-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ostatnie dni dla Ivy były najgorszymi, które przeżywa we własnym życiu. Śmierć pacjenta, siedmioletniego dziecka, któremu zatrzymało się serce, a ona wraz z całym zespołem nie mogła wznowić jego pracy. Później już trafiła się seria niefortunnych zdarzeń, których nie mogła zatrzymać. Dante i kradzież leków ze szpitalnej apteki za pomocą jej identyfikatora. Życie wywróciło się jej do góry nogami, miała wrażenie, że każdy patrzy na nią w inny sposób. Zawieszenie trwało zaledwie kilka dni, ale Ivy nie mogła wytrzymać w mieszkaniu, przeniosła się na kilka dni do hotelu. Nie była w stanie spojrzeć na Dante w ten sam sposób, a co gorsze dzielić z nim jedno łóżko.
Powrót do pracy wcale nie okazał się lepszy. W głębi duszy cieszyła się, że mogła wrócić do własnych obowiązków i szpitala, ale... bała się oceniających spojrzeń. Naprawdę się tego bała. Cały czas chodziła we wzrokiem wbitym w podłogę, uśmiech całkowicie zszedł z jej twarzy, bo zwyczajnie czuła się obco. Nie miała żadnej siły przyłożenia, słyszała jak ludzie plotkowali na jej temat. To ona zawsze musiała się mierzyć z konsekwencjami głupiego zachowania Dante. Nie potrafiła zrozumieć, jak do tego doszło. Dlaczego on ukradł te leki? Wolała to wszystko zostawić dla siebie, weszła do windy, licząc na szybki transport do gabinetu, gdzie miała wykonywać pacjentom badania.
Stanęła we windzie, a kiedy się zamykała, zobaczyła go. Od razu spuściła głowę, on też pewnie słyszał o przebojach jej chłopaka. Cały szpital o tym gadał.
— Dzień dobry panie Marshall — rzuca chłodno Ivy na przywitanie, nawet patrząc na swoje przepiękne crocsy na nogach. Teraz wydawały się jej niezwykle interesujące. Pamiętała o ich rozmowie w McDonald'sie. Dobrze się z nim bawiła i nie powinna go całkowicie ignorować. Pewnie nie odezwałaby się do niego słowem, gdyby winda się nagle nie zatrzęsła, a wewnątrz niej zapaliło się czerwone światło.
— Co się dzieje z tą windą? — pyta finalnie Ivy zdenerwowanym głosem, patrząc nerwowo po całej windzie. Bała się małych przestrzeni, a jeszcze bała się, że nie będzie mogła z niej wyjść — zacięła się? — finalnie patrzy mu prosto w oczy. W tych jej widać przede wszystkim przerażenie.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie zareagowała w żaden sposób na jego przywitanie. Przyjęła je do wiadomości. Pewnie słyszał, co jej chłopak wyrabiał w szpitalu. Pierwszy raz czuła się tak obco, odkąd została rezydentką. Kiedyś nienawidziła szpitalu, wiązały się jej one z samym bólem, a teraz widziała też w nich nadzieję, którą dawali pacjentom. Chirurdzy byli jak aniołowie, dbający oto, żeby cały organizm działał poprawnie. Jednak teraz nie miała w sobie ani iskierek, ani radości. Życie podwójnie ją zdeptało.
Była mu wdzięczna za ciszę, która zapadła między nimi. Potrzebowała jej jak niczego innego. Tego momentu w trakcie którego będzie w stanie nabrać odpowiednio dużego oddechu. Finalnie będzie musiała spojrzeć pacjentom i kolegom rezydentom w twarz, a tego bała się jeszcze bardziej. Choć szpital wydawał się być sterylnym środowiskiem, to na pewno nim nie był wobec plotek.
Chwilę później dało się wyczuć trzęsienie się windy wraz z charakterystycznym dźwiękiem, który temu towarzyszył. Następnie to czerwone światło i Ivy zaczynała odpływać. Jej oddech stał się nierówny, był płytki, nie potrafiła w żaden sposób go wyrównać. Skóra była niezwykle blada, a ona czuła się jak w pułapce. Całe jej życie było jak prawdziwa pułapka. Związek z Dante był dla niej pułapką.
— Pa-nie Mar-shall —jej głos cały drżał, nie była w stanie złapać ani jednego głębokiego oddechu. Klatka piersiowa poruszała się jej bardzo szybko, a głowę nawiedzały same, czarne wizje. Drżała na samą myśl apropo tego, co się działo właśnie z nią. Nie miała sił na walkę, cała się trzęsła ze strachu. Klaustrofobia jej największy lęk wręcz odpalił całą spiralę, a ona? Nie była w stanie jej powstrzymać.
Patrzyła na Charliego, ale jego słowa w ogóle jej nie uspokoiły. Wręcz przeciwnie oddechy stawały się coraz częstsze, próbowała łapać tlen na tyle, ile była w stanie. Przykucnęła gdzieś z boku, chcąc wyłapać cokolwiek do płuc, by się uspokoić. Jednak dla jej drobnego ciała cały stres kumulujący się przez wszystkie dni spowodował awarię. Cała drżała, a w głowie zaczęła odliczać sekundy do własnej śmierci. Jeśli ich nie wypuszczą, zabraknie im tlenu. Wiedziała, co się dzieje z organizmem. Stanęła przy ścianie i osunęła się na dół, nie miała siły stać.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ivy utknęła między trzeszczącą windą, a czerwonym, migającym światłem. Jej stan nie był w stanie odnotować niczego innego. W jej głowie panowała pustka, przywołująca same najgorsze scenariusze, które miały ją dotknąć. Miała ochotę zniknąć, w pewnym momencie nie była w stanie zarejestrować Charliego, tylko błyski od żarówki świecącej wewnątrz windy.
Dopiero głos do niej dotarł, kiedy poczuła obcy dotyk. Delikatne ciepło jego dłoni zaczęło rozlewać się po całym jej ciele, a zamiast spoglądać w podłogę, lub mrugającą żarówkę, odnalazła jego oczy. Ciemne, brązowe tęczówki, w których chciała utkwić wzrok. Nie chciała od niego uciekać, nie była tu sama. Choć Ivy została nauczona niezależności oraz odpowiedzialności, pierwszy raz polegała na kimś innym, kto nie należał do jej rodziny.
Jesteś bezpieczna. Jestem tu z Tobą. Odbijały się w jej głowie jak mantra, nawet jeśli oddech cały czas był płytki i szybki. Potrzebowała czegoś, na czym będzie mogła się skupić, kogoś kto ją uspokoi. Jej błękitne tęczówki wpatrywały się w niego z przerażeniem. Ze strachu oczy zaczęły się jej szklić i choć żadna łza nie wypłynęła, pierwszy raz czuła się tak bezradna. Praca z oddechami też nic nie dawała. Serce biło jej zdecydowanie zbyt szybko, by uspokoić się w parę minut, a całe ciało delikatnie drżało, poszukując zaczepienia.
Sama nie wiedziała, kiedy to się stało. Poczuła ciepło jego ciała oraz intensywny zapach perfum, a choć jej ciało drżało dalej, co stopniowo się uspokoiła. Wpierw każdy mięsień jej ciała instynktownie się spiął, czując przy sobie bliskość. Tylko wraz z każdą mijającą sekundą coraz bardziej się rozluźniała aż w pewnym momencie odwzajemniła przytulenie. Biło od niego ciepło, spokój i... swego rodzaju stabilizacja, od której nie chciała uciekać. Obdarował ją poczuciem bezpieczeństwa, którego nikt, jak dotąd jej nie dał. Zacisnęła mocniej dłonie na jego marynarce, dając całej reakcji ciała się rozładować, uspokoić. Wsłuchiwała się w bicie jego serca oraz oddechy.
— Dziękuję — mruknęła cicho Ivy, nie odsuwając się ani na moment. Bała się, że odsunięcie się od Charliego spowoduje powrót paniki. W jego ramionach czuła się jak w domu. Były silne, ciepłe i otaczały ją opoką, której potrzebowała.
— Już... — zaczyna, odsuwając głowę, by móc spojrzeć mu w oczy — już mi lepiej Charlie. Tylko mnie nie puszczaj proszę — wewnętrznie coś drgnęło w jej sercu. Nie powinna go oto prosić, wiedziała, że ma narzeczoną. Jednak potrzebowała go teraz przy niej, bo inaczej znowu rozpadnie się na milion kawałeczków.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ostatnie dni Ivy przypominały ciąg niefortunnych zdarzeń. Jako autorka mam wrażenie, że się powtarzam, ale tak było. W ciągu tych kilku dni wydarzyło się wiele, a ona finalnie odnalazła źródło bezpieczeństwa. Cały czas czuła, jakby stąpała po kruchym lodzie, nie wiedząc, co może stać się później. Miała dosyć spania w hotelowym łóżku, po tym jak musiała odpocząć od Dante, miała też dosyć spojrzeń innych ludzi. Charlie jako jedyny jej nie oceniał. Wziął za nią odpowiedzialność. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ona nie miała być tą rozsądną. Potrzebowała jego oparcia.
Dopiero przy nim serce zaczęło jej bić wolniej, a oddech się wyrównał. To wszystko, dzięki ciepłu, którym ją otoczył. W tym momencie nie potrafiła myśleć o nim jak o rodzinie pacjenta. Był ostoją jej bezpieczeństwa, kimś komu w końcu mogła zaufać. Jej dłonie mimowolnie zaciskały się na jego marynarce, a oczy doszukiwały się jego ciemnych tęczówek w tym świetle skąpanym w czerwieni. Był hipnotyzujący. Zwłaszcza kiedy wkładał jej kosmyk włosów za ucho, powinna myśleć o Dante, ale nie była w stanie. Charlie sprawiał, że czuła się przy nim inaczej, bezpieczniej.
— Dziękuję — powiedziała cicho, unosząc oba kąciki ust do góry — naprawdę tego potrzebuję — patrzyła mu prosto w oczy, czegoś w nich poszukując. Jakiegoś potwierdzenia, lub zgody. Wiedziała, że on miał narzeczoną. Sama była związana z Levasseur'em, jednak w tej chwili cały boży świat przestał myśleć. Jeszcze niedawno jedyne, co miała w głowie to przerażenie, a teraz przy nim czuła się spokojna. Oddech z każdą sekundą się wyrównywał, a ich serca zaczynały bić w tym samym tempie. Położyła dłoń na jego mostku, by móc czuć bicie jego serca. Odnajdywała się w tej bliskości między nimi, była ona uzależniająca. Mogłaby zostać w jego ramionach. Wzrokiem poszukiwała jakiegoś sygnału z jego strony, a na jego słowa... zaśmiała się nerwowo. Nie ruszyła się ani na milimetr.
— Głupio pytasz — uniosła szerzej kąciki ust i pokręciła delikatnie głową. Chciała móc mu powiedzieć więcej o tym, co działo się, odkąd ostatnio spotkali się w McDonald'sie. Czuła między przedziwną chemię, od której nie mogła uciec — świat mi runął pod nogami, ale... — zawahała się na moment, czy była gotowa opowiedzieć mu o wszystkim. Przegryzła nerwowo dolną wargę. Atmosfera między nimi robiła się coraz bardziej gęsta — z twoim ojcem jest coraz lepiej — zamiast się odsunąć, wpatrywała się w niego jak w obrazek. Niby wprowadziła między nimi dystans, ale to ciepło było zbyt silne, żeby była w stanie mu się oprzeć — na tym powinniśmy się skupiać, prawda? — zagadnęła, unosząc delikatnie dłoń. Doskonale wiedziała, że przekraczała granicę, ale musiała pogłaskać go opuszkami palców po policzku. Cała sytuacja była zbyt nierealna, żeby była prawdziwa. To musiało się jej śnić, tacy faceci jak Charlie nie chodzili po Ziemi.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Cały świat wydawał się zbyt odległy i daleki od nich. Jakby za drzwiami windy nic innego już nie istniało. Przez ciało Ivy dalej przechodziły dreszcze spowodowane paniką, którą jeszcze tak niedawno miała w oczach. Ufała mu, nawet nie zdając sobie sprawę, jak bardzo jest to niebezpieczne. Czerwone światło świeciło, niebezpiecznie mrugało, a jej mózg wydawał się być całkowicie wyłączony. Cisza panowała w środku głowy, a jedyną osobą, którą dostrzegała, był właśnie Charlie.
Wyglądała, jakby właśnie znalazła się w hipnozie. Jedyną rzeczą interesującą nią, był ta charakterystyczna faktura zarostu, jego ciepło oraz te krótkie gesty. Uzależniał ją. Nigdy nie miała problemów z nałogami, szybko musiała stać się tą bardziej odpowiedzialną. Te przymknięte oczy interesowały ją bardziej niż cokolwiek innego, choć chciała też móc poznać jego myśli oraz to co dokładniej kryły. Była przy nim, stała, próbując wyczuć pod opuszkami palców jego ciepło coraz mocniej. Aż zacisnęła palce na jego koszuli, nie mogła powstrzymać się przed jego bliskością, a przecież jeszcze niedawno wydawał się jej tak cholernie odległy. Mimowolnie każdy mięsień się jej spina, gdy przyciąga ją do siebie. Ciepło jego ciała wydało się niesamowicie kojące, a zapach perfum jeszcze bardziej intensywny. Jeśli chciał ją wprowadzić w trans, to wykonywał tę misję idealnie.
— Wszystko u niego w porządku? — pyta Ivy z czystej grzeczności, próbując przerwać tę niezręczną ciszę. Czuła jego ciepły oddech okalający jej skórę. Serce mimowolnie jej przyśpieszyło. Aż przełknęła nerwowo ślinę. Powinna przeklinać samą siebie, bo chciała więcej. Miała chłopaka, którego kochała całym swoim sercem, za to Charlie miał narzeczoną. Tylko te fakty wydały się teraz całkowicie nieistotne. Nawet nie wiedziała o nim zbyt wiele. Płacił nazwiskiem, miał siostry i lubił frytki z McFlurry jak ona. Dodatkowo jeździł piekielnie drogim autem. Za to teraz widziała w nim coś w rodzaju prawdziwego bóstwa, od którego w żadnym razie nie chciała uciekać. Chciała być przy nim. Ten zwierzęcy magnetyzm pchał ją dalej i ani przez sekundę nie odwróciła wzroku. Jego brązowe tęczówki były dla niej niebezpieczne, bo chciała coraz bardziej w nim patrzeć.
Wstrzymała oddech, słysząc, że nie mógł. Przez krótki moment rozchyliła malinowe wargi, próbując coś z siebie powiedzieć. Finalnie zamknęła je.
— A możemy... — zaczyna lekko zmieszana Ivy, siląc się na delikatny, ale bardzo słaby uśmiech — tak po prostu milczeć? — proponuje, uśmiechając się słabo w stronę Charliego. Bała się mówić o wszystkich problemach. Jego ciepło wydawało się je rozwiązywać, jakby faktycznie zniknęły pod wpływem jego ciemnych, brązowych tęczówek i tego migającego, czerwonego światła — nie potrzebuję więcej, Charlie — mówi półszeptem, unosząc wzrok. Ta cisza oraz bliskość sprawiała, że przez jej ciało przechodziły przyjemne dreszcze. Chciała móc się w niego bardziej wtulić, choć to było trudne przysunęła się jeszcze kilka milimetrów. Przejechała delikatnie dłonią z jego policzka na kark, który zaczęła delikatnie drażnić opuszkami palców.
Kolejne słowa sprawiły tylko, że ich bliskość przestała być iluzją. Sama zdobyła się na kolejne trącenie go nosem.
— Czuję Charlie — słowa ledwo wydobywają się z jej ust. Czy to była już przekroczona granica? Przecież czuła się bezpiecznie, działał na nią jak magnes, nawet jeśli za drzwiami świat żył dalej swoim życiem. Nic nie mogło sprawić, że jej błękitne tęczówki odsuną się od niego. Teraz dla Ivy nie istniał świat poza Marshallem, a jej wzrok coraz mocniej spadał na jego wargi.