-
I'm not a violent dog.
I don't know why I bite.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjiczas narracjipostaćautor
Pokiwał głową, jakby faktycznie TA Nancy miała wyrosnąć w wyobrażeniu Remigiusza jako twór z krwi i kości, coś więcej niż blady zlepek pojedynczej historii i imienia, przyćmiony rozleniwiającym jedzeniem oraz ogólnym, ciągnącym się za nim od tygodni zmęczeniem.
Złapany na niejednoznaczności Felix na chwilę wstrzymał rękę z widelcem wetkniętym w curry, obrócił głowę i uniósł zdawkowo brew, uśmiechając się przy tym tak płasko i blado, że gdyby nie parujący z niego pracoholizm odbierający ofiarę w postaci niedospania i poniekąd opóźnionych reakcji, można by to było uznać za przejaw politowania.
一 Oh ah, więc to już...? 一 Kąciki ust podskoczyły mu nieco wyżej zdradzając, że nawet on miał jakieś poczucie humoru. Wierzchem dłoni otarł sobie smugę sosu z brody i raz jeszcze zerknął na Kamińskiego z góry, tym razem wyłącznie dosłownie. Przez moment ważył coś na języku, mieszał z ostrością po curry i debatował wewnętrznie nie do końca przekonany, czy to co zamierzał powiedzieć nadawało się jeszcze na godny finisz dla nie do końca poważnie sformułowanego pytania. 一 Mam zawiasy, więc jakbym miał komuś obić mordę to na pewno nie za taką pierdołę.
Coś żywiej i weselej mignęło mu w ciemnych oczach, jakiś przygaszony, ale wciąż obecny ognik tlący się od środka. Widocznie życie w cieniu ryzyka poważniejszej odpowiedzialności karnej nie spędzało mu snu z powiek, w przeciwieństwie do wyliczeń i tabelek, jakie uśmiechały się do niego z każdego kąta gabinetu. I może - ale tylko może i tylko trochę - Felix zwyczajnie nie żałował.
Odruchowo przekrzywił głowę, odchylił się nieco i zerknął znacząco na kieszeń, w której wedle narracji Kamińskiego spoczywał scyzoryk. Hathaway zmarszczył brwi niespodziewanie tym faktem rozbawiony, parsknął nawet suchym, gardłowym śmiechem drażniącym piekące od curry gardło po czym sam oklepał się po kurtce. Z jakiegoś zakamarka od strony podszewki wyciągnął własny nóż motylkowy, który rozłożył i obrócił dla efektu na kilku palcach. Zaraz go jednak złożył i postukał się nim w kolano.
一 Jak będzie trzeba to dopilnuję żebyś mnie nie wychujał i sam zadbam o ewentualne rozpraszacze.
Nie skomentował tego, jak podobni byli gdzieś pod warstwą oczywistych, widocznych na pierwszy rzut oka różnic. To się czuło, a nie wyciągało na wierzch, sądził zresztą, że Kamiński też wiedział.
一 Nie negocjuj z terrorystą. Rozbestwisz go kurwa jak dziadowski bicz i zacznie się pchać do środka 一 upomniał go ze zrezygnowaniem, bo miał wrażenie, że Remigiusz i tak zrobi po swojemu tam, gdzie nie zaznaczono kategoryczności zakazu. Właściwie to im głębiej w las tym Felix miał coraz większe przekonanie, że w kontekście tego człowieka tak abstrakcyjne pojęcie w ogóle nie miało prawa bytu.
Odszturchnął go w ramię, bardzo dojrzale, tak, jakby Kamiński zainicjował jakąś reakcję łańcuchową na jaką należało odpowiedzieć tym samym, intuicyjnie i prosto, może boleśnie bez zamierzenia, jako że to nie on miał posiniaczone, podpuchnięte żebra.
Przez kolejnych parę minut jedli w ciszy, wybierając ze spodu ostatnie kawałki kurczaka, większe porcje warzyw i ciekawsze kęsy, z Vincentem zwiedzającym nowy karton otwarty zapraszająco, pusty po tym, jak Felix rozpakował z niego parę godzin wcześniej liofilizowane owoce. Pudełka nie grzały już dłoni, słońce przelało się za obrys pobliskiej kamienicy, ale wciąż czuć je było w powietrzu, kojąco statycznym i pachnącym znajomo tym samym od wielu lat. Spędził tu dość czasu by móc to stwierdzić, znał tor wędrówek słońca poprzez przesmyk między budynkami, układy gwiazd rozpinających się wysoko nocami i kojarzył każdą cegłę, łącznie z tymi, które pokrył świeży mural Kamińskiego.
一 Zajmujesz się czymś jeszcze? Wiesz, poza... 一 Znacząco wskazał brodą na kwiaty wymalowane po lewo, bez krzty kpiny czy typowego dla nieszczerych small talków anemicznego pseudozainteresowania. Był otwarcie i w miarę nieinwazyjnie ciekaw, przyjmując brak odpowiedzi za opcję, choć liczył na jakiś łut szczerości skoro nie dalej jak parę minut temu Kamiński niemal przeprowadził szarżę na jego nałogowe grzebanie w papierach w teoretycznym czasie wolnym.
Remigiusz Kaminski
-
It goes, all my troubles on a burning pile
All lit up and I start to smile
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Za co cię ujebali? - dopytał bez najmniejszego znaku, że ta informacja cokolwiek dla niego zmieniała. Poza daniem mu swoistej amunicji. - Za wolno biegasz? - dorzucił, odsuwając na schodek niżej opróżnione pudełko i rzucając Felixowi rozbawione spojrzenie z dołu, po czym sięgnął do kieszeni po paczkę fajek. Tym razem spomiędzy niechlujnie zwiniętych papierosów wysunął skręta, którego odpalił na trzy próby ledwo zipiącą, plastikową zapalniczką, a po zaciągnięciu się nawet uprzejmie wyciągnął rękę w stronę nowego znajomego.
Popisówka nożem, jak i idąca w parze deklaracja, wyciągnęły z Kamińskiego pytające uniesienie brwi i krzywe spojrzenie na siedzącego obok faceta. W milczeniu wychylił się w tył by oprzeć się łokciem o najwyższy stopień krótkich schodów i spojrzeć w górę, na rozproszony dym uciekający w stronę czystego błękitu.
- No już już, nie zrób sobie krzywdy - mruknął, łagodnie rozbawiony samym faktem, że ten wyjął ostrze, jak i tym, że musiał stłumić własną chęć zrobienia tego samego. Zamiast pójść w stronę porównywania kutasów obrócił w palcach niebieską zapalniczkę w niegdyś białe, teraz starte i wyszarzałe, chmurki, nadusił przycisk i skupił wzrok na płomieniu podskakującym i bujającym się wraz z ruchem powietrza w spokojnym zaułku.
- Mówisz to tak jakby to był mój problem - odparł, niewiele robiąc sobie z utrudnień jakie mógł wprowadzić do życia Felixa i jego pracowników, kiedy zostawi ich na pastwę żebrzącego kota. Odprowadził czworonoga wzrokiem, zadowolony, że przynajmniej przestał zamęczać jego. Nigdy nie miał szczególnie bliskiego kontaktu z żadnym czworonogiem i wciąż były to dla niego kolejne stworzenia, z którymi zdarzało mu się co najwyżej koegzystować. Nie wiedział jak działały, czego potrzebowały, czasem jakiegoś pogłaskał, a mając jedzenie pod ręką raczej nie miał problemu się nim podzielić i jakoś dawał radę zachować z nimi pokój. Z psami było gorzej. Oboma rodzajami.
- Poza graffiti? Nie, całe moje życie skupia się na malowaniu ścian, za które nikt mi nie płaci, i żywię się pierdolonym powietrzem - rzucił, przewracając oczami i chowając zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Swego czasu oddałby nerkę za taką egzystencję, za możliwość spędzania każdej minuty dnia i nocy na mieszaniu kolorów i rozbijaniu dołującej szarości miasta własną wizją artystyczną, bez potrzeby martwienia się o rachunki. Od tego czasu dorósł na tyle by wrócić na ziemię i znaleźć sobie coś, co faktycznie lubił, a co było w stanie utrzymać go na powierzchni. - Robię w warsztacie w Scarborough. Naprawię ci wszystko co ma silnik i przynajmniej dwa koła, jakbyś potrzebował wymiany oleju to wiesz gdzie mnie znaleźć - ostatecznie odpuścił sobie sarkazm i zasalutował mu dwoma palcami. - A jak wkurwia cię jakiś sąsiad to wiem co wykręcić, żeby utrudnić mu życie, ale to za dodatkową opłatą - dorzucił z krzywym uśmiechem, kciukiem zdrapując sobie z palca wskazującego kropkę zielonej farby. - A ty robisz coś poza tym? - odbił piłeczkę, wskazując głową w tył, na budynek przy którym siedzieli. Na ten moment wywnioskował, że typek mało spał, siedział w robocie po nocach i nie potrafił oderwać się od papierów, ale między tym wszystkim znalazł okazję na złamanie prawa, więc może nie prowadził aż tak tragicznie nudnej egzystencji.
Felix Hathaway
-
I'm not a violent dog.
I don't know why I bite.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjiczas narracjipostaćautor
Hathaway rozprostował nogi przeciągając je przez niższe stopnie, obiema dłońmi oparł się o ten, na którym właśnie siedział i odchylił głowę w tył udając, że musi sobie przypomnieć. W gruncie rzeczy zastanawiał się tylko, czy miał ochotę wchodzić w taką prywatę z kimś, kto najpierw pytał, a później udawał, że odpowiedź ma w dupie.
一 Nie, przeciwnie 一 mruknął wymijająco, słuchając przez moment charakterystycznego klikania zapalniczką. Odruchowo ręka pomknęła mu do jednej z kieszeni, ale zanim zaproponował mu swoją, Kamiński zdążył poradzić sobie bez wsparcia. 一 Na nieszczęście dla tej smętnej pizdy, która przyjebała się do mojej siostry, właśnie za szybko.
I właściwie sprawa może rozeszłaby się po kościach (sic!) gdyby nie to, że złamany trzon żuchwy, przegroda nosa, lewy obojczyk, dwa żebra i łąkotka w prawym kolanie przypadły w udziale jakiemuś bananowemu dzieciakowi. Pamiętał rozprawę, apelację, którą niczego nie wywalczył, gustowną bransoletkę, którą nosił do zeszłego roku i odszkodowanie, za które odbił sobie gdy tylko ściągnęli mu lokalizator.
Auto było warte grubo ponad kwotę, jaką gówniarz wyszarpał mu przed sądem, a płonęło niezwykle widowiskowo.
Gdy tylko Kamiński wspomniał o warsztacie, Felix momentalnie obrócił głowę - aż coś niezdrowo chrupnęło mu w karku - i spojrzał na niego w taki sposób, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Spodziewał się... właściwie, to nie wiedział czego.
一 Z sąsiadem sobie poradzę, dzięki, ale w sumie sprawdzony mechanik to już co innego. Sprawne ręce, hmm?
Nie do końca było jasne, czy Hathaway wyskakiwał z takimi dodatkami świadomy ich dwuznaczności czy nie, ale jeżeli tym razem podtekst był niezamierzony, to albo złapał się na nim po czasie albo stłumione w zwiniętą pięść parsknięcie śmiechem przyszło z jakimś jet lagiem.
一 Mam zabiedzonego Chevroleta, klekot starszy od nas obu, ale to porządny samochód. Może nie ma podgrzewanej tapicerki, ale jeździ i da się go odpalić z kabla na upartego, nie ma tej pierdolonej elektroniki, czujników, żaden automat, manual. Przydałoby się do niego zajrzeć, mógł trochę... przyrdzewieć 一 rzucił prosto przed siebie, nawet nie patrząc na Kamińskiego zaznającego ostatnich chwil kąpieli słonecznej i nikotyny na schodach. Co by nie było, kochał swojego pickupa i był do niego przywiązany nie tylko przez wzgląd na wylistowaną praktyczność.
Zapytany w ramach odwetu o to samo, Felix podrapał się pod szczęką próbując znaleźć na przestrzeni ostatnich tygodni coś, co nie kwalifikowałoby się pod dosłowne życie dewizą part of the ship, part of the crew i niestety, nie znalazł zbyt wiele.
Przesunął palcami po swojej dolnej wardze - zatrzymał się na moment w znajomym miejscu, tam, gdzie dolną wargę przecinała wąska, ledwo widoczna blizna - i mruknął wpierw coś niekomunikatywnie.
一 Niańczę siostrzeńca, pięciolatki to niekończące się źródło energii i entuzjazmu w szalonych proporcjach. Nie nadążam, ale dopóki pod koniec mojej warty mieszkanie stoi i dzieciak żyje, to jest sukces.
W skupieniu oderwał jedno skrzydełko z wieczka swojego pudełka po curry i po otarciu smugi sosu kantem dłoni, dla zajęcia czymś rąk (skoro nie miał przy sobie żadnego skoroszytu i wyliczeń do przeprowadzenia) zaczął składać z kartonika upośledzonego kota z origami. Robił to niegdyś nałogowo, z biletów autobusowych, tych z metra, z ulotek zagarniętych po drodze i z przedawnionych bonów rabatowych, zanim wchłonęła go SOMA, zanim przytulił jakikolwiek grosz i potrzebował sposobu na szybkie wytłumienie kotłującej się w nim wściekłości.
Te z cienkich serwetek w barach, w jakich dawniej przesiadywał z laptopem i ślęczał na wszystkich stronach zrzeszających John Doe z sąsiadujących stanów, niestety nie utrzymywały kształtu, służyły natomiast doskonale jako podkład do notatek.
一 Okay, chyba wywietrzało. Zrobię ci jeszcze herbaty żebyś nie siedział o suchym pysku bo wstyd, a ty nie będziesz mi się wpierdalał w podliczenia. To mnie uspokaja i działa kurwa terapeutycznie, cokolwiek o tym myślisz.
Remigiusz Kaminski
-
It goes, all my troubles on a burning pile
All lit up and I start to smile
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ach, mój błąd, nie wiedziałem, że rozmawiam z takim pierdolonym bohaterem - odparł z nieopanowanym sarkazmem. Zakręcił w palcach zwiniętą bibułkę rozlewającą w najbliższej okolicy słodkawy dym. - Ile lasek wyrwałeś na tę historię, hmm? - dodał, wyraźnie nie mając zamiaru dopytywać o szczegóły całego zajścia. Nie chciał myśleć o tym dłużej, bo przypominało mu to o własnej rozbitej rodzinie i fakcie, że wszystko to było z jego winy. Przez te odchyły odróżniające go od reszty, a których w sobie nienawidził. I słusznie, patrząc na to dokąd go doprowadziły.
Uniósł pytająco brew na nagły wzrost żywego zainteresowania swoją osobą, powoli wypuszczając dym i przewracając oczami na pytanie, które słyszał już setki razy, gdy wspominał o majsterkowaniu, rzeźbieniu czy otwieraniu zamków wsuwką. Jak chcesz możemy to sprawdzić - odpowiedział mu we własnej głowie.
- Mhm, i chcesz żebym do niego zajrzał czy liczysz, że sam się zaoferuję? - upewnił się, jako że sam opis jego na wpół sprawnego samochodu nie wystarczał by Remik rzucił się na opcję wpakowania mu się pod maskę. Zdecydowanie było to w zakresie jego ekspertyzy jak i sympatii, w odróżnieniu od tych najnowszych modeli odmawiających współpracy przez brak aktualizacji oprogramowania, jednak nie miał w zwyczaju skakania na okazję dodatkowej roboty. No, za wyjątkiem malowania ścian, to robił w wolnym czasie bez opłat i najmniejszego narzekania.
- Tego od dinozaurów? Weź następnym razem spytaj w jakich kolorach go chce, ułatwi mi życie - mruknął, chętny na wzięcie chociaż jakichś wskazówek, jako że właściciel przybytku był w tym temacie odwrotnością przydatności. Jak po wszystkim śmie jakkolwiek skrytykować chociaż jeden element projektu, Kamiński był gotowy odgryźć mu głowę.
- Właśnie widzę, jebana oaza spokoju - parsknął na jego tłumaczenie się z metod spędzania czasu wolnego. Aktywnie przeszkadzał mu w robocie i nie zamierzał przestać tego komentować, jednak nie spodziewał się, że tak go to ruszy. Zgasił resztkę skręta o schodek i wrzucił go do pustego pudełka do curry, po czym zebrał oba i przeszedł się z nimi do stojącego kawałek dalej kontenera. Uznając przerwę za oficjalnie skończoną, podążył do środka za Felixem, po drodze jeszcze raz schylając się by podrapać kota za uszami.
Mając już w miarę sensowny plan działania, od wejścia naciągnął maseczkę na twarz i wrócił na porzuconą wcześniej drabinę bez potrzeby patrzenia na ścianę przez kolejną godzinę w oczekiwaniu na inspirację.
- Jutro mogę tu wrócić, ale dopiero po robocie. Jak odpuścisz sobie włączanie alarmu to nie musisz tu ze mną siedzieć - zaoferował mu wolny wieczór, co prawda w zamian za odrobinę zaufania, że nie puści mu cukierni z dymem. Istniała na to pewna szansa, ale niska, jako że nie dał mu jeszcze żadnego powodu do skakania w tak drastyczne środki. - Chyba, że tak bardzo chcesz mnie zobaczyć - dodał, zerkając przez ramię z rozbawieniem. Osobiście nie narzekałby na towarzystwo, jednak nie było opcji by zamierzał przyznać to na głos.
Felix Hathaway
-
I'm not a violent dog.
I don't know why I bite.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjiczas narracjipostaćautor
一 Jeżeli czujesz się wyrwany, to całą jedną 一 odparował z tak stoickim spokojem, że aż gryzło. Bez satysfakcji, bez złośliwości, tak, jakby stwierdzał jakąś oczywistość. 一 I wiesz, może po prostu być tak, że nie gryzę bez powodu.
Jeżeli Kamiński był rozczarowany brakiem suspensu i zaskakującego zakończenia był to jego problem; Felix nie miał zamiaru dokoloryzowywać historii tylko po to, by uczynić ją ciekawszą, niechętnie zresztą w ogóle się z niej spowiadał i o tyle, o ile jeszcze chwilę wcześniej rozważał sens zadawania pytań na jakie nie chciało znać się odpowiedzi, tak teraz zaczynał szukać w sobie powodu, dla którego zmienił przyzwyczajenia.
Może zmiękł przez to curry i odrobinę słońca.
一 Nie miałbym nic przeciwko. Miałem się za to zabrać w... ostatnio, ale zabrakło mi czasu, a im dłużej stoi tym gorzej.
Dawniej sam zajmował się wszystkimi naprawami w obrębie auta, poniekąd z sentymentu, po części dlatego, że nie ufał mechanikom pracującym w pachnących świeżością warsztatach, polegającym na komputerach i urządzeniach, których jego Chevrolet z pewnością nie potrzebował.
一 Nie wiem, może sam się tym zajmę przy świętach, to zależy jakie będzie obłożenie na... hmm? Nico chyba lubi w tym momencie fioletowy i żółty, ciężko nadążyć.
Bo jeszcze miesiąc temu, na przykład, na tapecie były organizmy morskie i poza niebieskim nie istniał żaden inny kolor. Gdyby mógł, jego pięcioletni siostrzeniec wsuwałby same borówki gdyby matka nie przemówiła mu do rozumu (grożąc, że odetnie go od czekolady, a to zazwyczaj działało).
Zgadywał, że odkąd chłopiec zaczął faworyzować żółty, na tapecie musiała być teraz kurkuma.
Puścił jego przytyk mimo uszu, samemu zbierając pudełko po curry i wyrzucając je do śmietnika przy wejściu na zaplecze. Kamiński nie wymagał kurtuazyjnego zapraszania tuzin razy w te same progi, więc Felix nawet nie kłopotał się oglądaniem przez ramię i po prostu wszedł do środka czując, że Pan Maruda i tak wałęsa się za nim. Liczył tylko na to, że z rozpędu nie wpuści kota, kiedy akurat nie będzie patrzył.
Uczepiony swojego skoroszytu jak tonący koła ratunkowego (albo raczej jak alkoholik ostatniej pełnej butelki) Felix wrócił do głównej sali z cytrynową herbatą i kolejną tabliczką czekolady. Tym razem z liofilizowaną czereśnią.
一 Nie wiem czy potrafię wyobrazić sobie dzień bez twojego uśmiechu i ciepłego słowa 一 sarknął cicho, ale na tyle wyraźnie by Remigiusz dosłyszał gnąc się na drabinie. Omiótł go kontrolnie spojrzeniem typowym dla starszego brata, wujka lub rodzica - chuj wie, może był każdym po trochu w zależności od tego kto pytał - a zmarszczka, jaka dotąd zniekształcała mu czoło rozprostowała się na widok poprawnie założonej maseczki.
一 Jutro po południu mam zamówienia do spakowania i nadania, więc pewnie będę się kręcił.
Innymi słowy: chcesz czy nie, i tak mnie tu zastaniesz.
Charakterystyczne skrobanie długopisem o papier rywalizowało z posykiwaniem sprayu, a Hathaway szybko dał się wchłonąć kolejnym skrupulatnie wyrysowywanym tabelkom i w skupieniu wypełniał każdą rubryczkę, jaka mu się po drodze nawinęła. Księgowy powinien być zachwycony pomimo, że wszystko będzie musiał przenieść na druk.
一 To nie tak, że ci nie ufam 一 odezwał się nagle, nawet nie podnosząc wzroku znad brulionu. 一 Nikomu bym na tyle nie zaufał, to miałem na myśli 一 wyklarował łaskawie, najwyraźniej w jego wyobrażeniu różnica była godna zaznaczenia. Na oślep wyciągnął rękę na spodeczek po kostkę czekolady, którą złamał w pół i zamiast włożyć sobie do ust, zamarudził tak z dłonią ograniczającą dostęp do całej reszty.
Cyferki mu nie pasowały.
Remigiusz Kaminski
-
It goes, all my troubles on a burning pile
All lit up and I start to smile
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Byle nie pod moimi nogami - odparł, przechylając głowę pod kątem by sprawdzić na ile naturalnie wyglądała pozycja drobnych skrzydeł. Po kilku sekundach mruknął coś pod nosem, wzruszył ramionami do samego siebie i zeskoczył z kilku ostatnich stopni drabiny by przesunąć ją na bok i rozrysować sobie pobieżnie krzak, pod którym koniecznie chciał zobaczyć zająca. Gdzieś po drodze zgubił próby trzymania się na wodzy i tworzenia składnego projektu, wskakując zamiast tego w typowy dla siebie chaos artystyczny. Wszędzie wkoło miał rozrzucone kropki, kreski i półkola, idące za rozpędzonym, ale jeszcze mało składnym pomysłem. Zakładał, że jak do nich wróci będzie wiedział co autor miał na myśl. Jak nie, najwyżej przyjdzie mu improwizować dalej.
Zmarszczył czoło na doprecyzowanie dochodzące gdzieś zza swoich pleców, personalnie nie przykładając najmniejszej wagi do poziomu zaufania, albo jego braku, jakim darzyłby go dopiero co poznany mężczyzna. Nie, żeby sam czas znajomości cokolwiek dla niego znaczył - i tak częściej znajdował więcej zrozumienia i oparcia w osobach widzianych pierwszy raz w życiu, niż we własnej rodzinie.
- Jakbyś zaufał, poważnie kwestionowałbym twoją inteligencję - przyznał pomimo bycia pomysłodawcą całego tego wpuszczania go do lokalu pod nieobecność Felixa. O ile potrafił, przynajmniej czasem, wywnioskować gdzie opłacało się wtykać kij w mrowisko, a gdzie absolutnie nie, i w tym konkretnym przypadku raczej potrafiłby opanować impulsywne myśli częściej niż nie pakujące go w jakieś zbędne kłopoty, nie byłby w stanie obiecać tego nawet samemu sobie. Jeden gorszy moment, albo wręcz przeciwnie - lepszy, i coś w tej jego ukochanej kuchni mogło pójść z dymem. Niewątpliwie pięknie i zjawiskowo, ale niestety mało kto potrafił to docenić. - Nie żebym teraz zakładał, że jest jakoś powalająca - dorzucił by rozwiać wszelkie potencjalne wątpliwości. To absolutnie nie miał być komplement. Wycierając o spodnie dłoń by zetrzeć z niej plamę czerwonej farby, która chętnie poplamiła materiał, ale i tak ani drgnęła z miejsca na jego skórze, rzucił okiem w stronę mężczyzny, a konkretniej nowego talerzyka z czekoladą. Zaaferowany własną robotą zdążył zapomnieć czym tak właściwie był ten zakład i był o krok od spytania skąd Hathaway wyciągał tyle słodyczy, jednak kiedy ta kwestia sama się wyjaśniła, nagle miał więcej pytań.
- To co ty tu tak właściwie robisz? Poza grzebaniem w niekończących się papierach i noszeniem paczek - zagaił, przechodząc w jaśniejszą zieleń na boku krzaka. Szukając najsensowniejszego kąta padania światła, rzucił okiem prosto w najbliższą lampę i po chwili odwrócił wzrok z elegancką kurwą na ustach, mrugając w próbie pozbycia się kolorowych plamek zasłaniających mu wizję. Fuknął przez nos, jakby to żarówka była tutaj winowajcą, i wrócił do roboty. Kiedy wyjechał farbą dalej niż planował, zwalił to na sabotaż ze strony oświetlenia i przeciągnął liście rośliny, którą czasem mijał na spacerach, ale nie potrafiłby nazwać, jeszcze kawałek dalej. Nie miał w zwyczaju zamalowywania swoich błędów, raczej żył z nimi w zgodzie i pozwalał by dodawały od siebie ten ułamek realizmu. W odróżnieniu niektórych elementów swojej egzystencji, w tej nie czuł potrzeby czegokolwiek ukrywać.
Felix Hathaway
-
I'm not a violent dog.
I don't know why I bite.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjiczas narracjipostaćautor
Przetarł oczy nasadą jednej dłoni, tej, w której trzymał również długopis i cudem nie zakończył tej misji tragedią; wizja mu się rozmazywała, cyfry, uprzednio wyraźne i czytelne teraz przeskakiwały jedna przez drugą, ukrywały się gdzieś i myliły linijki wprowadzając nieuchronne błędy w rachowaniu. Nie pomogła nawet interwencja kalkulatora, który nie zdawał się na nic kiedy zawodziła kolejność wprowadzanych obliczeń oraz ich wartości.
W innej, normalnej sytuacji zwaliłby to na opary unoszące się w pomieszczeniu, na chemię i opary farb, którymi Kamiński zdawał się oddychać pełną piersią z nieludzką przyjemnością. Znając jednak siebie jak i objawy Felix nie miał wątpliwości, że to nadgodziny i wydrenowanie au general gryzło go właśnie w dupę.
一 Smakowała ci czekolada?
Hathaway spojrzał przelotnie znad skoroszytu w kierunku Kamińskiego tańcującego z drabiną; sugestia była aż nazbyt widoczna, oczywista nawet dla kogoś takiego jak ten furiat-artysta sięgający mu najwyżej do brody.
Uśmiechnął się złośliwie łypiąc na niego wisielczo, uczepiony swojego zeszytu jak ostatniej deski ratunku, ze spłyconym oddechem i wargami bledszymi niż jeszcze parę minut temu.
一 Robię tu wszędzie poza kontaktem z klientem. Podobno się do tego nie nadaję, uwierzyłbyś?
Kolory przyciągnęły jego uwagę, która kurczyła się jak przeciekająca przez sito woda. Zostawał tylko osad, zbyt duży by go przepuścić, dający mu możliwość do skupiania się co najwyżej na tym, co dobrze widoczne - w przeciwieństwie do drobnicy cyferek jakie stały się ledwie rozmazanymi plamami na połaci bieli.
Mętnie i pomału usiłował ustalić czym była bajecznie kolorowa plama na ścianie oraz kiedy ostatnio spał dłużej niż dwie godziny. Trzy dni temu? Cztery?
Odciągnął palcem kołnierz koszulki czując jak zlewa go na zmianę zimny i gorący pot, co rozpoznał jako znajome preludium do znajomego stanu, jakiego wolał nie odrywać przed kimkolwiek - a już na pewno nie przed kimś takim jak jebany Remigiusz Kamiński.
一 Okay, dokończ tę żyrafę 一 zarządził uroczyście i wskazał na liście krzewinki, jaka powstawała pod papugami czy innym pstrokatym ptactwem. 一 A ja zaraz wracam. Potem koniec roboty, bo ja też mam robotę. I... kurwa, powiedziałem to dwa razy, co nie...? 一 wymamrotał gdy dźwignął się trzymając o kant badziewnego stolika na anorektycznych nóżkach. Efekt był do przewidzenia. Najpierw z jego kolan zsunął się brulion i plasnął soczyście okładkami o posadzkę, a zaraz za nim poleciał głośnik, ale ten z mniejszą gracją rozleciał się na drobne. Przechylony stół złożył się jeszcze na dokładkę złośliwie i Hathaway runął jak długi z uroczystym brzdęknięciem kubków - ich finalnym, bo podobnie jak głośnik rozpieprzyły się w drobny mak - spodek po czekoladzie potoczył się jak zakręcone hula-hop, a papiery dramatycznie rozpierzchły się w powietrzu jak spłoszone gołębie. I pośród tego wszystkiego dyrygent tego zamieszania, litościwie odłączony przez chroniczne przemęczenie i stres, zanim napad paniki dopierdolił mu upokarzająco na widoku, z długopisem nadal ściskanym w ręku, jakby lada moment miał otworzyć oczy, krzyknąć: Eureka! i poprosić o zeszyt.
Zamiast tego odetchnął z szorstkim pomrukiem czającym się gdzieś pod koniec, włosami przyklejonymi do spoconego czoła i skroni, wargami zaciśniętymi tak mocno, że ledwo je było widać oraz powiekami pokrytymi siateczką popękanych, purpurowo-sinych naczynek, drgającymi co raz jakby coś mu się śniło.
Nie pierwszy raz zaliczał w tym zakładzie tak gwałtowny zjazd, aczkolwiek po raz pierwszy świadkował mu ktoś inny niż Nancy. Podobnie nigdy wcześniej nie zrobił tego w tej części zakładu, poprzednio zwykle lądował na zapleczu w workach z ziarnami kakao, ewentualnie w śmieciach, bo na ogół był w stanie przewidzieć odcięcie na parę sekund by w porę schować się gdzieś, gdzie szansa na rozpołowienie sobie czaszki była mniejsza.
Tu szczęśliwie faktycznie ochroniła go jego paskudna natura pracoholika, bo zamiast trzepnąć potylicą w kafelki, Hathaway wylądował na swoim cudownym brulionie. Może nie miękko, ale jego przerażająca grubość ocaliła go przed wstrząśnieniem mózgu.
Remigiusz Kaminski
-
It goes, all my troubles on a burning pile
All lit up and I start to smile
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zaraz ciebie dokończę, na jedno wyjdzie - odparł bez zastanowienia, uznając komentarz co najwyżej za dziwaczny przytyk względem swojej twórczości. Nie zamierzał marnować śliny na tłumaczenie mu w jaki sposób stawiane na ścianie, roślinne wzory różniły się od czworonogów z Afryki, mając to za rozmowę daleko poniżej swojego poziomu. Mówiło to wiele, zważając na to jak wygórowane intelektualnie potyczki słowne prowadził zwykle, oraz w jakim odbywało się to towarzystwie. W końcu zdolność wymiany każdego znaku interpunkcyjnego równie, jeśli nie bardziej, dosadnym wulgaryzmem, świadkowało o inteligencji mówiącego lepiej niż jakikolwiek robiony podczas bezsennej nocy test na IQ.
Zanim zdążył odnieść się do ogłoszenia końca pracy, cokolwiek Hathaway próbował mu przekazać zostało ucięte w trakcie kakofonią przynajmniej kilku różnych dźwięków zakończonych spektakularnym hukiem brzmiącym podejrzanie jak lądujące na podłodze zwłoki. Remik spojrzał przez ramię już kiedy usłyszał pierwszy roztrzaskujący się o kafelki kubek i z rozbawieniem wypuszczając powietrze nosem świadkował jak jego nie-szef dołącza do górki usypanej z całego syfu jaki zdążył wkoło siebie zrobić w ciągu kilku sekund. Prawdę mówiąc byłby nawet pod wrażeniem, gdyby nie fakt, że mężczyzna przestał się ruszać.
- Ej - zaczął podniesionym głosem, jakby to samo w sobie miało zachęcić go do podniesienia się z podłogi o własnych siłach. - Ja pierdole, tobie co? Nawet nie miałeś o co się tu wyjebać - wytknął, wstając i bezceremonialnie wypuszczając z ręki puszkę, która z łoskotem odbiła się od podłogi i potoczyła kawałek dalej. Podszedł bliżej i pochylił się nad facetem opierając jedną dłoń o kolano, a drugą machając mu przed twarzą. Kilkukrotnie strzelił palcami nad jego zamkniętymi powiekami. Dał mu pstryczka w nos. Dopiero po wykończeniu wszystkich opcji wydął wargi w głębokim zastanowieniu.
- Świetnie, kurwa, cudownie. Wara mi tu kipnąć, nie biorę tego na siebie - mamrotał pod nosem, kucając obok i cały czas kierując słowa w stronę człowieka wyglądającego trochę jakby nie widział łóżka od roku. Kaminski przyłożył dwa palce do boku jego szyi, marszcząc czoło przeczekał kilka sekund, a kiedy znalazł znak życia cofnął rękę ze zdaje się jeszcze bardziej zirytowanym westchnieniem. - Jak chciałeś drzemkę to trzeba było kurna powiedzieć - upomniał nieprzytomnego mężczyznę i przewrócił oczami, już sięgając po materiał bluzy by przeciągnąć ją przez głowę. Zwinął ją w niejasny kształt będący kostką tylko w założeniu i po chwili logistycznego obmyślania planu po prostu wsunął dłoń pod kark Felixa i lekko podniósł jego głowę ze sterty papierów by wsunąć pod nią coś miększego. W miarę zadowolony ze swojego prowizorycznego łóżka poprawił koszulkę, która podjechała mu na boku, i rozejrzał się po najbliższym otoczeniu, ostatecznie obierając kurs na kuchnię.
Chwilę zajęło mu rozeznanie się po nowym pomieszczeniu, które widział na oczy tylko raz, kiedy zajebał typowi telefon by uratować go przed samym sobą, tylko by ten tak czy siak skończył z obitą głową na podłodze własnego lokalu. Z zaciśniętymi wargami, wyraźnie niezadowolony z sytuacji w jakiej został postawiony, znalazł pierwszy lepszy ręcznik, który zmoczył zimną wodą i wrócił do wyłożonego jak rozgwiazda Felixa by rzucić mu nim w twarz, celując mniej-więcej w czoło. Przez krótką chwilę patrzył na niego, jakby spodziewał się natychmiastowych efektów, po czym wzruszył ramionami, sięgnął po zeszyt i ołówek, które zostawił na podłodze przed rozpoczęciem roboty, usiadł kawałek dalej i zabrał się za szkicowanie.
Felix Hathaway
-
I'm not a violent dog.
I don't know why I bite.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjiczas narracjipostaćautor
Ani zmiana pozycji ani oberwanie mokrą szmatą przez twarz nie zmąciło jego wymuszonej drzemki, nawet gdy krople lodowatej wody spływały mu głęboko we włosy, za szczękę i pod koszulkę, choć w innej sytuacji już wzdrygałby się jak kot na deszczu.
Potrzebował ponad kwadransa, żeby zacząć z powrotem ładować systemy i wykonywać bardziej skomplikowane ruchy ponad niekontrolowane drgania palców czy powiek, kolejnych paru aby wymlec spomiędzy warg jakąś swojsko brzmiącą kurwę i prawdopodobnie kilku kolejnych godzin, aby podreperować wystawione na drwinę morale.
一 Domyślam się, że to jakaś twoja odmiana troski, hmm? 一 wymamrotał cienko, nie ruszając się z miejsca ani o cal. Wciąż leżał płasko na plecach, z mokrym ręcznikiem zasłaniającym oczy i tylko przerzucił sobie obolałe przedramię przez pierś. Kącik ust wywinął mu się w bardzo niezadowolonym grymasie, tak, jakby ktoś siłą napoił go sokiem z cytryny.
Bolały go wszystkie mięśnie, miał nieodparte wrażenie, że nawet te, których zazwyczaj nie używał i nie był do końca przekonany czy była to kwestia upadku czy zmęczenia. Prawdopodobnie, i ta wersja przemawiała do niego najbardziej, był to miks obu.
Przez równie bezproduktywne kilka minut milczał, zarejestrował wyłącznie w tym czasie, że wciąż ściskał w dłoni długopis. Na ile go wyłączyło tym razem? Nie sądził, by uszkodził sobie coś permanentnie, ani w sposób sugerujący wycieczkę na SOR, drobniejsze urazy mógł załatać na własną rękę w domu.
Właśnie. W domu.
一 Ej 一 zawołał przed siebie, nie wiedząc gdzie posiało Kamińskiego. Nie miał ochoty ściągać ręcznika z twarzy, coś czuł, że jasność świateł zmiotłaby go w tym momencie z planszy. 一 Możesz prowadzić?
Było to zarówno pytanie o faktyczną możliwość - bo cholera go wiedziała, czy w międzyczasie nie wyczarował sobie magicznie browara z tego fantastycznego tobołka oraz o chęć. Mógł wrócić taksówką, nie miałby z tym większego problemu, ale w jego wyobrażeniu zaangażowanie w to Remigiusza byłoby prostsze, zresztą po ostatnim razie znał już trasę i powinien trafić bez nawigacji. Ostatnim na co Hathaway miał dzisiaj ochotę to użeranie się z cwaniacką złotówą, kierowcy lubili wykorzystać sytuację i zasponsorować (na koszt pasażera, naturalnie) tournée po Toronto w ramach rozrywki.
Z ciężkim, stłumionym przez własne ramię westchnieniem Felix przewalił się na bok walcząc zarówno z grawitacją jak i zawrotami głowy, podciągnął się do chwiejnego siadu, a mokry i niestety już całkiem ciepły ręcznik plasnął o posadzkę z niesmacznym mlaśnięciem.
Uprzednio schludnie zaczesane włosy sterczały mu teraz dramatycznie na wszystkie strony, część kleiła się do skroni i czoła, powieki ciążyły, jakby każda z nich ważyła tyle co worek mąki. Wyglądał jak ktoś, kto obudził się po kilku dniach nieprzerwanego snu i nie ogarniał rzeczywistości w jakiej się znalazł.
一 Właściwie to kim ty jesteś?
Felix wbił w Kamińskiego nieprzytomne spojrzenie, z pytająco ściągniętymi brwiami i lekko uchylonymi, spierzchniętymi wargami w nienaturalnie jasnym kolorze. Mrugnął raz, drugi, patrząc tak, jakby widział człowieka po raz pierwszy w życiu i nie rozumiał skąd wziął się w... gdziekolwiek byli.
A potem nie zniósł ciężaru swojego słabego żartu i prychnął chrapliwym, mechatym śmiechem, dłonią rozmasowując sobie twarz.
一 Luz, nie jest aż tak źle. Właściwie to wcale nie jest, chyba potrzebowałem małej przerwy. Co z muralem?
Patrzenie wzwyż wciąż nie wchodziło w rachubę, Felix wolał nie ryzykować oślepienia ani wywabiać migreny, wystarczało mu to, co bolało go na ten moment. Zerknął na zeszyt w rękach Kamińskiego i gdyby nie to, że świat nadal wydawał mu się niestabilny, przechyliłby się i zbadał rzecz na własną rękę.
一 Co to? 一 podpytał wskazując brodą na to, co pomału wychodziło spod jego ołówka. Hathaway nie miał w to wglądu, nie z tej perspektywy i na pewno nie zamierzał jej szybko zmieniać. Raz mógł mieć to szczęście i wylądować na... zaraz.
一 Czekaj, a to? Czy to jest? Hmm, aha 一 wykrzesał z siebie, gdy po kilku zerknięciach od zwiniętej bluzy do Remigiusza, który z pewnością zanim jeszcze przyszedł black out miał ją na sobie dotarło do niego, że mężczyzna sprawił mu poduszkę. Niezręczność połaskotała go w pierś, odwrócił wzrok i kaszlnął parę razy w zwiniętą pięść nie wiedząc jak normalny człowiek powinien zachować się w takim momencie.
I dlatego nie powiedział nic - nie był przecież normalny.
Remigiusz Kaminski
-
It goes, all my troubles on a burning pile
All lit up and I start to smile
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Głos dochodzący ze strony trupa odciągnął jego wzrok od kartki na krótką chwilę, podczas której zdążył upewnić się tylko, że ten faktycznie porusza ustami, po czym jego uwaga wróciła do śmigającego w tę i z powrotem czubka wkładu węglowego. Znowu musiał go naostrzyć.
- Nie za mocno przywaliłeś w ten czerep, Śpiąca Królewno? - upewnił się płaskim tonem, jako że pytanie Felixa sugerowało z jego strony jakąkolwiek troskę. Nie był do końca pewny co nim kierowało, kiedy zamiast zostawić go jak leżał faktycznie coś dla niego zrobił, przyszło to naturalnie, jednak sam za nic nie nazwałby tego jakimkolwiek realnym przejęciem o jego zdrowie czy życie. Skupił się uważniej na cieniowaniu na kilka dłuższych sekund po sugestii jakoby miał ponownie robić mu za szofera, jakby musiał bardzo poważnie zastanowić się nad odpowiedzią.
- Odwiozę cię, ale następnym razem zaczynam naliczać opłaty - ostrzegł, celując ołówkiem w mężczyznę usilnie próbującego się spionować. Założył, że przyjdzie mu wozić go tą samą trasą co ostatnio, już jak zwrócił uwagę na głębię sińców pod oczami, kiedy upewnił się, że ten przypadkiem nie wyzionął ducha. Nie puściłby go w tym stanie za kółko.
Z uniesioną sceptycznie brwią obserwował rozgrywający się przed sobą teatrzyk, od roztrzepanych, lekko wilgotnych przy skroniach włosów, po blade usta. Moment przed przerwaniem oskarowego aktorstwa, Remik zdążył może trochę, odrobinę nawet zacząć mu wierzyć, stąd na informację o jakże zabawnym żarcie odpowiedział wyłącznie kopniakiem w łydkę i wywrócił oczami.
- Tworzy się. Masz dwa ptaki, niedługo dostaniesz królika, ale żadnej żyrafy - podsumował pokrótce, znacznie bardziej zainteresowany kwestiami, które ten poruszył wcześniej. - Zawsze jak kładziesz się na drzemkę bierzesz ze sobą stół? - dopytał, obniżając zeszyt i spoglądając na niego krzywo. Bynajmniej nie zamierzał wkoło niego skakać, kazać mu leżeć ani dzwonić po pogotowie, jednak nie był na tyle naiwny by uwierzyć, że było z nim dobrze. Czy raczej wcale źle, jeśli robiło to jakąś różnicę. - Uważaj gdzie kładziesz ręce. Kubki - upomniał go jeszcze, zanim ten ponownie spróbowałby faktycznie wstać. Tym razem wolałby go asekurować i nie musieć wyciągać mu drobinek ceramiki spomiędzy palców. Za to kąciki jego ust podskoczyły z rozbawieniem na pytanie i odwrócił w jego stronę zeszyt.
- Ty - przyznał, oferując mu wgląd w pospieszny, ale dość dokładny rysunek jego nieprzytomnej sylwetki, łaskawie bez ręcznika zakrywającego połowę twarzy. Za to nie przegapił detali w formie rozwalonych wkoło niego papierów, pobitych kubków i słaniającego się stołu. - Leżałeś tak spokojnie, nie mogłem się powstrzymać. Będzie dla potomnych - dodał, skupiając na nim wzrok akurat, gdy ten zaczął łączyć wnioski dotyczące jego bluzy i, czymkolwiek były, zdecydował się nie podzielić nimi na głos. Stąd też Remikowi nie spieszyło się mówienie w temacie nic ponad to. Odkładając zeszyt na bok zebrał się na równe nogi i zaoferował pomocną dłoń siedzącemu na kafelkach mężczyźnie.
- Koniec leżakowania - zadecydował za nich oboje, jednocześnie akceptując wcześniejszą decyzję Hathawaya by skończyć ich dzień pracy w tym momencie.
/zt x2
Felix Hathaway