-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dlatego tym bardziej czuł się winny za to, jak potraktował Josha. Ile mu naubliżał i jak go pobił, choć przecież to Dominic powinien oberwać najbardziej. Dlatego nie mógł znowu pogorszyć i tak skomplikowanych już relacji. Z ich obojgiem.
Nie miał za to świadomości, że propozycja współpracy z Sydney nie była dla Skye komfortowa z zupełnie innych powodów, niż mógł przypuszczać. Dla niego wyglądało to na ogromną przysługę, gdyż ten projekt to ogromna inwestycja i szansa na rozwój kariery, co wiązało się z dodatkowym stresem i odpowiedzialnością. Ewentualne plotki na swój temat już dawno nauczył się puszczać jednym uchem, a wypuszczać drugim, poza tym ciemnowłosa miała narzeczonego, więc nie wpadł na to, że miała jakieś powody do zazdrości. Owszem, Syd sugerowała mu kilkukrotnie, że był na jej radarze, ale za każdym razem utwierdzał ją w przekonaniu, że wolał pozostawić ich relacje czysto zawodowymi. A że w jego oczach zyskiwała jako całkiem w porządku dziewczyna, pozwalał, by wywiązało się między nimi coś w rodzaju przyjaźni. Nikt jednak nie był w stanie zastąpić mu Skye, a blondynka mogła jedynie o tym pomarzyć.
— Dziękuję. Odwdzięczę się - zapewnił miękko, dopiero w chwili wypowiedzenia tych słów uświadamiając sobie, że w innych okolicznościach znalazłby na to co najmniej jeden odpowiedni sposób i niemal westchnął. Zamiast tego chyba najwłaściwsze było napisanie jej rekomendacji.
Deklaracja ciemnowłosej wywołała w nim mimowolne rozczulenie. Po tych długich tygodniach nieobecności, a później dotkliwego zdystansowania, przestał już mieć nadzieję na to, że jeszcze dane im będzie jakkolwiek czerpać z tej więzi. Jak się okazywało, pomimo skomplikowania, nadal była wyjątkowo silna i przynosiła im wiele dobrego. I choć jej zapewnienie niezwykle skutecznie wpłynęło na jego wewnętrzny spokój, tak wiedział, że rozsądek nie pozwoli mu na więcej, niż było to konieczne.
— Oby nie zaskoczył nas swoim zwolnieniem - odparł przewrotnie, kończąc temat Jenkinsa. Ta mała dygresja nieco poprawiła mu humor. Potrzebował na chwilę odwrócić swoją uwagę od myśli krążących wokół mamy. Choćby na tyle, na ile było to możliwe.
Ostatnia doba była dla niego bardzo ciężka. Dlatego nadal nie dowierzał, że Skye go odnalazła i że mógł wdychać jej zapach i czuć jej ciepło przenikające przez jego skórę. Swoją obecnością przywracała mu siły i sprawiała, że jego świat stawał się bardziej kolorowy. Wcześniej będąc zagubionym, w jej ramionach odnajdywał drogę. Nikt inny nie działał na niego tak, jak ona. Nikogo nie pożądał tak, jak jej.
Jej wargi na szyi i gorący oddech przywołały wspomnienia tamtej nocy. Powstrzymanie jej przed powędrowaniem ustami dalej było bardzo dalekie od jego pragnień, więc przez kilka sekund wahał się, czy zatracić się w doznaniach, które wciąż tkwiły w jego głowie, będąc najlepszą rzeczą, jakiej doświadczył. Imię, które wydobyło się z jego ust wraz z tęsknym westchnieniem, już dawno wryło się w jego serce, teraz mocnymi uderzeniami chcąc wyrwać się z piersi. Do niej.
Rozdzierała go świadomość, że będąc tak blisko, wpatrując się w jej oczy i czując na policzku jej palce, nie mógł jej mieć. Jego pytanie miało pomóc, ale wywołało tylko większe zamieszanie. Nie musiała nic mówić - widział to w jej oczach. Nie bez powodu przyjęła pierścionek i zamieszkała z Joshem. Ale też jakoś magicznie ciągnęło ją do niego. Jej westchnienie również demaskowało jej brak pewności i zagubienie. Niemniej, nie miał prawa wpływać na jej decyzje. Sama musiała dokonać wyboru.
Mimo to przymknęła oczy i z pełną świadomością zbliżyła się do niego, aż intuicyjnie położył swoją dłoń na jej szyi, z trudem powstrzymując się, by jej do siebie nie przyciągnąć. Napięcie między nimi narastało, kiedy ich wargi niemal się zetknęły i owionął go jej gorący oddech. Jego imię zadźwięczało mu w uszach tęskną pieśnią, a muśnięcie jej warg o swoje sprawiło, że niemal poddał się przepełniającym go emocjom. Przy zdrowych zmysłach trzymała go jedynie nadzieja, że wiedziała, co robiła. Sekundy dłużyły się w nieskończoność, a im dłużej jej wahanie trwało, tym mocniejsze miał przekonanie, jak niesłusznie postępowali. - Zawsze jeszcze pozostaje nam równoległy świat - szepnął, muskając nosem jej nos, chcąc ostatni raz zachłysnąć się tą intymną chwilą, zanim się od siebie odsunęli. Czy pamiętała, co mu powiedziała ostatnim razem? Nie ulegało wątpliwości, że jej słuchał. I że chciał więcej, niż mogli sobie na to pozwolić.
— Och, naprawdę? Ten ktoś chyba musi mieć dobry gust - stwierdził na jej propozycję z pewnym rozbawieniem, czując, że potrzebowali trochę się rozluźnić. Bo choć cofnęli się na bezpieczną odległość, wciąż czuł na sobie jej wargi i oddech. Uśmiechem zamierzał ukryć też niewygodne w tym momencie zrezygnowanie, z jakim przyszło mu się zmierzyć wraz z zawieszeniem w powietrzu pocałunku. Wiedział jednak, że obecnie było to dla nich najlepsze możliwe posunięcie. Wtedy na wysokości jej dekoltu błysnęło mu złoto i mimowolnie uśmiechnął się szerzej. Chyba nie tylko względem jedzenia miał dobry gust. - Jak podobało Ci się przyjęcie? - zapytał z zaciekawieniem. Najwyraźniej Hailey udało się dostarczyć jego prezent. To znaczy, że miał więcej długów do spłacenia.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Daj spokój. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo bez wahania- nie wątpiła w to ani trochę. Zawsze mogła na niego liczyć i nigdy nie oczekiwał, że ona się odwdzięczy. Chociaż starała się w miarę swoich możliwości, jak wtedy kiedy w późnych godzinach wieczornych przyjechał do niej po tym, gdy zaczęły przeciekać jej rury w kuchni, a Josh oczywiście nie odbierał telefonu. Sprezentowała mu następnie pióro w ramach wdzięczności za pomoc. Biorąc część jego obowiązków to ona mogła się choć trochę odwdzięczyć za tak wiele, ile dał jej przez ten rok.
Leżąc teraz na środku Palm House w jego ramionach przez chwilę czuła się jak wtedy w jego mieszkaniu - jakby cały świat przestał istnieć i byli tylko oni we dwoje. Rzeczywistość w postaci pierścionka zaręczynowego przestała istnieć. Nie było teraz miejsca na kwestię jej wypowiedzenia, zerwania znajomości ze względu na Josha czy inne niezręczności, które im towarzyszyły w ostatnim czasie. To było ich miejsce. Nie tylko ta palmiarnia, ale oni w swoich ramionach zapominając o wszystkim i tworząc swoją własną magiczną bańkę. Czując pod palcami bicie jego serca wiedziała, że nie chce go opuszczać. Nie wyobrażała sobie go nie wspierać w tym najtrudniejszym dla niego momencie w życiu. Całą resztą zajmą się potem.
Przynajmniej ona tak to widziała. Niestety, a może i stety, Dominic wciąż był całkiem świadomy rzeczywistości, w której się znajdują. Będąc odpowiednio dojrzałym i przypominając jej o narzeczonym. Nie zachowywała się w porządku w stosunku do żadnego, czuła to podskórnie. Jednocześnie nie potrafiła walczyć z tym przyciąganiem jaki w niej wywoływał Reyes. Jak budował to napięcie między nimi przez ostatnie miesiące spędzając ze sobą coraz więcej czasu, podczas którego po prostu dobrze się bawili - nawet jeśli siedzieli po godzinach w pracy, zawsze miło wspominała ten czas, bo byli razem. Dotychczas uważała, że jest to całkowicie normalne uczucie, którym się darzy serdecznego przyjaciela. Ale teraz? Po tym co się wydarzyło w ostatnich tygodniach? Po tym jak nie mogła się powstrzymać przed złożeniem pocałunku na jego szyi pragnąc zawędrować nimi znacznie wyżej? Pragnąc jego pocałunków na swoim ciele? Pragnąc wrócić z nim do jego domu? Dominic nie był dla niej tylko przyjacielem.
Sekundy zmieniały się w minuty, a one z kolei w wieczność, gdy leżeli w siebie wtuleni czując nawzajem gorące wargi na własnych. Jej oddech przyspieszył i całą sobą walczyła, by nie zrobić kroku dalej. Jego rozgrzana dłoń na jej delikatnej szyi paliła ją zostawiając niewidoczny ślad i kusząc ją jeszcze bardziej. Tak bardzo tęskniła za jego dotykiem. Tak bardzo go pragnęła, że to było wręcz bolesne. Miała wrażenie, że gdyby tylko poczuła ponownie smak jego ust wszystko byłoby znowu w porządku. Z nim wszystko było prostsze i lepsze. Ale miał rację - ten pocałunek wszystko by skomplikował jeszcze bardziej, a ani Josh ani tym bardziej on tego nie potrzebowali. Ale kiedy wspomniał o równoległym świecie, musiała zacisnąć mocno powieki i wstrzymać powietrze, by nie dać ujścia emocjom się w niej kotłującym. Doskonale pamiętała tamten wieczór i ich rozmowę.
- Byłoby cudownie móc się do takiego przenieść - wyszeptała po chwili , gdy doszła do siebie. Nie miała pewności jak wyglądał jego świat. Jego zachowanie, cała jego osoba, wywoływała w niej jeszcze większy mętlik w głowie, ale pierwsze co przyszło jej myśl, gdy wspomniał o równoległym świecie, było to, że chce jego tam. Chce ich razem.
Niestety oboje żyli w innej rzeczywistości, do której pora było wrócić. Nie chciała tego, ale on stawiał granicę, którą musiała uszanować. Było to ciężkie. Cholernie ciężkie. Ale szanowała jego decyzje. Ona miała Josha. On miał Sydney i wiele innych ważniejszych spraw na głowie.
- Albo dobry gust albo tak zwane szczęście amatora- uśmiechnęła się delikatnie chcąc rozluźnić atmosferę jeszcze bardziej. Chociaż gdy wspomniał o imprezie, to nieco się skrzywiła. Było miło, ale brakowało jej go na niej. Najchętniej spędziłaby tamten wieczór całkowicie inaczej.- Dawno nie robiłam imprezy, więc już zapomniałam, ile jest po tym sprzątania- odpowiedziała wymijająco i przypomniała sobie o najważniejszym punkcie tamtego wieczoru. - I dziękuję za prezent. Jest przepiękny- dodała wpatrując się w jego oczy z nieukrywaną wdzięcznością i tęsknotą. Tak bardzo chciałaby mu podziękować w inny sposób niż zwykłymi słowami. Tak bardzo chciałaby czegoś więcej, a jednocześnie miała świadomość, że to w żaden sposób nie jest odpowiednie. Jeszcze nigdy w swoim życiu nie czuła się tak jak teraz - tak bardzo stęskniona za kimś i spokojna w jego ramionach, jednocześnie nie będąca pewna do czego to wszystko zmierza.
Niestety wspomnienie imprezy przywołało również pamięć o słowach Deana. Przypominając sobie o tym Skye powoli zabrała swoją dłoń wstając z podłogi. - Mam z kolei nadzieję, że Twój wyjazd się udał- nie była w stanie o tym wspomnieć będąc tak blisko niego. Jej twarz zdradzała zbyt wiele - rozczarowanie, zakłopotanie i zazdrość. Dlatego zadała je, gdy wstawała i nie mógł tego wszystkiego z niej wyczytać. W dodatku musiała się upewnić, że coś zje i bezpiecznie wróci do domu. Nie zostawi go tutaj samego.
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Odczuwał to każdą cząstką siebie, która lgnęła do niej mimo przeciwieństw losu i wbrew rozsądkowi, który wcześniej nakazywał mu trzymać się od niej na dystans. Jak widać, miał do niej zbyt dużą słabość, żeby oprzeć się pokusie objęcia jej swoimi ramionami, gdy znajdowała się tak blisko.
W ich relacji było coś wyjątkowego, czego nie potrafił określić, niemniej delektował się uczuciem wewnętrznej równowagi oraz spełnienia, jakie dawała mu obecność Skye. W dodatku to nieustające, magiczne przyciąganie sprawiało, że zapominał o wszystkich złych rzeczach, jakich ostatnio doświadczyli. Mógłby tak leżeć z nią przez wieczność i udawać, że oprócz nich nie było świata, jednak jego podświadomość nie potrafiła do końca wyłączyć jego umysłu. Kochał ją. I właśnie dlatego musiał postąpić słusznie.
Wspomnienie o równoległym świecie wydawało mu się w tym momencie tak bardzo na miejscu, bo w innych okolicznościach nie borykaliby się z wyrzutami sumienia, czy ich pocałunek był właściwy. W tamtym świecie, o którym niegdyś marzyła mała Skye, to on dałby jej upragniony pierścionek, wzięliby ślub w Palm House i zamieszkaliby razem, stając ramię w ramię naprzeciw wszystkim przeciwnościom losu. Wyobraził to sobie i, o dziwo, nie wydawało mu się to taką złą perspektywą. Dlatego wyszeptana przez nią odpowiedź mimowolnie go zabolała. - Wiem - szepnął tylko, starając się powstrzymać w głosie czające się rozczarowanie. W tej chwili przeniesienie się tam byłoby idealnym rozwiązaniem. Niestety, rzeczywistość pozostawała bardziej brutalna.
Przez cały dzień nawet nie pamiętał o czymś takim jak jedzenie, ale teraz na samą myśl o włoskich pierożkach zdał sobie sprawę, jak bardzo był głodny. Dowodził temu nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
— Amatora? Wiesz, jak trudno znaleźć w Kanadzie panzerotti, które przypomina te z Apulii? - Uniósł wyżej brew, udając oburzenie, a w jego oczach zamigotało coś w podobie do jego dawnych zawadiackich iskier. Jego humor co prawda pozostawał daleki ideału, ale czuł się już trochę bardziej pewnie.
Ucieszył go widok naszyjnika na jej szyi. Nie miał pojęcia, co to dla niej oznaczało, jednak dobrze było wiedzieć, że jego trud w znalezieniu idealnej zawieszki jako metafory dla słońca, jakim dla niego była, został nagrodzony. Ten prezent był znacznie cenniejszy, niż wskazywała na to cena złota. - Nie ma róży bez kolców - skwitował na jej słowa o sprzątaniu, mając wrażenie, że zabawa nie przyniosła jej takiej radości, jakiej można było oczekiwać po świeżo upieczonej narzeczonej i solenizantki. Nie chciał jednak zagłębiać się w szczegóły w obawie, że poruszy zbyt delikatny temat. Zwłaszcza, że właśnie podziękowała mu za podarunek. Uśmiechnął się kącikiem ust, wpatrując się w jej błękitne tęczówki, w których mógłby się zatracić. - Pasuje do Ciebie, Słońce - odparł cicho. Z każdą taką chwilą coraz bardziej przekonywał się, jak bardzo pasowało do niej to określenie. Była jego Słońcem. Dzięki niej jego świat stawał się barwniejszy.
Nie miał ochoty jeszcze wracać, bo oznaczałby to powrót do niezbyt ciekawych realiów. Wiedział jednak, że ten czas prędzej czy później musiał nadejść. Kiedy Skye odsunęła się od niego, z ociąganiem również podniósł się na nogi. Jak długo właściwie tu leżeli? Nie zdążył zapytać, bo tym razem to ona wspomniała o jego weekendzie.
— Nie było w nim nic szczególnego. Zwiedzanie biur i lokacji przyszłego hotelu raczej nie można nazwać zabawą. Z resztą, teraz to najmniej istotne. - Pokręcił głową. Jeśli przez jego nieobecność ta oferta miała zniknąć, nie żałowałby. W tym momencie miał na głowie znacznie poważniejsze sprawy. - A teraz powiedz, czym przekupiłaś Steve’a, żeby Cię wpuścił? - Zmrużył oczy w oczekiwaniu na odpowiedź, gdy ruszyli w stronę wyjścia.
Skye rzeczywiście nie odpuściła mu, dopóki nie zjadł całej swojej porcji, a nawet, widząc jego apetyt, wcisnęła mu kilka swoich. Dopiero po obfitym posiłku poczuł narastające zmęczenie i znużenie, więc pozwolił jej poprowadzić swoje auto, w tym czasie włączając swój telefon, żeby sprawdzić połączenia. Na widok imienia Josha na ułamek sekundy uniósł brwi, po czym zadzwonił do taty, żeby upewnić się, że wszystko było w porządku.
Kiedy Skye zgasiła silnik auta pod jego kamienicą, westchnął. Nie chciał się z nią rozstawać, ale nie mieli wyjścia. - Dziękuję Ci za dziś, Skye. Weź moje auto i wracaj do domu, oddasz mi je, kiedy przyjedziesz do mamy. - Nie mógł pozwolić jej wracać teraz komunikacją miejską. Jego rozwiązanie brzmiało rozsądnie. Zatrzymał się na moment, zanim pociągnął za klamkę. - Podziękuj też ode mnie Joshowi. - Za troskę, za dobre chęci, mimo że Dominic całkowicie sobie na to nie zasłużył. Mimo krzywej sytuacji Heynes wciąż zachowywał się jak przyjaciel. Więcej blondyn nie był w stanie ubrać w słowa, ale wiedział, że Skye to zrozumiała.
Skye Murray
KONIEC