— Naprawdę w s p ó ł c z u j ę — powiedziała, słysząc o tym miłosnym szale na walentynki, choć było w tym sporo ignorancji, bo może w walentynki nie szalała z serduszkami, ale na wszystkie inne okoliczności: święto dziękczynienia, boże narodzenie, wiosna, lato, jesień, zima no cóż, jakby to powiedzieć: była pierwsza do tematycznych wzorków.
— No okej, jeśli czegoś zazdroszczę tym zakochanym pozorantom to właśnie tego, że zaliczą dziś coś więcej niż glebę — bo z tym drugim to ona nie miała żadnego problemu i praktykowała regularnie, ale to drugie… no to już miała problem. Życie zsyła jej problemy, a nie umięśnione męskie klatki na które mogłaby zupełnie przypadkiem wpaść i wtulić się na noc, lub dwie. W końcu każdy kiedyś potrzebuje przytulenia, prawda? Bliskości. —
Co nie zmienia faktu, że kicz licznik wybija poza skalę na widok takich poczynań — ale kto wie, co je jeszcze czeka dzisiaj.
Kiedy otrzymały zamówienie Winnie prawie od razu upiła solidny łyk espresso, przymykając lekko oczy; raz, że było gorące, a dwa, że gorzki aromat kawy był niczym detoks dla zmysłów w tej kawiarni, gdzie zapach słodyczy unosił się w powietrzu. Gdy Zella wspomniała o Vancouver, Winnie odstawiła filiżankę z lekkim stukotem i oparła brodę na dłoni, przyglądając się siostrze z uwagą.
— Nudne? Zella, błagam — przekręciła oczami wymownie, na znak, że zupełnie nie kupuje słów siostry i zaraz też przekona ją, że nie może tak opowiadać o tym co robi
. — Vancouver to nie jest nic ciekawego... to imprerium! Twoje w dodatku — zapewniła entuzjastycznie, bo jeśli chodzi o wsparcie bliskich to Winnie zawsze się nakręcała jakby z automatu dając z siebie wszystko. Szczególnie widząc, że ktoś nie dostrzega swoich sukcesów.
— Budujesz swoja markę, podczas gdy wszystkie inne kobiety wzdychają do serduszek nadmuchanych helem i tanich perfum — ugh, tandetne i ulotne, nie to co wlasny biznes. Prawda?
— Poza tym nudne życie jest niedoceniane — a akurat Winnie coś o tym wiedziała, b o jej liczne wpadki i wypadki czasami nieźle dawały jej w kość i odrobina spokoju i nudy by się jej przydała.
— Dobrze, że wróciłaś… Toronto bez ciebie byłoby jeszcze zimniejsze, a ja nie miałabym z kim się licytować w tym całym kiczu — wyznała uśmiechając się ciepło do siostry.
— Poza tym zaplanowałam nam fajne wyjście, wypijemy kawę i sama zobaczysz — dodała tajemniczo, by po chwili zesztywnieć jakby z przerażenia.
— O nie, patrz tam szybko! — powiedziała prawie przez zaciśnięte wargi, jakby bała się, że jej ekscytację podłapie cała kawiarnia. Problem w tym, że oni pewnie bili by brawo, a ona zapragnęła coś zwyczajnie wyśmiać, albo podbić własną punktację. Dyskretnie wskazała palcem na chodnik przed kawiarnią. Młody chłopak, w czerwonej koszulce z krótkim rękawem klęczał właśnie na jednym kolanie trzymając przed dziewczyną otwarte pudełko. Tak, na tym mrozie.
— Zanim ona powie tak on nabawi się zapalenia płuc — skomentowała szeptem. Wokół nich zgromadzili się chyba ich przyjaciele, bo jeden coś nagrywał, drugi próbował wystrzelić konfetti.
— No to jest jakaś kumulacja — roześmiała się nie mogąc wyjść z podziwu czego ludzie nie wymyślą, a wszystko to z okazji 14 lutego.
Zella Gardner