Przystanek w spożywczym miał sprostać moim dzisiejszym oczekiwaniom zarówno na spotkanie z Audrey, co późniejszy trening. Po chwyceniu butelki soku, mieszanki orzechów (także z tymi w czekoladzie!) i owsianych ciastek, zatrzymałam się w dziale żelków. Kwaśne nie były tymi, które mnie zwykle szczególnie interesowały i pewnie nawet nie zwróciłabym na nie uwagi, gdyby nie wiadomość od Audrey. Spędziłam więc kilka dobrych minut na szukaniu specjalnej edycji z dinozaurami, póki szanowna ekspedientka nie powiedziała, że się skończyły. Normalnym byłoby kupić dowolne inne kwaśne żelki i pójść na spotkanie, ale ja przebiegłam jeszcze dwa kolejne sklepy, póki nie znalazłam odpowiednich. Lubię sprawiać znajomym przyjemność, także tę drobną, więc to oczywiste rozwiązanie.
Niskie kamienice Parkdale poprzeplatane industrialną architekturą miały swój charakter, zupełnie różny od tego, do którego przywykłam w centralnej części Toronto. Jadąc wolno za GPSem miałam okazję przyjrzeć się uroczym kawiarniom i niezależnym galeriom sztuki, których wystawy przykuwały oko. Rzadko bywałam w takich miejscach, wychodząc z założenia, że nic mnie z nimi nie łączy. Podziwianie z zewnątrz pozwalało na kompromis między docenianiem piękna a zaangażowaniem w wizytę. Za to parkowanie blisko mieszkania Audrey nie było takie piękne. Prawko mam już od jakiegoś czasu, ale nadal boję się jeździć. Czy to sprawia, że wzbraniam się przed podróżowaniem samochodem? Pewnie, że nie, w końcu każda okazja do ćwiczeń jest dobra. Staram się po mieście poruszać autobusami, czy uberem, tyle że dziś miałam jeszcze wieczorem przedostać się na drugi koniec miasta, a jeżdżenie wśród ludzi po długim treningu uważam za mało komfortowe (wolę mieć ciszę i spokój!). Schody zaczynają się w momencie, kiedy trzeba się zatrzymać w miejscu innym, niż parking podziemny w apartamentowcu Galena, czy szeroki podjazd u moich rodziców. Tu w Parkdale było… ciasno. Turkusowe BMW przyciągało spojrzenia, zwłaszcza w zderzeniu z miejską, zimową szarością, ale co poradzić, że uwielbiam ten kolor? Ignorując narastający stres i poczucie bycia obserwowaną przez przechodniów, zaparkowałam wreszcie z oddechem ulgi. Gdy tylko wydostałam się bezpiecznie z samochodu i odnalazłam odpowiednią kamienicę, pospiesznym krokiem ruszyłam po schodach. Harrison wiedziała, że się spóźnię, ale nie dlatego, że mam do tego tendencję, a dlatego, że na bieżąco wysyłałam jej aktualizację.
Wpadłam na odpowiednie piętro bez większej zadyszki, poprawiając przerzuconą przez ramię torbę od Vendula London. To jedna z moich ulubionych, przedstawiająca witrynę mistycznego sklepu ze świecami i jestem zakochana w jej ręcznie wykonanych detalach (drzwiczki się otwierają!). Za nic miałam fakt, że nie do końca pasowała do puchowej kurtki w granatowo-metalicznym kolorze, ani też nasuniętej na kręcone włosy wełnianej czapki, ale za to idealnie do czarnego sweterka i ciemnych dżinsów. Zapukałam dwukrotnie, wolną ręką chowając jeszcze do kieszonki torby pomadkę o brzoskwiniowym zapachu, której smak rozlał się właśnie po nieco spierzchniętych wargach i przyłapałam się na tym, że wstrzymuję oddech.
audrey harrison