-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może zwariował, ale chyba po raz pierwszy w życiu cieszył się na dzień wolny. Nawet się wyspał jak człowiek, zjadł coś rano (wow), spakował na spokojnie sportową torbę, sprawdzając trzy razy, czy na pewno zapakował proteinowe batoniki i elektrolity w proszku.. a potem coś go tknęło i zamiast wyjść w pośpiechu, gnając na złamanie karku na siłownię, złapał za telefon i do niej napisał. Nie miał nic do stracenia, prawda? I sama z resztą mu powiedziała, że nie lubi niczego inicjować i żeby do niej pisał; przynajmniej tak to zrozumiał ostatnim razem, kiedy spotkali się po raz kolejny całkiem przypadkiem. Teraz już nie było przypadków! Lubił to. Dawało mu coś jakąś lekką radość kiedy myślał o kolejnym dniu wolnym, mimo że niczego konkretnego nie planował. Zaplanowało się samo!
Nie miał nawet nic przeciwko, żeby na nią czekać. Udało mu się zaparkować, wyłączył samochód, zgarnął telefon i wyszedł na zewnątrz, by przysiąść na masce. Było chłodnawo, musiał stwierdzić, zwłaszcza, że mimo temperatury, tylko zarzucił kurtkę na sportową koszulkę, nawet jej nie zapinając, a krótkie, luźne spodenki po kolana definitywnie były tymi, w których miał zamiar ćwiczyć. Całości dopinały buty do biegania, te z typu, które posiadały oddychający materiał.. Było chłodno, ale nie zbyt chłodno? Nah, nigdy nie było zbyt chłodno. Zerkał na swój telefon, przeglądając swój treningowy plan na ten konkretny dzień, jakby wcale nie znał go na pamięć, ale tak naprawdę zwyczajnie nie chciał przegapić wiadomości od niej, ot, w razie potrzeby.
- Hei, dzień dobry! - rzucił głośniej niż zwykle, żeby zwrócić jej uwagę, gdy tylko ją zauważył na horyzoncie. Uśmiechnął się szczerze, wstając i wykonując szeroki gest ręką, co najmniej jakby nie miał prawie dwóch metrów i musiał się starać, by być zauważonym. Czasami zapominał, okay? - Twój dzisiejszy Uber jest gotowy. Przyjmuję napiwki w formie cukierków. - dodał, wyraźnie będąc dzisiaj w trybie śmieszka-heheszka i nie mając ani trochę ochoty na powagę. Może dlatego, że po raz pierwszy od nie wiedział jak dawna, spotykał się z kimś z własnej, nieprzymuszonej woli? I w dodatku mieli spędzić trochę czasu w jego ulubionym miejscu? Ha! To był dobry dzień dla Theo.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie miała na ten dzień specjalnych planów. Wolała skupić się na codziennej rutynie. Szybki prysznic, dobre śniadanie oraz kawa, czytając naukowe artykuły. Idealny poranek. Zakłóciły go dopiero wibracje telefonu. Spodziewała się szybkiej jazdy do pracy, by wykonać sekcję. Nie miała normowanego trybu pracy, jeździła do niej, kiedy była potrzebna. Tylko kiedy podniosła telefon, uśmiechnęła się delikatnie.
Theo. Uwielbiała z nim spędzać wieczory. Wydawał się być dobrą osobą na odpowiednim miejscu. Rozmowy z nim przychodziły jej łatwo. Nie widział w niej królowej śmierci, czy smoczycy. Poznał ją od innej strony. Taką znaną jedynie przez najbliższe jej osoby. Wzięła głęboki oddech, próbując sobie wszystko uporządkować w głowie. Kilka minut wpatrywała się w telefon, zanim zdążyła mu odpisać. Musiała mieć wszystko uporządkowane w głowie. Tylko nawet to nie było takie proste. Finalnie odpisała, a po kilku chwilach zaczęła szykować się do wyjścia. Spakowała się w torbę sportową, a na sobie miała sportowy strój ukryty pod czarną bluzą i płaszczem.
— Cześć, nieznajomy Theo — zaczęła Cynthia, unosząc w jego stronę dłoń. Zaraz stała przy jego aucie. Widocznie pensja kucharza wcale nie była taka zła, jakby mogła początkowo się spodziewać. Chociaż nigdy tego nie analizowała. Dla niej było wystarczające, że pojawił się pod jej apartamentem i że mogli spędzić ze sobą kilka dłuższych chwil na trzeźwo.
— A nie będziesz dachował? — spytała poważnym tonem, próbując obrócić własny wypadek w żart — mam batoniki, mogą być? — poprawiła torbę na własnym ramieniu. Coś dla niego spakowała, pamiętając, że lubił słodkie. Ona go nienawidziła, więc mogło ofiarować mu dodatkową dawkę dopaminy.
— Były w mojej szufladzie, nie jem nic słodkiego — potrzebowała wytłumaczenia. Nie lubiła zostawiać pola do niepotrzebnej analizy — Theo, a ja nie wyglądam śmiesznie? — dopytała, bo choć strój dalej był czarny, nie czuła się w nim odpowiednio. Czuła, że powinna założyć coś bardziej na miejscu. Mieli iść na siłownie, wszystko pasowało identycznie, a jednak... chciała zakryć trochę ciała.
— Ładne masz auto — rzuciła, kiedy już weszli do środka — kolorem przypomina muchówki składające jaja w zwłokach — jej ten kolor bardzo odpowiadał. Skoro znał jej zawód, mogła podzielić się odrobiną wiedzy, nawet jeśli brzmiała ona dosyć niezręcznie.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Obiecuję. - położył jedną dłoń na swojej klatce, drugą uniósł, na wzór sądowej przysięgi, które widział w tv kiedy odwiedzał rodziców. - Uuuu, tak. Ja mam proteinowe, ale w sumie nie są słodkie. - mogli się zamienić. W najgorszym przypadku poświęci się i zje wszystkie batoniki! Nawet nie przeszło mu przez głowę, żeby myśleć zbyt wiele o jej geście; batoniki jak batoniki, yum, fajnie, nie ważne skąd się wzięły i czy specjalnie mu je kupiła, czy znalazła gdzieś w pokrytej pajęczyną szufladzie. Batonik dobra rzecz, nie był wybredny co do słodyczy. Pokiwał głową, przyjmując, że je po prostu znalazła i dobra, znalezione były tak samo dobre.
- Śmiesznie? - przechylił głowę zastanawiając się przez moment co miała na myśli, zaraz potem postąpił krok w tył, by móc się jej przyglądnąć. No.. Wyglądała dobrze? Nie był fashionistą, nie znał się? Dopiero po chwili wpadł na pomysł, że może to pytanie brało się z niepewności, braku doświadczenia z siłownią i generalnie wyjścia z własnej bezpiecznej bańki, odbiegając od tego, co nosiła na co dzień. Postarał się stłumić rozbawienie, ale i tak odbiło się na jego twarzy. - Okay, nikt nie będzie zwracał na to uwagi. Każdy jest zajęty swoim treningiem, a jeśli myślisz, że ktoś się gapi, uwierz mi, pewnie próbuje złapać oddech i zastanawia się, czy zrobił 8 czy 10 repetycji. - sprzęt na siłowni był zwykle rozłożony w ten trochę niezręczny dla początkujących sposób, gdzie nie dało się nie patrzeć na osobę na maszynie na przeciwko. Dało się przywyknąć, po jakimś czasie nawet się już nie zauważało takich małych rzeczy. - A co do ubrań, to jeszcze mniej ważne. Cokolwiek, co nie krępuje ci ruchów i w czym czujesz się komfortowo; dla niektórych to kilka rozmiarów zbyt duże bluzy, dla innych top od stroju kąpielowego i booty shorts odkrywające pół pośladków. - rozłożył ramiona, wzruszając nimi lekko i posyłając jej uśmiech. Siłownia definitywnie nie była miejscem, w którym ludzie zwykli się oceniać nawzajem.. A przynajmniej on nie zauważył w trakcie lat spędzonych na rutynowych ćwiczeniach w różnych siłowniach.
Tak czy siak, załadowali się do samochodu; odpalił silnik, obniżył trochę głośność stereo, odkładając swój telefon na miejsce, upewniając się, że magnetyczna doczepka była dalej na swoim miejscu. Roześmiał się na jej porównanie, bo, oczywiście, musiała porównać jego samochód do muchy. Pasowało.
- Też mi się podoba! Prawie skończyłem spłacać ten samochód, ma dziesięć lat w tym roku. - odpowiedział, stukając w ekran telefonu kilka razy, przerzucając się z nawigacji, do muzyki. Niby ich mały roadtrip nie miał być jakoś specjalnie długi, ale przyjemniej było z czymś gadającym w tle, prawda? - Włącz co chcesz. - dodał, dopiero wtedy ruszając w drogę. Wyświetlacz był na głównej stronie Youtube Music z kilkoma jego szybkimi wyborami, ale wolał dać jej szansę wybrania czegoś dla siebie; albo nie wybierania niczego, jeśli tak wolała.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Z tym stronieniem od używek to Cynthia by nie uwierzyła, patrząc na sposób, w jaki dotychczas się spotykali. Ona nie analizowała, przyjmowała to, jako normę. Był dobrym kompanem. Dlatego zdecydowała się na kolejne spotkanie, a przed wyjściem pamiętała o jednym fakcie. Lubił słodkie. Musiała się cofnąć po batoniki.
— To dobrze — zaśmiała się krótko, cicho. Potrafił rozbroić jej twardą maskę. Niewielu ludziom to się udawało. Może raz na ruski rok uśmiechnęła się w stronę kogoś, kto nie był jej przyjacielem — moje są słodkie, a ty takie lubisz — odparła, puszczając mu krótko oczko. Proste, nic nieznaczące gesty najłatwiej budowały relacje. Nie musieli się uwielbiać, kochać, ale warto było mieć przy sobie kogoś, z kim łatwo spędza się czas. Mógł znać jej zawód, ale jeszcze nie znał traum, odciskających się na jej duszy.
— No tak, śmiesznie — mruknęła pod nosem i zaczęła go słuchać. Ludzie nie patrzyli na innych? Uniosła do góry jedną ze swoich brwi. Nie chodziło o ludzi, tylko o jego zdanie na temat jej stroju. Nie czuła się naturalnie w miejscu, gdzie mogło przebywać sporo ludzi i potrzebowała krótkiego wsparcia, dobrego słowa, ale nie przyznałaby się do tego wprost — nie odpowiedziałeś na moje pytanie — wyglądała śmiesznie czy nie. Nie chciała słuchać o innych, a o jego zdaniu — wyglądam źle, prawda? — dopytała, przechylając głowę, by móc spojrzeć na jego twarz. Była typową dziewczyną idącą na siłownię. Co prawda jeszcze włosów nie miała związanych. To się dokona, kiedy tylko zdejmie czapkę w szatni.
— Tak to... — zaczęła, poszukując odpowiedniego słowa — okręcasz dookoła, jakbym wyglądała źle — stwierdziła finalnie Cynthia. Może Matheo miał coś do ukrycia? Proste pytanie, choć Ward rzadko je zadawała. Rzadko chciała od kogoś usłyszeć, że wygląda ładnie. Za to od Matheo tak.
— Hm... — podejmowanie wyborów było ciężkie. Podniosła się z siedzenia, by lepiej wybrać utwór — czy to test na gust muzyczny? — zagadnęła, a po chwili już wyszukiwała utworu — no to zaczniemy od Linkin Park z The Emptiness Machine — zadecydowała Ward. Lubiła ten zespół, zwłaszcza przed śmiercią głównego wokalisty. Coś sprawiało, że za każdym razem chciała móc do niego wrócić po raz kolejny.
— Na pewno chcesz mnie zabrać do twojego happy place? — spytała już w trakcie jazdy. Jednak to było delikatne odsłonięcie własnej strefy komfortu. Ona o tym wiedziała i zdecydowanie Theo też. Granica między nimi delikatnie, powoli przesuwała się.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zbiła go z tropu całkowicie, stosując wobec niego kobiecą logikę, której nijak nie rozumiał. Dezorientacja odbiła się na jego twarzy; zmarszczył brwi, zaraz potem je uniósł, próbując zrozumieć o co chodziło z całym tym "wyglądaniem śmiesznie" czy "źle" czy jakkolwiek inaczej chciała to nazwać. Skoro nie chodziło o innych i to jak się gapili.. to o co chodziło?
- Nie..? - zaczął powoli czując się trochę jak saper rozbrajający bombę totalnie na ślepo. Pokręcił krótko głową. - Założyłem, że chodzi ci o zdanie obcych ludzi, dlatego ten cały panel o tym, że nikogo to nie obchodzi. - w gruncie rzeczy, jego też nie obchodziło. To nie był pokaz mody, każdy tam był po to, żeby się skupić na swojej robocie i tyle. In-out w godzinę, jeśli liczyć szybki prysznic. Albo 15-minutowe rozproszenie się krótką rozmową z siłownianym znajomym, z którym w życiu się i tak nie spotka poza tym konkretnym budynkiem. Całkiem to lubił. - Wyglądasz normalnie? Nie wiem jaka jest poprawna odpowiedź, szczerze. - kobiety w jego życiu, które nazwałby bliższymi znajomymi, były raczej pod łatką "bros", a te, które wyrywał (albo tym, którym dał się wyrwać) rzadko oczekiwały od niego konwersacji. Nie miał doświadczenia jeśli chodziło o pytania nie wprost, w których miał się domyślić jaka była odpowiedź. Prosty człowiek z niego był. Wyglądała okay, szła na siłownię... na chuj drążyć temat.
- Nah, lenistwo. - odrzucił prosto, chociaż pewnie bardziej by pasowało, gdyby powiedział, że nie ma nic przeciwko żadnej muzyce. Nie był wybredny w tej kwestii, słuchał wszystkiego w zależności od sytuacji i żadnego "gustu" nie oceniał. Jej wybór był okay, nie mógł sobie wyobrazić, by był taki utwór, którego szczerze nie mógłby znieść. - Hm? Oh, siłownia jest super, zabrałbym wszystkich znajomych, gdybym mógł, ale większości się nie chce. - odkąd odkrył, że trochę więcej ruchu działa świetnie na tak wiele rzeczy w życiu codziennym, proponował każdemu znajomkowie, który nie doprowadzał go do szału, żeby dołączył do zabawy. W większości nie mieli czasu, wiadomo, życie, a on, po raz kolejny, nie oceniał.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zmarszczyła brwi, słysząc jego słowa. Nie, nie taki miała cel. Zdecydowanie chciała usłyszeć coś więcej. Taką odpowiedź w żaden sposób jej nie satysfakcjonowała. Zmarszczyła jedynie mocno swoje brwi, wzdychając finalnie. Co miała mu powiedzieć, kiedy sama nie wiedziała, co tak właściwie chciała usłyszeć?
— Chodziło mi o twoje zdanie — mruknęła, a im dłużej go słuchała, tym bardziej wywracała oczyma. Cały panel, nikogo to nie obchodzi. Jasne, tylko dla niej liczyło się jedno konkretne zdanie, nawet jeśli nie była w stanie tego przyznać przed samą sobą. Dla niego się tu pojawiła — mhm — tyle miała mu do powiedzenia. Niby wybrnął, niby nic nie było po niej widać, a w brzuchu czuła, jakby coś się jej właśnie przewracało. Niezbyt przyjemne uczucie.
— Przecież wystarczyło kliknąć — westchnęła, kiedy już wybrzmiewała piosenka w głośnikach auta. Wtedy do głowy przyszła jej jeszcze jedna, konkretna rzecz — Może boisz się testu z mojej strony? — dopytała, unosząc do góry jedną ze swoich brwi. Dla niej samej było to stresujące. Czuła się z puszczaniem muzyki niekomfortowo. Brzmi to żałośnie, ale zwyczajnie bała się odkrywania jakichkolwiek kart przed Theo. Im bliżej ktoś jej był, tym bardziej bolało jego zniknięcie. Jedynie przyjaciele dalej przy niej trwali. Może... to właśnie do nich zaliczałby się Bachmann?
— Skoro tak mówisz — mruknęła pod nosem Cynthia. Dzisiaj nic jej nie pasowało. Niby zwykłe wyjście do siłowni, a czuła się spięta. Jakby każdy mięsień odmawiał współpracy, za to alkohol faktycznie pomagał w zrozumieniu się z mężczyzną. Rozplątywał jej język, co teraz przychodziło jej z trudem. Całą drogę milczała, nie mając pojęcia, co powinna powiedzieć.
— Chyba już jesteśmy — stwierdziła, wpatrując się w piękne, przeszklone szyby. Za nimi widoczni byli ćwiczący, maszyny, maty i lustra. Teraz zdała sobie sprawę, że nie chce tu być — to widzimy się na sali, tak? — spytała, wychodząc z auta. Długo już nie rozmawiali, przeszli przez recepcję, by udać się do osobnych szatni. Cynthia jeszcze raz sprawdziła cały swój outfit i choć coś zdecydowanie jej przeszkadzało, postanowiła to olać, by wyjść na trening z Theo. Jeszcze słuchawki ze sobą zabrała, by nie słuchać bezsensownych rozmów.
— Od czego powinnam zacząć? — spytała, uśmiechając się niewinnie. Znała podstawowe zasady. Rozgrzewka, a dopiero później praca. Gdzieś w dłoniach trzymała jeszcze butelkę z wodą. Dopiero później poprawiła swojego kucyka i czekała na zalecenia specjalisty od siłowni.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ani trochę. - odpowiedział, wyraźnie lekko rozbawiony, stukając wskazującymi palcami w kierownicę w rytm muzyki. O to chodziło w poznawaniu ludzi, prawda? Nikt nie był idealny, stopniowo widziało się nowe cechy czy rutyny, jedne bardziej pasujące, inne mniej.. I z biegiem czasu można było określić, czy ten dany znajomy stanie się kimś bliższym, czy nie. "Test", czymkolwiek by nie był i czegokolwiek nie dotyczył, w 99% nie był taki straszny. Na koniec obie strony mogły iść do domu.
Właściwie jedyne co musiał zostawić w szatni, to torbę z rzeczami. W większości przypadków przychodził na siłownię już ubrany w sportowe ciuchy, żeby zaoszczędzić sobie czasu, doskonale wiedząc, że i tak spędzi w budynku kilka dobrych godzin. Bez pośpiechu, czasami rozpraszając się rozmową z innym stałym klientem siłowni, czasami po prostu mając dzień, w którym musiał rzeczywiście odpocząć między setami. Ten konkretny dzień miał być przeznaczony teoretycznie na obiegi, ale kiedy tak rozgrzewał mięśnie, czekając na Cynthię, zastanawiał się jak to ogarnąć, żeby mógł też jej pomóc.. Dołączyła do niego, kiedy kończył wiosłować. Podniósł na nią wzrok, odkładając uchwyt na miejsce, wypuszczając powietrze ustami.
- To zależy co chcesz robić. - zaczął raz jeszcze rozglądając się po sali. Godzina była taka, że z łatwością mogli zmieniać maszyny jak chcieli, bez czekania.. Też perfekcyjne warunki na jego obwody. - Ja dzisiaj robię kondycjonowanie, więc wszystkie zabawki będę miał w jednym miejscu, o tam. - kontynuował, wskazując w kierunku odległego kąta sali, gdzie znajdowały się kablowe maszyny, drewniane pudła i wolne ciężary w większości. - Nie polecam mojego kondycjonowania na pierwszą sesję. Masz coś, na czym chcesz popracować, czy wolisz się zaparkować w cardio-sekcji? - bieżnie, rowerki i te sprawy, wioślarskie maszyny i generalnie sprzęt znajdujący się w tej pierwszej części sali, w której właśnie się znajdowali; zwykle mniej "straszne" dla początkujących. Nie oceniał, po prostu miał też swoją robotę, którą musiał zrobić.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uniosła minimalnie kąciki ust. Nie miała żadnego testu przygotowanego dla Matheo. Wbrew pozorom lubiła z nim przebywać, chociaż samo wyjście bez alkoholu powodowało u niej delikatną nerwówkę. Sama nie wiedziała, w jaki sposób powinna to ugryźć. Przebywanie z nim w trudniejsze dni, kiedy mogli rozmawiać o prostych i błahych sprawach miało swoje plusy, których w żaden sposób nie dało się ukryć. Dla niej samej był to swego rodzaju test ich znajomości. Czy będą w stanie przetrwać i wytrwać ze sobą bez ani grama alkoholu? To pytanie nie dawało jej spokoju.
Bardzo szybko ogarnęła się, by trafić z powrotem do Matheo, kiedy tylko weszła do szatni. Nie lubiła przebywać w miejscach przepełnionymi ludźmi. Dlatego wolała wychodzić samodzielnie na bieg, szybko mijała ludzi, a bieg po parku umożliwiał jej odrobinę wolności. Wzięła ze sobą słuchawki, bo nie sądziła, że cały czas będą ze sobą zajmować. Bachmann chciał wykonać tutaj swój trening, a ona zdawała sobie z tego doskonale sprawę.
— Nie mam zielonego pojęcia Matheo — stwierdza Cynthia, bo nigdy nie orientowała się w ćwiczeniach na siłowni. Dla niej bieganie było jak dotąd wystarczającą aktywnością fizyczną. O żadnej innej nawet nie myślała.
— Co to znaczy... kondycjonowanie? — jakikolwiek słownictwo, które dla osób ćwiczących było znajome, dla niej wydawało się być czarną magią. Kilka razy może się tu pojawiła, by po chwili zniknąć. Zbyt dużo bodźców denerwowało ją, kiedy tu przebywała.
— Chyba wybiorę coś, co znam — mruczy Cynthia, spoglądając na rowerki, bieżnie — bieganie powinno mi wystarczyć, co? — pyta spokojnym tonem i choć liczyła, że będą ze sobą rozmawiać, to musieli się rozejść. Wybrali inny rodzaj ćwiczeń, a ona nie zamierzała być zależną dziewczyną wpatrzoną w kumpla od picia.
— Mam słuchawki, dam sobie radę — podnosi je ku górze i uśmiecha się delikatnie — nie musimy cały czas ze sobą rozmawiać tutaj, nie? — chociaż nie będzie ukrywać, że wolała mieć go w zasięgu wzroku.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Theo. - poprawił ją miękko, preferując tą zangielszczoną wersję swojego imienia. Nie, żeby był specjalnie zadufany, ale sposób, w który wypowiadali je Kanadyjczycy, był.. Powiedzmy, że drażnił go w ucho. Theo było proste i nie wymagało znajomości obcych języków czy jakiejś innej dodatkowej wiedzy.
- To znaczy, że będę pracować nad swoją kondycją. Kilka rund, będę celował w 10; najpierw przez minutę będę wskakiwał na tamto drewniane pudło z obciążeniem, potem dwie długości tamtego sztucznego trawnika popychając coś, co wygląda jak sanki z obciążeniem dwa razy większym ode mnie, później to samo, tylko nosząc takie coś, co w sumie jest po prostu ciężkim workiem z uchwytami, następnie znów sanki, tyle że będę je ciągnął do tyłu, a potem minuta wiosłowania na maszynie kablowej. Wszystko to bez przerwy, potem minuta na złapanie oddechu i jeszcze raz. 10 razy. - hey, normalnie by jej nie zanudzał szczegółami jego planu na dzisiaj, ale skoro zapytała, to nie miał nic przeciwko, żeby się podzielić. Zwykle czuł się trochę nie na miejscu, zajmując duży kawałek siłowni dla swojego kondycjonowania, właśnie dlatego wybierał na nie ten konkretny dzień i tą godzinę. Bo nie było ruchu i nie czuł się źle, spędzając 40 minut łażąc w kółko.
- Nie musimy, jasne. Ale jakbyś chciała spróbować ciekawszych rzeczy, to chętnie ci pokażę co możesz robić na tej kablowej maszynie. Wydaje mi się, że nawet mają tutaj przy prawie każdej maszynie, taką małą ściągę jak ich używać. Przy tej kablowej zamiast tego, są rozrysowane różne ćwiczenia. - nie oczekiwał od niej, żeby siedziała sobie na jego pudle i czekała aż łaskawie poświęci jej minutę co rundę, to by było niepoważne.. Ale z drugiej strony na sali było więcej możliwości i skoro i tak miała darmowe wejście z jego członkostwem, to czemu miałaby się nie pobawić z innymi maszynami, spróbować czegoś nowego? Rozłożył ramiona, zaraz potem, uderzył dłońmi w swoje kolana, wstając. Nie mógł jej powiedzieć jak ma żyć i co ma robić, nie? Mógł to tylko pozostawić jej decyzji.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Brew jej delikatnie drgnęła, kiedy postanowił ją poprawić. Ledwie o kilka milimetrów, nieznacznie, a jednak w żaden sposób tego nie komentowała. Przyjęła to do własnej świadomości, jak informację o czyimś zgonie. Naturalnie. Rzadko kiedy kwestionowała czyjeś słowa, momentami irytowała ją czyjaś głośność, ale do Theo zdążyła się przyzwyczaić. Może to kwestia nałogu, w który coraz bardziej wchodziła bez większego zastanowienia. Prosecco nie pytało, one doskonale rozumiało.
Kiedy tak zaczął jej tłumaczyć własną sekwencję treningową, wyglądała na odrobinę zagubioną. Nie spodziewała się tak skomplikowanych ćwiczeń. Wyglądała jak totalny laik z delikatnie otwartymi oczami i raz na jakiś czas mrugającymi oczami. Standardowa królowa mroku nikła, gdy ktoś z werwą oraz radością opowiadał jej o ćwiczeniach. Raz na jakiś czas potakiwała głową, próbując zrozumieć wszystko. Finalnie stwierdziła, że zdecydowanie łatwiej będzie to obserwować.
— Jasne, poradzę sobie Theo — stwierdziła finalnie Cynthia, uśmiechając się nieznacznie. Zaraz założyła słuchawki i ruszyła w stronę bieżni. Nie powinna mu przerywać ćwiczeń, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tutaj była zaledwie jego gościem, który miał trzymać mu towarzystwo. Z telefonu puściła pierwszą, lepszą playlistę na ćwiczenia, po czym powolnym krokiem weszła na bieżnię, by stopniowo zacząć przyśpieszać.
Tylko że nie mogła w żaden sposób skupić się na bieganiu. Jej wzrok cały czas wędrował w stronę Bachmanna. Szczerze liczyła na to, że nie zwróci na nią uwagę, kiedy badawczo spoglądała na niego. Po każdym ćwiczeniu widziała coraz lepiej zarysowujące się mięśnie. Już nawet irytowała ją jego koszulka, bo chciała zobaczyć odrobinę więcej. Sama w głowie skarciła się za te myśli, był zwyczajnym kumplem, a ona to akceptowała. Dlatego zgodziła się na wspólne wyjście bez większego zastanowienia, lubiła z nim spędzać czas, a już zdążyła się nauczyć, że seks wszystko psuł. Ludzie po przekroczeniu tej niewidzialnej granicy znikali, jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Wystarczyło, że kończył ćwiczenie, a ona już odwracała głowę. Ich spojrzenia nie mogły się zetknąć. Zdecydowanie łatwiej było utrzymać dystans z daleka. Choć nawet wtedy nie mogła się powstrzymać od nerwowych spojrzeń w jego stronę.