ODPOWIEDZ
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1 i'm dancing on the edge of the knife

Kto powiedział, że w życiu wszystko może iść jak po maśle? No kto? Jest jakaś niezapisana zasada, że jak zrobisz wystarczająco dużo dobrego, to los ci odda tym samym? Ezequiel przez czterdzieści sześć lat był o tym święcie przekonany. Był tym idealnym lekarzem. Takim, który ryzykuje. Który nie odrzuca sprawy tylko dlatego, że jest zawiła, nieosiągalna, że „nie ma sensu”. Nie. On siedział nad przypadkami godzinami, dniami, aż w końcu znajdował sposób, jak przedrzeć się przez czyjś guz mózgu i wyciąć go tak czysto, tak sprawnie, żeby ten ktoś mógł jeszcze mieć życie. Lata przed sobą... Przyszłość..

Więc wróćmy do najważniejszego.

Kto do kurwy nędzy mówi, że musisz być dobrym, żeby odwdzięczano ci się dobrem? Bo Garcia chciał z tą osobą porozmawiać. Na poważnie. W cztery oczy. Z gotowymi pięściami, żeby przypieczętować swoją złość… i tę obrzydliwą, rosnącą niechęć do życia, do wszystkiego. Do tego uczucia, że wszystko jest przeciwko niemu. A czemu się tak czuł? Bo tydzień wcześniej sam dostał diagnozę.

Glioblastoma.

Teraz siedział w pokoju, sam, z wydrukami MRI z kontrastem, które zrobił w innym szpitalu. Oczywiście w innym. Przecież nikt z jego kolegów nie mógł się dowiedzieć, co mu się właśnie odpierdala w głowie. Chwycił zdjęcia i przeglądał je z każdej strony, jakby miał tam znaleźć ukryty błąd. Jakby mógł przekonać własne oczy, że to nieprawda. Wiedział, co by zrobił, gdyby to był jego pacjent. Resekcja. Potem radioterapia. Chemioterapia. Standard. Wszystko jak w podręczniku. I tak… może udałoby się to wyciąć…Może udałoby się zrobić to tak by w dalszym ciągu mógł sam siebie rozpoznać.. Może. Tylko że to nie był jego pacjent. To był on. I nagle całe to bycie zajebiście dobrym człowiekiem mogło iść się właśnie walić. Rzucił zdjęciami na stół. Jakby były obraźliwe. Jakby miały czelność leżeć tam spokojnie. Jakby nie zawierały wyroku. Chwycił telefon i zawiesił wzrok na ikonce portalu randkowego. Przez sekundę myślał, żeby wrzucić własne zdjęcie. Ale nie chciał być sobą. Nie teraz. Nie w tym momencie. Chciał być kimś innym… choćby na chwilę. Kimś, kto nie ma w mózgu czegoś, co rośnie i zżera mu czas. I miał tę cichą, nieprzyzwoitą nadzieję, że trafi tam na swoją młodszą sąsiadkę. Postanowił pierwszy raz w życiu się zabawić. Przynajmniej spróbować. Bo co mu dała dobroć?

Dziesięć kurewskich miesięcy.

Więc teraz był jego czas. Czas sprawdzić, jak długo da się żyć, kiedy przestajesz być tym grzecznym, poukładanym, zawsze właściwym Ezequielem Garcią. Nim się obejrzał, zdążył poudawać młodszego faceta przez jakieś czterdzieści minut… zostać przyłapanym na kłamstwie i umówić się z nią na randkę. Randkę. No tego jeszcze nie grali, Garcia. Uradowany wskoczył pod prysznic, następnie przebrał w eleganckie ciuchy, wyperfumował. A ta „konsultacja”, o której wspomniał w wiadomości? Nie było jej. Po prostu chciał sprawdzić, czy pozwoli sobie na kolejne kłamstwo. I pozwolił. To bycie „villainem”… nawet mu się podobało. Z boku pewnie wyglądało to komicznie - bo dla innych ludzi to było białe kłamstwo, pierdoła, nic. Ale dla Ezequiela to było jak transformacja. Jakby przekraczał jakąś granicę, której całe życie nie przekraczał.
W restauracji pojawił się piętnaście minut wcześniej. Zajął stolik, co chwilę zerkał na zegarek, zastanawiając się, czy będzie punktualna, czy się spóźni. Nienawidził spóźnień, według niego były brakiem szacunku. Nie umiał tego znieść. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kończyć szybciej tej… randki. Kolacji. Spotkania? Sam się gubił w tych definicjach. Zatonął w myślach, aż nagle zobaczył kogoś zbliżającego się w jego kierunku. Spojrzał na zegarek na nadgarstku i uśmiechnął się szeroko. 19:00. Punktualnie. - Firecracker. - wstał, uśmiechając się do niej. - Pensé muchas cosas sobre ti, pero nunca pensé que serías tan puntual.

firecracker
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


𝑾𝒉𝒂𝒕 𝒂𝒏 𝒆𝒍𝒂𝒃𝒐𝒓𝒂𝒕𝒆 𝒘𝒂𝒚
𝒕𝒐 𝒔𝒍𝒆𝒆𝒑 𝒘𝒊𝒕𝒉 𝒔𝒐𝒎𝒆𝒐𝒏𝒆

。 ₊°༺❤︎༻°₊ 。

Raz jeszcze spojrzała z niedowierzaniem na ekran telefonu, kręcąc głową z niedowierzaniem, przeklinając po hiszpańsku pod nosem. Nie mogła uwierzyć w to, co dziś miało ją spotkać, zapowiadał się naprawdę ciekawy wieczór. W te dni, gdy przebywała w Toronto, w przerwach pomiędzy lotami, obsesyjnie szukała towarzystwa na tinderze. Starała się wypełnić gęsto swój grafik spotkaniami z ludźmi, którzy mieli wobec niej jasne intencje. Czy jej to przeszkadzało? Niekoniecznie. Dawno temu przestała szukać kogoś, kto zobaczyłby w niej coś więcej, niż tylko jej ciało albo ilość zer na koncie. Przebierała więc w randkach tylko i wyłącznie w poszukiwaniu nowych, ciekawych doznań. Ale dzisiaj... cholera, trafiła na prawdziwy jackpot, jeżeli chodzi o nowe doświadczenia! Ostatnie, czego się spodziewała, to że w trakcie scrollowania prężących się bez koszulki, nudnych półmózgów trafi na swojego przystojnego, latynoskiego sąsiada. Ba, cholera, on jej tutaj szukał! Założył fikcyjne konto tylko i wyłącznie po to, by móc się do niej zbliżyć! Bogaty lekarz, atrakcyjny facet, dojrzały i odpowiedzialny... ¡Carajo! Gdyby to nie był on, z pewnością pomyślałaby, że cała ta sytuacja jest bardzo dziwna i nieodpowiednia... ale tak nie było, więc po cholerę rozgrzebywać temat?!
Miała zamiar zaprezentować się mu dziś z tej bardziej eleganckiej strony. Sam przyznał jej się w tej krótkiej wymianie, że zdążył już dobrze przyjrzeć się jej ciału w windzie- teraz chciała udowodnić mu, że potrafi być dziewczyną z klasą. Nie była przecież tylko młodą, wyszczekaną, wyuzdaną małolatą. Była kobietą, z którą nie wstyd jest się gdzieś pojawić. Której towarzystwo jest zaszczytem samym w sobie. Może trochę z przekory chciała wetrzeć mu w twarz wszystkie przekonania na swój temat, bo z pewnością sam wyciągnął jakieś daleko wybiegające wnioski. A może wcale taki nie był? Może był dojrzalszy? Nie oczekiwał konkretnego rezultatu po tej kolacji? Nie było lepszego sposobu na poznanie jego prawdziwych intencji, jak faktyczne przekonanie się na własnej skórze.
W lokalu była punktualnie. Zazwyczaj miała w manierze spóźnić się kilkanaście minut, dla czystej satysfakcji, budowania tego charakterystycznego napięcia- ale nie dziś. Bo dziś nie spotykała się z byle piłkrzykiem z ciągotami do miękkich narkotyków. Dziś została zaproszona na kolację do lokalu z eleganckim mężczyzną, a nie kilka szybkich szotów, piętnaście minut tańca na parkiecie, pomiędzy innymi, spoconymi parami i zdecydowanie za krótki seks w toalecie.
Tak, miała wysokie oczekiwania co do tego wieczoru, zanim jeszcze na dobre się zaczął.
Na miejscu była punktualnie- odwiesiła swoje długie futro i zgrabnym, płynnym krokiem podeszła do stolika wskazanego jej chwilę wcześniej przez kelnera. Gdy przystanęła u boku swojego dzisiejszego towarzysza, zdjęła okulary z twarzy i natychmiast wysunęła dłoń w jego kierunku, oczekując od niego odpowiedniego powitania. W końcu nie był byle szczeniakiem, jak już postanowiła sama ze sobą ustalić. Kiedy przystanął przy swoim miejscu, musiała aż zadrzeć podbródek, by móc na niego spojrzeć. Był przy niej tak cholernie wysoki! Ayyy... caliente! Przydomek, jaki jej nadał, bardzo przypadł Torres do gustu- idealnie do niej pasował.
-Señor García...- odpowiedziała spokojnie, chodź cwaniacko, z pikantnym, naturalnym, latynoskim akcentem (mimo, iż był on bardziej wyuczony i zasłyszany) przedłużając przy tym kokieteryjnie sylaby, wbijając uwodzicielskie spojrzenie swoich ciemnych oczu w jego równie migoczące węgliki. Nieraz mijała go gdzieś we wspólnej przestrzeni ich dzielnicy mieszkalnej, ale dopiero teraz miała okazję mu się dokładnie przyjrzeć z bliska. Cholera, był bardzo przystojnym kolesiem.- ¡Ay! Soy azafata; ser organizada y puntual es mi trabajo. Solo llego tarde con premeditación...- wyjaśniła z przekąsem, rozciągając przykryte szkarłatną szminką usta w jeszcze szerszym uśmiechu. Spokojnie i zgrabnie zajęła miejsce naprzeciw niego. - Poza tym, obawiałam się, że gdybym kazała czekać ci na siebie dłużej, założyłbyś nowe konto, umówił się ze mną w inne miejsce i tym razem skończyłabym jako wyprzedaż organów na czarnym rynku.- zamrugała do niego energicznie i wrzuciła okulary do torebki.- To jak mam ci mówić? Sąsiedzie? Diego? Ezequiel? ...mi Papi?- robiła ogromne przerwy między kolejnymi określeniami, a jej spojrzenie zdawało się wyciągać coś z jego oczu. Jakby dokonywała autopsji jego duszy. Przy tym ostatnim pseudonimie zarzuciła nogę na nogę, oparła się łokciem o stół i podparła swoją twarz na otwartej dłoni. Zastukała delikatnie czerwonymi, długimi paznokciami o swój policzek, głęboko analizując jego rysy twarzy. Skoro nagotował takiego gara żenady, to musieli ją teraz razem spożyć, zanim przeszli do dalszej części wieczoru. Wyprostowała się niczym struna i rozejrzała się powoli po pomieszczeniu. W tym samym momencie do ich stolika podszedł kelner, jednak Sofia wydawała się totalnie go nie zauważyć. Nie spojrzała na niego, jakby bała się marnować na niego energię.- Na start poproszę najlepsze wino jakie macie. Czerwone, wytrawne. Trzeba się troszkę rozgrzać po tym mrozie, prawda sal y pimienta?- rzuciła swoje zamówienie znów powoli powracając wzrokiem do pokrytej delikatnym zarostem twarzy sąsiada.

𝒔𝒂𝒍 𝒚 𝒑𝒊𝒎𝒊𝒆𝒏𝒕𝒂 🧂
Ostatnio zmieniony pt sty 30, 2026 7:34 pm przez Sofia Torres, łącznie zmieniany 7 razy.
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mógł przestać się jej przyglądać. Wyglądała jakby ktoś ją wyciągnął prosto z okładki modowego magazynu - tych, które zawsze walają się na recepcjach prywatnych gabinetów lekarskich. Poruszała się z tą zadziornością i gracją, które działały mu na nerwy w najlepszy możliwy sposób. W pewnym sensie już po samym tym, jak odpisywała mu na wiadomości, wiedział, że nie była kimś, kogo da się „ukrzesać”. Ona nie była do ujarzmienia. Ona była raczej kimś, z kim można dać się porwać wiatrowi - nawet jeśli potem człowiek ląduje z piaskiem w zębach i rozsypanym ego.
Ezequiel potrzebował kogoś takiego w życiu. Przynajmniej teraz. Nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę, że tak diametralnie różne style życia potrafią być cholernie ciężkim wyzwaniem. Zmarszczył brwi i parsknął śmiechem pod nosem na to, jak go nazwała. - Ajjajaj… wiem, że jestem starej daty, ale kiedy to wychodzi z twoich ust, czuję się jak cholerny emeryt. - uśmiechnął się delikatnie, po czym dorzucił po hiszpańsku, specjalnie przeciągając słowa, - Ah, ¿así que si llegas tarde en otra cita, será a propósito? Tengo que tener cuidado contigo, petarda. - Zaśmiał się pod nosem. Oczywiście, że musiał napomknąć o drugiej randce. Żeby było jasne, że to jest randka. Żeby nie uciekła mu w „spotkanie” i „pogadankę”. Nie mógł zaprzepaścić takiej szansy. Czterdziestosześcioletni facet w towarzystwie kobiety, która dosłownie mogła robić za jego córkę… Nie wiedział, czy ma czuć się obrzydliwie, czy kurewsko dumnie, że siedzi naprzeciwko niego, wyglądając tak cholernie seksownie. Las cosas que te haría - przemknęło mu przez głowę, kiedy badał jej rysy twarzy.

Garcia był tylko mężczyzną. A w tym momencie - mężczyzną, który wiedział, że ma na czole przyklejony termin ważności, wyznaczony przez los szybciej, niż by chciał. I paradoksalnie to właśnie ta świadomość tylko podkręcała w nim wszystko... głód, pożądanie, potrzebę, żeby ulżyć sobie, wyrwać się choć na chwilę z tej klaustrofobii we własnej czaszce. A ona… ona wydawała się idealnym wyborem. Zamyślony wyrwał się i wrócił do rzeczywistości dopiero wtedy, gdy dotarło do niego, że ona naprawdę coś do niego mówi, a on myślał tylko o tym, co kryje się pod tym ubrankiem. Odchylił się na krześle, parsknął śmiechem i spojrzał na nią już poważniej. - Rozważam moje partnerki jako potencjalne organy do sprzedaży dopiero podczas czwartej randki, nie ma się czego bać - rzucił rozbawiony, ale po sekundzie szybko dopowiedział, - Żartuję. Oczywiście. Wszystko w granicach dobrego smaku. - Uśmiechnął się do niej cieplej. - Ezequiel. Albo Eze, jak wolisz. - powiedział pewnie, po czym dodał z udawaną nonszalancją, - Mi Papi za zamkniętymi drzwiami. - Odpowiedział oczywiście żartobliwie, ale trochę… łechtało jego i tak już niebezpiecznie przerośnięte ego. Wtedy podszedł kelner, przerywając idealny start rozmowy w najbardziej niewyczutym momencie. I co miał powiedzieć? Kelnerzy mieli to w sobie… tę naturalną potrzebę bycia cockblockerami. Zawsze podchodzą, kiedy rozmowa robi się prywatna. Albo kiedy masz pełne usta i przeżuwasz jak człowiek, a oni w połowie gryza pytają - „czy wszystko smakuje?”

Ezequiel westchnął i obserwował, jak jego młoda towarzyszka zamawia wino. - A dla pani ojca? - zapytał kelner. Ezequiel zakrztusił się własną śliną. Wyprostował się powoli i spojrzał na typa takim wzrokiem, jakby rozważał, czy da się kogoś udusić spojrzeniem. Zerknął na plakietkę. Alex. - Alex… czy któreś z nas wspomniało coś o spotkaniu ojca z córką? Dziadka z wnuczką? - wziął głęboki oddech, jak człowiek, który właśnie liczy do dziesięciu, żeby nie zrobić sceny. - Weźmiemy całą butelkę wina, które mojej towarzysce się spodobało. I proszę mieć na uwadze, że każde kolejne słowo wychodzące z twoich ust będzie miało wpływ na oprocentowanie napiwku. - Wydusił to z siebie, chwycił szklankę wody, która stała na stole, i upił łyk. - Z moich regularnych wizyt, gdzie zostawiam wam trzydzieści procent, jesteś już na dwudziestu. Więc proszę… idź się przejdź. Wróć z naszym winem i najlepszymi przystawkami, jakie macie. I przypomnij sobie, co oznacza etyka w tej profesji. - Kelner coś wymamrotał i zniknął z jego pola widzenia. Ezequiel spojrzał z powrotem na Sofię. Przysunął się bliżej stołu, nachylił i wyciągnął dłonie, czekając, czy je chwyci. Chciał… tak, chciał w jakimś sensie pokazać temu imbecylowi, że to nie jest żadna rodzinna schadzka. Czekał na jej ruch. A potem, ciszej, z nonszalanckim uśmiechem, rzucił, - Dlaczego przyszłaś na spotkanie… z takim starcem?

firecracker
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy się odzywał, czuła się troszkę, jakby rzucał na nią jakieś zaklęcie. Miał w sobie tyle charyzmy, że słuchała go niemalże z otwartymi ustami. Spotykała się z wieloma facetami, ale żaden z nich nie sprawił, by tak ekspresowo poczuła się zafascynowana. Ba, większości z nich nie udawało się nawet sprawić, żeby zapamiętała ich imię, a co dopiero skupiać na nich uwagę dłużej, niż przez krótki moment? W przedziwny sposób ulubiła sobie to, jak mówił do niej w swoim języku. Po raz pierwszy, od naprawdę dawna, nie pożałowała, że siedziała wtedy grzecznie w obecności swojej mamy i pozwalała jej tkać sobie go do głowy. Może powinna jej teraz wysłać kartkę z podziękowaniami? Miała ochotę mówić wszystko, co przyniesie jej na język ślina- tylko i wyłącznie po to, by słuchać pikantnych jak tabasco ripost lejących się z jego... kusząco wyglądających warg.
-Ah, caramelito. -zwilżyła prowokacyjnie swoje usta, jakby starała się poczuć na nich ten słodki smak. Poszerzyła swój zalotny uśmieszek jeszcze bardziej-Te volveré loco y estarás de rodillas suplicándome por más. Como una verdadera latina ardiente, y no esas blancuchas pálidas y descoloridas.- zaśmiała się perliście czując się przedziwnie dobrze z tym, co właśnie powiedziała. Nie zaprotestowała, nie poprawiła go... postanowiła dorzucić więcej podpałki do ognia, gotowa ogrzać się w jego cieple. Bardzo ciekawiło ją, ile musi mu takich rzeczy powiedzieć, żeby obudzić w nim wreszcie pewien dyskomfort. Niesamowicie interesowały ją jego granice.
I tym właśnie sposobem, Torres łyknęła haczyk, którego zarzucenia Garcia nie był nawet świadom.
Z zupełnie obcej dla siebie samej przyczyny czuła, że chce być przy nim jeszcze bardziej głośna, wyglądać jeszcze lepiej, rzucać jeszcze pikantniejsze uwagi. Chciała, by nie mógł odwrócić od niej wzroku nawet na moment. Chciała podtrzymać to jego spojrzenie możliwie jak najdłużej. Kąpać się w jego uwadze. Chciała opowiadać mu o każdej absurdalnej anegdocie z pracy, dziwnych wydarzeniach, które miały ostatnio miejsce. Pragnęła chwalić się osiągnięciami czy chociażby trywialnymi kwestiami, takimi jak to, jaką sukienkę udało jej się ostatnio kupić na promocji. Bo on tu był, pragnął jej uwagi, doceniał jej temperament i słuchał jej z taką fascynacją! Torres nie wiedziała, że jej dzisiejsza randka po prostu idealnie wlewała się w miejsca ubytków w jej życiu. Był starszym mężczyzną, dającym jej uwagę. Nie musiała o nią walczyć, sam do niej przychodził! Był potencjalnym kochankiem, który zadawał jej pytania inne niż idziemy do ciebie czy do mnie?
Oh, maldición! Jak on na nią patrzył!
Na jego uwagę odnośnie czwartej randki zaśmiała się radośnie, dając mu raz jeszcze zasmakować swojej perlistej radości. Sama pochyliła się rozbawiona, opierając się obiema dłońmi o stolik, jakby co najmniej miała zsunąć się z krzesła. Nie, to nie było aż tak śmieszne, ale... z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny jej działania stały się jeszcze bardziej performatywne. To nie tak, że kogoś zgrywała, ale jego aprobata sprawiała powoli, że... Sofia była teraz Sofią... tylko bardziej. A to niebezpieczny stan biorąc pod uwagę jej burzową naturę.
-Czyli na czwartą randkę mam przyjść w zbroi, jeżeli chcę zachować wszystkie swoje organy? Ayayay, papi!- oczywiście, że mimo wszystko nazywała go w ten sposób tutaj, przy wszystkich, rzucając mu tę przysłowiową kość.- Masz szczęście, że zawsze strasznie chciałam coś takiego na siebie założyć i mam całkiem spory fundusz do przepierdolenia na głupoty.- odrzuciła kosmyk włosów, który wydostał jej się ze spięcia, chowając go za ucho.- Además… ¿qué diversión y qué placer hay en permitirse esos placeres solo a puerta cerrada?- zamigotała do niego swoimi hebanowymi świetlikami i znów zaśmiała się głośno dając mu do zrozumienia, że nie zamierza przejmować się aż tak bardzo wszystkim co dzieje się dookoła nich, co ich bezpośrednio nie dotyczy. Poczuła na sobie nawet kilka spojrzeń, to z kolei połechtało tylko dodatkowo jej ego.
Już miała rzucić czymś jeszcze, dodatkowo zagęścić atmosferę, ale.. .ten cholerny kelner. Swoim chłodem chciała dać mu jasno do zrozumienia, że nie interesuje jej teraz być obsłużoną, że chce poświęcić nieco więcej czasu swojemu towarzyszowi... Nie spodziewała się jednak tego, co usłyszała chwilę potem. Natychmiast odwróciła się gwałtownie w kierunku elegancko ubranego, usłużnego mężczyzny i dosłownie spaliła go spojrzeniem. Jej twarz zrobiła się kwaśna, bardzo surowa. Zupełnie tak, jakby już samą swoją mimiką miała ostrzec przed nadchodzącą eksplozją. Zacisnęła palce na białym obrusie i otworzyła usta, by zrównać Alexa z ziemią, ale...
Eze ją uprzedził!
Wypuszczając powoli powietrze, zamykając bezwiednie usta słuchała wszystkiego, co mówił. Jej twarz coraz bardziej zrzucała z siebie ten wyraz furii. Ta wściekłość dosłownie ekspresowo została przegnana przez czysty szok. Sofia poprawiła się na miejscu czując, że przez to wszystko zrobiło jej się ciepło. Bardzo ciepło. Wzięła głęboki wdech i zaczęła się delikatnie wachlować, jakby to miało jej w jakiś sposób pomóc. Gdy znów zostali sami, uniosła obie dłonie do góry i kręcąc głową z niedowierzaniem zaczęła klaskać pstrykając paznokciem palca wskazującego o kciuk. Wykonała ten gest symetrycznie, obiema rękami.
-Preach! Dios santo, papi, estuvo ardiendo! Slay!- oczywiście, że złapała jego rękę, patrząc na niego z zapartym tchem. Wyglądała, jakby udało im się właśnie zwinąć cały skarbiec jakiegoś banku i uciec ku zachodzącemu słońcu. Była nim oczarowana! Może i zachował się dziś jak creep, kradnąc czyjąś tożsamość, ale... opłacało się tutaj dziś przyjść!- Ay, Eze! Przestań tak o sobie mówić!- skarciła go marszcząc brwi, zaciskając palce na jego dłoni mocniej, jakby tym gestem mu groziła.- Nazwałabym cię raczej papryczką chili. Dorastałeś w meksykańskim słońcu i nie ważne, czy jesteś młody i prężny czy stary i wysuszony... zawsze spełniasz swoją funkcję precyzyjnie. Jesteś papryczką, dzięki tobie świat jest lepszy.- pochyliła się delikatnie nad stolikiem, jakby miała powiedzieć mu jakąś największą tajemnicę.- A ja uwielbiam ostre żarcie.- zachichotała prostując się, znowu totalnie dumna ze swojego taniego tekstu. Od kiedy to ona rzucała komplementy podczas spotkań? Ayy, od tego proszku z chili chyba mocno zaczęło mieszać jej się w głowie.-Nie rozmawiajmy o twoim wieku, to nie na miejscu. Pomówmy o czymś innym! Co robisz w wolnym czasie? Co cię kręci? Jaką kawę pijesz?Trzy piosenki, bez których nie wyobrażasz sobie życia? W jakiej temperaturze wody bierzesz prysznic? I dlaczego akurat to pod moją spódnicę chcesz zajrzeć? No wiesz, pierdoły. Do filozoficznych rozterek na pewno pewnie jeszcze dotrzemy. To dopiero pierwsza randka, chili papi, niech będzie lekka..- zasypała go pytaniami, wciąż ogrzewając go swoim uśmiechem.

𝒄𝒉𝒊𝒍𝒊 𝒑𝒂𝒑𝒊
Ostatnio zmieniony pt sty 30, 2026 4:19 pm przez Sofia Torres, łącznie zmieniany 2 razy.
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mógł oderwać wzroku od jej ogromnych kolczyków, od tego, jak idealnie miała zaczesane włosy do tyłu. Nie znał się na modzie… wcale go to nie interesowało. On po prostu lubił się dobrze prezentować. Ale ona… ona była czymś innym. Ta czarna suknia dosłownie zabierała światło. Przez moment miał wrażenie, że tak jak słońce uwielbia wsiąkać w czarny materiał, tak samo ta sukienka wchłania wszystko dookoła… nawet te sztuczne lampy wiszące nad nimi. Z jednej strony wyglądała, jakby bardzo się starała być starsza, niż była. Ten ubiór krzyczał - elegancka, znana, sukcesywna kobieta po trzydziestce. Nic w niej nie zdradzało, że siedzi przed dziewczyną, która ledwie zdmuchnęła dwudziestą pierwszą świeczkę z tortu.
Próbował ją wybadać. Zobaczyć, na ile będzie mógł sobie pozwolić w jej towarzystwie. Był trochę zardzewiały, jeśli chodzi o randkowanie. Flirtował w szpitalu, z pielęgniarkami, z salowymi, z tym całym chaosem ludzi, którzy muszą się śmiać, żeby nie zwariować, ale nigdy nie zdarzyło mu się z żadną z nich wyjść na miasto. Ani do tak zwanego on-call roomu. W tym wyręczali go młodsi koledzy, którzy po dwunastu godzinach na nogach dalej mieli siłę 'zamoczyć', zanim znów wywali ich na kolejne emergency. On? Może i miał siłę. Tylko że on był typem człowieka, który lubił spać z kimś, na kogo miło mu się patrzy. Z kimś, kto rozbija mu trzewia cząsteczka po cząsteczce. Kto go rozpala. Nie lubił marnować czasu na byle upust. Wolał wybrać kogoś, kto jest mu miły dla oka.

A tak właśnie było, kiedy kilka miesięcy temu zauważył Sofię Torres.

Wtedy też pomyślał, że była starsza. Nawet zapytał portiera, a tamten, jak to portier, wygadał się bez żenady, że to młodziutka córeczka jakiegoś bogatego faceta, który sprezentował jej mieszkanko. Wycofał się wtedy. Po co mu niańczenie małolaty? Tylko że diagnoza przewróciła mu światopogląd do góry nogami. A kiedy tamtego południa zobaczył ją znowu w windzie… coś w nim znów drgnęło. Zainteresowanie wróciło jak głupi odruch. Uniósł kącik ust, jawnie zachwycony jej słowami. - Yo me ocuparé de ti, pequeña. Haré todo lo posible para que no vuelvas llorando o con el corazón roto.- odpowiedział bez zastanowienia. I wiedział, że byłby w stanie to zrobić. Przytrzymać ją przy sobie tak długo, jak będzie chciał, a potem zostawić… i nie wyjawić jej najmniejszego, najważniejszego szczegółu. Że to nie on jest problemem… tylko ta tykająca bomba w jego czaszce. Ale mniejsza. Skupmy się na tu i teraz.
Wyprostował się na krześle, dumny z faktu, że wybuchnęła śmiechem na jego żart… Podobało mu się, że tak aktywnie go słuchała. Że reagowała na każde słowo. Nachylił się nad stołem, żeby widzieć ją z bliższej odległości. Uśmiechnął się delikatnie i odparł, - Llámame mi papi cuando quieras, pequeña traviesa. - przeciągnął to spokojnie, jakby testował jej reakcję. - Pero no me pongas en la cabeza la imagen de ti con otra cosa que no sea este precioso vestido… porque voy a perder la cabeza. - Wczuwał się w tę gorącą atmosferę… taką, która za chwilę mogłaby rozbić termometr samym ciepłem. I wtedy… kulminacja. Oczywiście. Ich kokieteryjny, flirciarski moment bezczelnie przerwał kelner, który postanowił pobawić się w zgaduj-zgadulę w kategorii - relacje klientów. No cóż. Tym razem chybił. A Ezequiel nie zamierzał puścić tego płazem.

Wyciągając dłonie w jej stronę i czekając, aż ułoży swoje na jego, zaśmiał się na jej reakcję. Nie obchodziło go kilka spojrzeń, które poleciały w ich stronę. Z ciekawości złapał wzrokiem parę wścibskich oczu… wlepionych w Sofię. Z pewnością z zazdrości. Nie przeszkadzało mu to. Dorastał w głośnym domu, więc jej zachowanie było dla niego w pewnym sensie… normalne. Nawet przyjemne. Uśmiechnął się, gdy w końcu wsunęła swoją dłoń w jego. Kciukiem przejechał wzdłuż żył na jej nadgarstku i wpatrywał się w nią, słuchając uważnie. Przytakiwał, śmiał się raz po raz. Nie spodziewał się, że zostanie porównany do papryczki chili, ale… może faktycznie mógł się z tym utożsamiać. - Ufff. - westchnął głośno. - Całe szczęście, że masz świetny gust nie tylko do mężczyzn, ale i do jedzenia. - Zaśmiał się. - Ah, przestań. Nie mam problemu ze swoim wiekiem. Przeżyłem dużo i doszedłem do sukcesu sam. - uśmiechnął się, po czym pochylił głowę - Bardziej zastanawia mnie, czy zdajesz sobie sprawę, że bardzo szybko spodoba ci się moje towarzystwo, psotnico. - Ścisnął jej dłoń. Wybuchnął śmiechem na natłok pytań, na całą tę lawinę. - Wow. Daj mi sekundę. - Przymknął oczy, uśmiechając się pod nosem, próbując poukładać to w głowie. - W wolnym czasie uczę się grać na gitarze. - zaczął. - Kawę piję czarną z jednym cukrem, ale ostatnio próbuję ograniczyć śmietankę. - spojrzał na nią z rozbawieniem. - Ulubione piosenki na dziś? Hey Kid - Más que ayer, Al Final Charliego Rodd’a i Me gustas tú Manu Chao. - Pokręcił głową. - Przeważnie słucham hiszpańskiej muzyki podczas operacji. A przed… robię mój firmowy ruch. Kiedyś ci pokażę. - parsknął. - A prysznice? Kiedy mam wolne - gorące. Kiedy jestem on call - zimne. - I kiedy już chciał przejść dalej, zsunął dłoń odrobinę niżej, zahaczając palcami o jej drobne palce- A co do ostatniego… - uniósł brew. - Jesteś huraganem, który zabiera wszystko ze sobą po drodze. Może właśnie tego potrzebuję? Żebyś wciągnęła mnie w sam środek. - Posłał jej krótki uśmiech, a potem dodał ciszej,- Poza tym… widziałaś siebie? Majestuosa.

Kelner wrócił z winem. Otworzył butelkę, nalał im do kieliszków. Ezequiel puścił jej dłoń i oparł się o krzesło. - Czy są państwo gotowi zamówić główne dania? - zapytał kelner nieśmiało. Ezequiel spojrzał na niego surowo, wciąż zirytowany wcześniejszym numerem. - Jeszcze nie wiemy, czy zostaniemy na główne dania. Czekamy na przekąski. - Kelner przytaknął głową i odszedł. Ezequiel spojrzał na Sofię, śledząc jej wyraz twarzy, starając się wyczytać o czym tak naprawdę myśli. - Dobra. Teraz twoja kolej. - nachylił się lekko. - Co robisz w wolnym czasie? Jak długo masz tego Tindera? Skoro wydawałem ci się botem, to dlaczego dalej ze mną pisałaś? Jakie są twoje trzy ulubione piosenki? - Zrobił pauzę, a potem dodał, przeciągając ostatnie słowa z rozbawieniem, - Jak widzisz tę relację… iii czy jesteś wolna w ten weekend?

huragan psotnica
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedziała przed nim, dumnie strosząc swoje piórka. Była wyprostowana jak struna, szeroko uśmiechnięta, a czerwień na policzkach przebijała się przez makijaż, który misternie nałożyła na siebie przed wyjściem. Bardzo podobało jej się to, w jaki sposób jej się przyglądał. Miała wrażenie, że analizował każdy jej element, że poświęcał mu odpowiednią ilość uwagi i podziwiał. Było to zupełnie inne spojrzenie od tego, które spotykała do tej pory. Wciąż czuła to napięcie, widziała w jego rozszerzonych źrenicach ten pożądliwy blask... Ale tym razem nie czuła się znudzona czy obrzydzona sposobem, w jaki ktoś na nią patrzy. Wręcz przeciwnie. Chciała zapiąć go na smyczy z ciasną obróżką. Sprawić, by nie miał potrzeby spoglądania na cokolwiek innego. Chciała być jego definicją piękna.
¿Por qué? Ni puta idea.
Każde z jego słów łykała zachłannie, jakby była ich wygłodniała! To nie tak, że nie słyszała komplementów. Ale teraz, tutaj, w tej chwili, od niego... Miały jakąś kosmiczną wagę! Dlaczego? Patrz wyżej, Ni puta idea. Jedyne, czego był pewna ,to faktu, że chciała więcej. WIĘCEJ! A on jak najbardziej spełniał jej oczekiwania. Do tego stopnia, że złapała się na tym, że nie odpowiedziała na kilka zaczepek, bo była zbyt skupiona na tej cholernej charyzmie, której Garcia wydawał się być chodzącą , podręcznikową definicją. Jeżeli każdy dojrzały mężczyzna zachowywał się w ten sposób, to już nigdy nie wróci do randek z młodszymi, nie ma mowy! Coś jednak mówiło jej, że to nie kwestia wieku. To po prostu był jego naturalny talent.
-¡Ayyy papitooo!- zawołała wreszcie, gdy kelner już odmaszerował, znaleziwszy nareszcie siłę na to, by móc mu odpowiedzieć. W jej głosie pobrzmiewała symulowana bezsilność. Wachlując się szybko dłonią, wbiła wzrok sufit, jakby szukała tam siły. Zdecydowanie zbyt długo siedziała tutaj dumnie wyprężona, pławiąc się w jego komplementach i pikantnych uwagach. Musiała mu odpowiedzieć! Musiała go prowokować! Podbijać jego ego! Nie mogła pozwolić, by ten wypłowiały kelner przerwał tak intensywny flirt! Dlaczego? Tak, tak... Ni puta idea. So nie rozumiała, co się z nią działo.- Llámame pequeña traviesa una vez más y enseguida te describiré todo el contenido de mi armario, con todo lujo de detalles, con un apartado especial dedicado a mi lencería de encaje… ¡y créeme, tengo muchísima!- uśmiechnęła się diabelsko zadowolona ze swojej odpowiedzi i złapała za kieliszek z winem, które nareszcie pojawiło się na ich stoliku.- Salud, Ezequiel.-pochyliła kieliszek w jego kierunku w formie toastu. Włożyła całą siebie, całą dostępną Torres moc, pasję i namiętność w to, by jego imię zabrzmiało w jego uszach najlepiej, jak tylko mogło. Nie pokaleczyła go w ten koślawy sposób, jak robiły to osoby posługujące się na co dzień angielskim. Podkreśliła to dodatkowo tą latynoską iskrą, trzymając w głębi siebie kciuki za to, by ten drobny gest osiagnął taki cel, jaki mu z góry założyła. Chciała, by słyszał je dziś jeszcze w uszach, kładąc się spać, myśląc o niej. Chciała zrujnować mu noc, odebrać możliwość snu zaledwie wspomnieniem tego wieczoru.
Znów otuliła go ciepłym płaszczem swojego migoczącego śmiechu, gdy odpowiadał na wszystko, co od niej przed chwilą w słowotoku usłyszał. Starała się zapamiętać każdy szczegół, bo... Chciała, tak po prostu. Może nie było sensu szukania w tym wszystkim drugiego dna? Łatwiej i przyjemnej było po prostu zatracić się w chwili, niż szukać przyczyny czy potencjalnych skutków. Zakołysała kieliszkiem pomagając czerwonemu trunkowi zakręcić się w środku. Pochyliła się nad nim, wdychając bukiet aromatów, mrużąc przy tym na chwilę oczy. Kochała wino, niemal obsesyjnie! Tę miłość odziedziczyła po ojcu... Jak nie trudno się domyśleć, na temat tworzenia wina, możliwych kombinacji i innych technicznych, mało interesujących rzeczy uczyła się tylko po to, by mu zaimponować... no właśnie. Uniosła kieliszek pod światło i przyjrzała mu się.
-Głęboki rubin z ceglastą obwódką przy krawędzi. Ten ton mówi sam w sobie, że winko potrzebowało czasu. Beczka, ewidentnie. Intensywne, ale nie cukierkowe... hmmm...-mruknęła nagle, z manierą specjalisty, kiedy skończył już mówić. Skupiając się chwilę na zapachu.- Suszona wiśnia, suszona śliwka... Wanilia. Beczka. Czerwone owoce. Nie jest agresywny w aromacie, nie krzyczy na mnie z kieliszka.- mówiła głośno i zdecydowanie, z tą charakterystyczną pewnością siebie. W końcu wzięła łyka. Zmrużyła oczy rozcierając trunek na podniebieniu.- Jezu, boże! O! Długi finisz!- zawołała, nie intencjonalnie ściągając na siebie spojrzenia co poniektórych małżonków. Znów spojrzała na kieliszek, nie widząc przez chwilę poza nim świata.- Zbyt poukładane na Joven. Crianza to to napewno nie jest, za dużo głębi, no fucking way babe.- zmrużyła oczy i znów zawołała głośniej.- O kurwa! Ironio! Hiszpańskie! Rioja, strzelam... nie, nie, nie! Stawiam na to, że rocznik 2017.- w tym momencie kelner przyniósł przystawki. Spojrzała na niego ze świecącymi, szczeniackimi oczyma, jakby czekając na potwierdzenie. Mężczyzna ujął butelkę i zaprezentował jej, by mogła sama ocenić. Jedyne co zrobił, to mruknął cicho- Całkiem nieźle...- Całkiem nieźle? Daruj sobie. Nie chcę cię tutaj. Niech ktoś cię podmieni. Dość już nam naubliżałeś.- jej mina momentalnie stała się zimna, nieprzystępna i surowa. Machnęła zbywczo ręką, a Alex odszedł pośpiesznie, nie mówiąc już ani słowa. Spojrzała zadowolona z siebie na Ezequiela, pragnąc spijać podziw z jego twarzy. Bo przecież to, jak dokładna była, było, kurwa, imponujące! Westchnęła przeciągle, biorąc kolejnego łyka, tym razem dla przyjemności i odpowiedziała wreszcie na wszystkie jego pytania.- Po pierwsze, uważaj czego sobie życzysz, bo marzenia się spełniają. Huragan Torres nie odstawia na mniejsce tego, co poderwie z ziemi, chili papi.- puściła mu oczko i ułożyła twarz w koszyczku z rąk, podpierając się łokciami o stolik.- Staram się nie mieć wolnego czasu. Kto widział, żeby huragan stał w miejscu?- zagryzła subtelnie dolną wargę, robiąc to jednak w taki sposób, by mieć pewność, że to dostrzegł.- No dobra, lubię sprzątać. Odpalam podcast i robię rytualny deep clean łazienki. A jak nie mam ochoty na aktywność, leżę na swojej zajebiście dużej kanapie i gram w Animal Crossing. Lubię też spacery. Bardzo! Uwielbiam odkrywać nowe miejsca.- uśmiechnęła się delikatnie, dość nieśmiało, patrząc w jakiś punkt w kwiatach stojących w wazonie gdzieś na krawędzi stołu.- Tindera mam... odkąd tylko pamiętam. Odinstalowywałam go chyba częściej, niż podejmowałam randki. Ciężko jest znaleźć kogoś, z kim można spędzić miło czas, nie tylko w łóżku.- przewróciła teatralnie ślepiami, udając tym faktem zrozpaczoną i pokręciła głową z performatywną dezaprobatą.- Pisałam z tobą, bo... uwierz mi, że naprawdę niewielu mężczyzn unika tematu seksu w pierwszych kilku wiadomościach na tej platformie. No i twój komplement był strasznie out of the blue, nie dodałeś jakiejś cwaniackiej wiadomości zaraz po tym. Uznałam to za urocze.- wzruszyła lekko ramionami.- Raczej słucham, że mam dobre cycki, albo wyglądam na taką, co dobrze ciągnie, wiesz?- coś w jej głosie zdradzało, że jakoś ją to szczypało na personalnym poziomie. Starała się jednak udawać, że miała to głęboko gdzieś.- Trzech piosenek ci nie podam, to zdecydowanie za mało. Nie chcę, żeby inne piosenki poczuły się skrzywdzone.- parsknęła. Zanim udzieliła odpowiedzi na ostatnie pytanie, wysunęła delikatnie stopę z buta i musnęła pod stołem jego kostkę.- Jak widzę tę relację? Coś mi mówi, że oboje możemy na niej skorzystać a weekend... Musisz najpierw bardzo się postarać, Ezequielu.- zmierzyła go wzrokiem, nie śpiesząc się przy tym, wracając do swojej flirciarskiej wersji sprzed chwili.

𝒄𝒉𝒊𝒍𝒊 𝒑𝒂𝒑𝒊
Ostatnio zmieniony pt sty 30, 2026 4:19 pm przez Sofia Torres, łącznie zmieniany 2 razy.
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odkąd był dzieckiem, zawsze fascynowały go kataklizmy naturalne. Uważał je wręcz za coś pięknego - coś, co z daleka wygląda zapierająco dech w piersiach, przerażająco na swój wyjątkowy sposób… a mimo to potrafi zostawić za sobą tyle unicestwień. To było chore, wiedział. Ale nigdy nie umiał przestać w ten sposób o tym myśleć. Tak samo podchodził do swojej - teraz już oficjalnej - znajomości z panną Torres. Wiedział, że z nią nie będzie łatwo. Wiedział, że dostarczy mu niejednego bólu głowy, albo go wykończy… tylko że, banalnie, to już się działo. Tyle że nie przez nią, a przez to małe żyjątko, które powolnym tempem rozwijało się w jego mózgu. Miał tylko nadzieję, że utrzyma ten sekret jak najdłużej. Nie przywykł do zatajania rzeczy. Zazwyczaj był wylewny, szczery. Mówił, co myślał - starał się być przy tym fair, racjonalny. Może czasem surowy, ale to dopiero wtedy, kiedy puszczały mu nerwy… tak jak w przypadku owego Alexa.

Wracając jednak do katastrof.

Sofia skradła jego uwagę w pierwszym momencie, kiedy dosłownie przewinęła mu się pod nogami, sunąc w stronę windy z taką siłą i tempem, że miał wrażenie, iż zaraz zostanie uniesiony z powierzchni ziemi przez wiatr, który wydobywała wokół siebie samą swoją barwną personą. Bo taka właśnie była. Patrząc na nią widział paletę kolorów, która - być może - pozbawi szarości jego codzienność, aż do tego nieuniknionego końca. Miał nadzieję, że nie przeszkadza jej to, że wpatruje się w nią z taką intensywnością, że gdyby miał rentgen w oczach, mógłby dosłownie zrobić prześwietlenie jej czaszki samym spojrzeniem. Ale nie mógł się powstrzymać.

Była inna.

Parsknął śmiechem na jej pierwsze słowa, które wypłynęły z gardła wręcz melodyjnie, gdy kelner wreszcie zniknął. - Ayy, traviesa… - mruknął, unosząc brew. - ¿Por qué me lo describirías, si sé exactamente dónde vives y podrías enseñármelo en persona, señorita Torres? - Uśmiechnął się, dumny z samego siebie i… zaskakująco zadowolony z faktu, że z każdą minutą spędzoną z nią czuł się jakby był dwadzieścia lat młodszy. Jego ferwor narastał z każdą sekundą, a on sam był przyjemnie zdziwiony, jak dobrze im się rozmawia - mimo ćwierćwiecza różnicy. Przechylił kieliszek w jej stronę, wznosząc toast. - Salud, psotnico. - Upił wina. Rozlało się po jego kubkach smakowych miękko i ciepło, a on nie mógł przeoczyć jednego... spodobało mu się, jak wymawia jego imię. Przywykł do zamerykanizowanej wersji. A tu - ten latynoski akcent - i nagle poczuł jakąś absurdalną, dziecinną radość. Jej uśmiech był rażący. Pokrętnie przyjemny. Momentami zapominał, jaki miał plan. Że to miała być zabawa. Ucieczka. Że nie powinien się angażować. Tylko jak miał się dobrze bawić, nie poznając jej? Nie sprawiając, żeby poczuła się pewniej w jego towarzystwie? Oczywiście, że musiał się postarać. W jakimś chorym sensie chciał jej zawrócić w głowie do tego stopnia, żeby nie mogła przestać o nim myśleć. Żeby była na każdy jego telefon. Na każdą zachciankę bliskości. A żeby to zrobić… musiał dać coś z siebie. Coś, co przez lata upychał na bok, stawiając pracę na piedestale, jakby była jedynym świętym miejscem w jego życiu.

Odstawił kieliszek, chciał spytać ją o coś jeszcze, kiedy ona zaczęła dosłownie analizować wino. Uchylił usta w szoku, słysząc tyle szczegółów o czymś, co dla niego zwykle było po prostu 'czerwonym'. Z tego wszystkiego chwycił swoją lampkę, przysunął do ust i upił kawałek, próbując wyczuć te nuty, które opisywała z taką pewnością. I wtedy… otworzył szerzej oczy, bo nagle faktycznie to poczuł. Jakby ktoś mu wcisnął nowy zmysł. - Mierda santa… - rzucił pod nosem, rozbawiony i jeszcze bardziej zaskoczony. Kelner pokazał etykietę, a ona… zgadła. Ezequiel zaczął klaskać, kompletnie ignorując ludzi dookoła. - Wow. Nie wiedziałem, że mam przed sobą wybitną sommelierkę. - uśmiechnął się szeroko. - Będę musiał wysyłać ci zdjęcia win, które kupuję do domu, żebym miał pewność, że wybieram dobrze. - Obserwując, jak zbeształa kelnera, poczuł dziwne ciepło w klatce piersiowej. Nie dość, że była inteligentna, interesująca i wygadana… była też pewna siebie. Podobało mu się to.

I to bardziej, niż chciałby przyznać.

Spojrzał na przystawki i zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że teraz nie miał do niej „dostępu”, że ten cholernie długi stół nie pozwalał mu po prostu przejść i usiąść obok niej. Irytowało go to absurdalnie. - Nie obraziłbym się, gdyby to marzenie się spełniło - odparł, uśmiechając się delikatnie. Dolał sobie wina, uzupełnił też jej lampkę i rozsiadł się wygodnie, słuchając jej ciekawych faktów. Była kompletnie inna niż sobie ją wyobrażał. Myślał, że jej jedynym zainteresowaniem będzie wydawanie pieniędzy, a okazywało się, że jest w niej dużo więcej. Upił wino i parsknął śmiechem, prawie się krztusząc na komentarz o cyckach. Automatycznie przejechał wzrokiem po jej sylwetce - na tyle, na ile mógł, biorąc pod uwagę stół i te przeklęte przystawki, które stały między nimi jak bariera ochronna. - Hm… - mruknął, po czym spoważniał. - Sofio, jesteś bardzo piękną kobietą. - zaczął powoli. - Ale muszę cię czymś zasmucić. - Spojrzał na nią uważnie. - Jak już pewnie zauważyłaś… cholernie bardzo mi się podobasz. Chciałbym ci pokazać i dać dobry czas. Mógłbym zrobić całe to Netflix and chill z tobą czy co to tam jest… - uśmiechnął się krzywo. - Ale wydajesz mi się wyjątkową kobietą, która zasługuje na trochę więcej uwagi.- Nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że zgarnie za to punkty.
Oczywiście, że myślał o tym, jak bardzo chciał ją przelecieć w trakcie tej rozmowy... ale wydawało mu się, że więcej wygra, jeśli będzie udawał gentlemana, którym ironicznie przecież był! Uniósł rękę, wołając kelnera. - Widziałem, że macie licencję na sprzedaż alkoholu na wynos. Wezmę jeszcze jedną butelkę. Proszę zapakować przystawki. Poprosimy jeszcze dwie różne pizze i spaghetti carbonara na zewnątrz. Proszę wrócić z rachunkiem… nie będziemy tu jeść. - Kelner przytaknął pospiesznie, zabrał przystawki, które były praktycznie nietknięte, i zniknął. Ezequiel spojrzał z powrotem na Sofię, uśmiechając się pod nosem. - Na randkach zwykle lubię przyglądać się mojej partnerce w jej pełnej okazałości… i sporadycznie jej dotknąć. - przeciągnął słowa, jakby smakował to zdanie. - Co powiesz na to.. jak jedzenie będzie gotowe, zaniosę je do mojego mieszkania. Pójdziemy na spacer. A potem wrócimy do mnie i zjemy to na miejscu?

traviesa
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wizerunek Sofii Torres już dawno powinien zostać zamieszczony w słowniku, jako idealna reprezentacja powiedzenia, że ktoś zyskuje przy bliższym poznaniu. No jasne, że potrafiła być opryskliwa, wredna, mściwa i bezlitosna. Oczywiście, że byłaby w stanie przebić czyjąś czaszkę własną szpilką, gdyby zaszedł jej wystarczająco za skórę... Ale w gruncie rzeczy była naprawdę pełną ciepła i radości , wrażliwą dziewczyną. Korzystała z tego jak postrzegało ją społeczeństwo- każdy widział ją jako zagrożenie, ludzie czuli respekt, bo nie bała się powiedzieć, co jej nie pasowało i nie pozwalała sobą pomiatać. Ludzie stronili od niej, bo wykorzystywała dostępne sobie zasoby pieniężne. A co miała robić? Roleplayować osobę z typowej, kanadyjskiej klasy średniej? Udawać, że nie ma pieniędzy i gromadzić je na święte potem? Trumny raczej nie posiadały kieszeni na majątek, a ona miała potencjalnie duży majątek po ojcu do przejęcia. Bieda jej nie groziła.
No właśnie, bo Torres miała przyczepioną do czoła listę stereotypów, które- jak nietrudno się domyśleć- leżały bardzo daleko prawdy. Wystarczyło rozejrzeć się po tym pieprzonym lokalu. Część ludzi patrzyła na nią z obrzydzeniem, bo nie siedziała cicho jak myszka i emanowała pozytywną energią. Żony spoglądały na nią z obrzydzeniem, jak najgorszą w świecie rozpustnicę, bo wyglądała dobrze i przyciągała spojrzenia ich niewiernych mężów. Bo śmiała być równie zadziorna co mężczyźni. Używać równie bezpośredniego języka co oni. Werbalizować własne pożądanie. Ludzie mieli ją za szmatę, bo miała bardzo sprecyzowane potrzeby i rozstawała się z osobami, które nie były w stanie ich zapewnić! Byli też nieskończenie zazdrośni o jej cholerny dobrobyt. Nikogo nie obchodziło, kiedy robiła zakupy dla starszej sąsiadki, pomogła złapać niereagującego na komendy psa losowemu przechodniowi, pomogła komuś wstać, gdy upadł czy szepnęła dyskretnie jakiejś dziewczynie, że podwinęła jej się kieca. Ludzie odwracali się do niej plecami, kiedy przekazywała datki albo reagowała na przemoc w publicznym miejscu... Widziano ją tylko z drogim winem w dłoni, kiedy założyła głębszy dekolt, zaśmiała się nieco głośniej niż reszta gości w danym lokalu, albo na zdjęciach u boku jej nieprzyzwoicie bogatego ojca. Nikogo nie interesowało, że każde zdjęcie z Panem Torres, jakie kiedykolwiek jej zrobiono, chowała w pudełku pod łóżkiem. Tym samym pudełku, w którym trzymałą całą masę innych, zupełnie nikomu niepotrzebnych bibelotów, dla niej miały kosmiczne znaczenie.
Banda pierdolonych hipokrytów znęcająca się nad małolatą, którą męczyło już udowadnianie wszystkim, że jej rdzeń zbudowany jest z dobra i rozczulającego ciepła. Grupa jebanych sadystów, która nigdy nie pozwoliła jej dorosnąć w spokoju. A mimo to, wciąż, bezwstydnie, bezpardonowo i uparcie była sobą. Bo tak chciała. Bo takie miała serce- nie dlatego, że ktoś miał jej przyklasnąć. Nikt, nigdy tego nie robił.
Uśmiechnęła się kokieteryjnie, słysząc, że postanowił znowu wyprowadzić w nią ten flirciarski atak. Uznała jednak, że nie odpowie tym razem, jedyne co zrobiła, to poruszyła ustami "Mis puertas están siempre abiertas para ti, papi picante" w taki sposób, by mieć pewność, że zrozumiał jej szelmowski przekaz. Znów zaśmiała się perliście kręcąc głową z niedowierzaniem. Ich wymiana wyglądała niemalże jak pojedynek... nie, lepiej! Jak flamenco. Zdecydowane, pewne, z charakterem. Nie mogła przestać z nim werbalnie tańczyć. Chciała zetrzeć z nim podeszwy swoich butów i dostać odcisków od ilości wystukiwanych kroków.
Kiedy zatem jej starszy towarzysz zaczął bić dosłowne brawa, twarz Sofii rozświetliła się, jakby słońce skoncentrowało swoje ciepłe promienie wyłącznie na jej twarzy, ignorując wszystko inne na ziemi. Zamrugała szybko i nie ruszając się z krzesła, przyłożyła dłoń pomiędzy piersiami, kłaniając się nisko nad stołem. Sam fakt, że w ogóle nie bał się zrobić tak bardzo ekspresyjnego gestu w miejscu, gdzie wszyscy i tak zdążyli już wydać im wyrok sprawił, że jej wnętrzności spalały się z radości. Nie wstydził się. Chwalił ją... tak uwielbiała, kiedy to robił. Poświęcał jej czas i ją doceniał... Santa muerte, ona nie była huraganem. Była pieprzonym samochodem, który miał rozbić się na ścianie. Na pieprzonym, ćwierć wieku starszym lekarzu, który ją catfishował!
-¡Gracias, oh gracias!- starała się, by jej głos był teatralny, jednak było w nim za dużo autentycznej radości.- Śmiało, z wielką chęcią ci pomogę.- nie, to nie była próba bycia uprzejmą, ona faktycznie miała to na myśli. Chciała być pierwszą myślą, kiedy przechodził przez alejkę z winem w sklepie. Złapała za kieliszek, który dla niej uzupełnił.
Nic jednak nie było w stanie przygotować jej na to, co usłyszała chwilę potem.
Po jego wyznaniu, jej palce zadrżały delikatnie na szkle. Jej wargi rozchyliły się lekko, zadrżały, jakby doznała szoku. Serce w piersi zabiło jej w mocniej, a przez ciemne oczy So przemknęło coś na pograniczu melancholii i... spełnienia? Zaraz potem coś brutalnie ścisnęło jej wnętrzności i wywróciło je do góry nogami. Cofnęła stopę i powoli znów wsunęła ją w swoją szpilkę. On nie zgarnął żadnych punktów, on po prostu z nią wygrał. Spuściła wzrok wysilając się bardzo mocno, żeby się nie zgarbić. Całe życie czekała na to, by ktoś przemówił do niej z taką pasją, takim uznaniem. Żeby ktoś ją dostrzegł, nazwał. Powiedział o niej coś więcej, niż tylko tani i szybki komplement na temat jej ciała. Miała ochotę się popłakać. Jak dziecko. Rozsypać na miliony drobnych kawałków, pokazać swoją prawdziwą twarz. Tą utkaną z kompleksów i chronicznej samotności.
Oczyściła delikatnie gardło i przepłukała je winem, udając, że po prostu miała chwilowe problemy techniczne. Nie zauważyła nawet, że Ezequiel zdążył zrobić coś w międzyczasie. Ocknęła się dopiero w momencie, gdy wyznał, jakie ma wobec niej zamiary na resztę wieczoru. Mierda santa… Nawet, gdyby miał ją dziś tylko wykorzystać i już nigdy się nie odezwać, to zrobił dla niej tego wieczora więcej, niż jakikolwiek chłopak, z którym kiedykolwiek się spotkała. Nie mogła sączyć tego wina spokojnie... wlała je w gardło, jakby desperacko próbowała powtrzymać ten uścisk, który coraz mocniej ją za nie trzymał.
-Przepraszam na chwilę, zrobiło mi się słabo.- wbrew temu co mówiła, jej twarz czerwieniła się tak bardzo, że żaden makijaż nie był w stanie tego przykryć... do tego jej głos zabrzmiał tak cholernie drżąco! Pognała do toalety, łapiąc za swoją torebkę, żeby móc zapanować nad makijażem, jeżeli coś pójdzie nie tak. Nie było jej przez chwilę, musiała odetchnąć. Z zażenowaniem oglądała swoją czerwoną twarz. Naniosła więc na nią odrobinę pudru, by odkryć, że to, oczywiście, nic nie dało. Wzięła więc kilka głębokich wdechów (głupi pomysł robić to w publicznej toalecie) i kiedy upewniła się, że znów ma się w garści, poprawiła sukienkę i nałożyła na swoje usta nową warstwę ze szminki- tamtą zostawiła na lampce wina.- No, Torres!- zawołała, niemalże wojskowym tonem i odwróciła się bokiem do lustra, by upewnić się ,że wygląda dobrze. Jak pierdolona żyleta, która łamie serca młodych chłopców... - To tylko bolec, weź się w garść. To przez to całe seksualne napięcie. Przeleci cię i będzie git! Prawda? PRAWDA!- brzmiała troszkę jak coach w szatni podczas meczu hokeja. Skinęła głową do swojego odbicia i powróciła na salę wydań. Szybkim, zdecydowanym krokiem pieprzonej seksbomby podeszła do swojego towarzysza, niemalże opierając biodro o jego ramię. Patrzyła na niego przez chwilę w ciszy, z góry, uśmiechając się do niego zadziornie. Zauważyła, że obsługa zdążyła już przygotować jedzenie na wynos.- Sorry. Alex ma tak brzydką mordę, że musiałam pójść się zrzygać. Ale już jest ok. Chodźmy na ten spacer! Dawno mnie nikt nie wyprowadzał... tsk, tsk, tsk zapomniałam wziąć z domu swoją smycz i obrożę.- wyrzucała z siebie absurd jak serię z karabinu, pragnąc odciągnąć uwagę od swojej chwilowej niedyspozycji. Złapała się pod biodro i pokręciła głową, jakby naprawdę miała to na myśli.- No! Vamos, Garcia!- i tym sposobem huragan Torres powrócił. Z o wiele większą, śmiercionośną siłą. Napędzony chęcią bycia uwielbianą.
𝒌𝒐𝒏𝒊𝒆𝒄
𝒗𝒂𝒎𝒐𝒔, 𝒄𝒉𝒊𝒍𝒊 𝒑𝒂𝒑𝒊!
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
ODPOWIEDZ

Wróć do „Archeo”