-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Pomimo, że przebicie się o tej porze przez miasto, nawet jeżeli metrem, zajęło mu prawie godzinę, wściekłość zamiast odparować zdążyła zgęstnieć i opaść na dno jak ciężki, trudny do zignorowania, ciążący przy każdym kroku kamień, którego nie potrafił się pozbyć. Trzaśnięcie drzwiami obwieściło jego powrót do domu, prawie trzy godziny po czasie, a kolejny huk przypadł w udziale drzwi od sypialni. Zaraz po tym coś odbiło się od ściany - jedna z antystresowych piłek, jakich miał na pęczki, podobnie jak pętelek, klocków i innych zajmujących ręce zabawek - ale zaledwie parę sekund później Milo wręcz wyrwał do przedpokoju i zatrzasnął się w łazience.
Sądząc po odgłosach, nawet nie patrzył w co rzucał ściąganymi z siebie ubraniami, by za moment resztę zagłuszył szum prysznica.
Potrzebował dystrakcji, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Potrzebował uspokoić chaos, który rozrywał mu wnioski na pozbawione sensu urywki.
Potrzebował czasu, by opanować się na tyle, by skonfrontować się jeszcze z Dylanem, który prawdopodobnie podkurwiony i zmartwiony wyczekiwał go albo w kuchni albo w przedpokoju, bo to byłoby do niego podobne, mimo, że wyjątkowo dzisiaj i w tej sytuacji Milo wolałby, aby Gauthier znalazł się gdzieś indziej. Dalej.
Zamiast produktywnie spożytkować gorącą wodę, wolał postać bezczynnie pod jej strumieniem, usiłując przepchnąć blokadę i znów stać się trzeźwo myślącym, sprawnie odnajdującym się w sytuacji człowiekiem, ale nie potrafił. Jedyne co zauważył po niemal kwadransie namakania i patrzenia na wodę, to to, że złość zaczynała ustępować miejsca czemuś, co w jego przypadku było znacznie trudniejsze do obcowania i uporządkowania; rozżalenie. I to do tego to gówniane, bo nie do końca jasnego pochodzenia, dlatego, że naprawdę nie był do końca pewny czym było spowodowane. Nagłym pojawieniem się Pablo, który jak dotąd nie pofatygował się ani razu by nawiązać z nim kontakt, mimo, że wiele razy po drodze tak cholernie go potrzebował, tym, że podskórnie Rivera czuł, że gdyby nie jakaś nagląca konieczność, tkwiłby w błogiej nieświadomości, że posiada bratanicę, czy tym, że nawet po tylu latach nadal nie potrafił kazać mu spieprzać z pełną stanowczością.
Był w stanie co najwyżej się trochę, nomen omen, odciąć.
Stając na cienkim dywaniku, który Dylan przytargał bóg wie skąd, ale okazał się on rzeczą diabelnie praktyczną, Milo zdał sobie sprawę z dwóch potencjalnych upierdliwości; po pierwsze, nie wziął ze sobą z rozpędu żadnych ubrań na zmianę, co udało się rozwiązać naokrężnie; na haczyku wisiał na szczęście przepastny szlafrok Gauthiera, którym poczęstował się natychmiast i przewiązał się w pasie. Po drugie, a z tego zdał sobie sprawę dopiero gdy lustro odrobinę odparowało i z odbicia zaatakowała go jego własna twarz z dużymi, niedospanymi oczami rasowego pracoholika i ustami zaciśniętymi w cienką linię, na szyi wykwitła mu podłużna, nieregularna plama sińca, zapewne po tym jak Pablo przydusił go kiedy miotał się ze scyzorykiem w ręku z zamiarem oddania mu go z powrotem - między żebra najlepiej.
To skłoniło go do podwinięcia rękawów, gdzie choć obyło się bez zaskoczenia, rozpoznał kolejne ślady, tym razem od zbyt mocno dociśniętej taśmy.
Zgryzł rozwlekły, płynące kurwami i innymi uprzejmościami komentarz, pospiesznie odwinął z powrotem rękawy, przedramiona zaplótł na piersi by tym sposobem utrzymać szlafrok na tyle w ryzach, by od biedy zasłonił szyję. Na nic więcej nie mógł liczyć, aczkolwiek i tak był więcej niż pewny, że Dylan zauważy.
一 Wybacz za drzwi. Dwa energetyki, za dużo cukru, wiesz jak jest 一 fuknął w przelocie, zgarbiony i jakąś częścią siebie (choć bardzo małą i naiwną) wierząc, że Dylan po prostu przepuści go w przedpokoju i zjebie za spóźnienie. 一 I nadgodziny, awaryjna sytuacja. Miałem... związane ręce.
Prawie fiknął, gdy uderzyła w niego ironia tego stwierdzenia.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawie dwie godziny po czasie, w którym spodziewałby się go na miejscu, zaczął kręcić bezę na tartę cytrynową, potrzebując włożyć w coś ręce by nie wyjść z siebie i spróbować uciszyć czarne scenariusze samoistnie piszące się w jego głowie. Co kilka minut rzucał kolejnego smsa, albo ponownie starał się dodzwonić, tylko by spotkać się z tym samym brakiem znaku życia wpychającym go coraz głębiej w tryb sfrustrowanego mamrotania pod nosem i wyżywania się na ugniatanym cieście. Był na granicy wytrzymałości, odliczając czas do godziny, którą ustalił sobie jako akceptowalny limit, zanim zacznie obdzwaniać znajomych Milo i bić na alarm, kiedy zgrzyt przekręcanego zamka wyciągnął z niego ciężki oddech ulgi. Poczuł się niemalże głupio, że zdążył wpakować się w dostateczny stres by zapomnieć o własnym obiedzie, i był gotowy upomnieć mężczyznę o chociażby odczytywaniu wiadomości, kiedy planował nie wracać do domu po pracy, jednak następująca seria trzaśnięć, stuknięć i zniknięcie w łazience bez słowa ponownie podkręciły jego zmartwienie. Tym razem nie o jego życie, a wszystko co mogło zdarzyć się w ciągu trzech godzin bez kontaktu. Zdążył dokończyć ciasto na wpół skupiony na zadaniu, na wpół nasłuchując dźwięków z łazienki, a kiedy szum prysznica ustał, ulokował się w przedpokoju by poczekać na Milo oparty o ścianę. Głęboka zmarszczka między brwiami i założone na piersi przedramiona trzymały w ryzach wszystko, co chciał z siebie wyrzucić w momencie, gdy zobaczył go wychodzącego w swoim szlafroku. Obiegł go spojrzeniem od czubka głowy po palce u stóp, kontrolnie, jakby spodziewał się zobaczyć brakującą kończynę, i z ulgą zanotował brak widocznych obrażeń. Chociaż coś wyraźnie było nie w porządku.
- Czekaj - rzucił na powitanie, wyciągając rękę by przyblokować go w przejściu i móc przyjrzeć mu się trochę dokładniej. - Co się stało? - spytał, szukając odpowiedzi w rysach jego twarzy, nerwach wyraźnie widocznych w reszcie jego ciała. Jeśli jakaś awaria w pracy tak nim wstrząsnęła, chciał o tym usłyszeć. Nie był przyzwyczajony do widywania go w tym stanie.
- Ja wszystko rozumiem, naprawdę, ale na miłość boską, dawaj znać, że żyjesz. Minęły trzy godziny, napisanie smsa zajęłoby ci pięć sekund i wiedziałbym, że nie leżysz w jakimś rowie bez nerki - westchnął, łapiąc się na powtarzaniu tych samych słów, jakie słyszał swego czasu od własnego ojca. Wtedy machał na to ręką i uznawał za dramatyzowanie, jednak zaczynał rozumieć jak działał ten poziom troski o drugą osobę. - Nie musisz mi się spowiadać ze wszystkiego, ale mógłbyś chociaż... - urwał, podczas kolejnej wędrówki spojrzeniem w dół jego twarzy wyłapując plamkę koloru wychylającą się spod szlafroka. Niewiele myśląc podniósł rękę by lekko odciągnąć palcem materiał, w nadziei, że była to tylko gra światła, dziwnie rzucony cień, jednak zamiast tego przywitał go fragment siniaka rozchodzącego się po jego szyi i docierającego cholera wie dokąd. Niemalże czuł jak krew odpływa mu z twarzy. - Milo, kto ci to zrobił?
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Niestety z czasem zaczynał się przekonywać, że ta nowa konfiguracja w jakiej ostatnio obaj starali się odnaleźć i dotrzeć wymagała przejrzystości, nawet wtedy, kiedy było to nie na rękę.
Milo nie zamierzał go okłamywać; kłamstwa były kłopotliwe, upierdliwie zawiłe i Dylan nie zasługiwał na to, by sprzedać mu wersję wydarzeń, w jaką i tak nikt by nie uwierzył z prostego powodu: Rivera nie potrafił oszukiwać, i to nie tylko z powodu małej elastyczności w wymyślaniu alternatywnych historii. Zdradzało go całe ciało, od spojrzenia błądzącego panicznie po ścianach, po prawe kolano podskakujące nerwowo z każdym słowem naginającym nieudolnie rzeczywistość. W ten sposób wykupiłby sobie co najwyżej parę niezręcznych minut, w ciągu których Dylan rozpracowałby go bez trudu.
Nie oznaczało to jednak, że miał ochotę po prostu wylać się z tego, co zaszło w Simply Fix It, bo od środka wciąż aż go skręcało i sam tak naprawdę nie wiedział co dokładnie zaszło, dlaczego i jaki miał do tego stosunek.
一 Wybacz, miałem zajęte ręce 一 odparł wymijająco, poniekąd zgodnie z prawdą, niemal namacalnie czując jak kurczył mu się czas. Miał jednak jakiś łut nierealnej nadziei, że Gauthier zaczeka z tym choćby do deseru, tymczasem złapał go zanim jeszcze zdążył wkroczyć do kuchni powłócząc za sobą szlafrok.
一 Kurwa, Dylan! 一 syknął rozeźlony, chwytając natychmiast za obie poły grafitowego szlafroka by się zasłonić. 一 Nie mam nic pod spodem!
I to również była całkowita prawda, a nie był na siłach dźwignąć jednocześnie obu. Dopiero po chwili posłał mu bardzo niejednoznaczne spojrzenie; była w nim złość, choć wcale nie ukierunkowana konkretnie na niego. Był z pewnością jakiś duszony nieumiejętnie żal - również nie mającą nic wspólnego z Gauthierem. Wreszcie zmęczenie i schowane pod tym wszystkim zagubienie, które stało się bardziej oczywiste gdy Milo parokrotnie otwierał usta do wyjaśnień i zamykał je bez słowa.
Odetchnął więc ciężko przez nos, raz, drugi, trzeci, spojrzał w sufit, następnie pochylił głowę i wbił wzrok w swoje bose stopy próbując ominąć Dylana z... to też nie było takie proste.
W jego przypadku konfrontacje bardzo często posiadały wspólny mianownik w postaci strachu, co ciągnęło za nim aż od czasów dziecięcych poprzez praktycznie cały okres dorastania. Prawda była wymagana, rozmowa kończyła się gdy na to pozwolono, a każde padające w jego kierunku pytanie sprawiało, że czuł jakby powietrze wokół stawało się zbyt gęste by móc nim oddychać. Na podstawie dotychczasowych doświadczeń ostatnich miesięcy wiedział na logikę, ba, był pewien, że Dylan nie żądał, nie osaczał go ani nie szukał okazji do wyszarpania z niego niczego, czego nie był gotów powiedzieć, mimo to podświadomość lubiła podążać znanym schematem.
Przez dłuższy moment żuł zatem policzek od środka, przełykał ślinę wraz ze słowami, które niw wydawały mu się właściwe, skubał pasek od szlafroka i żałował, że nie miał pod ręką swojej ulubionej kostki Rubika. Wątpił co prawda, by całkowicie rozwiązała problem, ale być może częściowe przeniesienie uwagi na kolorowe okienka pomogłoby mu znaleźć łatwość w wysłowieniu się.
一 Nie wiem 一 powiedział wreszcie nienaturalnie wyższym, ledwie przechodzącym przez boleśnie zaciśnięte gardło głosem. Kąciki ust drgnęły mu w niezdecydowanym zrywie, ni to do uśmiechu ni grymasu. 一 Myślę... mój, hmm, nie, to nie to, raczej... 一 ciągnął niespójnie, a kilka kolejnych wniosków wybrzmiało w zlepku dwóch języków sprawiając, że nie dało się ich zrozumieć w żadnym.
Przestał na moment skubać zawzięcie pasek i otulił się ciaśniej przydużym szlafrokiem, ramiona zaplatając na piersi w mocno defensywnym geście. Jego spojrzenie znów skakało bez celu po wszystkich drobnych pęknięciach, skazach i skromnych dekoracjach zgromadzonych na ścianach w przedpokoju, ale na niczym nie zatrzymywał się na dłużej. Przypominały mu, zwłaszcza blaszane słońce, które sam, cholera jasna, powiesił kilka tygodni wcześniej, jakieś płytkie strzępy wspomnień o Ensenadzie, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że to nie myśl o dysfunkcyjnym domu dobiła go w tym momencie a wspomnienie samego siebie sprzed lat. Przez krótką chwilę znów był tym oszołomionym dorosłością jakiej nie rozumiał, przebodźcowanym dzieciakiem i naprawdę, NAPRAWDĘ nienawidził tego uczucia.
Walczył z płaczem, z samym sobą i słowami, z wyjaśnieniem, jakie jednocześnie kładło się na języku i nie chciało przejść przez usta, z jakąś barierą, która ograniczała mu zrozumienie tej sytuacji i irracjonalnością sentymentu, który jak zmartwychwstanka po zaledwie kropli atencji ze strony Pablo wykwitł na nowo wbrew jego woli. Czuł się tak, jakby po raz kolejny zdradziły go własne emocje.
一 Mój brat przyszedł do sklepu 一 wyrzucił z siebie wreszcie sucho, decydując się na wypunktowanie samych faktów. 一 Zaczekał aż będę sam, zamknął drzwi i pierdolił od rzeczy, nawet go nie poznałem. Ale nie byłem pewny, czy to ktoś, komu za coś nie wiszę, więc... 一 Jego spojrzenie znów ulotniło się w stronę sufitu, przez co z uniesioną głową, blendą przynajmniej kilku sprzecznych emocji i w pelerynie z przepastnego szlafroka wyglądał co najmniej groteskowo. 一 Więc dostał ode mnie scyzorykiem. Zanim zdążysz zapytać - nie, nie trafiłem między żebra, będzie żył.
Krótka pauza była mu potrzebna na ustalenie właściwej chronologii, ponieważ wiele chaotycznych fragmentów z zajścia mieszało mu się teraz z uwagi na nerwy.
一 Trochę poszarpaliśmy się w... no powiedział mi w końcu kim jest i chyba kurwa liczył, że nie wiem, że co, że... 一 Milo gwałtownie przyspieszył z narracją, a pojedyncza ale głęboka zmarszczka odcięła mu się ostro między brwiami. Ramiona uniosły mu się gdy cały spiął się jakby liczył na kolejny atak, widocznie samo wspomnienie powodowało w nim odruch czuwania. 一 Że co, że podskoczę kurwa z radości? Że... ŻE PÓJDZIEMY NA KAWĘ?! Po tym wszystkim? Po tym jak po pros... nie. Nie, kazałem mu spierdalać, bo... dime que es un maldito chiste, hmm? Pojawia się kurwa, ile, jebane DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ i myśli, że rozpłaczę się z radości?! Oh no no no, no va a pasar otra vez, no soy tan tonto...
Milo mamrotał jeszcze przez chwilę soczyście kurwiąc i kręcąc głową energicznie, niedługo później ożywiła się również jego gestykulacja, a ręce odkleiły się od tułowia. Nastroje były niezdecydowane, wciąż przechylały się to od smutku do wściekłości i w drugą stronę, jak łódź na bardzo wzburzonym morzu.
一 I wyobrażasz sobie?! WYOBRAŻASZ?! Wziął i mnie kurwa PRZYKLEIŁ pierdolonym duct tapem do krzesła na zapleczu! Pomachał zdjęciem, czaisz, uwaga, bo to będzie kurwa zajebisty żart - ZDJĘCIEM CÓRKI! CÓRKI! Ja pierdolę, i on się teraz bawi w domowe przedszkole i pomyślał, tak, że, wiesz, że JA mógłbym CHCIEĆ POZNAĆ MOJĄ RODZINĘ! PRZYSZEDŁ I MI KURWA OPOWIADAŁ O JEBANEJ RODZINIE! ON! ON - MI! PO TYM...!
Przerwał tylko dlatego, że zabrakło mu powietrza i dostał zadyszki.
Nie wiedział kiedy podniósł głos ani kiedy zacisnął obie ręce w pięści, kiedy paznokcie pokaleczyły mu wnętrza dłoni ani w którym dokładnie momencie rozminął się z obiektywną narracją i wszedł w żywą, niekontrolowaną furię grożącą wybuchem.
一 I najgorsze jest to, że i tak... 一 głos załamał mu się, gdy nieoczekiwanie Milo spuścił z tonu, choć zaledwie parę sekund wcześniej wyglądał jakby był o krok od apopleksji. Teraz był na powrót jedynie bardzo zmęczonym, ugrzęźniętym w mocno osobistym dylemacie człowiekiem, który widocznie wbrew sobie miał wciąż sentyment. I miał również ogromny żal. 一 ...że ja chciałbym ją poznać. Nie jej wina, że jest jak jest, a szczerze mówiąc ja chyba po prostu nie ufam Pablo, że nie wystawi jej tak samo jak... no. Że gdyby, to sam rozumiesz.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słowo "brat" wyciągnęło zmarszczkę między brwiami Dylana, zaskoczenie nieznacznie obniżyło jego spięte ramiona i otworzył usta, ale powstrzymał samego siebie zagryzieniem brzegu dolnej wargi by nie przeszkodzić mu w trakcie przywoływania wyraźnie negatywnego wspomnienia. Więc słuchał. W pewnym momencie rzucił okiem w stronę drzwi wejściowych, jakby rozważał wybycie z mieszkania i znalezienie typa na własną rękę by porządnie się z nim rozmówić, jednak to wymagałoby zostawienia Milo samego, więc było jednocześnie ostatnim co chciał w tej chwili zrobić. Wszelkie oczekiwania, jakie miał co do tej rozmowy, wyleciały przez okno, zastąpione chaotyczną opowieścią o najbardziej pokręconym spotkaniu rodzinnym o jakim kiedykolwiek słyszał i o ile był świadom, że członkowie rodziny Rivera nie posiadali ze sobą najlepszych relacji, nigdy nie przewidziałby jak źle tak naprawdę było. Gdy nastroje trochę opadły, Milo skupił się na swojej bratanicy, a Dylan na jego zaciśniętych pięściach, w końcu ruszył się z miejsca by bez słowa przygarnąć go ramieniem do swojej klatki piersiowej i oprzeć policzek o jego włosy. Jednocześnie wolną ręką zjechał do jego dłoni i łagodnie wcisnął kciuk pod ściśnięte palce by spróbować je trochę rozluźnić, byle przestał robić sobie krzywdę.
- Ciężko ufać człowiekowi, którego nie widziało się od lat. I spotkało w ten sposób - przyznał, pozwalając by jego własna złość na typa o nieznajomej twarzy przelała mu się do głosu. - Zapierdole chuja jak go spotkam, obiecuję, za samego jebanego siniaka wyląduje na SORze, a do tego jeszcze... Czekaj, to ty te... trzy godziny siedziałeś przyklejony do krzesła? - upewnił się z głosem podnoszącym się do poziomu graniczącego z histerią. Drgnął na całym ciele, w spięciu mięśni przyciskając go do siebie odrobinę bliżej, jakby wszystkie komórki w jego ciele były gotowe rzucić się w obronie wybranka jego serca. Problem z tym, że się spóźnił - kiedy sam tańcował po kuchni Milo sam musiał radzić sobie zarówno z fizyczną bójką, jak i skrępowaniem, oraz, jak się okazywało, atakiem emocjonalnym uderzającym go bardziej niż wszystko z powyższych. Gonienie za niejasnym opisem wyraźnie niezrównoważonego człowieka w ramach zemsty mijało się w tej chwili z celem, nawet jeśli zostawienie tego bez odpowiedzi także nie do końca mu leżało.
- Co on ci zrobił? Te... dziesięć lat temu? - dopytał, chcąc uzupełnić braki w informacjach, chociaż szybko doprowadził się do porządku. - Nie, moment. Znaczy tak, chcę wiedzieć, jak chcesz mi powiedzieć, ale pewnie jesteś głodny. Ja pierdole, przepraszam, podgrzeję ci obiad, hm? I masz... Jak masz więcej siniaków czy cokolwiek to wszystkim się zajmę jak zjesz, mamy gdzieś maść, raczej - zaoferował mu plan działania, odrobinę trajkocząc, gdy znalazł coś, w co mógłby włożyć energię. Była to całkiem sensowna alternatywa dla chęci połamania rąk tak zwanemu Pablo. Przełknął ślinę, bujnął się na boki kiedy przekładał ciężar ciała między nogami i odetchnął głębiej, cały czas powoli przyswajając tę masę informacji, które otrzymał w krótkim czasie. - Coś cię boli? On nie miał scyzoryka, co nie? - upewnił się jeszcze, mając nadzieję, że jakby chodziło o jakiekolwiek rany cięte, ten byłby mniej chętny je ukrywać i faktycznie powiedziałby mu o tym od wejścia. Mimo wszystko nie zabolało dopytać. Wyglądało na to, że mieli przed sobą wieczór wielu pytań i zapewne wielu pozostawionych bez odpowiedzi. Mimo zżerającej go od środka ciekawości, chęci dowiedzenia się jak najwięcej by wyrobić sobie zdanie na temat całej tej sytuacji, zorientować się jak do niej doszło, oraz czy było ryzyko, że się powtórzy, jak nie z tym to z innym członkiem rodziny, jego priorytetem w tej chwili był przede wszystkim stan Milo. A to wymagało wciśnięcie w niego jedzenia, które czekało od niego od dobrych kilku godzin.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Tymczasem, choć na zewnątrz mogłoby się wydawać, że Rivera nabrał oddechu i uporządkował emocje, wewnętrznie rozjeżdżał się z narracją bo nie wiedział co tak naprawdę czuł. Obserwował je nieufnie, ich intensywność posiadała jaskrawy, odstraszający koloryt i podobnie jak z obcymi mu językami - patrzył, ale nie miał pojęcia na co.
Nie był to pierwszy raz, kiedy percepcja nie nadążała za obszarem odpowiedzialnym w jego przypadku za uczucia. Zupełnie, jakby do ich rozpoznawania wymagany był jeszcze jeden zmysł, z którym niestety się nie urodził.
一 Nic nie rób 一 wymruczał mu zrezygnowany prosto w bluzę. Nie znajdował się ani odrobinę bliżej zrozumienia tego co miało miejsce zaledwie parę godzin temu poza oczywistościami o jakich wiedział i Dylan. Był jedynie cholernie zmęczony. 一 Sam mu... hmm? Nie wiem, straciłem poczucie czasu i... Dylan? Dusisz mnie.
I w innej sytuacji pewnie co najwyżej zrugałby go dla samego przykładu, może ugryzł przy braku cierpliwości, ale w tym momencie o wiele bardziej doskwierały mu już istniejące, rozwijające pełną paletę barw siniaki. To, że jego własne ciało zdawało się ważyć o wiele więcej niż dotychczas zauważył dopiero teraz.
Głos Gauthiera zaczynał osiągać histeryczne rejestry, więc Milo odetchnął z rozdrażnieniem przez nos, głęboko, głośno.
一 Będę żył, po prostu... okay, obiad jest opcją, czemu nie. Zjem, odgrzej mi. 一 Sam potrzebował czasu by odzyskać w pełni kontrolę nad rozbiegającymi się wciąż na boki myślami, Dylan natomiast najwyraźniej potrzebował dystrakcji. Zajęcia, na jakim mógłby się skupić zamiast dokonywać oględzin na nowo i na nowo, zatem pchnięcie go w stronę podania obiadu wydawało mu się dobrym, taktycznym posunięciem.
Z lekkim, niekontrolowanym skrzywieniem ust, którego nie zdążył powstrzymać nim stało się widoczne, Milo wysmyknął się spod dylanowego ramienia i poprawił sobie szlafrok na ramionach; czuł się już dostatecznie nagi po bezczelnym obnażeniu go z poczucia bezpieczeństwa i rozbudzeniu sentymentów, które od lat starał się trzymać na dystans, nie potrzebował jeszcze, żeby zdradziło go ubranie.
Kuchnia oślepiła go jasnym światłem, nie wiedział tylko, czy było tak ostre zawsze czy to jego percepcja odbierała obecnie wszystko ze zdwojoną intensywnością. Przyciągnął sobie taboret, wcisnął się na niego z ciężkim westchnieniem i po złożeniu na blacie swoim przedramion w kopertę, Milo schował w nich twarz.
Półmrok był łaskawszy, nawet jeżeli przygarbiona pozycja niekoniecznie służyła jego kiepskiej postawie. Kręgosłupem przypominał bardziej krewetkę niż homo sapiens.
Połowy pytań nawet nie zarejestrował, ilość oraz waga informacji jakie tego dnia przyjął graniczyły z emocjonalnym hazardem i osiągnięciem limitu pojemności. Dopiero po paru minutach, gdy cisza przy garnkach zaczęła wybrzmiewać głośniej niż cisza, Milo uniósł nieznacznie głowę i zerknął kątem oka na uwijającego się przy obiedzie Gauthiera.
Czekającego na niego bite kilka godzin bez słowa.
Prawdopodobnie odchodzącego od zmysłów.
Odciętego od możliwości umieszczenia tych nowych rewelacji wśród tego, co było mu znane.
I, ponieważ Milo zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nie powiedział mu zbyt wiele, musiało to być wyjątkowo trudne.
一 Więc... 一 zagaił dokładnie tak, jak zdaniem Estelli nie powinno się zaczynać rozmowy. 一 Moja rodzina to trochę skomplikowany temat, to... nie, właściwie to dość proste. Nie widziałem nikogo od ponad dziesięciu lat? Coś tędy, miałem koło trzynastu, kiedy wygodnie zapomnieli o mnie na dworcu w Prescott.
Rozstawianie po blacie solniczki, pieprzniczki i małej karafki z sosem sojowym (Milo uwielbiał nim wszystko doprawiać) okazało się nagle szalenie zajmujące.
一 Mam sześciu starszych braci i cztery siostry, jestem najmłodszy i chyba dlatego najłatwiej było się mnie pozbyć. Nie wiem, tak zgaduję, bo nie miałem okazji tego zweryfikować i szczerze mówiąc, nie chcę.
Postanowił za to zagłębić się w mechanizm młynka do pieprzu, rozkręcił go więc i zaczął skrupulatnie wyciągać wszystkie drobiazgi składające się na proste urządzenie.
一 To było krótko po tym jak nielegalnie przeszmuglowali nas przez granicę, widzisz, z jakiegoś powodu musieliśmy koniecznie wyjechać z Meksyku, nawet jeżeli prawie nas przy tym rozstrzelali. Nie zrozum mnie źle, mam na myśli i przemytników i wojsko, nie widziałem większej różnicy.
Pamiętał, że i jedni i drudzy krążyli bez słowa z karabinami w ciężkich buciorach, wzbijających ze spalonej słońcem ziemi pył.
Jedna z pomniejszych zębatek szczęknęła o blat, Milo zdążył przyklepać ją do niego płasko dłonią zanim potoczyła się na podłogę.
一 Po prostu wydawało mi się, że Pablo był inny niż reszta, ale wyszło na to samo. Nie szukał mnie, nie wrócił po mnie, a ja specjalnie się nie ukrywam. Nie mam pojęcia dlaczego przyszedł akurat teraz, bo nie do końca chce mi się wierzyć, że po tylu latach nagle odczuł potrzebę pojednania, pierdolenie. Myślę, że nie odezwałby się gdyby nie musiał, a to oznacza, że czegoś mu trzeba. Nie wiem jeszcze czego, ale nie będę zaskoczony. I jeszcze... 一 Milo przerwał na chwilę i westchnął, płytko i jakoś tak beznadziejnie. Właśnie nagiął sprężynę i ustawił ją w lepszej pozycji niż była do tej pory. 一 No, jest ta mała. Rose? Jego córka, nie sądzę, żeby kłamał i... wiesz, o tyle o ile powinno mnie to chyba obchodzić, tak ja chyba chciałbym... uhm. Będzie zupa?
Wolał zmienić temat; na razie sam jeszcze nie ustalić czego tak naprawdę by sobie życzył, może poza tym, by rodzina od której nie chciał już niczego więcej dała mu święty spokój.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wszedł do pomieszczenia za nim, kierując się prosto do blatu, na którym zostawił przykryte talerze z ravioli, które zdążył przygotować na jego powrót. Reszta, podzielona na dwa pudełka, już znajdowała się w lodówce i czekała na godziny obiadowe dnia następnego. Przerzucając zawartość talerzy z powrotem na patelnię, rzucił okiem na zwiniętego kawałek dalej mężczyznę i z wargą zagryzioną między zębami wrócił do szturchania makaronu szpatułką. Chciał dać mu przestrzeń na dojście do siebie zamiast naciskać i dociekać, nawet jeśli potrzeba upewnienia się, że wszystko faktycznie było pod kontrolą, zdawała się być silniejsza od niego. W końcu od tego był, przynajmniej według własnych założeń i przekonań, jakimi się kierował - od oferowania wsparcia, od dawania mu oprzeć się o swoje ramię, gdy tylko tego potrzebował, od słuchania o wszelkich kwestiach sprawiających mu przykrość i pomagania przez nie przebrnąć. Jako partner, owszem, ale przede wszystkim jako przyjaciel.
Kiedy ponownie usłyszał jego głos, spojrzał na mężczyznę przez ramię na znak, że słucha, chociaż zdawało się to być całkowicie zbędne, jeśli oceniać po fakie, że wzrok Milo utkwiony był w rozkręcanym młynku. Wrócił więc do kontrolowania temperatury powoli podgrzewającego się sosu i słuchał. I jakby jego szok w korytarzu nie był wystarczający, właśnie otrzymał jego świeżą, podwojoną dawkę.
- Jak to zapomnieli? Byłeś... - dzieckiem, bezradny, całkiem sam - urwał zanim zdecydował się na dokończenie zdania, przede wszystkim dlatego, że Milo to wszystko już wiedział i raczej nie potrzebował przypomnienia. Mocniej zacisnął palce na rączce patelni i odetchnął przez nos, czując jak wcześniejsza frustracja wraca do niego falami. Wcześniej była skierowana na jednego nieznajomego kładącego ręce na własnym bracie, teraz rozciągała się na resztę rodziny, która nie tylko dała mu zostać w tyle, ale jeszcze po niego nie wróciła. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której pozwoliłby swoim rodzicom zaniedbać w ten sposób własne rodzeństwo. Próbowali, może nie do tego stopnia, ale właśnie wtedy sam przejął pałeczkę. Na krótki opis przeprawy przez granicę z rozkojarzenia dotknął brzegu rozgrzanej patelni i cicho syknął, przekładając ją na wyłączony palnik obok.
- Uh - mruknął w odpowiedzi na niespodziewane pytanie po kolejnej, wyczuwalnej w powietrzu zmianie nastroju. Spojrzał na talerz ze świeżo nałożonym, parującym ravioli i milczał przez długie kilkanaście sekund, podczas których przetrzepywał mentalnie ich zapasy by ustalić czy miał z czego przygotować jakąś zupę. Nawet jeśli musiałby improwizować, po wszystkim, co ten tego dnia przeszedł, ogarnięcie mu porządnego obiadu stanowiło minimum tego, co mógł dla niego zrobić. - Będzie. To uznaj za przystawkę, daj mi chwilę. Pomidorowa brzmi okej? - upewnił się, odwracając się do niego przodem po wygrzebaniu z szuflady widelca i postawił przed nim przygotowane danie. Rozproszenie, chociaż skuteczne, zadziałało tylko na krótką chwilę. Jeśli Milo sądził, że jest w stanie zrzucić na niego kilka bomb atomowych i nie doczekać się dodatkowych pytań, to chyba nie znał go dostatecznie dobrze.
- To jest pierwszy raz kiedy widziałeś kogokolwiek z nich od dziesięciu lat i prawie się przy tym pozabijaliście? Żadnych przeprosin, nic? - spróbował sam ułożyć sobie w głowie otrzymane informacje i kucnął przy boku mężczyzny, spoglądając na niego z dołu i opierając dłoń na materiale szlafroka zasłaniającego jego udo. - I, Milo, jak faktycznie będziesz chciał się z nią zobaczyć, nie musi to od razu oznaczać, że utrzymasz z nim dalszy kontakt. To nie jest... Nie musisz podejmować decyzji o wpuszczaniu go z powrotem do swojego życia, w każdej chwili możesz się wycofać - zapewnił go, skupiając się na wyraźnym dylemacie jaki ten poruszał już drugi raz. I za każdym razem, gdy temat schodził na dziecko jego brata, zdawał się zmieniać ton. Dylan personalnie naprawdę wolałby, aby ten nie robił w swoim życiu miejsca na człowieka, który traktował go w ten sposób, zarówno przez całe życie trzymania się na dystans, jak i teraz, fizycznie go raniąc, jednak wiedział też, że nikt nie pytał go o zdanie. - Na później mamy też deser - poinformował go jeszcze, łagodnie ścisnął jego nogę i podniósł się do pionu by zostawić go sam na sam z jedzeniem, podczas gdy on wracał do roboty. Wystawił z szafki gotowy bulion i pomidory w puszce, po czym zabrał się za szatkowanie cebuli i krojenie marchewki, podczas gdy czekał na zagotowanie się wody na ryż. Krążył między blatem roboczym, kuchenką i szufladą z przyprawami przez kilka minut, odchodząc dopiero po nałożeniu pokrywki na garnek z powoli bulgoczącą zupą.
- Za sekundę wracam - obiecał, jakby obawiał się, że ten rozpłynie się w powietrzu podczas jego zbyt długiej nieobecności, i ruszył do łazienki by przetrzepać ich prowizoryczną apteczkę. Wrócił niosąc maść z arniką i oparł się o blat obok Rivery. - Dasz mi czy wolisz zrobić to sam? - upewnił się, doskonale pamiętając jak ten zareagował na lekkie odchylenie szlafroka by zobaczyć jeden z siniaków. Wolał nie pogarszać sprawy pakując się z rękami tam, gdzie go nie chciał.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 No zapomnieli 一 podsumował gorzko, ale w miarę spokojnie. 一 Nikt nie wrócił, nikt nie pytał, przeżyłem.
Wciąż nie czuł się komfortowo - i nie sądził, by kiedykolwiek miałoby się to zmienić - przy oprowadzaniu Dylana wąskimi, ciemniejszymi korytarzami swojego życia do jakich sam już od dawna się nie zapędzał, najwyżej w te gorsze dni, w momentach, kiedy robił się nieco zbyt sentymentalny albo jakiś nieprzewidziany impuls popychał go prosto w kierunku wrażliwych skojarzeń.
Palcami mozolił się powoli wkręcając maleńkie śrubki z powrotem, krytycznie sprawdzał skuteczność poprawionego mechanizmu; właśnie opieprzył stolik.
一 Pomidorowa jest super 一 odparł automatycznie, reagując dopiero gdy zapach uderzył go w nos, a uścisk dłoni na kolanie sprowadził go z powrotem. Nie zorientował się, że jego luźno rzucone pytanie wykraczało poza przewidziane menu, zresztą zupa była zwykle najbezpieczniejszą opcją w przypadku Milo, poza tym bulion zawsze działał na niego terapeutycznie. 一 Jakbym wiedział, że jest, to nie dałbym się tak łatwo do tego krzesła... no 一 bredził trzy po trzy, uznając to za lepsze rozwiązanie niż grobowe milczenie nad talerzem. Gorące ravioli, na które z rozpędu zapomniał wydmuchać oparzyło mu język. Był wdzięczny, że z resztą pytań Gauthier był łaskaw zaczekać aż przebrnie przez pierwszego pierożka, bo niewykluczone, że kęs stanąłby mu w gardle.
Odruchowo chciał natychmiast odpowiedzieć twierdząco.
Potrzebował tego ułamka sekundy na przypomnienie sobie o swojej prawdopodobnie wygasłej już kartotece i kaucji, jaką Estella była uprzejma za niego wpłacić.
一 Pierwszy 一 skłamał po chwili zastanowienia, ze wzrokiem wbitym w talerz i widelcem rozkrawającym ravioli z takim zaangażowaniem, jakby w miejscu sympatycznych poduszeczek z ciasta i farszu widział coś zupełnie innego. A potem parsknął krótko pełnym rozgoryczenia śmiechem, gdy dotarło do niego o co jeszcze Dylan próbował go wypytać chwilę temu i spojrzał na niego tak, jakby w jego obecności pomylił Teslę z Edisonem. 一 Przeprosin? Żartujesz? On nie ma sobie nic do zarzucenia - jego słowa, nie moje! Twierdzi nawet, że wyszedłem na tym lepiej niż reszta, więc może to dobrze, że przykleił mnie do tego jebanego krzesła, bo wypatroszyłbym go na blacie roboczym.
Uraza musiała być głęboka, Milo na niewiele rzeczy reagował tak zajadle i emocjonalnie, a już na pewno nie komentował ich na głos.
一 I absolutnie nie zamierzam 一 odciął się natychmiast, kategorycznie nabijając ravioli na widelec, jakby był to jakiś gwarant postanowienia. 一 Chcę zobaczyć tego dzieciaka i w razie czego upewnić się, że jak ten kutas pójdzie w ślady ojca mała nie zostanie na lodzie.
I chociaż brzmiało to jak szaleństwo nawet w jego głowie, czuł się w obowiązku by w sytuacji konieczności nie doprowadzić do powtórki. Ten cykl kończył się na nim.
Myśl o deserze niestety nie była wystarczająco pocieszająca by uruchomić w nim optymizm, ale wystarczyła aby zainicjować jakąś ciekawość. W ostatnich tygodniach Dylan chyba przechodził przez jakiś etap fascynacji cukiernictwem, bo zamiast standardowych owsianych ciastek na stole zaczęły pojawiać się mniej klasyczne wyroby, z czego co najmniej połowy Milo nigdy wcześniej nie widział na oczy. Niektóre wyglądały jakby Gauthier zamówił je w jednej z tych diabelnie drogich, modnych manufaktur w centrum miasta, gdzie nawet spojrzenie przez witrynę zdawało się kosztować fortunę, inne ewidentnie przypominały efekt nieudanego eksperymentu - mimo to na ogół nawet one były smaczne i Rivera chętniej i częściej pojawiał się w kuchni by podkraść rozpuszczonego na płasko pseudo-żółwia, albo odrobinę przesuszoną żabę.
Do powrotu Dylana z jego talerza zniknęły wszystkie pierożki, sos natomiast został wybrany z taką precyzją, że rokowało to całkiem dobrze dla jego apetytu. Zupa i deser wciąż trzymały go przy stole.
一 Hmm? Och, nie nie, nie trzeba 一 odżegnał się od razu i wyprostował na widok niegroźnego słoiczka maści arnikowej. Zmarszczył ze zmęczeniem brwi, wbił wzrok najpierw w kosmetyk, później w twarz Dylana i pokręcił głową. 一 Zostaw gdzieś na wierzchu, później sobie wklepię. To w ogóle działa?
Pamiętał, że podobne mazidło Estella wcierała i jemu i Diego ilekroć wracali skądś poobijani i o tyle, o ile nikt nie śmiał na głos kwestionować jej metod, tak Milo nie zauważył szczególnej różnicy. Siniaki wciąż było widoczne, co najwyżej znikały o jeden czy dwa dni wcześniej.
一 Czekaj. Czy ty... czy ty specjalnie dla mnie robisz w tym momencie zupę?!
Nie zwrócił na to wcześniej uwagi, ale pozostawiona na moment bez nadzoru deska z niedokrojoną cebulą i marchewką mówiła mu na ten temat wystarczająco by wyciągnął wnioski. Z zażenowaniem zawiercił się na taborecie, ciaśniej otulił szlafrokiem i zassał dolną wargę by obskubać ją sobie nerwowo zębami.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyzwiska i groźby zapełniające kuchnię wbrew pozorom dawały radę trochę ukoić nerwy Gauthiera. Wolał je od milczenia, domyślania się co było nie tak i znoszenia ciężaru obecności zakorkowanych emocji narastających gdzieś pod powierzchnią by przerodzić się w coś brzydszego. Złość była mile widziana, a chęć porozmawiania sobie z jego bratem w trochę bardziej dotkliwy sposób podzielana przez ich oboje. Dylan z założenia był pacyfistą, nie pakował się w zbędne problemy i zwykle dawał radę załatwić nieporozumienia polubownie i dyplomatycznie, jednak także miał swoje granice. Właśnie odkrywał jak wielkim przekroczeniem ich było zagrożenie bezpieczeństwu Milo.
- Przeciwzapalnie i przeciwobrzękowo. No, nie usunie ich magicznie przez noc, ale powinno przyspieszyć gojenie. I będzie miej bolało - zaoferował krótkie wyjaśnienie działania kremu i zgodnie z poleceniem odstawił słoiczek na stół. - Jak obiję się na boisku to zwykle pomaga - przyznał, dodając odrobinę personalnego doświadczenia do zestawu. Prawie wymsknęło mu się wspomnienie o tym, że doleczali go tym po operacjach i zapach do teraz kojarzył mu się głównie z rekonwalescencją, jednak nie był to czas ani miejsce na wyciąganie swoich nieprzyjemnych historii sprzed lat. Przynajmniej mógł potwierdzić, że działało.
- No... tak - odparł powoli, zaskoczony zarówno pytaniem, jak i tonem w jakim zostało mu zadanie. Personalnie nie widział w czym problem, zwłaszcza kiedy Milo zdawał się zagłębiać bardziej w swoją skorupę. Podniósł dłoń, by odgarnąć mu za ucho jeden z loków, nawet nie przez to, że znajdował się w niepoprawnym miejscu, co z narastającej chęci dotknięcia go w jakikolwiek sposób. - Chcesz zupę to ją dostaniesz. Zresztą, przyda ci się coś rozgrzewającego - dodał w dziwnej potrzebie wytłumaczenia swojego rozumowania, chociaż osobiście uznawał to za kwestię jasną jak słońce. Stanie przy garnach trochę dłużej go nie bolało, a nawet jeśli, jak mógł w ten sposób spróbować trochę podnieść go na duchu i poprawić ten spaprany dzień, byłoby to warte odrobiny poświęcenia. - Właśnie, ryż - mruknął pod nosem, wracając do kuchenki by zgarnąć z niej rondelek gotowy odcedzenia i wrzucić porcję ryżu do głębokiego talerza. Zajęcie dla rąk było przyjemne, znajome, zwłaszcza, kiedy każdy mechanicznie wykonywany gest toczył się wkoło przygotowywania jedzenia dla ważnej dla niego osoby. Pomagało mu to odwrócić własną uwagę, przynajmniej odrobinę, od kwestii naglących i mniej wygodnych, jednak nie całkowicie. Od kiedy Rivera przekroczył drzwi mieszkania zdążyło wydarzyć się wiele, przede wszystkim jednak najwięcej energii wymagało od niego przyswajanie nowych informacji i układanie własnych wniosków. Część była dość jasna, tak jak jego odczucia względem rodziny Milo, względem Pablo, inne wymagały trochę więcej czasu i, jeśli się dało, szczerych rozmów, jednak jedna kwestia niewygodnie obijała mu się w głowie od dłuższej chwili i dopiero teraz dał radę złapać ją dostatecznie stanowczo by przyjrzeć jej się z bliska.
- Milo, jak... Jak będziesz planował się z nim zobaczyć, dla małej, w sensie, chcę iść z tobą. Okay? - zaczął, intensywnie wpatrując się w krople wody spływające po wnętrzu pokrywki na garnku z zupą. Potrzebowała jeszcze kilku minut. - W razie czego. Nie zamierzam być na drugim końcu miasta i liczyć na to, że tym razem nic ci się nie stało - dodał, odwracając się w jego stronę i rzucając mu niepewne spojrzenie, gotowy w razie potrzeby postawić na swoim. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał szczególnie go do tego przekonywać.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Nie jestem fanem takich mazideł 一 wyznał z bardzo oszczędnym entuzjazmem wobec oglądanej z każdej strony maści. Z pewnych powodów nie był fanem wklepywania sobie czegokolwiek w skórę, nie chciał jednak i nie zamierzał wyskakiwać z nimi w tym momencie. 一 Ale spróbuję, co mi szkodzi.
Skoro zdaniem Gauthiera miało pomóc, mógł zrobić wyjątek.
Milo musiał się widać zmęczyć nawigowaniem pomiędzy emocjonalnymi pułapkami, bo powoli zaczynał wdrażać się z powrotem w swój zwyczajowy neutralny tryb, z małym pominięciem wciąż ubolewającej dumy; nie podobała mu się łatwość z jaką Pablo osaczył go na jego własnym terytorium.
Niezbyt komfortowo czuł się również pod czujną obserwacją Dylana, tak, jakby miał rozsypać się gdyby tylko na sekundę spuścił go z oka. Stąd mała zmarszczka pomiędzy brwiami, w reakcji na odgarniany lok, mimo że ten drażnił go od paru minut łaskocząc w policzek i czubek nosa ilekroć pochylał się nad stolikiem.
A może po prostu był sfrustrowany tym, że jego obecny, żałosny stan motywował otoczenie do cackania się z nim jak z dzieckiem, a przynajmniej tak to sobie tłumaczył.
一 Wiesz, że wcale nie musisz 一 zwrócił się do jego pleców, bo Gauthier pełen entuzjazmu i zapewne najlepszych chęci rzucił się do odcedzania ryżu. 一 Wystarczyłyby paszteciki przecież.
Daleko poza jego wyobrażeniem znajdowało się jakiekolwiek pojęcie co do faktycznych wniosków i nastawienia, jakie Dylan rozwinął wobec sytuacji, Milo nie wiedział zatem czy nerwowe wydeptywanie kolejnych kilometrów w ciasnej kuchni, szczegółowe indagacje i chęć zajęcia się czymkolwiek wynikały ze złości na okoliczności czy na niego. Nigdy nie potrafił klarownie ocenić, a spekulacje na ogół prowadziły go donikąd. Nawet uprzednie złorzeczenia tak zgodne i jasno określone względem samego Pablo nie wydawały mu się już tak oczywiste.
Słysząc prośbę, z przyzwyczajenia poczuł się w potrzebie zaprotestowania na tak jawny protekcjonalizm, zdający się jeszcze głębiej wbijać szpilę pod tytułem: „Dałem się zaskoczyć i obwiązać jak indyk na święto Dziękczynienia we własnym miejscu pracy“ i Milo aż wydusił z siebie jakieś oburzone, udźwięcznione prychnięcie.
一 Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję cholernej eskorty 一 wypalił bez zastanowienia, zwijając pasek szlafroka w rulonik dla zajęcia rąk. I mimo że ta deklaracja powinna była - w zamierzeniu przynajmniej - go uspokoić, ugruntować w przekonaniu o własnej zaradności i braku potrzeby polegania na kimkolwiek poza sobą samym, wcale nie poczuł się lepiej. Przeciwnie, gdy już dotarł do niego wydźwięk tego szczenięcia wyrzuty sumienia ścisnęły go za żołądek i zmusiły do zweryfikowania podejścia.
一 Przepraszam. Nie wiem dlaczego tak z tym wyskoczyłem, nie chciałem być niemiły.
A potrafił być bez powodu i wiedział o tym doskonale, dlatego w chwilach większej przytomności umysłu, w sytuacjach w jakich mógł poświęcić więcej czasu na ich przeanalizowanie i dopasowanie właściwej reakcji powoli robił postępy. Nie gryzł tak często, rzadziej pluł jadem, sprawdzał jak daleko mógł posunąć się z uszczypliwością by nie dotknęła zbyt głęboko, a pozostała w konwencji żartem. Bardziej problematyczne były te chwile, kiedy tracił przywilej czasu, a jeżeli na dokładkę był przebodźcowany lub czymś dogłębnie poruszony, filtr przepuszczał to, co normalnie wychwyciłby jako niedopuszczalne.
Minęło kilkanaście długich sekund w ciągu których Milo parokrotnie zwilżył nerwowo wargi końcem języka, zacisnął palce na krawędzi taboretu i ze wzrokiem wbitym twardo między łopatki Dylana myślał nad jakimś sensownym wybrnięciem, ale nic błyskotliwego nie przyszło mu do głowy. Gdyby Gauthier był maszyną, produkował czytelne komunikaty zapisane binarnie albo chociaż wyświetlał kod błędu...
Od dłuższej chwili siedział jak na szpilach wiercąc się, podrygując nerwowo stopą, zwijając i rozwijając rulon z paska, aż wreszcie stołek szurnął na kafelkach gdy zerwał się z miejsca i boso przemaszerował po linii prostej do zajętego zupą Dylana. Milo nie wiedział, czy modlił się nad marchewką czy wróżył ze skroplonej pary na pokrywce, to nie miało znaczenia. Wepchnął mu ręce pod łokcie, owinął mu się wokół zanurzając zbyt długi rękaw w rondlu i przytulił się mu do pleców jak do ostatniej deski ratunku. Tak, jakby już nic stałego - poza Jednostką Urojoną i Gauthierem per se - nie zapewniało mu spokoju ducha.
一 Przepraszam, że jestem nieznośny 一 wymamrotał mu prosto między łopatki, przez co przekaz był odrobinę przytłumiony. 一 Możesz uczestniczyć, może to i lepiej. Może tym razem będzie bardziej... cywilizowanie.
Nie do końca wierzył w to, że w ich przypadku było to w ogóle możliwe, ale mógł przynajmniej spróbować.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Po wcześniejszych, bardzo wyraźnych oznakach znajdywania się na granicy cierpliwości, Dylan spodziewał się, że jego wniosek może zostać w jakiś sposób zakwestionowany czy wręcz odrzucony. Mimo wszystko sądził jednak, że ponownie usłyszy zapewnienie o tym, że przecież nie musiał, stąd nieprzyjemny ton skierowany tym razem bezpośredniego w niego dał radę go zaskoczyć i na chwilę uciszyć. Spięte mięśnie szczęki poruszyły się pod skórą, gdy zacisnął zęby jakby musiał przeboleć pierwszy moment po fizycznym uderzeniu.
- Nie o to mi chodziło i dobrze o tym wiesz - odparł, przeplatając się z jego pospiesznymi przeprosinami. Nie zarejestrował ich w pełni, zbyt zajęty rozkładaniem na części pierwsze własnych intencji przez nagłe wątpliwości co do tego, co tak właściwie chciał osiągnąć i jakie podejmował ku temu kroki. Zadanie było jednak szczególnie utrudnione przez nowy napływ frustracji mieszający się z już obecnym poczuciem bezsilności, przekonaniem o zawaleniu narzuconego samemu sobie zadania ochrony Milo, oraz z żywą nienawiścią względem każdej kolejnej osoby, która przyłożyła rękę do jego aktualnie roztrzęsionego stanu, stąd stał w bezruchu wpatrując się w garnek z zupą, jakby ten miał dla niego jakiekolwiek odpowiedzi. Drgnął zaskoczony objęciem, chociaż zarejestrował stanowczo zbliżające się kroki, a jedna z jego dłoni instynktownie wylądowała na przedramieniu mężczyzny i przymknął oczy z westchnieniem na zakomunikowaną zmianę zdania.
- Dzięki. I nie jesteś. Nieznośny, znaczy się - poprawił go, opierając się wolną ręką o kant blatu, jakby potrzebował fizycznej podpory by znaleźć skrawki równowagi. Miał wrażenie, że chwiał się bez przerwy od momentu, kiedy Rivera nie odebrał jednego telefonu zbyt wiele, i aktualnie nie był nawet pewny czy wciąż stoi na stałym gruncie. Ramiona owinięte wkoło jego torsu pomagały mu przynajmniej oddychać. Uśmiechnął się nieznacznie i pokręcił głową. - No dobra, może trochę. Odrobinę. Bo nie dajesz mi... - urwał, marszcząc czoło i jeszcze raz przedzierając się przez własne myśli. Może najwyższy czas je trochę uporządkować. - Po tym wszystkim byłoby dziwne jakbyś nie był wkurwiony. Tylko... Słuchaj. Wiem, że jesteś samowystarczalny, nie jesteś dzieckiem, nie potrzebujesz niańczenia, nie potrzebujesz nawet... no, mnie. Nie jestem ci niezbędny, nie w tej sytuacji, pewnie nie w ich większości, bo radzisz sobie i zawsze radziłeś, ale to nie znaczy, że będę stał z boku i patrzył jak się męczysz, albo że dam ci wskoczyć w niebezpieczną sytuację bez wsparcia. I nie chodzi o to, że muszę, albo czuję że muszę, albo w ciebie wątpię, bo tak nie jest, ale chcę ci to trochę ułatwić, bo możesz... Wiesz, że możesz się o mnie oprzeć, co nie? - upewnił się, przekręcając lekko głowę, jakby chciał zajrzeć przez ramię i na niego spojrzeć. Jedyne co złapał kątem oka to kilka ciemnych loków wystających mu zza barku. - Bo nie potrzebujesz eskorty, ale może przydać ci się ktoś po twojej stronie, chętny w razie potrzeby na przykład, czysto teoretycznie, dać Pablo w zęby. Albo zrobić dla ciebie zupę jak masz gorszy dzień. Albo... - uciął i wypuścił ciężki oddech, pozwalając by ramiona opadły mu wraz z odchodzącym spięciem.
- Bałem się o ciebie dzisiaj. Cholernie. Nie wiedziałem kiedy i czy w ogóle wrócisz, czy lepiej na ciebie czekać, czy iść cię szukać, czy coś ci się... No, stało. I nie chcę żeby stało się ponownie, ale to jest coś, czego ja potrzebuję by czuć się lepiej, kiedy sam nie wiem czego tak właściwie w tym momencie potrzebujesz ty - przyznał, ponownie wracając wzrokiem do wesoło bulgoczącej pod pokrywką pomidorowej. - Nie chciałem potraktować cię jak nieporadnego dzieciaka, ale jak jest coś co mogę zrobić, żebyś faktycznie poczuł się lepiej, to chętnie zrobię to po twojemu - zaoferował i wyłączył palnik pod garnkiem, symbolicznie gasząc też własną, chaotyczną chęć bycia użytecznym w trudniejszym momencie. Wciąż chciał być, ale mógł spróbować zrobić to w sposób, jaki faktycznie byłby mile widziany przez poszkodowanego.
Milo Rivera