-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Naprawdę była mu wdzięczna za to, że nie zostawił jej na lodzie.
Zerknęła na niego z politowaniem, kiedy zasugerował, że nie miała doczekać się żadnych nieprzyjemności z tytułu ewentualnych przytulanek. Nie chodziło o to, iż bała się, że mógłby ją wydać. Wolała uniknąć tego dlatego, że później mogłyby gryźć ją wyrzuty sumienia, które, wbrew temu, co pokazała mu jakiś czas temu, jednak posiadała. — Zaczynam podejrzewać, że sam masz na to ochotę — skomentowała przekornie, jednak nie planowała wiercić mu z tego powodu dziury w brzuchu. Zgrywała się, wcale nie podejrzewając Raynotta o to, że mógłby desperacko pragnąć zamknąć ją w swoich ramionach.
Na pewno nie w inny sposób, niż robił to do tej pory.
Była więc przekonana o tym, że mały, poduszkowy murek w pełni załatwi sprawę. Może nie miał być szczególnie trwały, ale przecież byli dwójką dorosłych, p o z o r n i e dojrzałych osób, które powinny być w stanie trzymać ręce przy sobie. Powinni być w stanie poradzić sobie nawet bez niego. — Może? — zasugerowała, jednak nie na poważnie. Chwilę po tym zniknęła za drzwiami łazienki, w której zadbała o to, aby się odświeżyć. Nie potrwało to jednak szalenie długo, ponieważ domyślała się, że Tracy też musiał być zmęczony. Nie chciała nadwyrężać jego gościnności.
Musiała przyznać, że nie była przystosowana do tego, by spędzać noc w jego towarzystwie. Jeszcze przed wyjściem z łazienki zwróciła uwagę na ledwie zakrywającą pośladki koszulę, która jednak nie miała stanowić powodu ewentualnego zawstydzenia. Debbie przecież nie była osobą, która wstydziłaby się c z e g o k o l w i e k. — Udało ci się? — zapytała, kiedy w końcu wróciła do pokoju. Zaraz też dość niezgrabnie zabrała się za zapakowanie niepotrzebnych rzeczy do swojej torby. Schylenie się tak po prostu nie wchodziło w grę.
Nie, jeżeli nie chciała zbyt wiele odsłonić.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może dotychczas nie było widać tego, że łączyło ich wiele ponad łóżkowe sprawy, ale Tracy naprawdę traktował ją jako kogoś więcej niż tylko pannę, z którą się zabawiał, więc jeśli czegoś by potrzebowała, to mogłaby liczyć na jego pomoc, jeśli byłby w stanie coś zrobić.
Właśnie dlatego nie zostawił jej dziś na lodzie, choć mógłby uznać, że to nie jego problem i minąć ją, nawet nie ujawniając swojej obecności w hotelowym holu. Może nie była to pomoc idealna, bo pełna pokus, ale jako dwójka dorosłych osób powinni jakoś oprzeć się sobie. – Może mam? – wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym zadziornie. Czy mówił poważnie, czy nie, to już zależało od jej interpretacji, bo Tracy rzucił to na tyle luźno, że nie kryło się za tym nic konkretnego. Nie zastanawiał się nad tym, czy by tego chciał, choć pewnie gdyby tak się skończyło, nie miałby nic przeciwko temu. Raynott nie był jednym z tych facetów, którzy uciekali przed tego rodzaju bliskością.
Kiedy wyszła z łazienki, Tracy już mimowolnie omiótł ją spojrzeniem, w myślach przyznając, że utrudniała mu zadanie i gdyby nie jej postanowienie, pewnie ta piżama niedługo wylądowałaby na podłodze. Ale tak nie miało się stać… Co nie znaczy, że Raynott przestał się gapić.
– Nie jest za duży, nie mamy zbyt wielu zapasowych poduszek, więc to musi wystarczyć, żeby powstrzymać twoje zapędy – stwierdził ze śmiechem, wskazując na dwie poduszki, które trafiły na środek ich łóżka. Jeśli Debbie chciała stworzyć coś większego, musiała poświęcić własne poduszki. Tracy na pewno nie zamierzał w tym celu rezygnować z własnego komfortu, dlatego nie rozbudował tej konstrukcji.
A teraz zamierzał zostawić ją w rękach McDowell, bo sam musiał wskoczyć pod prysznic. Zabrał tylko ze swojej walizki najpotrzebniejsze rzeczy i na chwilę zaszył się w łazience, gdzie wymył się, ogarnął i wyszedł stamtąd w samych czarnych bokserkach. Nie był przygotowany na gościa, który będzie chciał się przy nim hamować, a nie chciał też gotować się przy takiej pogodzie.
– Potrzebujesz jeszcze to światło? – zapytał, stając przy przełączniku. Jeśli nie zamierzała nic wielkiego robić i wystarczyła jej lampka nocna przy łóżku albo żadne światło, to mogli już zrezygnować z głównego i powoli zacząć szykować się do snu. Oboje byli przecież zmęczeni po długiej podróży.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było zresztą takiej potrzeby, ponieważ pomimo tego, jaka łączyła ich historia, z łatwością mogli tę część swojej relacji właśnie tam pozostawić - w historii. Z drugiej jednak strony, spoglądając na ich wspólne doświadczenia nie sposób oprzeć się wrażeniu, że trzymanie się na dystans może nie okazać się wcale takie łatwe. Debbie doskonale o tym wiedziała, ponieważ nawet teraz wystarczało jej zaledwie to, w jaki sposób na nią spoglądał, aby po jej kręgosłupie przemknął znajomy dreszcz.
Tym razem niczego dobrego nie zwiastował.
Zganiła go więc spojrzeniem, kiedy zasugerował twierdzącą odpowiedź na jej poprzednie słowa. Nie powiedziała nic więcej, tylko wzniosła spojrzenie ku niebu, a później już zajęła się własnymi sprawami. To samo zrobiła zresztą, kiedy na powrót znalazła się w pokoju, a dla odmiany to Tracy zniknął za drzwiami łazienki, później udowadniając, że on także nie zamierzał ułatwiać jej dziś zadania.
Kiedy jej spojrzenie powędrowało w stronę jego sylwetki, Debbie w miarę wygodnie ulokowała się już w łóżku. W miarę, ponieważ nie mogła pozbyć się wrażenia, że w pokoju cały czas było zbyt g o r ą c o. — Może? — zasugerowała i tym razem to ona uśmiechnęła się zaczepnie. Zaraz jednak przecząco pokręciła głową i ułożyła się na swojej poduszce, czekając już tylko, aż Tracy zajmie swoje miejsce, aby później zgasić nawet własną lampkę nocną.
Niestety nie na długo.
Kilka razy przekręciła się z boku na bok, nadal nie będąc w stanie zwalczyć palącego wręcz uczucia gorąca. — Nie jest ci tu za ciepło? — wyszeptała, nie będąc pewną, czy blondyn przypadkiem nie zasnął. Nie czekając na reakcję, zapaliła lampkę nocną i wstała, pakując się na jeden z hotelowych foteli, aby znaleźć na klimatyzacji ten przycisk, który odpowiadałby za jej włączenie. Wcześniej wydawało jej się, że go zlokalizowała, ale wciśnięcie go nie przyniosło żadnego skutku. — Tracy? — odezwała się, obracając się w jego stronę przez ramię. Ewidentnie potrzebowała teraz jego pomocy.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A skoro światło nie było jej już potrzebne, bo się napatrzyła, Tracy wyłączył je i poszedł prosto do łóżka na swoją połowę. Już na początku odczuł, że poduszki będą stanowiły tu spory problem ze względu na temperaturę w pokoju, ale postanowił nie narzekać. Położył się na boku, odwrócony do McDowell plecami, również walcząc z niekomfortowymi warunkami, które nie miały nic wspólnego z jej obecnością, a jedynie z panującą w tym miejscu pogodą, która była nie do zniesienia. Raynott niemal nic nie miał na sobie, a i tak było mu zdecydowanie za gorąco.
Mimo to udało mu się całkiem szybko zasnąć, co mogło mieć wiele wspólnego z tym, jak bardzo był zmęczony po locie. Nie wiedział więc o tym, jaka walka toczyła się za jego plecami i ile Debbie się wierciła, dopóki nie zdecydowała się go obudzić, choć to nie nastąpiło przy pierwszej próbie.
Nie usłyszał jej pytania, ale za to światło w pokoju prędko go obudziło. I nie była to przyjemna pobudka, ale nie skomentował tego. Jedynie walczył z tym, aby jego wzrok zdołał przyzwyczaić się do nagłej jasności, dlatego na początku nie odzywał się, ani nawet nie interesował tym, co Debbie wyprawiała. W związku z tym nie miał pojęcia, czego mogła od niego chcieć, gdy się do niego zwróciła. – Co tam? – zapytał, przecierając oczy. Dopiero po tym obejrzał się przez ramię, żeby zerknąć na brunetkę. Przy okazji przepchnął poduszkową ścianę, która przylgnęła do jego pleców i przez którą było mu tu jeszcze bardziej gorąco.
– Co tam wyprawiasz? – zapytał, bo takiego widoku zdecydowanie nie spodziewał się po przebudzeniu się w nocy. Nie wiedział nawet, ile wcześniej spał, choć miał wrażenie, że zdecydowanie zbyt krótko. Ale za to wydawało mu się, że gdy zasypiał, musiało go odciąć bardzo szybko.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na jej niekorzyść działało przede wszystkim to, że Tracy był nie tylko przystojny. On przede wszystkim zdawał się ją rozumieć, podzielać jej szaleństwo, a przy tym był też niesamowicie czarujący. Nic dziwnego, że coś ją do niego ciągnęło, a kiedy miała go na wyciągnięcie ręki, mimowolnie miała ochotę ponownie wkraść się w jego ramiona.
Tym, co było najbardziej zaskakujące, był fakt, że zdołała się przed tym powstrzymać.
A chociaż na tym polu odniosła sukces, nie znaczy to wcale, że tak miało być z całą resztą spokojnego współdzielenia pokoju. W przeciwieństwie do Tracy’ego nie była w stanie tak łatwo zmrużyć oka, ponieważ zbyt wysoka temperatura za bardzo dawała jej się we znaki. Miała wrażenie, że jeszcze kilka przewrotów z boku na bok sprawi, iż zaraz oszaleje, czego nie ułatwiał jej fakt, że była niesamowicie zmęczona. To tylko dodatkowo wprawiało ją w irytację, dlatego w końcu podjęła się tej szalonej próby, jaką było uruchomienie klimatyzacji.
Jak widać, kompletnie bezskuteczne.
Nie powinna była go budzić, z czego zdała sobie sprawę, kiedy w końcu osiągnęła na tym polu sukces. Z tego powodu zrobiło jej się trochę głupio, dlatego obróciła się w jego stronę, ale nim cokolwiek powiedziała, nerwowo przygryzła dolną wargę. — Nie mogę spać — stwierdziła, wzruszając przy tym nieznacznie ramionami. — Jest tu strasznie gorąco, okno się nie otwiera, ty jesteś obok, a te poduszki też nie pomagają — wskazała je nawet palcem, na wypadek gdyby nie wiedział, do czego zmierzała.
Rzecz w tym, że mając wokół tyle poduszek, a obok jeszcze jego, bynajmniej nie miało być jej chłodniej. Naprawdę zazdrościła mu tego, że on był w stanie zasnąć pomimo wszelkich niedogodności. — Chciałam to włączyć, ale nie działa — wyjaśniła chwilę później. Uśmiechnęła się też nieporadnie, mając tę cichą nadzieję, że Tracy znów przyjdzie jej na ratunek. Potrzebowała przecież odpocząć we względnym spokoju, a tego nie dało się zrobić w takich warunkach.
A może winić powinna przede wszystkim jego obecność?
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No, przynajmniej do czasu, aż nie obudziła go Debbie. Na nią najwyraźniej nie był tak odporny, jak na całą resztą przeszkód. Jej wiercenie na niego nie podziałało, je o dziwo całkiem skutecznie ignorowało, może dlatego, że dzięki ścianie poduszek nie było dla niego tak dotkliwe.
Ale światło to już było dla niego zbyt wiele. Zaatakowało go i w takich warunkach już nie był w stanie spać. Otworzył więc oczy i sprawdził, co wyprawiała sprawczyni tego zamieszania, bo przecież światło nie zapaliło się samo – ktoś musiał to zrobić. I prędko wszystko się wyjaśniło, gdy odnalazł Debbie spojrzeniem. Zastał ją w dość nietypowej sytuacji i choć mógłby złościć się o tę pobudkę, to widoki, do jakich się przebudził, jakoś mu to wynagrodziły.
– Ja jestem obok? Co to ma znaczyć? – zapytał z lekką irytacją w głosie, przez którą przebijało się lekkie rozbawienie, i popatrzył na Debbie tak, jakby oczekiwał od niej wyjaśnień, bo jakim niby problemem był on? Grzecznie wypełniał jej polecenia, leżał na swojej połowie, gotując się przez jej mur z poduszek, a teraz jeszcze na niego narzekała? Tragiczna z niej współlokatorka. Albo jemu kiepsko szło odczytywanie jej intencji, gdy dopiero co się przebudził…
Westchnął głośno. No co miał zrobić z tym nieszczęśnikiem? Tym bardziej, że to nie wyglądało tak, jakby chciała się poddać. Niechętnie, ale wstał z łóżka, a kiedy podszedł do fotela, na którym stała, uśmiechnął się do niej. Był z niej głuptas, nie dawała mu spać, ale… Pech chciał, że miał do niej jakąś słabość. Poza tym, zapewniła mu niezłe widoki, stojąc na tym fotelu, które najlepiej podziwiało się z łóżka, ale i tu było nieźle. Był ciekawy, czy zdawała sobie z tego sprawę, ale nie zapytał. – Pokaż to – poprosił, zbliżając się do ściany. Spróbował coś nacisnąć, nawet lekko uderzył w panel, ale miał wrażenie, że to było na nic. – Chyba będziesz musiała zrzucić z siebie tę piżamkę, tu nic nie zdziałamy – ocenił, bo nic więcej w temacie klimatyzacji nie był w stanie zrobić. Mógłby pójść do recepcji, ale innego pokoju im przecież nie dadzą, a wątpił, żeby ktokolwiek podjął się o tej porze naprawy.
To znaczy, że musieli się gotować. Ostatnią deską ratunku Debbie mogło faktycznie być skorzystanie z rady Tracy’ego…
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tego zaś nie była w stanie zrobić, dopóki temperatura w pomieszczeniu była tak wysoka.
I nic nie wskazywało na to, by w końcu miała się obniżyć.
Jak na osobę, która dopiero wybudziła się ze snu, Tracy całkiem sprawnie radził sobie z czepianiem się słówek. Nuta irytacji, którą wyłapała w jego głosie, odrobinę ją zaskoczyła, dlatego McDowell w pierwszej kolejności posłała mu pytające spojrzenie. Doszła jednak do wniosku, że nie należało traktować tego poważnie, a więc zamiast się przejąć, nieznacznie wzruszyła tylko ramionami. — A myślisz, że nie jesteś gorący? — zwróciła jego uwagę na to, że również posiadał swoją temperaturę, co bynajmniej nie sprzyjało ochłodzeniu. — I nie mówię tego w t a k i m sensie — kiedy zorientowała się, jak to mogło zabrzmieć, natychmiast się wybroniła, dla podkreślenia wagi swoich słów celując jeszcze w blondyna palcem.
Cofnęła się o krok, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że Tracy zamierzał tu do niej dołączyć. Ta obserwacja sprawiła, że poczuła cień ulgi, ale też przede wszystkim nadziei na to, że blondyn jakoś zaradzi ich problemowi. Przyglądała się temu uważnie, wychylając się jeszcze przez niego, jak gdyby chciała zarejestrować na przyszłość, jak taką trudność rozwiązać. Szkoda tylko, że Raynottowi również nie udało się odnieść sukcesu.
Wspomniane przez niego rozwiązanie, choć niewłaściwe, mogło więc okazać się jedynym. Mimo to, kiedy usłyszała jego komentarz, Debbie zerknęła na niego z politowaniem. — A później ty zrzucisz swoją i pozbędziemy się poduszek? — zapytała przekornie, nie traktując jednak tej możliwości poważnie, co nie znaczy wcale, że nie była to opcja o d r o b i n ę kusząca. Gdyby okoliczności były inne, Debbie nie miałaby nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.
Tracy Raynott