ODPOWIEDZ
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


011.
I'm fine, seriously.


Ciężko było jej wrócić.
Harvick sukcesywnie powtarzał, że jeszcze powinna odpocząć; że po takich przeżyciach chociaż człowiek goił się fizycznie, to przecież głowa również potrzebowała odpocząć. Nabrać dystansu. Oddzielić przeszłość od teraźniejszości.
Tylko Abby wcale nie chciała odpoczywać. Nie chciała siedzieć całymi dniami w domu, kręcić się bez celu i na siłę szukać sobie jakiegoś zajęcia, żeby przypadkiem nie myśleć. Potrzebowała powrotu do normalności. Wrócić do standardowego rytmu, w którym pół dnia — jak nie dłużej — spędzała w szpitalu, skupiała się na pacjentach i rzygała w kiblu jak kot, bo na SORze pojawił się już kolejny skrajny przypadek, który ją zemdlił. Tego potrzebowała, a nie urlopu.
Dlatego już od rana przechadzała się korytarzem Mount Sinai, zbierając kolejne próbki do badania. Powinna być na intensywnej, tak było przecież odgórnie ustalone w grafiku, jednak Savannah przepisała ją na ogólną i do tego kazała zajmować się najbardziej przyziemnymi rzeczami, jakie tylko były do roboty dla rezydentów. Jakby bała się, że Wallace nie była jeszcze gotowa na pełnoprawny powrót do pracy, a przynajmniej nie na tyle, by ufać jej ze skalpelem w ręce.
I może coś w tym było. Bo chociaż sama Abby wmawiała sobie, że wszystko było w jak najlepszym porządku, tak jej ciało oraz głowa zdawały się pamiętać wydarzenia z Detroit aż za bardzo. Te złe jak i te dobre. Bo o tym zdarzeniu nie dało się mówić jedynie jako o tragedii. A przynajmniej według Abby. A dlaczego to już wiedziała tylko ona i ten jeden strażak, którego przecież i tak więcej nie spotka.
Wciąż nie wiedziała, jak długo siedzieli pod tym gruzem, jednak jej plecy wciąż odczuwały tego skutki, nie mówiąc już o głowie, która w najmniej oczekiwanych momentach, przywoływała przykre wspomnienia krzyczących ludzi, nim dach metra na dobre odebrał im ostatni oddech.
Tak jak teraz, kiedy niosąc pudło z pustymi fiolkami na pobór krwi, na moment się zamyśliła. Znowu katowała się przebitkami z tamtego dnia i to do tego stopnia, że nawet nie zauważyła momentu, w którym na kogoś wpadła. Pudło wbiło się jej w pieś, mocno, a zaraz potem wyleciało z rąk, oczywiście wysypując wszystkie probówki na chłodną podłogę.
Kurwa, przepraszam — wypsnęło się jej. Szczególnie ten niezbyt… kulturalny początek. Podniosła wzrok na ofiarę jej nieuwagi, a kiedy szaro-niebieskie oczy Finnicka osadziły się na jej twarzy, aż odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie był to żaden chirurg lub — co gorsza — Savannah. — Finnick — jego imię opuściło jej usta naturalnie, bardziej z odruchu niż jakby faktycznie potrzebowała coś z tym faktem zrobić, po prostu uznając jego obecność w tym nagłym, zaistniałym chaosie.
Nie zmieniało to faktu, że pod ich butami walała się cała masa fiolek. Kilka z nich było doszczętnie popsute, inne może jeszcze by się nadawały. Abby praktycznie od razu zeszła do parkietu i zabrała się za zbieranie, chociaż jej ręką jakoś dziwnie drżała. Może po prostu bała się konsekwencji?

Finnick Harrison
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
26 y/o
For good luck!
183 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Będę legendą jak Pele (xd), znają miasta i fawele
Ballon d’Ora zgarnę tak jak Dembele, toczycie pianę, ja toczę fele
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ideał, którym wcale nie był.
Internet miał być jego ucieczką od codziennego życia. Nie. Nie chciał być typowym nerdem, który przesiadywałby całe dnie w Internecie w poszukiwaniu drugiego, lepszego życia. Bardziej traktował to jako eksperyment; próbę odnalezienia części siebie, której nigdy nie potrafił zrozumieć.
Zaczęło się spokojnie; od przeglądania stron i komunikowania się z osobami, które tak samo jak on były nieco pogubione i pokrzywdzone przez nierozumiejące ich społeczeństwo. Z czasem jednak przerodziło się to w nagrywanie filmików, gdzie później zaczął dostrzegać, że wszystko to było jedynie niebezpieczną pułapką, w której zaczął być odpowiedzialny nie tylko za swoje życie, lecz także za życie innych. Coraz częściej otrzymywał wiadomości, w których anonimowi użytkownicy zwierzali mu się ze swoich problemów, pisząc, że jego materiały były jedyną drogą ucieczki od rzeczywistości.
Problem polegał na tym, że sam ideałem nie był. Mimo, że spełniał swoje największe zawodowe marzenie, wciąż daleko było mu do obrazu człowieka perfekcyjnego; pozbawionego problemów i z samymi osiągnięciami we wszystkich możliwych dziedzinach.
Dzisiaj jednak coraz częściej myślał o ucieczce z internetowego świata, który zamiast przyjemności generował jedynie presję, z którą nie potrafił już sobie radzić. W końcu jako rezydent miał nadmiar obowiązków przez które coraz częściej brakowało mu dni, w których mógłby na spokojnie tworzyć materiały dla innych. Nie dlatego, że stało się to dla niego problemem, lecz dlatego, że w końcu chciał skupić się na sobie, zamiast wiecznie na innych, których problemy zawsze były dla niego priorytetem.
To właśnie przez to coraz bardziej podpadał jednemu z profesorów, który od początku był na Finnicka cięty. Sam nie wiedział dlaczego, ale już od pierwszych momentów na studiach to właśnie z nim zawsze miał pod górkę. Do dzisiaj doskonale pamięta ostatni semestr, gdzie irytujący starzec z całych sił próbował przekonać go, że nie nadaje się na lekarza i że najlepszym rozwiązaniem byłoby zrezygnowanie ze studiów, zanim popełni największą pomyłkę swojego dotychczasowego życia.
Dodatkowo właśnie dzisiaj, ku jego zdziwieniu, został wpisany na listę jego asystentów. Był to dla Finnicka potężny szok, ponieważ ostatnią rzeczą, o której kiedykolwiek by pomyślał, była współpraca z osobą, która od zawsze chciała pozbawić go wszelakich marzeń. I wcale się nie mylił, ponieważ cały dzień przypominał istny Armagedon, zakończony dodatkowo potężną kłótnią, przez którą miał ochotę wykrzyczeć staruszkowi wiązankę słów, przez którą zostałby automatycznie wykreślony z wszelakich złudzeń o przyszłej karierze chirurga.
Zdenerwowany miał nadzieję, że po zakończeniu dyżuru wróci do domu i w końcu da upust emocjom, gdzie bez zahamowań wykrzyczy wszystko, co przez cały dzień tłumił w sobie. Jednak ku jego zdziwieniu, tuż przed wyjściem spotkał osobę, której najmniej się teraz spodziewał. - Abby? Co ty tutaj robisz? Nie powinnaś jeszcze odpoczywać w domu? - zapytał, starając się nie okazywać całej narastającej w nim złości. Mógł być wściekły na cały świat, jednak widok kobiety, która przeżyła spotkanie z piekłem, sprawił, że wszystkie jego problemy momentalnie zeszły na dalszy plan. - Jak się czujesz? Wszystko w porządku? Nie wiedziałem, czy już mogę zadzwonić… - dodał ciszej, z wyraźną troską w głosie. Mimo że od dawna nie byli już razem, kobieta wciąż… na swój sposób była ważną częścią jego życia.
Abby Wallace
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej ruchy były nerwowe. Wyjątkowo niepodobne do kogoś, kto na co dzień nienagannie operował igłą, szczycąc się najmniejszą ilość pozostawionych siniaków po pobieraniu krwi lubi wbijaniu wenflonów. Niemal od razu zeszła do parteru, klękając na chłodnej podłodze i zabrała się za zbieranie pustych fiolek.
Przestała na dopiero, kiedy usłyszała jego pytanie. I to wcale nie to, w którym wyrażał zdziwienie jej osobą, a bardziej jej obecnością w szpitalu. Ściągnęła brwi i spojrzała na niego z dołu.

Jak to co robię? Pracuje — rzuciła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Bo była, czyż nie? Świadczył o tym biały kitel, zdobiący jej ramiona i przyczepiona plakietka z napisem Abigail Wallace, rezydentka na piersi. — Chociaż teraz aktualnie zbieram fiolki, jakbyś nie zauważył — dodała, kompletnie ignorując fakt, że według niego powinna jeszcze odpoczywać. Oczywiście, że już wszyscy wiedzieli. Mury szpitala były jeszcze lepsze w przekazywaniu plotek i informacji niż Pudelek. Powinna się spodziewać, że nim wróci, już każdy będzie wiedział, co stało się w Detroit, chociaż poinformowała o tym tylko swoją przełożoną. — Swoją drogą mógłbyś mi pomóc — chociaż przecież nie musiał. To ona nie patrzyła gdzie idzie, kiedy w niego weszła i to jej obowiązkiem teraz było to wszystko pozbierać, a potem jeszcze iść do okienka pielęgniarek i błagać o przebaczenie, że połowa fiolek już kompletnie nie nadawała się do użytku.
Finnick nie odpuszczał. Na jego kolejne słowa westchnęła głośno i przytrzymała jeden z pojemników dłużej w dłoni, obracając w palcach. Spojrzenie również w niego wbiła, kompletnie unikając znajomych szaro-niebieskich oczu.
Wszystko w porządku — mruknęła krótko. — Czemu miałoby nie być? — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Bo co? Bo ludzie, którzy prawie zginęli pod gruzem od razu mieli być nie okej? Abby do końca nie była, ale nie miała zamiaru dzielić się tym z kimkolwiek. Wolała sama przepracować to we własnej głowie niż zbierać słowa wsparcia i to wwiercające się w śledzionie współczucie. Nienawidziła litości. Uważała, że nie było nic gorszego od użalających się nad kimś ludzi. Dlatego sama jako lekarz jak i człowiek nigdy tego nie robiła. Tego samego oczekiwała od otoczenia, ale przecież nie można było mieć wszystkiego, tak?
Chciałeś do mnie dzwonić? — dopiero wtedy niosła na niego spojrzenie, nie kryjąc zaskoczenia. — I co, Finnick? Co byś powiedział? — uśmiechnęła się blado, nieco prześmiewczo, a zaraz wrzuciła kolejną fiolkę do pudełka. — Hej Abby, przykro mi, że wylądowałaś pod gruzem, trzymaj się? — zmodulowała głos, obniżając nieco ton, by brzmiał na ten bardziej podobny do jego. Może jej zachowanie było bezczelne, ale właśnie ta bezczelność była jedynym mechanizmem obronnym, z jakim w ostatnim czasie potrafiła funkcjonować. Ukrywała swoje lęki za maską beztroski i jak narazie działało to dla niej wystarczająco. Daj spokój.

Finnick Harrison
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
26 y/o
For good luck!
183 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Będę legendą jak Pele (xd), znają miasta i fawele
Ballon d’Ora zgarnę tak jak Dembele, toczycie pianę, ja toczę fele
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Tak właściwie, to czego się spodziewał? Że z uśmiechem i radością przywita go podczas ich niespodziewanego i nieplanowanego spotkania i będzie udawać, że wszystko jest w porządku? Finnick był bardzo uczulony na fałsz i potrafił dobrze rozpoznać, kiedy ktoś kłamał lub dawał wyraźne sygnały, że nie jest zainteresowany rozmową. Mimo że nie byli już tak blisko jak kiedyś, tak wciąż starał się utrzymywać z nią dobre relacje; nawet jeżeli dla wszystkich wydawali się największymi przeciwnikami.
- Śmieszne, wiesz? Ale tak na poważnie nie powinno cię tutaj dzisiaj być - powiedział ze stanowczym wyrazem twarzy. Harrison był mężczyzną, któremu trudno było okazywać jakiekolwiek emocje, i co najgorsze, naprawdę mógł sprawiać wrażenie zgniłego i zgorzkniałego rezydenta, którego spojrzenie potrafiło odebrać radość z życia. - Naprawdę? Fiołki? Jeszcze może zaraz wmówisz mi, że jesteś potrzebna na wsparciu? Abigail, komu jak komu, ale mi nie opowiadaj takich bajeczek - dodał, łącząc ze sobą wsparcie i gniew, względem podejścia kobiety do zaistniałej sytuacji. Czy naprawdę była aż tak nieodpowiedzialną i nierozważną rezydentką, by po takiej traumie wrócić do pracy i jakby nic się nie stało robić dobrą minę do złej gry? Przebywając z blondynką, nauczył się większości jej sztuczek i potrafił już bez trudu odczytać moment, w którym próbowała go okłamać. - A jeżeli zrobię to za ciebie, to pójdziesz do domu i wrócisz w momencie, kiedy faktycznie wszystko będzie w porządku? - zapytał pewnie, nie bojąc się spojrzeć jej prosto w oczy i wesprzeć w tych trudnych dla niej chwilach.
Przeczuwał, że kolejne chwile mogą nie należeć do tych najprzyjemniejszych. W końcu nie był już jej chłopakiem i nigdy nie miał prawa do tego, by ją do czegokolwiek przymuszać. Gdyby się uparła, jak każdy miała prawo wrócić do pracy, by skupić się na swoich obowiązkach. Jego agresja, stanowczość i ta dziwna pewność siebie wynikały wyłącznie z chęci pomocy i wsparcia. Nie widział jej ani nie słyszał od paru dni, a gdy tylko dowiedział się o tej całej tragedii która ją spotkała,, to od razu załączyła mu się ta wola wsparcia… której do tej praktycznie nikomu jeszcze nie potrafił w pełni pokazać.
- Nie, kurwa. Zadzwoniłbym do ciebie i powiedziałbym coś w stylu… - nie dokończył tylko po to, by wziąć głęboki oddech i ponownie spojrzeć jej prosto w oczy. - Hej, Abby. Tu Finnick. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Nie zawsze między nami było dobrze, ale tutaj, w szpitalu, jesteś mi najbliższą osobą z całego personelu. Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, to zawsze możesz liczyć na moje wsparcie. Teraz odpoczywaj i wróć do nas, kiedy będziesz naprawdę gotowa. - powiedział szybko i stanowczo. Czuł się dziwnie, ponieważ takie emocje jak te przed chwilą były rzadko słyszalne z ust mężczyzny. Miał problemy z ukazywaniem swojej troski, więc może dlatego nie udało im się stworzyć kochającej się pary, gdy jeszcze się ze sobą spotykali.

Abby Wallace
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może miał rację.
Może nie powinno jej tu być.
A jednak była. Pracowała na najwyższych obrotach, bo to i tak było lepsze niż siedzenie w czterech ścianach i rozmyślanie. Niż wracanie wspomnieniami do niewygodnych wspomnień, które kłębiły się w głowie oraz obrazów, które bez ostrzeżenia pojawiały się przed oczami.
Nie oczekiwała od niego, że to zrozumie. Ludziom ciężko było postawić sie w cudzych butach, kiedy sami na własnej skórze nigdy nie przeżyli czegoś podobnego. I jasne, mogli powtarzać jak bardzo było im przykro i jak to będzie dobrze, udając zrozumienie, jednak tak naprawdę wcale nie rozumieli. Finnick też nie rozumiał, chociaż Abby liczyła, że przynajmniej spróbuje. Zamiast tego on ryczał na nią stanowczo już od samego początku, skupiając się na pieprzonych fiolkach, które… były przecież właśnie rozsypane na podłodze.
Jakich bajeczek? O czym ty do mnie mówisz, Finnick — rzuciła równie ostro, co on, podnosząc głowę i spoglądając na niego z dołu. — Nie widzisz, że one się naprawdę rozsypały? O — sięgnęła po jedną i wystawiła rękę w górę, by zaraz pomachać mu przed nosem. — A ty zamiast mi pomóc, to stoisz nade mną i prawisz morały, które równie dobrze mógłbyś zachować dla siebie — nie gryzła się w język. Z jednej strony było to spowodowane już i tak nerwowoym stanem, w jakim aktualnie się znajdowała, ale też faktem, że akurat przed nim wcale nie musiała się powstrzymywać i zadbać o kulturę osobistą. Znali się nie od wczoraj. Ich historia sięgała wiele lat wstecz jeszcze do czasów studiów — nie pierwszy i nie ostatni raz podnosiła na niego głos. On na nią zresztą też.
Cisnęła kolejną fiolką do pudła i podparła się na kolanach, by sięgnąć do jednej koło jego buta, przy okazji przewracając oczami na irracjonalne pytanie, które opuściło jego usta.
Nie — prosta odpowiedź, rzucona nawet bez podniesienia na niego wzroku. — Nie pójdę do domu, bo ubzdurałeś sobie granie Matki Teresy, której nawet nie potrzebuje — jedyną pomoc, jaką potrzebowała, to była ta przy zbieraniu fiolek, ale tu już poległ. Jak widać nie było go stać na to, by znaleźć się z nią na podłodze i służyć pomocną dłonią, za to znalazł dużo siły, by prawić jej morały.
Wrzuciła ostatnią buteleczkę do pudła i w końcu zebrała się z podłogi, wciskając ją sobie pod pachę. W planach miała zamiar go wyminąć i po prostu odejść, tylko jak się zaraz okazało: on jeszcze nie skończył. W pierwszej chwili, gdy zaczął mówić co takiego by jej powiedział patrzyła na niego gniewnie, jednak po chwili nieco się stonowała. Może faktycznie się martwił? Westchnęła głośno.
Posłuchaj mnie — powiedziała już o wiele bardziej spokojnie, zaglądając mu w oczy z należytą uwagą. — Doceniam, że się o mnie martwisz, ale nie możesz za mnie decydować, kiedy będę albo nie będę w stanie wrócić do pracy. Akurat do tego nie masz żadnego prawa — nigdy przecież nie miał. Abby od zawsze ceniła sobie niezależność i możliwość samodzielnego podejmowania decyzji. Zrobiła krok w jego kierunku. — A jak już chcesz pomóc, to mógłbyś po prostu uszanować moją decyzje.

Finnick Harrison
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
26 y/o
For good luck!
183 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Będę legendą jak Pele (xd), znają miasta i fawele
Ballon d’Ora zgarnę tak jak Dembele, toczycie pianę, ja toczę fele
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie rozumiał tylko, czemu każde jego słowo odbierała jak atak. W takich chwilach zawodowa rywalizacja schodziła na dalszy plan, a cała jego uwaga koncentrowała się na tym, by czuła się jak najlepiej. Tak naprawdę… nie byli przeciwnikami. Może i byli byłymi partnerami, ale przecież rozstali się w pokojowych warunkach, a nawet w tajemnicy przed wszystkimi wciąż zdarzało im się spotykać po pracy na drinka.
Może faktycznie zbyt często pokazywał się jako buc zapatrzony w swoją karierę, ale w rzeczywistości zawsze dbał o relacje; nawet jeśli czasem przynosiło to niezbyt przyjemne skutki. Nigdy nie chciał być tyranem, choć jego zachowanie nierzadko wskazywało na coś zupełnie innego. Zależało mu na pracy, lecz jeszcze bardziej pragnął funkcjonować w dobrze zgranym zespole, wśród ludzi z którymi mógłby w przyszłości stworzyć coś wielkiego.
A jedną z takich osób była właśnie Abby. Dlatego poczuł dziwny chłód po tym, jak odezwała się do niego w nieprzyjemny sposób. Spojrzał na nią uważnie, próbując dostrzec w niej jej prawdziwe oblicze, które w jego mniemaniu było jedynie próbą ucieczki i zagłuszenia własnych problemów pracą. Tyle, że dla Finna było to trudne do zrozumienia. Choć szczerze… w jej sytuacji sam pewnie pojawiłby się w pracy i próbował zapomnieć o wszystkim, zakopując się w obowiązkach. Ale przecież pracowali w szpitalu i jedna chwila nieuwagi mogła zaprzepaścić cały ogrom wysiłku włożonego w to, by być w miejscu, w którym obecnie się znajdowali.
- Bajeczek, które opowiadasz, próbując zmylić moją uwagę. Wiesz, że przy mnie możesz być szczera - odparł, nie chciał jej dodatkowo denerwować, ale też nie zgadzał się, by go właśnie w ten sposób zbywała. Zależało mu na niej i choć często nie potrafił już tego publicznie pokazywać, tak zawsze mogła na niego liczyć o każdej porze dnia, nawet jeśli byłyby to późne godziny po ciężkim dyżurze. - Możesz zostawić te cholernie fiołki i wszystko, czym najpewniej próbujesz ukryć swoje zmartwienia? - powiedział wprost, choć tak naprawdę każde jego słowo było tylko strzałem oddanym na ślepo. Nie czytał jej w myślach i nie wiedział, co naprawdę kryło się w jej głowie. Jako były chłopak chciał jej tylko pomóc i pragnął, by każde jego słowo nie było odbierane jak atak, lecz jak chęć wsparcia, którą się kierował.
- Abby. Cholera. Nie chcę odgrywać roli Matki Teresy ani twojego ojca. Chcę tylko ci pomóc. Nie musisz odbierać tego jako litości - zakomunikował, wprost i stanowczo. Nie zależało mu na tym, by grać rolę odpowiedzialnego i opiekuńczego. Miał swoje za uszami i w normalnych warunkach nawet nie zauważał problemów innych. Inaczej wyglądało to w sytuacji, gdy bliska mu osoba była świadkiem tak tragicznych wydarzeń, które mogły pozostawić rysę na psychice. - Ale jestem twoim przyjacielem, na którego zawsze możesz liczyć. I nie, nie będę prawił ci więcej suchych, nudnych regułek niczym psycholog - dodał, wzruszając ramionami. Było to prawdą. Nie należał do osób, które potrafiły zamęczać kogoś pozytywnymi radami, ale był kimś, przy kim można było się otworzyć i pogadać o wszystkim… dosłownie o wszystkim. - I… nie chcę decydować, kiedy wrócisz do pracy, ale chcę mieć pewność, że stanie się to w momencie, w którym będziesz na to w pełni gotowa - odparł, choć spodziewał się, że na spokojną i pocieszną rozmowę raczej się nie zapowiadało.
Abby Wallace
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy mogła być przy nim szczera?
Może i mogła, ale tutaj problem wcale nie tkwił w tym, z kim mogła się dzielić tajemnicami, a z kim nie — tu chodziło bardziej o to, że Abby sama przed sobą udawała, że wszystko jest okej.
Spychała problemy i traumy tamtego feralnego dnia na sam dół swojej podświadomości, nie chcać przyjmować ich do świadomości. Bo przecież tak było prościej. Nie myśleć, nie stawiać temu czoła. Chciała zostawić je w Detroit, pod chłodnym gruzem, pod którym utknęła razem z Jaxem, wraz z krzykami i paniką tych, którym osunięcie się dachu odebrało życie.
Nie czuła się uprzywilejowana, że to właśnie ona przeżyła, a jednak było w tym coś ironicznego — lekarka i strażak, jedyne osoby, które przeżyły, żeby dalej ratować innych, chociaż tamta misja poszła im wyjątkowo średnio.
Podniosła spojrzenie na Finnicka dopiero, kiedy ponownie się na nią wydarł o fiolki.
Jak mam je kurwa zostawić? Gdzie? Tu na podłodze? — nie mogła zrozumieć, kto tu z kogo robił debila. Nie widział, że się rozsypały? Nie widział, że ona od jakiegoś już czasu klęczała na ziemi i je zbierała? Najwidoczniej nie, bo nawet się nie ruszył z miejsca, żeby jej pomóc, a do prawienia morałów był pierwszy. Całe szczęście Wallace była samodzielną dziewczynką i po chwili już stała z pudełkiem w dłoni, radząc sobie ze wszystkim sama.
Finnick, ja jestem gotowa — przewróciła oczami. — Ile jeszcze będziemy wałkować ten temat? — bo to już robiło się monotonne. On mówił, że powinna odpocząć, ona że nie, aż miała wrażenie, że dyskutowali o tym od dobrych kilku godzin, gdzie w rzeczywistości minęło może niecałe dziesięć minut. Chociaż to i tak długo, na wałkowanie jednego i tego samego.
Chcesz pomóc? — spytała w końcu, spoglądając w jego ciemne oczy. — To trzymaj — jednym ruchem wcisnęła mu pudło do rąk i wskazała na pokój na końcu korytarza. — Tam to trzeba zanieść, zapraszam — ruszyła przed siebie, ale on wciąż stał w miejscu, więc podeszła bliżej, kompletnie ignorując jego przestrzeń osobistą — chociaż ta w przypadku ich dwójki chyba i tak już dawno nie istniała — i po prostu szarpnęła go delikatnie za kitel. Chciał normalności? Chciał pomóc? Proszę bardzo. Dwóch rezydentów spaceruje sobie do kantorka pielęgniarek, żeby dostać opierdol za rozsypane i pomieszane fiolki.
Gdzie szedłeś zanim na ciebie wpadłam? — zagadała po drodze, przyglądając mu się uważnie. Szczerze mówiąc średnio interesowała ją odpowiedź, ale chciała go jakoś zagadać, żeby już skończyli rozmawiać o tym, co było z nią nie tak i na siłę robić z niej trędowatą, która nie nadawała się do pracy.

Doceniała to, że finalnie pomógł jej do ogarnąć. Podyskutowali chwilę z pielęgniarkami, a potem okazało się, że każde z nich zostało wezwane na swój oddział do dalszej pracy.
koniec
*Hejo, pozwoliłam sobie zedytować i zakończyć grę, bo chyba średnio idzie i niestety ciężko się wczuć jak te posty tak wpadają niezbyt regularnie, teraz tu już 3 tygodnie mija. Jak wrócisz i się odkopiesz z gier to chętnie jeszcze kiedyś zagram coś świeższego!

Finnick Harrison
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”