-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zerknął na nią spod byka, kiedy wyjęła mu butelkę i zawiesił na chwilę spojrzenie na jej twarzy. Poczuł dziwne ukłucie w okolicach brzucha, kiedy dostrzegł, że rozmazała jej się odrobinę maskara. Dopiero teraz, kiedy emocje opadały, powoli dochodziło do niego wszystko, do czego doprowadził. A sprawił, że ta cudowna istota, którą tak kurewsko się zachwycał, zalała się przez niego łzami naruszając trwale ten swój pełen spokoju i równowagi wizerunek. Standardowo, jak to na Swerdlove przystało, musiał szybko zareagować ostrym komentarzem, żeby zniwelować wszystkie wyrzuty sumienia, których produkcja została w nim dziś zupełnie losowo wznowiona. No dobra, nie losowo... Ale na pewno nie budził się tego ranka z myślą, że czeka go gruntowne sprzątanie swojej własnej, duchowej, emocjonalnej strony.
-Czy ty zawsze musisz wkładać kij w mrowisko?- fuknął niemalże moralizatorsko i pochylił się do przodu, opierając przedramiona o swoje kolana. Słuchał jej dokładnie i z należytą uwagą, mimo, że całym sobą starał się reprezentować postawę zupełnie odwrotną. Jej słowa szczerze go przeraziły. Jak mogła mówić mu coś takiego po tym wszystkim, co się wydarzyło? Co było z nią nie tak? Miała jakieś ewidentnie masochistyczne zapędy.- A może masz zjebany instynkt samozachowawczy i desperacką próbę próby odciągnięcia cię ode mnie, wysłaną przez twój organizm, potraktowałaś jako początek magicznej i cukierkowej przyjaźni?- znowu spojrzał na nią, starając się być przy tym najbardziej beznamiętny i chłodny jak potrafił. - Czyli jednak masz chcicę. Po prostu powiedz, to może faktycznie cos zaradzimy.- podsumował szybko, czując pewien dyskomfort, gdy wspomniała o przyjacielu. Widząc jej minę, nie wytrzymał i odetchnął głęboko, jakby wypuścił całe powietrze zalegające przez lata w płucach, przecierając twarz dłońmi.- Dobra, kurwa, sorry. Ale musisz zrozumieć, jak pojebana jest ta sytuacja. I nie mów mi, że rozumiesz, bo ewidentnie nie. Przed chwilą powiedziałem ci, że chciałbym cię przelecieć, nawrzucałem ci świństw, obłapywałem cię i traktowałem jak śmiecia, a ty pierdolisz mi coś o przyjaźni.- rzucił z jakimś obcym sobie jak dotąd poczuciem porażki, nie mogąc jakoś konkretnie wziąć się w garść. Zniszczyła coś w jego dotychczasowej formie. Nie było lepszego dowodu na to, jak ilość słów wypływających z niego w jej kierunku. Mówił jej o tym, co myśli, bez filtra. Ten cholerny, schroniskowy burek zaczynał się wreszcie socjalizować z człowiekiem, przestał widzieć w nim zagrożenie.- Jak chcesz przebywać w moim towarzystwie, to lepiej do tego przywyknij, szajbusko.- opadł powoli plecami na oparcie fotela i wlepił w nią spojrzenie swoich świecących jakimś dziwnym, bliżej nieokreślonym światłem tęczówek. Sposób w jaki ją nazwał wypowiedział z jakąś dziwną czułością, ewidentnie unikał jej imienia dla zwykłej przekory.
Przetarł twarz dłonią wzdychając przy tym ciężko, czując, że poziom absurdu zaczynał powoli przerastać nawet jego. Przejął od niej butelkę i wziął jeszcze większego łyka od tego, który wlał w siebie wcześniej. Może jak się upije, to zacznie ją faktycznie rozumieć? Nie, to nie na tym rzecz polegała. Bo on ją rozumiał i to bardzo. Raczej nie mieściło mu się w głowie, że ktoś faktycznie mógłby obrać sobie akurat jego jako swojego spirytualnego towarzysza... albo jakiegokolwiek, na dobrą sprawę. Tak, niska samoocena Iana nie była jakąś wielką tajemnicą, nigdy nie próbował tego ukrywać.
Niedbale złapał za szkicownik, który porzuciła chwilę przed całą tą farsą i wcisnął jej go w ręce. Wlepił spojrzenie w jej oczy, kręcąc delikatnie butelką, wzburzając resztkę trunku czekającego na skończenie jego męki. Bez cienia zahamowania wykonał ostatnie życzenie rumu, a pustą butelkę odstawił przy fotelu.
-No, Sztokholm...- nie trzeba chyba wspominać, że przydomek nadał jej na podstawie wszystkim znanego syndromu. Uważał, że pasował do niej idealnie.- To powiedz mi teraz, co faktycznie miałaś na myśli mówiąc, że masz jakieś sztuczki.- mówił nieco ciszej, jego głos stracił tej mocy i brzmiał dość... pokracznie. Jak kosmita, który dopiero uczy się całego tego cyrku związanego ze zdrowymi relacjami z drugim człowiekiem. On. Ian Swerdelove. Niech ktoś zadzwoni do jego starych i powie im o tym cudzie, zanim zejdą! Miał dziwną potrzebę wynagrodzenia jej tej cholernej scenki, a z drugiej strony- był zwyczajnie ciekawy co miała na myśli.- Wiem, że technicznie może być słabo, jestem samoukiem. Nie robiłem żadnej szkoły w tym kierunku. Wszystko to, to po prostu... wajb, ja kto się teraz mówi.- podrapał się delikatnie w kark czując się jak ostatni pozer- osoba, którymi zazwyczaj strasznie gardził. On po prostu uczył się, jak rozmawiać z drugą osobą na tematy inne niż ćpanie, rodzaje haju czy seks. Nikt go nigdy nie nauczył, jak prowadzić normalną rozmowę z drugą osobą.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Westchnęła głośno, zirytowana tym jego ciągłym deptaniem wszystkiego, co choć na chwilę próbowało się między nimi ułożyć w coś normalnego. - Fucking hell… - mruknęła. - Dobra. Jeżeli nie przyjaźń, nie kumpelstwo, to nazwijmy to… dwiema osobami, które spędzają czas raz po raz ze sobą, bo wszyscy inni ludzie są chujowi i nie chce nam się tracić bateryjki społecznej na nich, eh? - Spojrzała na niego z tą głupią nadzieją, że może taki układ zabrzmi dla niego bardziej bezpiecznie. - Traktat. - uniosła brew. - Gdzie mogę ci dać pewność, że postaram się być najbardziej znośną towarzyszką do zabicia czasu, jaką jestem w stanie. Dobra? - Uśmiechnęła się i miała cichą nadzieję, że w jakimkolwiek sensie przebije się przez tę jego niechęć. I wtedy, po tej całej słownej przepychance… usłyszała nowyj przydomek. Wybuchnęła śmiechem. - Aww. Czyżbyś jednak zdecydował się dać mi szansę… i naszemu związkowi, Ōji? - Musiała się z nim podroczyć. Dorzuciła jeszcze 'księciuniu' po japońsku, z pełną świadomością, że i tak tego nie zrozumie. Ale Vita nie byłaby Vitą, gdyby w najbardziej randomowej sytuacji nie wplotła niewinnej kokieterii, tylko po to, żeby zobaczyć, czy mu drgnie kącik ust. Przewróciła oczami na jego kolejną „subtelną” ksywkę - oczywiście w jego stylu. - Ha. Śmieszne - wysunęła język. - Zapamiętam to sobie, Tiń. - Cień po ukraińsku. Już miała w mózgu uknute riposty, ostre jak żyletki, ale… zaskoczył ją czymś gorszym. Normalnym pytaniem. Vita zamrugała raz, drugi, próbując przetrawić, czy to się dzieje naprawdę, czy może jednak coś dosypał do rumu i zaraz obudzi się w jakimś absurdalnym śnie. Ale on brnął dalej. Wcisnął jej szkicownik w dłonie.
Uśmiechnęła się szeroko. Odsunęła delikatnie jego nogi i przysunęła się bliżej na fotelu, siadając bokiem. Otworzyła szkicownik i nachyliła się nad rysunkami, tym razem patrzyła na nie jakby było coś intymnego… nie papier, tylko kawałek jego. - Tylko nie zrozum mnie źle - powiedziała od razu. - Te szkice są serio mega. - Uniósła spojrzenie na niego na sekundę, a potem otworzyła losową kartkę. - To wszystko zależy od tego, jak bardzo accurately chcesz odwzorować ludzką anatomię. - Uśmiechnęła się pod nosem. - Ja specjalizuję się w portretach, ale rysowałam też postaci do indie gierek. Tam są bardziej nierealistyczne struktury, fantastyczne atrybuty, coś w stylu to nie ma prawa działać, ale wygląda zajebiście. - Przerzuciła kolejną stronę. - Ogólnie to twój styl bardzo mi się podoba. I nie mówię tego, żeby ci się podlizać… nawet nie próbuj tak myśleć. - Zaśmiała się krótko, po czym wyjęła telefon. - Mogę ci pokazać następnym razem w domu, jakich metod używam. Ale teraz… jedna rzecz, którą kocham, to mirror test. - Zrobiła zdjęcie kartki i wcisnęła „flip”, obracając obraz. - Widzisz? - wskazała palcem. - Nagle wychodzą krzywe proporcje, złamane perspektywy, takie drobniutkie nierówności, których gołym okiem nie widzisz. A tak masz pewność, że jest równo… no chyba że twoja wizja mówi coś innego, wtedy wiadomo... po prostu ukazuje się artystyczna anarchia. - Odłożyła telefon na bok i westchnęła, czując jak się rumieni - Tak naprawdę… trochę się boję przebić sobie ten sutek. - Wzruszyła ramionami - Chciałam ci po prostu jakoś zaimponować. - Zamknęła szkicownik i usiadła z powrotem obok niego. - Jestem nudną, szarą myszką, która niczego sobą nie wnosi… no może poza niewyparzoną gębą no i chujową samozachowawczością. - Parsknęła śmiechem, próbując to obrócić w żart, zanim zaboli. - A tak poza tym… serio, z chęcią pokazałabym ci kiedyś parę sztuczek u siebie w mieszkaniu. No i poznałbyś Milo. - Spojrzała mu prosto w oczy - Jedynego stabilnego mężczyznę w moim życiu. Ma cholernie drogi apetyt, lubi jak się go przytula i mruczy jak traktor.
Tiń
-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uwagi o wibratorze oczywiście nie skomentował. Starczyło mu już tych seksualnych sugestii na dziś. Pokręcił jedynie lekko głową, bardzo powoli, jakby przegrał z samym sobą w ostatnim momencie i ten gest wyrwał się z niego mimowolnie, wbrew jego woli. Złapał się u nasady nosa, gdy podjęła desperacką próbę nazwania układu, który miał między nimi mieć miejsce. Wyglądał trochę tak, jakby od tego wszystkiego rozbolała go głowa... bo prawdę mówiąc trochę tak było. W metafizycznym sensie, rzecz jasna.
-Za dużo myślisz, Sztokholm. - rzucił krótko, niewyraźnie, kiedy już skończyła i odlepił palce, mierząc przeciągłym spojrzeniem jej, już nieco spokojniejszą, twarz.- Po prostu bądźmy i... tyle. Nie nazywajmy tego w żaden sposób, bo i po co? A jak przestanie nam to odpowiadać... no to trudno. Możesz być pewna, że nie będę przebywał w twoim towarzystwie, jeżeli będę miał cię dość.- i to proszę państwa było najbliższe do "lubię cię" wyznanie, na jakie było go aktualnie stać. Warto było jednak zaznaczyć, że Swerdlove naprawdę miał w sobie coś z tego cholernego, porzuconego psa. Kiedy ktoś już wystawił się na wystarczającą ilość obrażeń, przesiąkł jego smrodem i jadem, Bone oddawał się bez rozumu. Był bardzo wiernym towarzyszem. Jego pozorny chłód miał odstraszać jedynie osoby z niecnymi zamiarami i... może ułatwić mu nieco to nędzne, samotne życie? Tak czy inaczej, był przekonany, że jeżeli ta mała, drobna i urocza istotka się do niego przebije, to prędzej przedawkuje niż da jej święty spokój... nawet zerwanie tego werbalnego cyrografu z nim jej nie pomoże.
Ian miał w sobie przedziwny lęk związany z nazywaniem własnych emocji. Doświadczenie nauczyło go, że gdy zaczynał przywiązywać czemuś, bądź komuś (ta opcja była zdecydowanie bardziej rzadka) więcej uwagi- tracił to nagle w krótkiej, niepostrzeżonej chwili, oczywiście bezpowrotnie. Można więc ująć, że w jakiś sposób nabrał uprzedzenia do otwartej konwersacji na temat czegokolwiek, co kłębiło się w nim tym cholernym, siwym dymem. Zresztą, to był dopiero pierwszy krąg piekła zwanego Ian Swerdlove.
-Ty za to nie możesz się zdecydować, jak chcesz mnie nazywać.- odpowiedział jej szybko na uwagę o przydomku- Ja ewidentnie zostanę przy Sztokholmie. Bardzo do ciebie pasuje...-... nie wyjaśnił dlaczego, ale poszlaką mógł być fakt, że od zawsze miał słabość do nordyckich krain. Bardzo fascynował się prastarymi wierzeniami (co zresztą znajdowało idealne odzwierciedlenie w jego szkicach), a te z północnych półwyspów Europy były niemalże entry levelem w tym temacie.
Ponownie zamknął się na chwilę, gdy zaczęła przeglądać jego szkicownik. Przeglądał strony razem z nią, zastanawiając się co jakiś czas, czy aby na pewno patrzą na te same ilustracje. Marszczył brwi coraz mocniej, mimo wszystko pozwalając jej skończyć cały ten jakże specjalistyczny komentarz na temat jego tworów. Bardzo nie lubił krytyki, zawsze robił się wtedy defensywny. Po cholerę więc zapytał ją o to, by dosłownie obsmarowała jego pracę? Chciał sprawdzić, czy faktycznie zna się na rzeczy? Potrzebował czyjegoś feedbacku? Cholera go wie, chyba niekoniecznie to przemyślał. Skrzyżował ramiona na piersi, a jego biżuteria wydawała się zatrzeszczeć w proteście, jakby usiłowała utrzymać jego nerwy na wodzy.
- Tak, tak, oczywiście...- zaczął dość sucho, patrząc na nią spod byka.- Bo jak powszechnie wiadomo, realistyczna anatomia południcy, bruxy i sukuba jest światu szczególnie potrzebna.- w jego głosie pobrzmiewało coś, co każdy normalny człowiek mógłby uznać za oburzenie.- Nie chcę, żeby było realistycznie. Chcę, żeby było koszmarnie, na pograniczu snu, fantastyki i realizmu. Nie chcę odwzorowywać prawdziwego świata i ludzi, bo mam go kurwa serdecznie dosyć.- urwał na chwilę i podrapał się w kark. Dotarło do niego, że brzmi jak gimnazjalista przechodzący przez wyjątkowo burzliwy okres dojrzewania. Zaczął pokazywać jej poszczególne szkice na stronie.- To ci przypomina człowieka? Albo to? Albo to?- prychnął, jakby oburzony i znowu skrzyżował ręce na piersi, podtrzymując rolę nadętego nastolatka.- Ale okej... może coś mi się przyda...-dodał tak cicho, że sam ledwie się usłyszał.
Gdy otwarcie wspomniała o lęku, wzruszył lekko ramionami, dając jej do zrozumienia, że to nic takiego. Zupełnie tak, jakby starał się ochronić ją przed swoim własnym, surowym wyrokiem. Jej kolejne słowa totalnie zbiły go z tropu. Czy ona się przypadkiem nie przejęzyczyła? Patrzył na nią w spokoju czekając, aż skończy, ale się nie poprawiła. Ona naprawdę miała to wszystko na myśli?
-Zaimponować? Mi? Kurwa mać, Vita.- zrezygnowany ukrył twarz w dłoniach głowiąc się nad dwoma kwestiami. Po pierwsze- czy sam zapach alkoholu ją upił, że pierdoliła takie głupoty? A po drugie- od kiedy stał się aż tak bardzo ekspresywny? Wyprostował się po chwili szukając odpowiednich słów w głowie.- Sztokholm... nie mam na ciebie słów.- wyznał załamując ręce i oparł dłonie o fotel, wciąż jej się przyglądając.- Jak chcesz, możemy przekłuć ci ucho.- zaproponował zastępczo i uniósł do niej kącik ust. Odgarnął jej włosy z twarzy, żeby lepiej je zobaczyć i zmarszczył brwi.- Moglibyśmy zrobić zwykły upper lobe, helix albo... Gratulacje, masz odpowiednią anatomię na industriala.- analizował budowę tej części ciała dziewczyny w sposób bardzo profesjonalny, by tym razem nie przekroczyć żadnej granicy. Co za dużo to niezdrowo.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Duma z samej siebie, rozpromieniony uśmiech, który chciała mu posłać - szczęśliwa, że mogła podzielić się z nim swoją ekspertyzą - niemal natychmiastowo zamieniły się w cienką, prostą linię. Szok wymalował się na jej twarzy, brwi zmarszczyły, a w środku wjechało zmieszanie. Czy on naprawdę odebrał to jak atak? Przecież dopiero co mówiła mu, że cholernie podobają się jej jego wzory. Chciała tylko pokazać mu sztuczkę. - Woah… woah… woah - wyrzuciła z siebie, unosząc dłonie do góry, patrząc jak przerzuca szkice. - Tiń… - rzuciła, przełykając ślinę. - Nie o to mi chodziło. Wiem, że proporcje słowiańskich mitycznych kreatur z legend nie mają anatomicznego sensu. Bardziej chodziło mi o to, że w ten sposób będziesz mógł się po prostu upewnić, że kiedy przeniesiesz swoje dzieło na czyjąś skórę, ta asymetria i perspektywa wyjdą na ciele w sposób miły dla oka, ale nie znam się na tatuowaniu, to ty jesteś tutaj ekspertem. - Wysunęła dłoń i położyła ją na jego przedramieniu, zahaczając palcami, jakby próbowała go wyciągnąć z tej jego defensywy. Kiedy po krótkiej walce jej się udało, szybko dołożyła drugą dłoń na wierzch jego. - Każdy komplement, który rzuciłam w twoją stronę, zignorowałeś, a wszystko inne odebrałeś jako atak- zaczęła, wpatrując się w niego. - Powiem to jeszcze raz, więc słuchaj, zanim zamachnę się drugim ramieniem, żeby lewemu policzkowi nie było przykro, że nie zasmakował mojej dłoni - parsknęła śmiechem. - Masz swój styl. Jest zajebisty. Mam lekkie zboczenie w tych kwestiach i czasami nie mogę się powstrzymać i muszę coś skomentować. A świata i ludzi też mam serdecznie dosyć, więc proszę... skończ reagować na wszystko jak na atak i mnie odpychać, bo newsflash… nie ucieknę. - Ścisnęła jego dłoń i wysunęła język w jego kierunku, po czym przyciągnęła ręce do siebie, odłożyła szkicownik i usiadła bokiem obok niego, już spokojniej... tłumacząc mu, co właściwie czuła.
Przewróciła oczami, odchylając się do tyłu i wpatrując w sufit. - Fucking hell, Ian… - rzuciła, marszcząc nos z niezadowolenia. - Tak, zaimponować. Nie wiem, mam ci to przeliterować, żeby w końcu weszło do twojej ładnej kopuły, że ktoś mógłby chcieć ci zaimponować? - Spojrzała na niego surowo. - Dobra. To nie marnuj ich, jak nie masz nic lepszego do powiedzenia. - Prychnęła pod nosem. Tym razem to ona się naburmuszyła... założyła ręce na piersi i wyglądała dosłownie jak dzieciak, który nie dostał słodyczy po obiedzie, bo nie zjadł wszystkich ziemniaków. Westchnęła, jakby już miała dość tej ciągłej przepychanki… ale jednocześnie nie chciała stamtąd iść. Chciała dalej z nim tam być. Po prostu. Spędzać czas. Uniósł się w niej ten uparty spokój. Podniosła wzrok i spojrzała na niego, a surowe rysy niezadowolenia w końcu się wygładziły. Uśmiechnęła się delikatnie, odwzajemniając jego prawie-nikły uśmiech. Lubiła to, jak się uśmiechał... było to tak rzadkie zjawisko, że dosłownie wyrywała je w pamięci, żeby później móc je sobie odtworzyć w głowie, klatka po klatce. Uśmiechnęła się szerzej na jego propozycję, czując, jak policzki delikatnie jej się rozgrzewają, kiedy zgarnął jej włosy z twarzy. - Upper lobe! - wypaliła podekscytowana. - Masz jakiś słodki kolczyk? Uroczy, w sensie… - zawahała się, po czym machnęła ręką. - Dobra, jakiś mroczny też może być, ale coś miłego dla oka. - Mówiła szybko, prawie podskakując na siedzeniu. - Ten helix brzmi kusząco, ale podobno cholernie boli, prawda? - Spojrzała na niego, próbując się uspokoić, choć sama własnym entuzjazmem cholernie się nakręciła. - Jak już teraz ledwo ze mną wytrzymujesz, to nie chcę sobie wyobrażać mnie w bólu. I tak jestem kurewsko nieznośna podczas okresu… - palnęła, - Ale! Nie martw się. Te kilka dni w miesiącu dam ci ode mnie odetchnąć. - Podskoczyła, wstała i wyprostowała się dumnie. - Muszę coś podpisywać?! Dalej. Przekuwamy! - Odwróciła się do formularza, chwyciła długopis i podpisała wszędzie tam, gdzie pisało „podpis klienta”, nie czytając absolutnie niczego. - Dalej, zanim się rozmyślę… - rzuciła, podekscytowana. Bo dawno nie zrobiła nic tak spontanicznie. A już na pewno nie w towarzystwie kogoś, z kim nie miała prawa się zadawać. Kogoś, kto należał do zupełnie innego świata niż ten, w którym ona dorastała.
tiń
-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wlepił spojrzenie swoich zielonych oczu w sufit, kiedy zaczęła go wypunktowywać. Problem polegał na tym ,że on nie znosił, kiedy ktoś zwracał mu uwagę na jego dziury w logice. Był strasznie przewrażliwiony na punkcie krytyki wszelakiej, bo... nasłuchał się jej szczególnie dużo w latach młodości. Jako dorosły potrafił się bronić, ale kiedyś- Swerdlove w głębi ducha chciał być za coś podziwiany. Świat bez końca próbował wmówić mu, że nie ma za co. Gdy więc teraz ona robiła to w tak bezpardonowy sposób- OCZYWIŚCIE, że skupiał się tylko na negatywnych komentarzach. Ba, nawet niekoniecznie negatywnych, wystarczyły krytyczne.
-Kurwa mać, przestań robić mi pierdoloną psychoanalizę i daj mi być sobą. Jak tak bardzo cię do mnie ciągnie, to pozwól mi być sobą, Sztokholm. Sama mi się przyczepiłaś do podeszwy.- na końcówce języka zatrzymał ostatkami sił komplement, że była najpiękniejszym gównem, w jakie kiedykolwiek wdepnął. Uznał, że starczy już tych graficznych opisów i miło byłoby przywołać coś, co nie kojarzy się tak źle i jednoznacznie. Nawet, jeżeli był to najlepszy opis tego, jak się w tej sekundzie czuł. Emocjonalny impotent, pamiętajmy o tym!- Dziaram od dekady. Jeżeli ktoś nie lubi moich wzorów, to sobie ich zwyczajnie nie robi, ot co. Zawsze pokazuję kilka wzorów na papierze i jak faktycznie wychodzą na skórze. Moja własna służy mi za przykład, dla porównania.- wyjaśnił zaskakująco spokojnie, mierząc ją z równie niespotykanym u siebie, pacyfistycznym spojrzeniem.- Na swoją obronę powiem, że... no muszę się przyzwyczaić. Do drugiej osoby. Do... wszystkiego.- zbyt wiele było rzeczy, by zaczął je wszystkie w tym momencie wyliczać. W głębi ducha miał nadzieję, że jednak mimo wszystko go zrozumie.- I gdybyś jeszcze nie zauważyła, naciskanie na mnie wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego. Nie mówię tego, żeby ci dojebać, tylko... No pamiętaj o tym.- znów podrapał się bezradnie w kark. - Ładnej?- wyłapał z kolejnego monologu tylko to, co chciał, a jego brew uniosła się wysoko ku górze.- Jesteś straconym przypadkiem, Sztok, przykro mi.- rozłożył bezradnie ręce, jakby co najmniej dał jej w tym momencie najbardziej zobowiązujący wyrok na świecie.
Podniósł się z miejsca i podszedł do jednej z szuflad, gdy wspomniała o kolczykach. Przez chwilę grzebał coś i szukał, starając się znaleźć to, co byłoby jego zdaniem dla niej odpowiednie. Nie chciał robić z niej księżniczki ciemności- w pokręcony i niebezpieczny sposób bardzo podobał mu się ten kontrast, który sobą oboje reprezentowali. Vita wydawała się być nadzieją na lepsze jutro, definicją ciepła, gorącej energii, niewinności... Wszystkiego co dobre, chodź pogubione. Ian z kolei był zimnym i uporządkowanym chaosem. Uporządkowanym, bo w przeciwieństwie do niej wolał ugryźć się w język, niż coś powiedzieć... tak, może nie zaprezentował tego dziś dostatecznie dobrze, ale... no, wiadomo. Wrócił do niej po chwili, oglądając coś w dłoni i zaprezentował jej swoje biżuteryjne znalezisko- złoty kolczyk w kształcie słońca. Wolał upewnić się, że mimo wszystko wyrazi zgodę na to, by je w niej umieścić.
-Nie jesteś mroczna, Sztokholm. Jesteś jak słoneczko i kurewsko palisz mnie w oczy.- wyciągnął dłoń z kolczykiem w jej kierunku, oczekując werdyktu.- Ale przyjemnie jest zdychać w twoim uśmiechu.- znów zamienił się na chwilę w milczący posąg, przerażony swoim nagłym, niekomfortowym romantyzmem. Po momencie odchrząknął i wbił spojrzenie w jej szyję, w czerwone ślady po jego palcach, które bledły z każdą kolejną chwilą. Znikały tak samo dynamicznie, jak jego cholerna chęć uniknięcia tego celnego pocisku, jakim była ta wygadana barmanka. Chciał dostać nią prosto pomiędzy oczy. Zginąć w niej, dzięki niej.- Helix na pewno boli mniej, niż sutek.- burknął, odciągając pokracznie uwagę od swoich wcześniejszych słów.
Poinstruował ją w jaki sposób ma usiąść na fotelu, a kiedy to zrobiła, dobył potrzebnych narzędzi. Gdy uznał, że jest technicznie przygotowany, przysiadł na krzesełku z kółeczkami. Ubrał rękawiczki, zdezynfekował narzędzia i przystąpił do przekuwania ucha igłą w wybranym przez nią miejscu. Kiedy było po wszystkim, założył błyszczącą biżuterię wybraną przez dziewczynę i sięgnął po lusterko, prezentując jej ze spokojem swoje dzieło. Przyglądając się kolczykowi uśmiechnął się blado. Był nie tylko zadowolony ze swojego dzieła, ale...
-Cholernie ci pasuje, wiesz?- przyznał spokojnie, wręczając jej zwierciadełko, by sama mogła obejrzeć jego pracę na swoich warunkach.- To co...- mruknął przesuwając się na krzesełku do szuflady, z której wyjął kolejny kolczyk. Podjechał do niej i zaprezentował jej- tym razem srebrny, reprezentujący księżyc- Robimy symetrycznie, na drugim uchu?- posilił się nawet na to, by zafalować do niej zabawnie brwiami. Był tym wszystkim jakoś dziwnie podekscytowany. Zbyt podekscytowany jak na siebie.- Na znak naszej cukierkowo, ciasteczkowo, tęczowej... kolaboracji.- prychnął z rozbawieniem.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzała na niego i przyłożyła sobie dłoń do piersi. - Będę pamiętała, słowo harcerza! - rzuciła, śmiejąc się pod nosem. - Nigdy nie byłam… ale ciii. Daję ci moje słowo. - Uśmiechnęła się beztrosko i przesunęła się bliżej. Na tyle blisko, że kompletnie zignorowała ich przestrzeń osobistą. Uśmiechnęła się jak Cheshire kot i powoli, sylaba po sylabie, zaczęła mówić, - KRA… - uniosła prawą rękę. - SY… - złączyła kciuk ze wskazującym palcem, przysuwając je do jego skroni, jakby ubrała sobie punkt odniesienia.- VA! - pstryknęła go lekko w bok głowy. - Wiem, że jestem. Żadna nowość. - zaśmiała się i odsunęła od niego krok, dając mu w końcu miejsce, żeby mógł przejść. Opierała się o fotel, podekscytowana przebiciem ucha. Nie mogła się doczekać, aż zrobi coś nowego… dla siebie. Brakowało jej w życiu takiej spontaniczności, nawet jeśli to była na dobrą sprawę drobnostka. Ian był przecież odzwierciedleniem człowieka, który jest besties z maszynką do tatuażu i igłą, a ona? Pusta niczym płótno. Płótno, które aż krzyczało, żeby w końcu je czymś pokryć… tylko że ona się bała. Miała dziwne poczucie, że komuś to, co ze sobą zrobi, się nie spodoba. Że odbije się to na niej w przyszłości. Tylko czy da się żyć w takich przekonaniach i dalej nazywać to życiem? Przy nim miała wrażenie, że smakuje czegoś nowego - czegoś, co od lat było niedostępne. Jakby patrzyła na to przez witrynę sklepu, do którego nawet nie mogła wejść, bo wszystko było 'za drogie'.
Nachyliła się nad kolczykiem, z którym wrócił, a szeroki, perlisty uśmiech rozlał się po jej twarzy. - Aww! Tiń! - pół-krzyknęła podekscytowana. Wsuwając dłonie pod brodę, złączyła opuszki palców w taką małą „łódeczkę” i uśmiechnęła się jeszcze mocniej, mrużąc oczy. - Spokojnie, Tiń. Mi się przyda w życiu trochę cienia, żebym się ochłodziła… a tobie przyda się trochę słońca, żeby cię ogrzać. Chętnie się podzielę. - Uśmiechnęła się czule, wpatrując się w jego twarz. Wyglądał przeuroczo, kiedy próbował udawać, że to, co mówi, nie ma żadnej wagi. A jej serce… cóż. Roztopiło się od razu - od takiego komplementu rzuconego naturalnie, bez namysłu. Tylko ona nie zamierzała mu tego pokazać. - Może następnym razem zrobię helix… teraz trochę się cykam. - parsknęła śmiechem i usiadła wygodnie, dokładnie tak, jak jej kazał. Nastawiała się na ból, ale zrobił to tak szybko, że prawie nic nie poczuła. Poza tym, że chwilę później… miała już coś w uchu. Przyjęła lusterko i obejrzała się, łapiąc w nim to małe słoneczko. - Jejku… wygląda idealnie! - uśmiechnęła się szeroko. I zanim zdążyła pomyśleć, rzuciła się na niego, przytulając go mocno. - Dzięki, Tiń! Jest mega! - Puściła go, uradowana wróciła na miejsce i ustawiła się jak wcześniej… tylko tym razem tak, żeby mógł przebić drugie ucho. - Dawaj. Jestem dzisiaj szalona. - zaśmiała się, zgarniając opadające kosmyki włosów za ucho. - Uwielbiasz tę kolaborację, nie udawaj.- Wyprostowała się dumnie. - A kiedyś namówię cię na matching tattoo. Tak dla… zapieczętowania jej.- Zerknęła na niego spod rzęs i parsknęła do siebie, - tylko dasz mi go sobie zrobić.
tiń
-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nasz wybitnie spostrzegawczy specjalista do spraw sercowych potrzebował dłuższej chwili, by zauważyć, że coś się wydarzyło. Coś zaburzyło płomień świecy, którą była ciepła aparycja Vity. Mówiła zdecydowanie mniej, niemalże dawkowała swoje wypowiedzi z manierą godną sapera. Z jednej strony poczuł pewną ulgę- nie musiał odpierać słów, które w jego pokręconym rozumieniu były jawnym atakiem na jego ponurą osobę i mimo wszystko całkiem niezłe (sama tak przyznała) umiejętności. Patrząc na to jednak z przeciwległego bieguna- zrobiło mu się głupio, że uciszył tę gadułę. Dlatego właśnie nie miał zbyt wielu znajomych, nie potrafił w te całe skomplikowane relacje interpersonalne, odczytywanie intencji i... w zasadzie to bycie empatycznym człowiekiem. Nigdy nie miał potrzeby ujarzmić tego smoka- w końcu większość swojego życia spędził na uboczu, starając się nie przyciągać do siebie zbytniej uwagi. Niemniej, nasz nominat pokojowej nagrody nobla, zmianę w zachowaniu swojej towarzyszki zobaczył, jak na dłoni. Ale co z tym zrobił? Absolutnie nic, tego musiał się jeszcze nauczyć. Z pewnością uzbiera mu się całkiem niezła kupka z wyrzutów sumienia, zanim faktycznie pojmie tajniki tej antycznej techniki.
Poczuł niewygodne ciepło, gdy z radością przyjęła jego koślawy komplement. Z terrorem dotarło do niego, że gdy sprawiał jej przyjemność, był powodem uśmiechu na jej twarzy- jego serce wydawało się odrzucać pajęczynę, w którą się szczelnie otuliło i przyśpieszało nieco tempa. Byłby nawet w stanie przysiąc, że poczuł ciepło na policzkach. Nie tak intensywne, by przemieniło się w rumieniec, ale... Nie mógł udawać, że wcale na niego jej szczęście nie wpływało. A może to wszystko była jakaś dziwna forma zespołu odstawienia? W końcu cały dzień niczego nie wciągał, ani nie łykał.
-Niech ci będzie.- odpowiedział, poddając walkowerem walkę, której nie zdążył nawet jeszcze podjąć. W sumie wizja regularnego ogrzewania się w tym jej bezpardonowym ciepełku... robiła w nim rzeczy, do których nie przyznałby się nawet pod karą śmierci.- Uważaj tylko, żebyś się za bardzo nie wyziębiła okej?- silił się na beznamiętny ton, ale ciężko było odmówić mu troski. Nie tego oczywistego strapienia, serwowanego na każdym kroku, tylko... autentycznego przejęcia. Znał się. Wiedział, jaki potrafi być, a ona... Ona, cholera jasna, została dziś z nim tutaj po tych wszystkich obrzydliwościach i z radością opowiedziała mu o tym, jak zadbać o odpowiednie proporcje w szkicu. To wszystko było tak kurewsko abstrakcyjnie, że jego patologiczny móżdżek nie potrafił tego odpowiednio objąć.
Złożył ręce przed sobą, markotnie grymasząc się do niej w makabrycznym uśmiechu, gdy ta dziewczyna dosłownie rozlała się uciechą po kontach zielono-czarnego salonu. Po raz kolejny stłamsił w sobie wszelkie oznaki szczęśliwości. Z pewnym zaniepokojeniem odkrył w sobie coś jeszcze... Bał się, że teraz, gdy otworzy się bardziej, zacznie się jakkolwiek zmieniać- przestanie być dla niej tak interesujący. Czuł pewien lęk przed tym, że gdy będzie bardziej ekspresywny, z większą swobodą wciągnie ją w opowieści na temat swoich przemyśleń i światopoglądów- Vita poczuje się przebodźcowana i odejdzie. Ten pierdolony syndrom impostora sprawiał, że starał się za wszelką cenę być dziesięć kroków do przodu, jednocześnie zaniedbując teraźniejszość. Popadał w toksyczną paranoję, histeryczną próbę zapobiegania katastrofom. Te z kolei szły w wielopaku z zaniedbaniem teraźniejszości.
Boże, za dużo emocji na raz. Sam nie wiedział już, jak powinien się zachowywać.
Usłużnie pomógł jej w wykonaniu przekłucia na drugim uchu, wedle jej zachcianki. Włożył wszelkich starań, by kolczyk był symetryczny do tego, który już wykonał i... Udało mu się. Wprawna ręka Swerdlove wydawała się nie znać pojęcia niepewności. W przeciwieństwie do serca i mózgu swojego właściciela. Odsunął się od niej na krześle i przyjrzał jej się. W tej bielutkiej sukience, lekko rozmazanym makijażu i dwóch, symetryczno-kontrastowych ozdobach na uszach. Była tak cholernie eteryczna, że dosłownie ściskało mu wnętrzności. Patrząc na nią czuł, że coś w nim się bardzo otwiera, rozgrzebuje, rozłazi. Czy to był ten mityczny znak, symbol? Czy to miało być jego odrodzenie? Czy to ona miała wreszcie zrobić z niego kogoś więcej niż wyrzutka? Nauczyć go jak...
Pokręcił głową, sam do siebie, jakby strącając zatrważająco miękkie myśli. Zwilżył wargi językiem, w geście zamyślenia. Przez chwilę szukał komentarza. Takiego, który znów będzie komplementem. Sprawi, że dziewczyna poczuje się dobrze, jednocześnie wciąż przykrywając się tą tarczą. Chroniąc serce, które odkrywało się coraz bardziej bezczelnie. Zupełnie tak, jakby dał sobie ostatnią nadzieję na życie i... mi...ło... wszystko ,co związane z miłouczuciami.
-Wyglądasz pięknie.- uśmiech, który zagościł na jego twarzy był najszerszym grymasem radości, jaki w jej obecności wykonał. zupełnie tak, jakby chciał tym gestem podziękować jej za wszystko, co ze sobą przynosiła i... Przede wszystkim za cierpliwość. Za to, że była nieugięta. Że zapewniała go o czystości swoich intencji.- Wiesz co.- rzucił ściągając rękawiczki.- Zgadajmy się, co do kolejnego spotkania, Sztokholm. Dużo się dziś tutaj wydarzyło i... chyba powinniśmy poukładać sobie to w głowie. Nalegam.- przez my miał głównie na myśli ją. Chciał, by w swoich bezpiecznych, czterech ścianach zastanowiła się, czy była gotowa kontynuować tę niewątpliwie toksyczną relację. To ostatnie rzucił, bo wiedział, że Vita, będąc Vitą, pewnie będzie próbowała wejść z nim w polemikę. Nie dał jej przestrzeni w tym temacie, nie tym razem.- Odezwij się do mnie, jak wszystko będzie ok. Będę czekał.- wnętrzności wywróciły mu się na lewą stronę, gdy dotarło do niego, jak patetycznie zabrzmiał.
Posprzątał po nich salon, nie mówiąc do niej już nic więcej, zamawiając jej w międzyczasie ubera. Pożegnał ją uściskiem, a gdy został sam... Pozwolił sobie w końcu zatracić się w przyjemnościach ulotnych. Takich, które rujnują portfel i życie. Tym razem jednak nie czerpał z tego takiej samej radości, co zawsze. Tym razem towarzyszyło mu poczucie spadania. Czuł, że potrzebuje ratunku.
Potrzebuje jej.
Bezczelnie utożsamiał ją w swoim sercu, jako ostatnią szansę.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪