego uwagę w pierwszym momencie, kiedy dosłownie przewinęła mu się pod nogami, sunąc w stronę windy z taką siłą i tempem, że miał wrażenie, iż zaraz zostanie uniesiony z powierzchni ziemi przez wiatr, który wydobywała wokół siebie samą swoją barwną personą. Bo taka właśnie była. Patrząc na nią widział paletę kolorów, która - być może - pozbawi szarości jego codzienność, aż do tego nieuniknionego końca. Miał nadzieję, że nie przeszkadza jej to, że wpatruje się w nią z taką intensywnością, że gdyby miał rentgen w oczach, mógłby dosłownie zrobić prześwietlenie jej czaszki samym spojrzeniem. Ale nie mógł się powstrzymać.
Była inna.
Parsknął śmiechem na jej pierwsze słowa, które wypłynęły z gardła wręcz melodyjnie, gdy kelner wreszcie zniknął.
- Ayy, traviesa… - mruknął, unosząc brew.
- ¿Por qué me lo describirías, si sé exactamente dónde vives y podrías enseñármelo en persona, señorita Torres? - Uśmiechnął się, dumny z samego siebie i… zaskakująco zadowolony z faktu, że z każdą minutą spędzoną z nią czuł się jakby był dwadzieścia lat młodszy. Jego ferwor narastał z każdą sekundą, a on sam był przyjemnie zdziwiony, jak dobrze im się rozmawia - mimo ćwierćwiecza różnicy. Przechylił kieliszek w jej stronę, wznosząc toast.
- Salud, psotnico. - Upił wina. Rozlało się po jego kubkach smakowych miękko i ciepło, a on nie mógł przeoczyć jednego... spodobało mu się, jak wymawia jego imię. Przywykł do zamerykanizowanej wersji. A tu - ten latynoski akcent - i nagle poczuł jakąś absurdalną, dziecinną radość. Jej uśmiech był rażący. Pokrętnie przyjemny. Momentami zapominał, jaki miał plan. Że to miała być zabawa. Ucieczka. Że nie powinien się angażować. Tylko jak miał się dobrze bawić, nie poznając jej? Nie sprawiając, żeby poczuła się pewniej w jego towarzystwie? Oczywiście, że musiał się postarać. W jakimś chorym sensie chciał jej zawrócić w głowie do tego stopnia, żeby nie mogła przestać o nim myśleć. Żeby była na każdy jego telefon. Na każdą zachciankę bliskości. A żeby to zrobić… musiał dać coś z siebie. Coś, co przez lata upychał na bok, stawiając pracę na piedestale, jakby była jedynym świętym miejscem w jego życiu.
Odstawił kieliszek, chciał spytać ją o coś jeszcze, kiedy ona zaczęła dosłownie analizować wino. Uchylił usta w szoku, słysząc tyle szczegółów o czymś, co dla niego zwykle było po prostu
'czerwonym'. Z tego wszystkiego chwycił swoją lampkę, przysunął do ust i upił kawałek, próbując wyczuć te nuty, które opisywała z taką pewnością. I wtedy… otworzył szerzej oczy, bo nagle faktycznie to poczuł. Jakby ktoś mu wcisnął nowy zmysł.
- Mierda santa… - rzucił pod nosem, rozbawiony i jeszcze bardziej zaskoczony. Kelner pokazał etykietę, a ona… zgadła. Ezequiel zaczął klaskać, kompletnie ignorując ludzi dookoła.
- Wow. Nie wiedziałem, że mam przed sobą wybitną sommelierkę. - uśmiechnął się szeroko.
- Będę musiał wysyłać ci zdjęcia win, które kupuję do domu, żebym miał pewność, że wybieram dobrze. - Obserwując, jak zbeształa kelnera, poczuł dziwne ciepło w klatce piersiowej. Nie dość, że była inteligentna, interesująca i wygadana… była też pewna siebie. Podobało mu się to.
I to bardziej, niż chciałby przyznać.
Spojrzał na przystawki i zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że teraz nie miał do niej „dostępu”, że ten cholernie długi stół nie pozwalał mu po prostu przejść i usiąść obok niej. Irytowało go to absurdalnie.
- Nie obraziłbym się, gdyby to marzenie się spełniło - odparł, uśmiechając się delikatnie. Dolał sobie wina, uzupełnił też jej lampkę i rozsiadł się wygodnie, słuchając jej ciekawych faktów. Była kompletnie inna niż sobie ją wyobrażał. Myślał, że jej jedynym zainteresowaniem będzie wydawanie pieniędzy, a okazywało się, że jest w niej dużo więcej. Upił wino i parsknął śmiechem, prawie się krztusząc na komentarz o cyckach. Automatycznie przejechał wzrokiem po jej sylwetce - na tyle, na ile mógł, biorąc pod uwagę stół i te przeklęte przystawki, które stały między nimi jak bariera ochronna.
- Hm… - mruknął, po czym spoważniał.
- Sofio, jesteś bardzo piękną kobietą. - zaczął powoli. -
Ale muszę cię czymś zasmucić. - Spojrzał na nią uważnie.
- Jak już pewnie zauważyłaś… cholernie bardzo mi się podobasz. Chciałbym ci pokazać i dać dobry czas. Mógłbym zrobić całe to Netflix and chill z tobą czy co to tam jest… - uśmiechnął się krzywo.
- Ale wydajesz mi się wyjątkową kobietą, która zasługuje na trochę więcej uwagi.- Nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że zgarnie za to punkty.
Oczywiście, że myślał o tym, jak bardzo chciał ją przelecieć w trakcie tej rozmowy... ale wydawało mu się, że więcej wygra, jeśli będzie udawał gentlemana, którym ironicznie przecież był! Uniósł rękę, wołając kelnera. -
Widziałem, że macie licencję na sprzedaż alkoholu na wynos. Wezmę jeszcze jedną butelkę. Proszę zapakować przystawki. Poprosimy jeszcze dwie różne pizze i spaghetti carbonara na zewnątrz. Proszę wrócić z rachunkiem… nie będziemy tu jeść. - Kelner przytaknął pospiesznie, zabrał przystawki, które były praktycznie nietknięte, i zniknął. Ezequiel spojrzał z powrotem na Sofię, uśmiechając się pod nosem.
- Na randkach zwykle lubię przyglądać się mojej partnerce w jej pełnej okazałości… i sporadycznie jej dotknąć. - przeciągnął słowa, jakby smakował to zdanie.
- Co powiesz na to.. jak jedzenie będzie gotowe, zaniosę je do mojego mieszkania. Pójdziemy na spacer. A potem wrócimy do mnie i zjemy to na miejscu?
traviesa