27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01.



Nie możemy tego przełożyć na przyszły miesiąc? — rzuciła błagalnie, przyciskając telefon ramieniem do ucha, podczas gdy jej dłoń zacisnęła się na chłodnej, metalowej klamce od lokalnej kawiarni. — Tak jak wspominałam, mamy w tym miesiącu wyjątkowo dużo wydatków, jeszcze przelewałam wam przecież pieniądze na antybiotyki dla mamy i kolejną ratę… — kobieta po drugiej stronie nawet nie dała jej dokończyć — od razu zaczęła prawić swoje racje na temat polityki ośrodka i jak to muszą traktować każdego tak samo, bez wyjątków. Tylko co ona miała poradzić w sytuacji, w której fizycznie nie miała tych pieniędzy?
Maya wiodła życie od pierwszego do pierwszego. Wszystkie wydatki miała starannie policzone i odpowiednio przygotowane, żeby starczało na czynsz, miesięczną opłatę za ośrodek odwykowy dla matki oraz doładowanie środków Tobiemu, by mógł chociaż dzwonić z więzienia. Nie wspominając o tym, że wciąż potrzebowała kolosalną ilość pieniędzy na spłacenie długu. W jej budżecie nie było więc miejsca na nagłą podwyżkę i to jeszcze o wartości drugie tyle, co płaciła obecnie.
Ja wszystko rozumiem, ale niech mnie pani też chociaż spróbuje. To jest naprawdę spra… — i znowu jej przerwano. Nawet nie była w stanie jakkolwiek spróbować jej przekonać do przesunięcia terminu zapłaty, bo kobieta po drugiej stronie nawijała jak nakręcona, a kiedy nagle znalazło się okienko, by się odezwać, ktoś akurat szturchnął ją w ramię i zanim zdążyła porządnie spiorunować go wzrokiem, administratorka ośrodka już na nowo nawijała, przytaczając jej nikogo nie interesujące podpunkty w regulaminie. — Ale ja… — nie no kurwa nie było opcji, że ta rozmowa zakończy się jakimkolwiek kompromisem, dlatego Parker najzwyczajniej najbezczelniej w świecie odstawiła telefon od ucha i wciskając się w długą kolejkę do kasy, rozpoczęła akcję ratunkową.
Prze… przepraszam, ale jadę tu-ne-em i ni-c ni-słysz-e — kręciła komórką na wszystkie strony świata, o mały włos nie trącając jednej z kelnerek, która próbowała przebić się przez tłum ludzi z tacką pełną szklanek. — Za-szzzz-dzwonie pote…szyszy — podrzuciła ją dwa razy w powietrzu, tak dla lepszego efektu, a zaraz potem nacisnęła czerwoną słuchawkę. — Ja pierdole — mruknęła pod nosem, wypuszczając z płuc większy haust powietrza i przy okazji robiąc krok w tył.
Może nawet byłby to normalny krok w tył, gdyby jej but nie natrafił na coś twardego, zupełnie jak jej łokieć, który mimowolnie wbił się w — tak dla odmiany — coś miękkiego. A raczej kogoś, bo jak się okazało, gdy tylko się odwróciła; wpadła na człowieka. Mężczyznę dokładniej. Uniosła ciemne spojrzenie do jego twarzy, by zauważyć, że jego błękitne oczy, już były w nią intensywnie wpatrzone. Długo się jej przyglądał? Widział ten cały cyrk, który odwaliła przed chwilą z telefonem i tunelem? Oby nie.
Nic nie słyszałeś — dla pewności zagroziła mu palcem, zadzierając głowę w górę, nawet nie siląc się na jakiekolwiek przeprosiny, że przed chwilą zamachnęła się na jego życie własnym łokciem i piętą. A tą piętę to wciąż trzymała na jego ładnym lakierku, czego nawet nie zauważyła. Pachniał też niczego sobie. Może dlatego wciąż się nie odsunęła?

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

064.
I thought this would be just another coffee.


Rzadko to robił, przychodził do kawiarni, bo zazwyczaj tę kawę miał już na swoim biurku, albo po prostu korzystał z tego drogiego ekspresu w swoim gabinecie. Parzył sobie nowojorską gejszę w fikuśnej filiżance i pił ją przez cztery godziny, aż robiła się ohydna.
Galen nawet nie przepadał za kawa, nie był jej jakimś smakoszem, a jednak dzisiaj śpieszył się na spotkanie. Dzisiaj był w ogóle w plecy, a najgorsze jest to, że nawet nie miał na nadgarstku swojego drogiego zegarka, telefonu też nie miał. Zostawił go w Porsche dwie ulice dalej. Nie wiedział czy jest spóźniony, na plecach czuł, że jest. Może dlatego postanowił zainwestować w kawę. Nie dla siebie, dla klientki z którą był umówiony. Nie w biurze... U jej manikiurzystki. Galen przecież nigdy nie umawiał się na tak dziwne spotkania, był poważnym prezesem, w swoim poważnym garniturze od Armaniego, to on zawsze dyktował warunki. Ale Winston inwestował w Northex tak horrendalne pieniądze, że Galen Wyatt poleciałby nawet na Borabora, żeby spotkać się z jego żoną.
Nie miał pojęcia ile robi się paznokcie, ale liczył, że długo, zwłaszcza gdy kobieta taka jak Pani Winston po prostu miała na to czas, miała pieniądze, mogła tam siedzieć cały dzień. Tak jak Galen u fryzjera, to nie była krótka wizyta, bo przecież Pan Wyatt musiał czuć się odpowiednio zaopiekowany. Dzisiaj żona Winstona też miała się tak poczuć z tą swoją ulubioną kawką.
Stanął w kolejce chociaż czuł się tu dziwnie nie na miejscu, nie skrolując telefonu, nie patrząc na zegarek odliczając minuty, kiedy już powinien tam być. Pięć, może dziesięć? Jak spóźni się dwadzieścia, to jeszcze jakoś się wytłumaczy, obroni kawą. Ale jeśli dłużej?
Nabrał w płuca powietrze, a niebieskie tęczówki zawiesił gdzieś w wiszącym nad ladą menu. Co to za nazwy... Spicy Pumpkin Latte, Cinnamon coś tam. Przejechał palcami po twarzy, on się zupełnie nie znał na kawie. Jego uwagę przykuła jednak dziewczyna, która stała przed nim i podrzucała telefonem. Co ona właściwie robiła?
Uniósł jedną brew przyglądając jej się. Może nie powinien? Ale przecież nie miał telefonu, w który mógłby się gapić. A zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że mu zasłaniała teraz te kawowe specjały. Trochę się zawiesił, a może ona po prostu cofnęła się szybko, tak, że nie zdążył zareagować, odsunąć się, a zaraz ona stała już na jego bucie, a jej łokieć wbijał mu się w brzuch. Stęknął, bo akurat trafiła chyba w śledzionę. Wypuścił powietrze z płuc, a niebieskie tęczówki zatrzymały się na jej twarzy, kiedy się odwróciła.
- Sorry, ale nie mam w tunelu zasięgu... - rzucił wywracając oczami, bo tak, słyszał to całe przedstawienie. Chciał się cofnąć, ale ona wciąż stała na jego bucie, więc zamiast tego, co zrobił Galen?
Krok w przód.
Tak, że ona musiała się cofnąć, albo nie? Ale jeśli tego nie zrobiła, to już stali naprawdę blisko siebie. Ale czy Galenowi Wyattowi to przeszkadzało? W żadnym wypadku, on przecież nie znał takiego pojęcia, jak przestrzeń osobista.
- Chyba twoja kolej? - rzucił, bo rzeczywiście teraz ona, a później on, tylko... on wciąż nie wiedział co ma wziąć. Cinnamon coś tam? A może czekoladowe... co?
Czym się w ogóle przeprasza kobietę ze spóźnienie? Albo co one piją na paznokciach? Może powinien kupić szampana.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maya normalnie również nie pijała kawy w kawiarniach. Tylko wcale nie dlatego, że miała w domu jakąś specjalnie parzoną nowojorską gejszę w fikuśnej filiżance, którą piłaby cztery godziny, aż nie zrobiłaby się ohydna. Jej powody były o wiele prostsze niż to, a mianowicie: ona po prostu nie miała tyle pieniędzy, by pozwolić sobie pijać kawki w kawiarniach.
Na co dzień okładała każdy możliwy grosz, a jeśli już wychodziła na miasto, najczęściej potrafiła zakręcić się wokół kogoś, kto zapłaciłby i za jej rachunek. Jedni mogli nazwać to bezczelnością, ona zwalała to po prostu na swój urok osobisty. Bo w życiu trzeba było sobie jakoś radzić, żeby nie odmawiać sobie przyjemności.
Dzisiaj nie zdążyła wypić codziennej dawki kofeiny w domu — pewnie jakiejś ohydnej, parzonej lury — bo od samego rana miała do załatwienia sprawy na mieście. A że bez kawy nie umiała odpowiednio funkcjonować, skończyła w Balzac. I chociaż planowała sobie sprawić jakieś fikuśne late, tak za nic nie planowała wpadać na przypadkowych ludzi, a tym bardziej deptać ich po butach. To jednak stało się tak szybko, że Parker nie zdążyła nic na to poradzić. Przypadek? A może przeznaczenie.
Prychnęła, gdy mężczyzna oznajmił, że nie miał zasięgu w tunelu. Dobrze. Doceniła fakt, że nie chciał dyskutować tego, co przed chwilą zobaczył, chociaż jego słowa jasno wskazywały na to, że w pełni świadomie stał się świadkiem jej wcześniejszej odklejki. Maya natomiast wcale się tym nie przejęła. Co więcej — kiedy zamiast cofnąć nogę, przesunął ją jeszcze bardziej do przodu, nawet nie drgnęła. Tak się składało, że ona również nie uznawała czegoś takiego jak przestrzeń osobista. Szczególnie, że szukanie kłopotów miała już we krwi.
Na moment przeniosła spojrzenie z jego intensywnie niebieskich oczu w dół; w tą niewielką przestrzeń między nimi, by przyjrzeć się, jak jej glan uciska jego błyszczącego bucika.
Lakierek ci się pobrudzi — zauważyła z uśmiechem, wracając do jego twarzy. Nie była obojętna na mowę ciała i doskonale zdawała sobie sprawę, że mógł spokojnie cofnąć nogę. Czego nie zrobił. — A szkoda, bo to bardzo ładne buty — bo przecież były. Emanowały świeżością na kilometr. Nie to co jej: przetarte, z prawie ośmioletnim stażem.
Mogli tak stać i dyskutować, jednak wtedy on powiedział, że teraz jej kolej, a Maya uniosła wysoko brew do góry. Tak szybko?. Odwróciła głowę, wyglądając przez ramię, a zaraz prychnęła śmiechem.
Twój pierwszy raz w kawiarni? — spytała z rozbawieniem, przy okazji ściągając nogę z jego buta. Robiąc ten jeden kroczek w tył. — Bo widzisz, tutaj kolejka zakręca, więc te wszystkie osoby tam — wskazała blat niedaleko kasy, na którym były idealnie ułożone słoiki z sypaną herbatą. — Też stoją i czekają — wyjaśniła, bo facet chyba nie do końca ogarnął, że przed nimi było jeszcze z dobre pięć osób. Akurat znaleźli się tutaj w godzinach szczytu i chociaż na Mayi nie robiło to większego wrażenia, tak wcale nie uszło jej uwadzę, jak brew mężczyzny uniosła się ku górze.
W ogóle co tak patrzysz ciągle na tą tablicę? — dopytała, bo nawet wcześniej zaglądał na nią tak skonsternowany, jakby dopiero co uczył się czytać. — Nie wiesz, na co masz ochotę? Czy zastanawiasz się, jaką kawę mi postawić? — wbiła w niego ciemne spojrzenie, a jej twarz znowu rozpromieniła się w delikatnym, bezczelnym uśmiechu. Oczywiście nie oczekiwała, że po tym, jak podeptała mu wypolerowanego buta, będzie chciał mieć z nią cokolwiek wspólnego, ale przecież zawsze warto spróbować, czyż nie?

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Westchnął ciężko, bo już pewnie mu tym glanem pobrudziła lakierka, będzie go musiał jutro oddać do czyszczenia i pastowania, to znaczy napisać smsa dziewczynie, która mu takie rzeczy ogarniała, bo oczywistym było, że Galen nie robił takich rzeczy sam. On tylko wchodził rano do swojej garderoby wielkości średnich rozmiarów pokoju, przechadzał się miedzy rzędami nieskazitelnych koszul i wybierał sobie jakieś wypastowane buciki. Czasem najpierw wybierał koszulę, a potem dobierał resztę. Kiedyś od tego też miał jakąś dziewczynę, od szykowania mu garderoby, ale denerwowało go to. Bo czasami zmieniał zdanie w ostatnim momencie i zamiast klasycznego czarnego Armaniego, on zakładał... czarną Pradę.
Dzisiaj też był na czarno-biało i tylko ten jego beżowy płaszcz odróżniał jego stylówę od jakiejś bankietowej... albo pogrzebowej. Bo dzisiaj nawet koszulę miał czarną. Wszystko czarne, jak jego dusza... albo serduszko.
Albo chociaż jak kawa, którą pijał.
- To Ralph Lauren - rzucił na ten jej komentarz na temat jego butów. Ralph Lauren gnieciony bezczelnie przez znoszonego glana.
Ale żadne z nich nie zamierzało się cofnąć, więc mogli sobie tak stać do wieczora, jej pięta na jego palcach. Tylko, że Galen myślał, że to jest już jednak ich kolej.
Nie był to jego pierwszy raz w kawiarni. Ale może trzeci? W tej zresztą na pewno pierwszy. On nie pijał Cinnamon coś tam, czy Choco Loco.
Oczywiście powiódł spojrzeniem w kierunku, który mu wskazała. Oczywiście, że nie zdawał sobie sprawy, że jest przed nimi tyle osób, bo on sobie po prostu... stanął za nią. Może to te jej ciemne... kudły? włosy go przyciągnęły, a może po prostu rzuciła mu się w oczy, albo stała w brzegu.
- Tyle ludzi? - mruknął - nigdy wcześniej tu nie byłem - no tak, uznał, że musi się jej wytłumaczyć, bo skąd niby miał wiedzieć, że to nie jest ta lada, tylko jakaś tamta. A ci wszyscy ludzie to stoją w kolejce, a nie tak po prostu. Do Galena nagle dotarło dlaczego on nie chodzi do kawiarni, tylko wysyła tam jakieś swoje sekretarki.
Skrzywił się jakoś i uniósł jedną brew, bo analizował czy opłaca mu się tutaj stać, czy chce mu się. Czy w ogóle ma to sens?
Już może nawet miał zrezygnować i uniósł do góry nadgarstek, na którym nie miał dzisiaj zegarka. Po co on go w ogóle zdjął? A najważniejsze pytanie, gdzie? Ale jak się nad tym zastanowił to widział go w łazience na blacie. Nie chciał go zamoczyć? Wodoodpornego zegarka?
Z tych myśli wyrwały go dopiero słowa brunetki.
- A na co mam się patrzeć? Na ciebie? - ściągnął do siebie brwi, nie miał telefonu, więc to odpadało, buty miał podeptane, więc to też. A ona... no była może w jego typie, bo ostatnio on miał przecież słabość do takich ładnych, ciemnych oczu, ale brakowało jej jakiś szpilek i seksownej sukienki, żeby zawiesił na niej oko.
- Jaką kawę ci kupić? - powtórzył po niej i te niebieskie tęczówki z tablicy przeniósł na jej twarz. Nie miał wcale zamiaru kupować jej kawy, za ten podeptany but? Ale z drugiej strony...
- Dobra, jak mi doradzisz co mam wziąć dla żony mojego kontrahenta, to kupię ci kawę - stwierdził, że mogą oboje na tym skorzystać, bo on nie będzie musiał się zastanawiać czym się różni coś tam z laską wanilii, od czegoś tam z aromatem wanilii, a przecież co to dla niego kawa. Może nawet mógłby jej zapłacić, żeby postała tutaj w kolejce za niego, a on by się w tym czasie wrócił po telefon do samochodu? Dziwnie się czuł bez niego. I bez zegarka, chociaż gdzieś w głębi na ścianie wisiał taki jeden i Galen znowu na niego zerknął.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytał dziewczyny, jakby miała wiedzieć, ale może wiedziała więcej niż on? Na przykład, że ta kolejka tam zakręca przecież wiedziała.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ralph kto? — spojrzała na niego jak na wariata i przekręciła nieco głowę. — Nie znam. To jakiś twój kolega? — spytała, gryząc się od środka w policzek. Zdawała sobie sprawę, że to pewnie jakaś marka ciuchów, którą ludzie z pieniędzmi powinni znać, jednak Maya zdecydowanie do nich nie należała. Nie miała pojęcia, kim był Ralph i dlaczego za cel życiowy obrał sobie tworzenie ładnych lakierów, ale good for him. Pewnie zarabiał na tym gruby hajs i to było godne podziwu. Mayi zostało jedynie podziwiać jak jej kolejkowy sąsiad patrzy na nią z uniesioną brwią. Aż tak się zdziwił, że nie znała tego projektanta? Aż sama zaczęła się zastanawiać kim był wysoki blondyn o niebieskich oczach i jak bardzo ich status społeczny różnił się od siebie.
Już sam fakt, że nie bywał w takich miejscach świadczył o tym, że raczej miał od tego ludzi. Bo przecież kasy mu chyba nie brakowało, biorąc pod uwagę to, co miał na sobie. Jakiegoś fikuśnego Ralpha. Musiał więc istnieć inny powód, dla którego nie chodził do kawiarni. No chyba, że po prostu nie lubił pić kawy.
A na co mam patrzeć? Na ciebie?
Prychnęła pod nosem na tą uwagę i przyjrzała mu się uważnie. W sumie to Maya nigdy nie zastanawiała sie nad tym na co powinno się patrzeć w takich miejscach. Ludzie w dzisiejszych czasach to chyba i tak ciągle patrzyli w telefon. A jednak on nie. Więc może mógł i na nią?
A czemu nie? — pozwoliła sobie na drobną zaczepkę, kolejną już tego południa. — Aż tak źle się na mnie patrzy? — dopytała, intensywnie wpatrując się w jego niebieskie oczy. W swoim życiu widziała wiele ciekawych kolorytów, jednak te jego zdecydowanie się wyróżniały. Nie był brzydki. Ba, był nawet całkiem przystojny. Ona zdecydowanie mogłaby zawiesić na nim oko.
I faktycznie zrobiła to przez krótki moment. Po prostu stała i mu się przyglądała, dopóki nie oznajmił, że kupi jej kawę, jeśli ta pomoże mu wybrać jakąś dla żony kontrahenta. Uniosła wysoko brew, bo jednak nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Rzuciła tą propozycje kompletnie od czapy, tak na luźno, nie oczekując, że on faktycznie coś z tym zrobi. A jednak. Uśmiechnęła się szeroko, ukazując szereg białych zębów, ale zaraz jej twarz pokazałą skupienie.
Dobra — klasnęła w dłonie i tym razem to ona odwróciła się w stronę tablicy, bujając się nieznacznie w przód i tył na butach. — Pomyślmy… — przerwertowała wszystkie fikuśne propozycje, zastanawiając się intensywnie nad odpowiedzią, jednak nim ją podała, odwróciłą się do blondyna. — Żona kontrahenta brzmi jak wymalowana, szykowna dziunia, która średnio raz w tygodniu chodzi na mani i pedi, bo nie ma co zrobić z nadmiarem pieniędzy — złapała jego jasne spojrzenie, jakby chciała się upewnić, czy jej myśli obracały się w odpowiednim kierunku. Maya nie miała za dużo wspólnego z ludźmi sukcesu. Jedynie kiedy takich widywała to na zmianach w Emptiness, ale tam faceci przychodzili raczej bez swoich żon. — Bo jeśli tak, to z pewnością nie pije normalnego mleka. Za tłuste, sam rozumiesz. Więc postawiłabym na coś na mleku roślinnym, może owsianym albo kokosowym. Do tego zdecydowanie ZERO bitej śmietany, bo to przecież tylko dodatkowe kalorie i cukry — zrobiła wielkie oczy, poruszając wymownie brwiami. Nie miała pojęcia, czy dobrze trafiła, ale gdyby była nim i chciała jej jakoś zaimponować, zdecydowanie poszłaby właśnie w tą stronę. — A dla mnie zwykłe cappuccino — dodała, stając na palcach i nachylając się nieco w jego kierunku. Maya była prostą kobietą, cieszyły ją drobne rzeczy. Rzadko kiedy w życiu wybrzydzała i chociaż mogła nieco wykorzystać fakt, że chciał jej coś kupić i wybrać najdroższą pozycję z menu, to po co? Zwykła z mlekiem też ją zadowoli. Odwróciła za kolejką na jego pytanie.
A ja wiem, może jeszcze z pięć minut? — wzruszyła ramionami. A skąd ona to miała wiedzieć? Wszystko przecież zależało od rodzaju zamówienia, chociaż z tego co widziała, zostały przed nimi już tylko dwie osoby. Przesunęła się bliżej lady i machnęła na niego ręką, żeby też się przesunał.
A co to za kontrahent? — spytała nagle, ukazując swoją ciekawską stronę charakteru. Z drugiej strony, co innego mieli robić, skoro i tak stali razem i czekali? Mogli przecież się przy tym lepiej poznać, prawda? — Robisz jakieś szemrane interesy? — poruszała energicznie brwiami, jakby faktycznie oczekiwała jakiegoś wielkiego przekrętu, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że pewnie był to zwykły biznes.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uniósł jedną brew, kiedy zapytała o Ralpha. Oczywiście, że Galen nie odebrał tego jako żart, bo on jednak był naiwny jak dziecko. Od razu pomyślał, że Ralph Lauren nie robi takich butów, jak te które miała na sobie dziewczyna, no wiec idąc taką logiką, nie mogła go znać. Westchnął ciężko strzelając niebieskimi oczami gdzieś w sufit.
- Wpisz sobie w google, najnowsza kolekcja jesień-zima - powiedział trochę beznamiętnie, ale przecież nie będzie jej tego tłumaczył. Galen w większości jednak zadawał się z kobietami, które znały takie nazwiska. W ogóle z kobietami, które nie nosiły takich butów. Nawet zerknął na nie jeszcze raz. Nie był to ani Armani, ani Dior.
Na jej kolejne słowa niebieskie tęczówki uniosły się w górę, z tych butów, na jej twarz. Wyatt skrzywił się, zastanowił, nawet przechylił na bok głowę, żeby spojrzeć na nią z innego kąta.
- Nie najgorzej, ale jednak powinnaś zmienić fryzjera - bo kiedy zdjęła czapkę, to jej włosy sterczały we wszystkie strony, chyba się jej naelektryzowały, czy coś. Nie to co Galena, mięciutkie, idealnie ułożone, muśnięte odżywką ze sproszkowanych kopytek jednorożców i łzy dziewicy zbieranej o północy w dzień równonocy. Przeczesał nawet palcami te włosy, znowu zadzierając głowę do góry i patrząc na menu. Ale już przecież nie musiał, bo już się dogadali, że on jej kupi kawę, a ona wybierze jakąś dla żony Winstona. Więc niebieskie tęczówki znowu zjechały na jej twarz. Dobra... całkiem przyjemnie się na nią patrzyło, musiał przyznać, kiedy tak obserwował ją z profilu, gdy patrzyła na tablicę.
- Nie wiem czy dziunia to dobre słowo, bo ona wie kto to Ralph Lauren… Ale tak, mani i pedi raz w tygodniu, fryzjer, spa i kosmetyczka - to prawie jak Galen... Co prawda on się ograniczał do barbera, który muskał jego... brak zarostu i śliczne włoski, ale i tak raz w tygodniu. Do tego SPA i masaż obowiązkowo. Czasem dwa razy, jak miał ciężki tydzień.
Zerknął przelotnie w jej oczy, ale zaraz spojrzenie zawiesił na menu, kiedy zaczęła wymieniać te mleka. Całe szczęście Wyatt swoja nowojorską gejsze pił na czarno. Zresztą on w ogóle rzadko pił mleko.
- Kokosowe jest bardziej wyszukane? Czy owsiane? - zmarszczył brwi, bo oczywiście chciał zaskoczyć pozytywnie żonę swojego kontrahenta, a dla niego oba te mleka brzmiały... dziwnie. Jak te coś tam z saitana co jedli z Pilar u Seeleya.
- Bez śmietany, ale może z jakimś... aromatem? - obejrzał się na dziewczynę - żeby to była taka fancy kawa? - dodał, bo już sam nie wiedziała co ma zamówić. Na to jej cappuccino uniósł jedną brew - a może właśnie klasyczne cappuccino? Jakbyś miała miliardy dolarów to piłabyś cappuccino, czy to coś tam z mlekiem owsianym? - Galen miał, ale on pił tylko czarną kawę. Jemu zrobić przyjemność... jeśli chodzi o kawę, było potwornie łatwo. Czarna, w fikuśnej filiżance.
Na to pięć minut wypuścił powietrze z płuc ze świstem, ale już byli bliżej niż dalej. Głupio byłoby się teraz wycofać, zwłaszcza, że on też tej dziewczynie obiecał kawę.
Na jej pytanie o kontrahenta znowu wywrócił oczami, a na te szemrane interesy zrobił krok do przodu, znowu znaleźli się blisko, ale już po prostu ktoś przed nimi wziął swoją kawkę i odszedł.
- Trochę tak... handel ludźmi i takie tam - rzucił, ale teraz to on sobie żartował. Chociaż może nie powinien sobie z takich rzeczy żartować? Biorąc pod uwagę fakt, że sprawa wciąż była w toku. Ale Galen już nauczył się z tego śmiać, nawet z kontrahentami czasem żartował, co prawda nie tak, jak teraz. Ale Winston na przykład lubił tekst, że teraz transporty z Europy idą co do minuty... Nie jest to wcale bardzo śmieszne, ale takich bogatych dupków jak Galen Wyatt i Winston bawiło.
- Dobra teraz my - rzucił Galen i już rzeczywiście była ich kolej. Spojrzał na Mayię, żeby sobie zamówiła, ale ona spojrzała na niego.
- Capuccinno - zaczął od tego - mała, czarna - ta była dla niego, skoro już się tutaj wystał - i coś tam... na mleku jakimś tam - baristka spojrzała na niego dziwnie - dziewczyna pani powie - znowu zerknął na Mayię, baristka też - nie wiem o co chodzi pani chłopakowi - mruknęła, a Galen znowu uniósł jedną brew, bo przecież mu nie chodziło o to, że jego dziewczyna... Tylko, że TA dziewczyna.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A co było nie tak z glanami? Wbrew pozorom były to bardzo praktyczne buty. Nie dość, że niscy ludzie wydawali się o te kilka centymetrów wyżsi, doskonale trzymały ciepło i nie ślizgały się na zimnie, to jeszcze do tego wszystkiego można było komuś nimi przywalić tak mocno, żeby wypić zęby. I to wcale nie tak, że Maya miała ochotę zrobić to swojemu nowemu towarzyszowi… chociaż kiedy tak mierzył ją od góry do dołu, a potem jeszcze skomentował jej włosy, faktycznie przeszło jej to przez głowę.
Faktycznie miała na głowie niemało włosów. Matka była na tyle łaskawa, że podarowała jej w genach bujne loki, z którymi nie potrafiła poradzić sobie nawet najlepsza prostownica. Kiedyś ich nienawidziła. Szczególnie w szkole, kiedy odstawała od dzieciaków z klasy i nigdy nie mogła bawić się z koleżankami we fryzjera, bo z jej włosami ciężko było cokolwiek zrobić, tak teraz uważała je za swój wielki atut. Dodawały jej uroku, nawet kiedy były naelektryzowane od czapki i żaden laluś w lakierkach jej zdania w tej kwestii nie zmieni. Może nawet by mu to powiedziała, wygarnęła jakimś wysublimowanym komentarzem, ale przecież powiedział, że kupi jej kawę. Nie mogła się z nim teraz pokłócić. Aż tak głupia nie była. Wystarczyło tylko pomóc mu z zamówieniem dla żony kontrahenta, która niebyła dziunią.
Skoro zna twojego ziomka od lakierków, to tym bardziej zasługuje na miano dziuni — ciągnęła, szczególnie po tym, jak oznajmił, że kilka razy w tygodniu chodziła robić sobie paznokcie, włosy i jeszcze wycieczki do spa. Dziunia jak nic. Ewentualnie jeszcze lafirynda, ale takich słów akurat Maya nie miała zamiaru używać. Zamiast tego zastanowiła się na moment nad mlekiem. — Jak chcesz wyszukane, to lepiej migdałowe — odpowiedziała z pewnością siebie, jakby faktycznie wiedziała, co mówi. Prawda jednak była taka, że produkowała na bieżąco. Za nic nie wiedziała, które mleko roślinne było najbardziej ekskluzywne. Za to z tego co słyszała, lala dbała o linie, więc każde byle nie zwykłe mleko powinno ją zaspokoić.
Uniosła wysoko brew, gdy spytał o to, co ona by wybrała, gdyby miała milioardy na koncie. Kurwa. Po pierwsze to zapłaciłaby cały dług brata, przeniosła matkę do najlepszej kliniki odwykowej w kraju i rzuciła robotę w pizdu. Ostatnie o czym by myślała to jaką kawę wypić, ale skoro już pytał…
Gdybym była tak obrzydliwie bogata? — prychnęła, wbijając spojrzenie w jego jasne oczy. — Pewnie piłabym kawę ze specjalnych ziaren jednorożca, zbieraną przez jakiś afrykańskich mnichów o wschodzie słońca, nad którą potem medytowali, by zapewnić jej dobrę energię. Mieloną oczywiście na świeżo, koniecznie w złotym młynku i ręcznie parzoną. Wtedy już bez mleka, wiadomo. Żeby nie zabijało smaku — spojrzała na niego wymownie. Jak jej poszło? Pewnie nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Cóż, wizja posiadania takiej ilości pieniędzy była dla niej tak abstrakcyjna, że i zamówienie na kawę musiało być. Przyjrzała mu się dokładniej, by sprawdzić, czy chociaż trochę wywołała uśmiech na tej jego zamyślonej twarzy. Miała nadzieję, że tak. Bo on na tej jej może trochę, kiedy zażartował sobie o handlowaniu ludzi. Oczywiście nie pomyślała nawet przez moment, że cokolwiek z tego mogło być prawdą, a poza tym nie było na to czasu, bo okazało się, że teraz ich kolej.
Stanęła z boku, przyglądając się mężczyźnie z wyczekiwaniem. Skoro chciał jej postawić kawę, to wypadało, żeby ją również zamówił, tak? Oczywiście, że tak. Po chwili jednak okazało się, że był to wyczyn zdecydowanie przekraczający jego umiejętności. Maya zaśmiała się głośno, kiedy co drugie słowo wrzucał coś tam i coś tam. Spojrzała z politowaniem na kasjerkę. Nie wiem o co chodzi pani chłopakowi. Ona też nie wiedziała.
Przepraszam — machnęła ręką, malując na twarzy szeroki uśmiech i kompletnie niepotrzebnie pozwoliła sobie ułożyć dłoń na jego przedramieniu. — Miewa problemy z wymową. Od dłuższego czasu chodzimy z tym do logopedy — pogłaskała jego materiał kurtki i przygryzając od środka policzek, odwróciłą głowę w stronę tablicy. — Będzie średnie cappucino, mała czarna i do tego flat white na mleku migdałowym z dodatkiem aromatu waniliowego, tylko nie za dużo — złożyła zamówienie tak, jak to powinno wyglądać, a kobieta za ladą spojrzała na nią z wdzięcznością. Wklepała wszystko w dotykowy ekran i przekazała niewielką wydrukowaną karteczkę bariście przy ekspresie ciśnieniowym do realizacji.
To będzie w sumie dwadzieścia siedem czterdzieści — oznajmiła po chwili, przyglądając im się, na co Maya wykonała krok w bok, robiąc mu miejsce, by mógł zapłacić.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Według Galena to buty nie musiały być wcale praktyczne, tylko po prostu... ładne. Szpilki, w których na lodzie można było wywinąć orła, ale za to wyglądało się w nich jak milion dolarów. Albo jego ładne buciki od Ralpha Laurena, też niebezpiecznie śliskie, marzły mu w nich stopy, ale za to jak się prezentował, jakby wyszedł z jakiegoś bilbordu. Zresztą... Galen lubił ryzyko.
- Chyba mamy... zgoła różne definicje dziuni - powiedział, a te niebieskie tęczówki spoczęły na jej ładnych, ciemnych oczach. Właściwie w słowniku Galena dziunia nie była jakoś powszechnie używana, ale kojarzyła mu się raczej z jakimś kiczem, różowa mini ledwo zakrywająca tyłek i dekolt po pępek, coś takiego. A żona Winstona w swojej dopasowanej, ołówkowej sukience od Versace odbiegała od tej wizji.
Zmarszczył brwi, na to mleko migdałowe, jak postoją tu jeszcze dłużej, to ciekawe z czego jeszcze uda im się wycisnąć mleko? Mleko z marzeń i snów o wielkiej karierze, które brutalnie zderzyły się z rzeczywistością?
Może to już była przesada, ale Galen nie zdziwiłby się, gdyby bogacze coś takiego pili. Niektórzy... Bo on jednak nie lubił mleka wcale, ale jego była, ona mogła by coś takiego pić, doprawione sproszkowanym złamanym sercem swojego eks.
Westchnął ciężko, a kiedy odpowiedziała na jego pytanie, co ona by piła będąc tak paskudnie bogatą, uniósł jedną brew.
- A mają tu taką? - zapytał dość poważnie, ale tym razem to chyba jednak grał troszeczkę takiego bogatego naiwniaka, bo zaraz parsknął - sam pomedytuje nad tą kawą w samochodzie - dodał i uśmiechnął się do niej zaczepnie. Ale już była ich kolej i naprawdę trzeba było się skupić na zamówieniu, żeby nie pomylić tych jednorożców, z czymś tam. Zaraz się okazało, że Galen postanowił to najtrudniejsze mleczno-dziuniowe zamówienie zwalić na dziewczynę... Nie jego dziewczynę oczywiście. Jakąś obcą dziewczynę, którą poznał tutaj w tej kawiarni. Ale już została ochrzczona jako jego panna, a zanim on zdążył zaprzeczyć, to jej ręka opadła na jego ramię, zerknął na nią unosząc jedną brew. Znowu się miał odezwać, a co zrobił na jej kolejne słowa? Upluł się, bo chciał coś powiedzieć, ale jednocześnie parsknął i po prostu się uślinił, jakby rzeczywiście chodził do logopedy, albo może nawet do jakiegoś lekarza specjalnej troski... Od ludzi specjalnej troski.
Brunetka świetnie poradziła sobie z zamówieniem, Galen był pod wrażeniem, serio, aż znowu otworzył usta, jakby rzeczywiście coś z nim było nie tak. Kiedy ekspedientka powiedziała kwotę, to Galen od razu sięgnął do kieszeni. Jednej... Drugiej. Przeszukał wszystkie kieszenie jakie tylko miał, ale co się okazało? Że nie miał portfela, nie miał telefonu i nie miał zegarka...
Stał sobie tutaj w kolejce po kawę, jakby nigdy nic, goły i wesoły, chociaż no goły nie był, bo przecież miał na sobie Armaniego i te buty od Laurena. Jego niebieskie tęczówki odszukały spojrzenie dziewczyny, nie jego dziewczyny, chociaż teraz jakby jego, ale udawanej...
Odciągnął ją na bok chwytając za łokieć.
- Zapomniałem portfela z samochodu, musisz zapłacić za tą kawę, a ja ci oddam - powiedział ciszej, sam nie wiedział czemu, ale jednak to chyba było trochę głupie, że on tutaj stoi już piętnaście minut bez portfela. Jakby wiedział, to nawet by tutaj nie wchodził, ale tak się zaaferował tymi kawami, że nic nie zauważył. Znowu.
Bo już ostatnio tak się wybrał na jarmark bożonarodzeniowy, i jak to się skończyło? Randką nad Niagarą.
Ekspedientka znowu na nich spojrzała, a Galen pochylił się w kierunku Mayi, bliżej jej ucha, mogła poczuć jego ciepły oddech na policzku. I te mocne, niszowe perfumy.
- Samochód mam zaparkowany dwie ulice dalej, pójdziemy tam i wszystko ci zwrócę i jeszcze... ci dopłacę - no tak Galen Wyatt i jego pieniądze, które wszystko załatwią. Miał nadzieję, że teraz też załatwią. Chociaż co to było dwadzieścia siedem czterdzieści, jakieś drobniaki. On waciki pewnie kupował droższe.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prychnęła głośno, kiedy mężczyzna chcąc coś powiedzieć — pewnie sprostować ten nagły status związku, który dostali — po prostu się obślinił. Słodko. Maya nawet zaczęła się zastanawiać, czy zrobił to zupełnie przypadkowo, czy może faktycznie wziął sobie do serca odegranie roli człowieka z wadą wymowy i przy okazji jeszcze jakimś zespołem downa. Nie było jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo pracownica kawiarni już przyjmowała od nich zamówienie, a zaraz potem to zamówienie trafiło na białej karteczce w ręce baristy, który wręcz momentalnie zaczął mielić kawę i nastawiać ekspres.
Maya oczywiście odsunęła się na bok, robiąc blondynowi miejsce, by zapłacić odpowiednią kwotę, jednak on zamiast tego pomacał się po kurtce i odciągnął ją na bok. Uniosła wysoko brew i w pierwszej kolejności spojrzała na długie palce, mocno zaciskające się na jej łokciu. Dopiero potem wzrok przeniosła wyżej na intensywnie niebieskie oczy, nagle jakieś… zmartwione?
Chciał, żeby ona zapłaciła? Kurwa, to sama Parker dwoiła się i troiła, żeby dostać darmową kawę, a nagle okazało się, że nie dość, że musiała zapłacić za swoją, to jeszcze za jego czarną i fikuśną waniliową, która stanowiła połowę całej kwoty? No kurwa. To nie tak miało być.
Przez moment zastanowiła się, co powinna zrobić. Z jednej strony powiedział, że jej odda, z drugiej nie była pewna, czy w ogóle miała przy sobie taką kwotę. Bo może on faktycznie kupował sobie za to waciki, ale jej taka sumka starczała na dobry tydzień, przy odpowiednim zagospodarowaniu budżetu. Kiedy nachylił się bliżej, spojrzała w kierunku ekspedientki, oczywiście nie będąc obojętna na bajeczne perfumy, które w sekundę wdarły się do jej nosa. Uśmiechnęła się ciepło.
Luzik, nie ma problemu — szturchnęła go w klatkę piersiową, przy okazji przenosząc na niego spojrzenie. — Własnemu chłopakowi nie kupie? — dodała już nieco głośniej, żeby i kobieta za kasą mogła to usłyszeć, po czym wyminęła go i sama stanęła przy ladzie, chowając rękę do kieszeni, przy okazji upewniając się, że miała tam marne dziesięć dolców. Musiała to jakoś dobrze rozegrać.
Będzie jeszcze dwa razy ciasto czekoladowe, podgrzewane — oznajmiła z entuzjazmem. — Dzisiaj mamy rocznicę — nachyła się w stronę blondynki, a ta zaś posłała szeroki uśmiech do mężczyzny, stojącego dwa kroki dalej. Czy to słyszał? Mógł słyszeć, a może nie, zależy od tego jak bardzo się zamyślił.
Kobieta spisała na kartce informacje o ciastkach i zaniosła na zaplecze. W tym czasie barista postawił trzy kawy w papierowych kubeczkach na podstawce i wrócił do pracy przy ekspresie. I to był właśnie moment, który Maya miała zamiar wykorzystać. Na oczach chłopaka przystawiła telefon do terminala, który nawet jeszcze nie wyświetlał kwoty, po czym złapała za podstawkę z kawami i odwróciła się na pięcie. Wolną ręką złapała mężczyznę pod rękę i zaczęła ciągnąć w stronę wyjścia. Szło naprawdę świetnie, do momentu…
Hej! — głos blondynki przebił gwar panujący w kawiarni, a Maya momentalnie zacisnęła mocniej palce na materiale jego kurtki.
A co ty się tak ociągasz? Dawaj — ponagliła go, ciągnąć jeszcze bardziej, narzucając im przyspieszone tempo.
Złodzieje!! Wracajcie tu zaraz zapłacić — wydarła się jeszcze głośniej. Kilka ludzi odwróciło się w ich stronę. Maya natomiast odwróciła się w stronę lady, gdzie zza zaplecza wybiegł jakiś starszy facet z miotłą i ruszył w ich kierunku. Kurwa.
Dobra, spierdalamy! — krzyknęła w stronę mężczyzny i już wcale się z nim nie cackając, pociągnęła za rękę do wyjścia. — No rusz się!! — nawet jak wcześniej jeszcze się wahał, nie wiedząc, co właściwie się stało, tak teraz musiał z nią uciekać, bo facet z miotłą już się na niego zamachnął, o mały włos nie zahaczając szczotą jego idealnie ułożonych włosów.
Los jednak wyjątkowo mocno im sprzyjał, bo ktoś akurat wchodził do kawiarni, tym samym otwierając drzwi, więc oboje mogli wylecieć z niej z impetem bez zatrzymania się.
Ja wam kurwa dam! — fuknął dziad, zahaczając miotłą o framugę drzwi, co nieco go spowolniło. Za ten czas Maya znowu szarpnęła mężczyznę za rękę, tym razem w lewo. W drugiej wciąż trzymała kubki z kawą. Lata pracy za barem nauczyły jej nienagannego trzymania szklanek w pionie, dzięki czemu żaden z napojów jeszcze się nie wylał. Serce biło jej jak szalone, chociaż na ustach malował się uśmiech spowodowany wzrostem adrenaliny.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ulżyło mu, kiedy powiedziała to luzik, nie ma problemu, bo w końcu byli sobie całkiem obcymi ludźmi, mogła mu powiedzieć jakieś pogrzało cię gościu, a ona się zgodziła. Chociaż na te jej kolejne słowa uniósł jedną brew, nawet miał jej powiedzieć, żeby go tak nie nazywała, bo jeszcze ktoś usłyszy. A potem te plotki...
Ale w zasadzie to nikt go tutaj nie znał, na to wyglądało, na szczęście nie był aż tak rozpoznawalny, odkąd ta sprawa z kontenerami trochę przycichła. Nie słuchał wymiany zdań miedzy kasjerką i jego nową... koleżanką? Bo akurat się zastanawiał, czy jak jego pracownicy idą na lunch to też poświęcają piętnaście minut na stanie w takiej kolejce. Rozejrzał się nawet dookoła, czy nie ma tu jakiejś znajomej twarzy z Northexu, ale nie było nikogo.
Zerknął w kierunku kasy widząc jak dziewczyna płaci za kawę telefonem, wiec kiedy zgarnęła kubki, to on też odruchowo ruszył do wyjścia, bo przecież się spieszył. Tylko zaraz usłyszeli za plecami to hej, a Galen oczywiście, że się zatrzymał, obejrzał przez ramię, bo może o czymś zapomnieli? Tylko, że brunetka już go ciągnęła do wyjścia.
- Czekaj... - zaczął i chciał powiedzieć, że woła ich sprzedawczyni, więc może coś od nich chciała. Zaraz okazało się co... Złodzieje, co?
Wyatt znowu stanął, ale wtedy brunetka szarpnęła go za rękę do wyjścia. Spierdalamy.
- Co ty ro... - znowu nie skończył, bo już ta miotła świsnęła mu koło głowy, i chyba za sprawą tego Galen odzyskał władzę w nogach, bo w końcu się ruszył. W końcu wypadli z dziewczyna z tej kawiarni. Chociaż Galen miał co do tego tak ambiwalentne uczucia, z jednej strony serce waliło mu w piersi jak szalone, a do mózgu uderzyła ta znajoma adrenalina, którą przecież on tak lubił. A z drugiej... to przecież nie chciał być złodziejem. Ale dał się pociągnąć w lewo, nawet się pospieszył nie zważając uwagi na te swoje eleganckie buciki, a kiedy po prawej stronie rzucił mu się w oczy jakiś ciemny zaułek, to tym razem on ją tam szarpnął. Oparł ją plecami o ścianę i zatrzymał się tuż przy niej, tak, że mogła czuć na sobie jego szybki, urywany oddech i to serce, które waliło w piersi. Nie powinno chyba tak walić? Kardiolog by mu powiedział, że powinien ostrożniej do tego podchodzić, ale co z tego, kiedy on właśnie wtedy czuł, że żyje?
Oparł palec na ustach zaglądając jej w oczy, bo akurat dziadyga z miotłą ich mijał...
Ale na szczęście ich nie zauważył, chociaż Galen przypierał do muru brunetkę chyba trochę dłużej niż powinien, a później się cofnął.
- Co ty odpie... - znowu nie dokończył, bo akurat wdepnął tym ładnym bucikiem, w coś... Modlił się w duchu, żeby to nie była psia kupa, ale mogła być, tak to wyglądało w półmroku - kurwa... - wyrwało mu się, a przecież Galen Wyatt tak nie mówi, zaraz też zaczął skakać na jednej nodze chcąc to coś otrzepać z buta, tak też Galen Wyatt zazwyczaj się nie zachowywał.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”