Pokiwała głową, generalnie się z nim zgadzając. Martwa natura, oprócz tego, że no, martwa, była po prostu do bólu przewidywalna, wszystko było z nią w porządku aż do przesady. Zaplanowana, ustawiona wedle czyjegoś konceptu była może i dobra do tego, żeby poćwiczyć technikę, ale poza tym nie było w niej nic faktycznie interesującego. W pewnym sensie, gdyby się nad tym zastanowiła, to i może stanowiło to pewną metaforę jej dotychczasowego życia – ono też było przewidywalne, uporządkowane i teraz, kiedy już zbliżała się do trzydziestki, widziała, jak mało było w nim spontaniczności i to chyba było coś, co właśnie chciała zmienić. Trochę zaszaleć.
–
O, a ty, co najfajniejszego udało ci się narysować? – zapytała zaciekawiona. Jego rysowali na molo, a on co rysował? Co do zasady zgadzała się, że rysowanie było sztuką. Chyba nie tak docenianą jak na przykład malarstwo, bo jakimś cudem mnóstwo osób było w stanie wymienić wielu sławnych malarzy, takich jak da Vinci, Dali czy Picasso, ale już kiedy temat schodził na rysowników to zaczynały się schody. Może też dlatego, że w muzeach czy galeriach sztuki raczej wieszało się obrazy, a nie rysunki? Więc te ważne nazwiska z tej konkretnej dziedziny chyba trochę ginęły w popkulturze. Marseille wcale nie była lepsza, bo przecież trudno byłoby jej w tym momencie przywołać jakichś sławnych rysowników. No oprócz jej prababci, która była ilustratorką książek dla dzieci – no i nie była wcale zbyt sławna niestety.
–
Jak to miasto we Francji, wiem. Ale jest gorzej. Tata faktycznie czasem mówił do mnie Mars, a nazywam się Newton, więc… – Połączenie do bólu fizyczne, no ale nie było w tym nic dziwnego, skoro jej ojciec był fizykiem. Mimo wszystko nie lubiła tego konkretnego zdrobnienia. –
Zazwyczaj mówią do mnie pełną formą imienia, ale Marsie też jest w porządku. – W ten sposób mówiła do niej babcia czy przyjaciele, więc zawsze dobrze jej się to kojarzyło.
Przyjrzała mu się, kiedy próbował przypomnieć sobie nazwisko aktora, do którego go porównywali, a kiedy w końcu ono padło, Marseille pokiwała ochoczo głową.
–
Faktycznie, jak tak patrzę to może nawet trochę podobny – oznajmiła, choć może bardziej z grzeczności, bo jednak Willy Wonka w tym starciu podobieństw wygrywa, zerkając raz na jeden jego profil, raz na drugi. Młody DiCaprio był zresztą też fest przystojny, Marseille jako nastolatka bardzo się w nim kochała i płakała strasznie na Titanicu, kiedy ta perfidna Rose zamiast się posunąć na tych drzwiach, pozwoliła mu zamarznąć i umrzeć. –
I on też rysował, pamiętasz? – Znaczy Jack z Titanica, czy DiCaprio to nie wiedziała. –
Macie coś wspólnego!
Postanowiła, że w takim razie na swoim rysunku uwydatni bardziej ten jego profil, który upodabniał go do hollywoodzkiej gwiazdy. Wzięła ołówek w dłoń.
–
Gotować. Piec też. Ciasta, ciasteczka. Ostatnio próbuję swoich sił w tortach – powiedziała, a potem w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. –
I lubię zbierać grzyby. No, nie teraz, bo jest zima, ale lubię chodzić po lesie, szukać grzybów. Mam nawet atlas grzybów w domu. Dostałam od dziadka – powiedziała konspiracyjnym tonem, jakby zdradzała mu jakąś wielką tajemnicę o sobie. Jako dziecko uwielbiała te leśne wyprawy o wschodzie słońca. Zwłaszcza po deszczu, wtedy grzybów było na pęczki. –
Kim chciałeś zostać w przyszłości, jak byłeś mały? – Teraz ona zapytała, jak gdyby to pytanie miało pomóc jej przenieść jego sylwetkę na papier. Może tak było.
William N. Patel