ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Ostatnie dni dla Ivy były najgorszymi, które przeżywa we własnym życiu. Śmierć pacjenta, siedmioletniego dziecka, któremu zatrzymało się serce, a ona wraz z całym zespołem nie mogła wznowić jego pracy. Później już trafiła się seria niefortunnych zdarzeń, których nie mogła zatrzymać. Dante i kradzież leków ze szpitalnej apteki za pomocą jej identyfikatora. Życie wywróciło się jej do góry nogami, miała wrażenie, że każdy patrzy na nią w inny sposób. Zawieszenie trwało zaledwie kilka dni, ale Ivy nie mogła wytrzymać w mieszkaniu, przeniosła się na kilka dni do hotelu. Nie była w stanie spojrzeć na Dante w ten sam sposób, a co gorsze dzielić z nim jedno łóżko.
Powrót do pracy wcale nie okazał się lepszy. W głębi duszy cieszyła się, że mogła wrócić do własnych obowiązków i szpitala, ale... bała się oceniających spojrzeń. Naprawdę się tego bała. Cały czas chodziła we wzrokiem wbitym w podłogę, uśmiech całkowicie zszedł z jej twarzy, bo zwyczajnie czuła się obco. Nie miała żadnej siły przyłożenia, słyszała jak ludzie plotkowali na jej temat. To ona zawsze musiała się mierzyć z konsekwencjami głupiego zachowania Dante. Nie potrafiła zrozumieć, jak do tego doszło. Dlaczego on ukradł te leki? Wolała to wszystko zostawić dla siebie, weszła do windy, licząc na szybki transport do gabinetu, gdzie miała wykonywać pacjentom badania.
Stanęła we windzie, a kiedy się zamykała, zobaczyła go. Od razu spuściła głowę, on też pewnie słyszał o przebojach jej chłopaka. Cały szpital o tym gadał.
Dzień dobry panie Marshall — rzuca chłodno Ivy na przywitanie, nawet patrząc na swoje przepiękne crocsy na nogach. Teraz wydawały się jej niezwykle interesujące. Pamiętała o ich rozmowie w McDonald'sie. Dobrze się z nim bawiła i nie powinna go całkowicie ignorować. Pewnie nie odezwałaby się do niego słowem, gdyby winda się nagle nie zatrzęsła, a wewnątrz niej zapaliło się czerwone światło.
Co się dzieje z tą windą? — pyta finalnie Ivy zdenerwowanym głosem, patrząc nerwowo po całej windzie. Bała się małych przestrzeni, a jeszcze bała się, że nie będzie mogła z niej wyjść — zacięła się? — finalnie patrzy mu prosto w oczy. W tych jej widać przede wszystkim przerażenie.
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charles poprawił mankiet drogiej marynarki, czując na karku ciężar kolejnej wizyty u ojca. Szpitalny korytarz zawsze działał na niego klaustrofobicznie, nawet jeśli nie był zamknięty w czterech ścianach. Przychodził tu już od kilku tygodni - według ordynatora, ojciec miał wyjść już na dniach. Po operacji stary Marshall wracał do zdrowia w tempie, które zadziwiało nawet lekarzy. Wczoraj, zamiast pytać o dietę czy leki, od razu zażądał raportów kwartalnych i zapytał, czy fuzja z Azjatami doszła do skutku. Wszedł do windy na parterze, naciskając przycisk ostatniego piętra. Gdy drzwi miały się już zamykać na pierwszym, w ostatniej chwili zatrzymała je drobna dłoń. Do środka weszła... panna Harrison. Ivy. Coś było nie tak. Brakowało iskierek w oczach, brakowało tej pewności siebie, która tak mu wtedy zaimponowała. Wyglądała, jakby ktoś siłą zgasił w niej światło, a jej spojrzenie wbite w kolorowe crocsy było tak nieobecne, że niemal jej nie poznał. - Dzień dobry, panno Harrison - odparł uprzejmie i skinął głową. Obiecał jej, że w szpitalu będą się do siebie zwracać... oficjalnie. Dlatego tak też się do niej zwrócił, mimo że tamto spotkanie w McDonald’s było jedynym, kiedy mówił jej po imieniu. Potem, zgodnie z umową, wrócili do normalności i chłodnych, szpitalnych realiów. Stała w rogu, nie patrząc mu w oczy. Charles czuł, jak atmosfera gęstnieje z każdą sekundą. Chciał zapytać, dlaczego wyglądała, jakby cały świat zawalił jej się na głowę, ale powstrzymał się, pilnując narzuconej bariery profesjonalizmu. Wtedy winda nagle szarpnęła. Metaliczny zgrzyt przeszył powietrze, a kabina zatrzymała się gwałtownie. Zasilanie padło, a po chwili wnętrze zalało słabe, czerwone światło awaryjne. Co się dzieje z tą windą? Zacięła się? Ivy nie patrzyła już na buty. W jej oczach, utkwionych teraz prosto w nim, widział czyste, niepohamowane przerażenie. Oficjalna etykieta, której tak kurczowo się trzymał jeszcze minutę temu, nagle straciła jakiekolwiek znaczenie. - Spokojnie, Ivy. To pewnie tylko awaria zasilania - powiedział, starając się zachować opanowanie. Zwrócił się do niej po imieniu, bo wokół nie było nikogo innego i nie musieli się przejmować się pozorami, prawda? Podszedł do panelu i nacisnął przycisk alarmowy, ale odpowiedziała mu cisza. Sprawdził telefon - brak zasięgu. Cholera. Spojrzał na blondynkę ponownie. Ivy oddychała szybko i płytko, a w tym czerwonym świetle wydawała się nienaturalnie blada. - Ivy... spójrz na mnie - powiedział znacznie łagodniej. - Zacięliśmy się, to fakt, ale zaraz ktoś nas stąd wyciągnie. Oddychaj. Jesteś tu ze mną - dodał, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Nie wiedział, co przeżywała w środku, ale wydawało mu się, że tu nie chodziło tylko i wyłącznie o klaustrofobię. Nie zamierzał jednak o to pytać - przecież nie wypadało, żeby się wtrącał i nieważne, jak bardzo chciał się wtrącić.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Nie zareagowała w żaden sposób na jego przywitanie. Przyjęła je do wiadomości. Pewnie słyszał, co jej chłopak wyrabiał w szpitalu. Pierwszy raz czuła się tak obco, odkąd została rezydentką. Kiedyś nienawidziła szpitalu, wiązały się jej one z samym bólem, a teraz widziała też w nich nadzieję, którą dawali pacjentom. Chirurdzy byli jak aniołowie, dbający oto, żeby cały organizm działał poprawnie. Jednak teraz nie miała w sobie ani iskierek, ani radości. Życie podwójnie ją zdeptało.
Była mu wdzięczna za ciszę, która zapadła między nimi. Potrzebowała jej jak niczego innego. Tego momentu w trakcie którego będzie w stanie nabrać odpowiednio dużego oddechu. Finalnie będzie musiała spojrzeć pacjentom i kolegom rezydentom w twarz, a tego bała się jeszcze bardziej. Choć szpital wydawał się być sterylnym środowiskiem, to na pewno nim nie był wobec plotek.
Chwilę później dało się wyczuć trzęsienie się windy wraz z charakterystycznym dźwiękiem, który temu towarzyszył. Następnie to czerwone światło i Ivy zaczynała odpływać. Jej oddech stał się nierówny, był płytki, nie potrafiła w żaden sposób go wyrównać. Skóra była niezwykle blada, a ona czuła się jak w pułapce. Całe jej życie było jak prawdziwa pułapka. Związek z Dante był dla niej pułapką.
Pa-nie Mar-shall —jej głos cały drżał, nie była w stanie złapać ani jednego głębokiego oddechu. Klatka piersiowa poruszała się jej bardzo szybko, a głowę nawiedzały same, czarne wizje. Drżała na samą myśl apropo tego, co się działo właśnie z nią. Nie miała sił na walkę, cała się trzęsła ze strachu. Klaustrofobia jej największy lęk wręcz odpalił całą spiralę, a ona? Nie była w stanie jej powstrzymać.
Patrzyła na Charliego, ale jego słowa w ogóle jej nie uspokoiły. Wręcz przeciwnie oddechy stawały się coraz częstsze, próbowała łapać tlen na tyle, ile była w stanie. Przykucnęła gdzieś z boku, chcąc wyłapać cokolwiek do płuc, by się uspokoić. Jednak dla jej drobnego ciała cały stres kumulujący się przez wszystkie dni spowodował awarię. Cała drżała, a w głowie zaczęła odliczać sekundy do własnej śmierci. Jeśli ich nie wypuszczą, zabraknie im tlenu. Wiedziała, co się dzieje z organizmem. Stanęła przy ścianie i osunęła się na dół, nie miała siły stać.
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dla Charlesa utknięcie w windzie było tylko błędem w harmonogramie dnia. Owszem, była to bardzo... irytująca niedogodność, jednak nie tracił zimnej krwi. Ba, nawet uznał to za sprzyjającą okoliczność, bo dawno nie udało mu się zamienić więcej niż kilku słów z panną Harrison. Sama myśl o tym wydawała mu się skrajnie niestosowna, wręcz cyniczna - zwłaszcza w miejscu, gdzie co piętro ktoś walczył o życie, a jego własny ojciec leżał kilka metrów nad nimi. Charlie powinien być wściekły na stratę czasu albo przejęty stanem technicznym budynku, a jednak jakaś egoistyczna część jego umysłu odnotowała ten przymusowy postój jako rzadką okazję. Cholera, był naprawdę obrzydliwym egoistą. Jednak satysfakcja z "szansy na rozmowę" wyparowała w ułamku sekundy, gdy tylko spojrzał na dziewczynę. Ostatnim razem Ivy była pełną sił rezydentką, a teraz... kuliła się na podłodze, gdzieś w rogu windy, walcząc z własnym oddechem. Pa-nie Mar-shall. Głos jej drżał. Uklęknął na twardej posadzce tuż przed nią, tak blisko, że ich kolana prawie się stykały. Charles nie był lekarzem, ale nie musiał nim być, by wiedzieć, że to, co widział, nie było zwykłym zdenerwowaniem. Blondynka powolutku traciła kontakt z rzeczywistością, wpadając w sidła brutalnego ataku paniki. Ivy dusiła się na jego oczach, choć powietrza w kabinie było pod dostatkiem. Zrozumiał, że jeśli zaraz jej nie „uziemi”, dziewczyna po prostu straci przytomność z hiperwentylacji. - Ivy, spójrz na mnie - rozkazał jej. Zaryzykował i położył dłonie na jej drżących ramionach. Ten fizyczny kontakt miał być dla niej jedynym stałym punktem w świecie, który właśnie wirował w rytm czerwonego oświetlenia awaryjnego. - Słuchaj mojego głosu. To tylko winda, nic ci się nie stanie. Jesteś bezpieczna, rozumiesz? Jestem tu z tobą - mówił coraz ciszej, zniżając ton do poziomu, który miał ją uspokoić, a nie przestraszyć. - Oddychaj ze mną. Powoli. Wdech... i wydech. Licz. Raz, dwa, trzy... - kontynuował, z każdym słowem przysuwając się do niej bliżej. Miał jednak wrażenie, że blondynka go nie słyszała, dlatego działał instynktownie. Nie wiedział kiedy, po prostu przyciągnął ją do siebie. Jednym, pewnym ruchem skrócił pozostały między nimi dystans i zamknął ją w ramionach, pozwalając jej wtulić się w swoje ramię. Ivy niemal natychmiast uderzyła o front jego marynarki, a on poczuł, jak jej całe ciało gwałtownie drży. - Trzymam cię - mruknął, niemal szeptem, opierając podbródek o czubek jej głowy. Gdy wziął głębszy wdech, uderzył w niego zapach jej włosów, a przez głowę przemknęła kolejna myśl, która była jeszcze bardziej niestosowna niż jego wcześniejszy egoizm. Pomyślał, że Ivy idealnie pasowała do jego ramion. Co ty wyrabiasz, Marshall? - zapytał sam siebie w duchu, ale nie poluzował uścisku. Wręcz przeciwnie, podświadomie przyciągnął ją jeszcze odrobinę bliżej, czując na klatce piersiowej gwałtowne bicie jej serca. To było absurdalne. Powinien zachowywać się jak profesjonalista, jak syn wpływowego pacjenta, jak narzeczony Blair Mayfield, która pewnie w tej samej chwili siedziała w swoim biurze i planowała ich wspólną przyszłość. Zamiast tego klęczał na brudnej podłodze windy, gniótł marynarkę wartą fortunę i czerpał niemal chorobliwą satysfakcję z faktu, że to właśnie on był jedyną osobą, która w tej chwili trzymała Ivy przy zdrowych zmysłach.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Ivy utknęła między trzeszczącą windą, a czerwonym, migającym światłem. Jej stan nie był w stanie odnotować niczego innego. W jej głowie panowała pustka, przywołująca same najgorsze scenariusze, które miały ją dotknąć. Miała ochotę zniknąć, w pewnym momencie nie była w stanie zarejestrować Charliego, tylko błyski od żarówki świecącej wewnątrz windy.
Dopiero głos do niej dotarł, kiedy poczuła obcy dotyk. Delikatne ciepło jego dłoni zaczęło rozlewać się po całym jej ciele, a zamiast spoglądać w podłogę, lub mrugającą żarówkę, odnalazła jego oczy. Ciemne, brązowe tęczówki, w których chciała utkwić wzrok. Nie chciała od niego uciekać, nie była tu sama. Choć Ivy została nauczona niezależności oraz odpowiedzialności, pierwszy raz polegała na kimś innym, kto nie należał do jej rodziny.
Jesteś bezpieczna. Jestem tu z Tobą. Odbijały się w jej głowie jak mantra, nawet jeśli oddech cały czas był płytki i szybki. Potrzebowała czegoś, na czym będzie mogła się skupić, kogoś kto ją uspokoi. Jej błękitne tęczówki wpatrywały się w niego z przerażeniem. Ze strachu oczy zaczęły się jej szklić i choć żadna łza nie wypłynęła, pierwszy raz czuła się tak bezradna. Praca z oddechami też nic nie dawała. Serce biło jej zdecydowanie zbyt szybko, by uspokoić się w parę minut, a całe ciało delikatnie drżało, poszukując zaczepienia.
Sama nie wiedziała, kiedy to się stało. Poczuła ciepło jego ciała oraz intensywny zapach perfum, a choć jej ciało drżało dalej, co stopniowo się uspokoiła. Wpierw każdy mięsień jej ciała instynktownie się spiął, czując przy sobie bliskość. Tylko wraz z każdą mijającą sekundą coraz bardziej się rozluźniała aż w pewnym momencie odwzajemniła przytulenie. Biło od niego ciepło, spokój i... swego rodzaju stabilizacja, od której nie chciała uciekać. Obdarował ją poczuciem bezpieczeństwa, którego nikt, jak dotąd jej nie dał. Zacisnęła mocniej dłonie na jego marynarce, dając całej reakcji ciała się rozładować, uspokoić. Wsłuchiwała się w bicie jego serca oraz oddechy.
Dziękuję — mruknęła cicho Ivy, nie odsuwając się ani na moment. Bała się, że odsunięcie się od Charliego spowoduje powrót paniki. W jego ramionach czuła się jak w domu. Były silne, ciepłe i otaczały ją opoką, której potrzebowała.
Już... — zaczyna, odsuwając głowę, by móc spojrzeć mu w oczy — już mi lepiej Charlie. Tylko mnie nie puszczaj proszę — wewnętrznie coś drgnęło w jej sercu. Nie powinna go oto prosić, wiedziała, że ma narzeczoną. Jednak potrzebowała go teraz przy niej, bo inaczej znowu rozpadnie się na milion kawałeczków.
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charles nie poruszył się nawet o milimetr, kiedy poczuł, jak jej palce wbijają się w kosztowny materiał jego marynarki. W normalnych okolicznościach pewnie przemknęłaby mu przez głowę myśl o zniszczonym garniturze, ale teraz? Teraz mógłby pozwolić jej go rozedrzeć, gdyby tylko miało to pomóc jej odzyskać oddech. Pozwolił jej na wszystko - na to kurczowe trzymanie się jego ramion, na drżenie, które powoli wygasało pod wpływem jego dotyku, i na to szeptane podziękowanie, które brzmiało jak wyznanie największej bezbronności. W tym ciasnym, czerwonym świetle windy, wszystko inne naprawdę straciło na znaczeniu. Nazwisko Marshall, oczekiwania ojca, a nawet narzeczona czekająca gdzieś poza tymi murami - teraz to były tylko cienie. Dał się ponieść chwili i ani trochę nie żałował. Liczyła się tylko Ivy i ten moment, w którym przestała walczyć z powietrzem, a zaczęła szukać w nim oparcia. Gdy odsunęła głowę, a on usłyszał prośbę, by jej nie puszczał, poczuł dziwne, gwałtowne szarpnięcie gdzieś w piersi. Ta prośba... Była skrajnie niestosowna, wręcz niebezpieczna, biorąc pod uwagę pierścionek na palcu Blair i fakt, że Ivy była pracownicą szpitala, w którym leżał jego ojciec. Powinien teraz delikatnie ją odsunąć, rzucić jakiś profesjonalny frazes o tym, że pomoc już idzie, i przywrócić bezpieczny dystans, ale... ale zamiast tego, Charles poczuł, jak jego opór po prostu się kruszy i rozpada w pył pod wpływem spojrzenia tych błękitnych, wciąż wilgotnych oczu. To wszystko przez te jej cholerne, niebieskie oczy, które przenikały przez jego duszę i wyciągały na wierzch wszystko, co tak starannie ukrywał. Charles poczuł, jak jego dłoń, niemal wbrew jego własnej woli, wędruje wyżej, by opuszkami palców odgarnąć zbłąkany kosmyk włosów z jej czoła. Ruch był tak naturalny i intymny, że aż przerażający. - Nigdzie się nie wybieram, Ivy - szepnął. - Trzymam cię. I będę cię trzymał tak długo, jak tylko będziesz tego potrzebować - dodał po krótkiej chwili, dalej mierząc się z jej błękitnym spojrzeniem. Ignorował fakt, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, a zapach jej perfum, zmieszany z lekką wonią detergentów ze szpitalnego korytarza, stawał się najbardziej uzależniającą rzeczą, jaką kiedykolwiek poczuł. Gdyby teraz drzwi windy się otworzyły, byłby skończony. Jedno zdjęcie, jeden świadek i cała misterna konstrukcja jego życia runęłaby z łoskotem. A on? On tylko mocniej zacisnął ramiona wokół jej drobnej sylwetki, czując, jak serce Ivy powoli zwalnia, dostosowując swój rytm do jego bicia. Stał się jej kotwicą, choć sam czuł, że właśnie dobrowolnie odpływał od bezpiecznego brzegu swojego poukładanego świata. Powietrze w windzie stało się gęste, niemal elektryczne, a on doskonale wiedział, że jeśli zaraz nie przerwie tej hipnotyzującej ciszy, zrobi coś, czego nie da się cofnąć żadnym przeproszeniem. Musiał rozładować to napięcie, zanim ono rozładuje resztki jego zdrowego rozsądku. Odchrząknął cicho, choć nie poluzował uścisku. - Wszystko w... porządku? - mruknął cicho, nie odwracając wzroku od jej oczu. Brawo, Marshall. Naprawdę, szczyt elokwencji.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Ostatnie dni Ivy przypominały ciąg niefortunnych zdarzeń. Jako autorka mam wrażenie, że się powtarzam, ale tak było. W ciągu tych kilku dni wydarzyło się wiele, a ona finalnie odnalazła źródło bezpieczeństwa. Cały czas czuła, jakby stąpała po kruchym lodzie, nie wiedząc, co może stać się później. Miała dosyć spania w hotelowym łóżku, po tym jak musiała odpocząć od Dante, miała też dosyć spojrzeń innych ludzi. Charlie jako jedyny jej nie oceniał. Wziął za nią odpowiedzialność. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ona nie miała być tą rozsądną. Potrzebowała jego oparcia.
Dopiero przy nim serce zaczęło jej bić wolniej, a oddech się wyrównał. To wszystko, dzięki ciepłu, którym ją otoczył. W tym momencie nie potrafiła myśleć o nim jak o rodzinie pacjenta. Był ostoją jej bezpieczeństwa, kimś komu w końcu mogła zaufać. Jej dłonie mimowolnie zaciskały się na jego marynarce, a oczy doszukiwały się jego ciemnych tęczówek w tym świetle skąpanym w czerwieni. Był hipnotyzujący. Zwłaszcza kiedy wkładał jej kosmyk włosów za ucho, powinna myśleć o Dante, ale nie była w stanie. Charlie sprawiał, że czuła się przy nim inaczej, bezpieczniej.
Dziękuję — powiedziała cicho, unosząc oba kąciki ust do góry — naprawdę tego potrzebuję — patrzyła mu prosto w oczy, czegoś w nich poszukując. Jakiegoś potwierdzenia, lub zgody. Wiedziała, że on miał narzeczoną. Sama była związana z Levasseur'em, jednak w tej chwili cały boży świat przestał myśleć. Jeszcze niedawno jedyne, co miała w głowie to przerażenie, a teraz przy nim czuła się spokojna. Oddech z każdą sekundą się wyrównywał, a ich serca zaczynały bić w tym samym tempie. Położyła dłoń na jego mostku, by móc czuć bicie jego serca. Odnajdywała się w tej bliskości między nimi, była ona uzależniająca. Mogłaby zostać w jego ramionach. Wzrokiem poszukiwała jakiegoś sygnału z jego strony, a na jego słowa... zaśmiała się nerwowo. Nie ruszyła się ani na milimetr.
Głupio pytasz — uniosła szerzej kąciki ust i pokręciła delikatnie głową. Chciała móc mu powiedzieć więcej o tym, co działo się, odkąd ostatnio spotkali się w McDonald'sie. Czuła między przedziwną chemię, od której nie mogła uciec — świat mi runął pod nogami, ale... — zawahała się na moment, czy była gotowa opowiedzieć mu o wszystkim. Przegryzła nerwowo dolną wargę. Atmosfera między nimi robiła się coraz bardziej gęsta — z twoim ojcem jest coraz lepiej — zamiast się odsunąć, wpatrywała się w niego jak w obrazek. Niby wprowadziła między nimi dystans, ale to ciepło było zbyt silne, żeby była w stanie mu się oprzeć — na tym powinniśmy się skupiać, prawda? — zagadnęła, unosząc delikatnie dłoń. Doskonale wiedziała, że przekraczała granicę, ale musiała pogłaskać go opuszkami palców po policzku. Cała sytuacja była zbyt nierealna, żeby była prawdziwa. To musiało się jej śnić, tacy faceci jak Charlie nie chodzili po Ziemi.
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charles poczuł, że powietrze w windzie nagle stało się zbyt gęste, by móc je normalnie wdychać. Miał wrażenie, że tlen został całkowicie wyparty przez zapach jej perfum i tę dziwną, elektryczną energię, która pulsowała między nimi. Kiedy Ivy powiedziała, że „głupio pyta”, poczuł na twarzy powiew jej ciepłego oddechu, co wcale nie pomogło mu odzyskać panowania nad sobą. Kiedy jej dłoń spoczęła na jego mostku, Charles niemal przestał oddychać. Czuł ciepło jej skóry przebijające przez cienką tkaninę koszuli i był boleśnie świadomy, że ona czuje teraz każde uderzenie jego serca - szybkie, nierówne i zdradzieckie. Nie potrafił odwrócić wzroku od jej błękitnych oczu, w których widział teraz coś więcej niż tylko wdzięczność. Widział tam to samo niebezpieczne przyciąganie, z którym on sam walczył od momentu, gdy drzwi windy się zatrzasnęły. Wtedy Ivy uniosła dłoń i przesunęła opuszkami palców po jego policzku. Charles przymknął na sekundę oczy, pozwalając sobie na tę jedną, krótką chwilę słabości. Szorstkość jego kilkugodzinnego zarostu kontrastowała z jej delikatną skórą, a on poczuł, jak po jego kręgosłupie przebiega dreszcz, którego nie potrafił opanować. Gdy powiedziała kilka słów o jego ojcu, że to na nim powinni się skupić, Marshall westchnął ciężko. - Masz rację, Ivy... - zaczął powoli, bojąc się poruszyć, żeby jej nie spłoszyć. Mógłby zostać w tej pozycji na zawsze. - Powinniśmy - dokończył kilka sekund później. Zatrzymał swoją dłoń na jej talii, ale nie po to, by ją odsunąć. Przeciwnie - jego palce mocniej zacisnęły się na materiale jej ubrania, przyciągając ją tak blisko, że nie dzielił ich już nawet centymetr. W głowie Charlesa biły teraz wszystkie dzwony alarmowe. To czerwone światło w windzie idealnie pasowało do tego, co czuł - jedno wielkie ostrzeżenie. Wiedział, że to, co w tej chwili robił, było kompletnie bez sensu i mogło zrujnować wszystko, co budował przez te wszystkie lata, ale... Ivy nie puszczała. Nie odsunęła się i nie uciekała wzrokiem. Wręcz przeciwnie - bliskość Ivy była teraz jak narkotyk, a on był narkomanem na głodzie. Ale tak w sumie... dlaczego? Przecież widzieli się ledwie kilka razy. Raz w szpitalu, raz w tym przeklętym McDonald’s, kilka razy przelotnie na korytarzu - to nie były spotkania, po których wyznaje się miłość. Nie łączyły ich wspólne lata, nie żywił do niej żadnych głębokich uczuć, a mimo to Ivy działała na niego z siłą, której nie potrafił logicznie wytłumaczyć. To było czyste, pierwotne przyciąganie, które sprawiało, że cały jego poukładany świat z Blair na czele wydawał się teraz odległy i mało istotny. Czerwone światło awaryjne odbijało się w jej oczach, a on czuł się, jakby wpadał w jakąś czarną dziurę, z której wcale nie chciał się wydostać. Czuł, jak pod jego palcami napina się materiał jej ubrania. Był świadomy, że ryzykował właśnie wszystko dla kobiety, której właściwie nie znał, ale w tej ciasnej, dusznej kabinie liczyło się tylko to, że ona wciąż tu była i wciąż go dotykała. - Nie. Nie potrafię - zaoponował po chwili. Nie powinni skupiać się na jego ojcu, kiedy ona właśnie mu wyznała, że świat runął jej pod nogami. Westchnął, a jego ciepły oddech musnął jej usta. Czuł, że kłamstwo, które sobie wmawiał - że jest tu tylko po to, by pilnować spraw ojca - właśnie ostatecznie pękło. - Chcesz o tym porozmawiać? Mogę cię wysłuchać - wymruczał i przymknął oczy, mimowolnie wtulając się w jej dłoń, którą dalej trzymała na jego policzku, aby po chwili oprzeć czoło o jej czoło. Cholera, w tej pozycji, w tym czerwonym półmroku, czuł się tak, jakby byli jedynymi ludźmi na ziemi. - Powiedz mi... - mruknął, muskając nosem o jej nos, niemal prowokując to, co było nieuniknione. - Czy ty też to czujesz? Tę cholerną potrzebę, żeby po prostu przestać uciekać? Bo jeśli nie, to lepiej mnie teraz odepchnij, Ivy - dodał ciszej. Czekał na ten jeden gest, na jakiekolwiek drgnięcie z jej strony, które przywróciłoby go do porządku, ale Ivy milczała, a jej bliskość parzyła go bardziej niż to duszne powietrze w kabinie. Charles czuł, jak resztki jego samokontroli rozpadają się w pył. Nie był w stanie już udawać, że to tylko troska o drugiego człowieka. To było coś znacznie bardziej... zachłannego.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Cały świat wydawał się zbyt odległy i daleki od nich. Jakby za drzwiami windy nic innego już nie istniało. Przez ciało Ivy dalej przechodziły dreszcze spowodowane paniką, którą jeszcze tak niedawno miała w oczach. Ufała mu, nawet nie zdając sobie sprawę, jak bardzo jest to niebezpieczne. Czerwone światło świeciło, niebezpiecznie mrugało, a jej mózg wydawał się być całkowicie wyłączony. Cisza panowała w środku głowy, a jedyną osobą, którą dostrzegała, był właśnie Charlie.
Wyglądała, jakby właśnie znalazła się w hipnozie. Jedyną rzeczą interesującą nią, był ta charakterystyczna faktura zarostu, jego ciepło oraz te krótkie gesty. Uzależniał ją. Nigdy nie miała problemów z nałogami, szybko musiała stać się tą bardziej odpowiedzialną. Te przymknięte oczy interesowały ją bardziej niż cokolwiek innego, choć chciała też móc poznać jego myśli oraz to co dokładniej kryły. Była przy nim, stała, próbując wyczuć pod opuszkami palców jego ciepło coraz mocniej. Aż zacisnęła palce na jego koszuli, nie mogła powstrzymać się przed jego bliskością, a przecież jeszcze niedawno wydawał się jej tak cholernie odległy. Mimowolnie każdy mięsień się jej spina, gdy przyciąga ją do siebie. Ciepło jego ciała wydało się niesamowicie kojące, a zapach perfum jeszcze bardziej intensywny. Jeśli chciał ją wprowadzić w trans, to wykonywał tę misję idealnie.
Wszystko u niego w porządku? — pyta Ivy z czystej grzeczności, próbując przerwać tę niezręczną ciszę. Czuła jego ciepły oddech okalający jej skórę. Serce mimowolnie jej przyśpieszyło. Aż przełknęła nerwowo ślinę. Powinna przeklinać samą siebie, bo chciała więcej. Miała chłopaka, którego kochała całym swoim sercem, za to Charlie miał narzeczoną. Tylko te fakty wydały się teraz całkowicie nieistotne. Nawet nie wiedziała o nim zbyt wiele. Płacił nazwiskiem, miał siostry i lubił frytki z McFlurry jak ona. Dodatkowo jeździł piekielnie drogim autem. Za to teraz widziała w nim coś w rodzaju prawdziwego bóstwa, od którego w żadnym razie nie chciała uciekać. Chciała być przy nim. Ten zwierzęcy magnetyzm pchał ją dalej i ani przez sekundę nie odwróciła wzroku. Jego brązowe tęczówki były dla niej niebezpieczne, bo chciała coraz bardziej w nim patrzeć.
Wstrzymała oddech, słysząc, że nie mógł. Przez krótki moment rozchyliła malinowe wargi, próbując coś z siebie powiedzieć. Finalnie zamknęła je.
A możemy... — zaczyna lekko zmieszana Ivy, siląc się na delikatny, ale bardzo słaby uśmiech — tak po prostu milczeć? — proponuje, uśmiechając się słabo w stronę Charliego. Bała się mówić o wszystkich problemach. Jego ciepło wydawało się je rozwiązywać, jakby faktycznie zniknęły pod wpływem jego ciemnych, brązowych tęczówek i tego migającego, czerwonego światła — nie potrzebuję więcej, Charlie — mówi półszeptem, unosząc wzrok. Ta cisza oraz bliskość sprawiała, że przez jej ciało przechodziły przyjemne dreszcze. Chciała móc się w niego bardziej wtulić, choć to było trudne przysunęła się jeszcze kilka milimetrów. Przejechała delikatnie dłonią z jego policzka na kark, który zaczęła delikatnie drażnić opuszkami palców.
Kolejne słowa sprawiły tylko, że ich bliskość przestała być iluzją. Sama zdobyła się na kolejne trącenie go nosem.
Czuję Charlie — słowa ledwo wydobywają się z jej ust. Czy to była już przekroczona granica? Przecież czuła się bezpiecznie, działał na nią jak magnes, nawet jeśli za drzwiami świat żył dalej swoim życiem. Nic nie mogło sprawić, że jej błękitne tęczówki odsuną się od niego. Teraz dla Ivy nie istniał świat poza Marshallem, a jej wzrok coraz mocniej spadał na jego wargi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”