27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maya nie była złodziejką. Była. Maya Parker była złodziejką. Chociaż osobiście nie lubiła tego określenia. Zdecydowanie wolała tłumaczyć swoje zachowanie, jako człowieka, który został wyruchany przez życie na każdym możliwym froncie i po prostu nie mógł pozwolić sobie na normalne życie w zgodzie z prawem. Przyszło jej żyć w miejscu i rodzinie, gdzie liczył się każdy grosz, a czasami nawet i tego grosza nie było, dlatego trzeba było sobie jakoś radzić. I ona właśnie tak sobie radziła. W pracy podkradła niektórym z portfela, potrafiła wynieść ze sklepu jakąś małą elektronikę, żeby potem sprzedać ją za śmieszne pieniądze i czasami wybiec z kawą, wcale za nią nie płacąc. Była to mieszanka próby wiązania końca z końcem, ale też pragnieniem porwania się, zatopieniu w adrenalinie. Bo skoro życie miała ciężkie, chciała móc je chociaż czuć. Jakoś przeżyć. Nawet jeśli wiązało się to z uciekaniem przed starym dziadem z miotłą w ręce.
Dlatego kiedy biegli ramię w ramię, ona jedną reką ściskając jego nadgarstek, a w drugiej wciąż trzymając tacę z kawą — uśmiechała się. Ba nawet zaśmiała się pod nosem, chociaż chodnik był tak śliski, że o mały włos oboje nie wywinęli orła. Wtedy mogło być już nie za ciekawie. Całe szczęście blondyn w ostatniej chwili szarpnął ją w ciemniejszą uliczkę i Maya zamiast wylądować na ziemi, skończyła z plecami przyciśniętymi do ściany. A on do niej.
Serce waliło jej mocno. Cholernie mocno. Jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi i przebiec kolejne czterysta metrów. Jego też biło. Widziała to w sposobie, w jaki klatka piersiowa schowana za fikuśnym płaszczykiem podnosiła się i opadała energicznie, nie wspominając nawet o oddechu, który osadzał się prosto na jej policzku.
Obserwowała go uważnie, kiedy przystawił palec do ust, uciszając ją, chociaż przecież nawet nic nie powiedziała. Może to był moment, w którym stwierdziła, że jego niebieskie oczy były całkiem ładne? Możliwe. Już z daleka wyglądały dobrze, ale to z bliska zdecydowanie zyskiwały na wrażeniu. Chociaż jego poważna mina sprawiła, że Parker w końcu nie wytrzymała i buchnęła głośnym śmiechem. Całe szczęście już po tym jak facet z miotłą ich minął.
Jak to co odpierdalam? — spojrzała na niego, wciąż rozbawiona. — Kawy ci nie wylałam — wzruszyła ramionami, jakby naprawdę nic sobie nie robiła z tego, co się właśnie odjebało. Chociaż kiedy blondyn wdepnął w coś robiąc krok w tył, musiała zacisnąć usta w wąską linię, by znowu nie buchnąć śmiechem.
No i po lakierku — oznajmiła, przyglądając się, jak podskakuje na jednej nodze i próbuje to z siebie strzepać. — Ralphowi pewnie będzie smutno — pierwsze jakaś nędzna, lokata baba go podeptała swoim obskurnym glanem, a teraz jeszcze ochrzciła go kupa jakiegoś zwierzaka. To chyba nie był dobry dzień dla jego butów. I samego właściciela chyba też nie, bo zaraz posłał jej groźne spojrzenie.
No co? — wyciągnęła swoją kawę z podkładki i upiła kilka łyków. Była zajebista. — Powinieneś mi podziękować — wycelowała w niego kubkiem. — Za to że dzięki mnie twój dzień jest chociaż trochę mniej nudny — proszę bardzo, jaka dobra dusza z tej Mayi. Nie dość, że zmusiła faceta do kradzieży kawy, pewnie pierwszej w jego życiu, to jeszcze przywłaszczyła sobie podziękowania za to, że przyprawiła go prawie o zawał serca. Same plusy z tej krótkiej, lecz intensywnej znajomości.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzał na nią krzywo, kiedy powiedziała, że nie wylała mu kawy, powinien być pod wrażeniem? On by wylał, pewnie na siebie dodatkowo...
Chociaż nie, on by nie uciekał z kradzioną kawa, bo jakoś wyjaśniłby to, że nie ma portfela. Jak normalny uczciwy człowiek, którym przecież był Galen Wyatt. A nie jakimś złodziejem, złodziejaszkiem właściwie, bo to przecież kosztowało marne dwadzieścia pięć dolarów. On więcej dawał czasem napiwku w klubie, jak się dobrze bawił.
- I jesteś z tego dumna? - rzucił do niej z wyrzutem i tym karcącym spojrzeniem, jak u jakiegoś starszego brata? Nauczyciela? Dobrego głosu sumienia?
Nie pytał czy jest dumna z tego, że nie wylała kawy, a raczej z tego, że ją ukradła.
On nie był. Odrobinę był.
Nie udało mu się strzepnąć tej... kupy... z buta, ale zaraz chciał ją wytrzeć o jakieś gazety, no bo jak on tak pójdzie do jakiegoś ekskluzywnego salonu? Ubabra całą podłogę. No nie mógł tak iść.
- Ralph nie tworzy butów do chodzenia po... - uniósł się troszeczkę i prawie znowu powiedział gówno - tupnął nogą, nic to nie dało, uwalił buta jeszcze bardziej. One rzeczywiście nie nadawały się do łażenia po takich zaułkach. Raczej do marmurowych posadzek i Porsche.
Stanął równo, bo skapitulował już w tej nierównej walce z psim bobkiem. Nie wiedział co ten pies jadł, ale najprawdopodobniej tubkę jakiegoś kleju, bo tak mu się to przykleiło do buta, jakby posmarowane było jakimś super glue.
Posłał brunetce kolejne krzywe spojrzenie. Bo teraz powinien sobie z tą fikuśną kawką iść już do salonu kosmetycznego i zaraz popijać ją w towarzystwie żony Winstona. Tą małą, czarną. Kawę.
Uniósł obie brwi z jej kolejnymi słowami.
- Chyba sobie żartujesz... - parsknął i pokręcił głową. Był trochę mniej nudny. - Żaden mój dzień nie jest nudny, jak można się nudzić w penthousie, albo w Porsche? - wywrócił oczami. Ale można, Galen się tam bardzo często nudził. A już zwłaszcza w pracy, ostatnio każde spotkanie to była dla niego taka nuda, nie mógł tam wysiedzieć. Odliczał dni do weekendu, kiedy będzie mógł się zabawić. Zdjąć krawat i dać się chociaż odrobinę ponieść.
Teraz też dali się ponieść.
Może nawet mu się to podobało?
Ale przecież się nie przyzna.
Podszedł do niej, żeby stanąć na przeciwko, żeby wyciągnąć rękę po swoją kawę.
- Fille folle - szalona dziewczyna, rzucił po francusku, z tym swoim pięknym akcentem, który miał po mamusi wywłoce. Sięgnął po kubek, ale tylko ten z małą czarną - tą możesz sobie wypić, i tak już nie zdążę na spotkanie, a w takim bucie nie pójdę - przesunął spojrzeniem po jej twarzy, tych ciemnych, dużych oczach, w dół, na swój felerny bucik. Chociaż może to był jakiś szczęśliwy bucik, który sprawił, że na siebie wpadli?
Chociaż Galen jeszcze nie wiedział, czy to szczęście, czy... kompletny pech?
Uciekli przed gościem z miotłą, ale co jeśli teraz na kawiarni wywieszą listy gończe z ich podobiznami i dopiskiem - złodzieje. Upił łyk kawy, nie była nawet w jednym procencie tak dobra, jak jego nowojorska gejsza, wiec się skrzywił.
- I zrobiliśmy to dla tak podłej kawy? - zerknął na ten kubek, a później na dziewczynę, odstawił kubeczek na jakimś śmietniku za ich plecami.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jestem dumna — odpowiedziała bez najmniejszego zawahania. Bo była. Dumna. Po pierwsze z tego, że nie wylała kawy, dziękując za to swoim nienagannym umiejętnością kelnerskim. Szkoda że teraz nie widziała jej Maddie. Jakoś tak się działo, że managerka klubu patrzyła na nią tylko wtedy, kiedy Maya robiła coś wyjątkowo głupiego, jak na przykład kopanie w kegę pod ladą, przez co pieniło się piwo, albo wyjadanie orzeszków z miski po klientach. Jakoś nigdy, kiedy robiła coś godnego podziwu, jak na przykład uciekanie z trzema kawami przed typem z miotłą.
Drugim powodem do dumy był fakt, że zamiast płacić za kawę, po prostu ją sobie przywłaszczyli. Czy to było aż takie złe? Przecież to nie tak, że zrobili napada na bank. Dosłownie nikomu nie stała się krzywda, a trzy brakujące kawy nawet nie zostaną jakkolwiek wyegzekwowane od pracowników, bo akurat zieren się nie liczyło, a dziewczyna nie zdążyła nabić poprawionej kwoty na kasę, więc nawet nie wydrukował się paragon. To tak, jakby ich tam wcale nie było. Więc gdzie problem?
Maya nie widziała go nigdzie, za to blondyn… cóż, zdecydowanie widział brązową plamę na swoich pięknych lakierkach, które teraz nie dość, że wyglądały nie za ciekawie, to jeszcze kiedy machał nogą, dawały psim bobkiem i to intensywnie.
Może powinien zacząć… robić buty do chodzenia po gównie — rzuciła zadowolona, kładąc nacisk na słowo gówno, którym mężczyzna miał ewidentny problem. Nie lubił przeklinać? Czy tak bardzo nie lubił gówna? — Może wtedy więcej ludzi by kupowało jego buty, a nie tylko przystojni biznesmeni, którzy chodzą po złotych dywanach — czy właśnie nazwała go przystojnym? Tak, ale o tym raczej doskonale wiedział. Zaś czy ona wiedziała, że chodził po złotych dywanach? Nie, ale spokojnie mogła się tego domyślić po tym, jak dobitnie pokonał go kawałek kupy.
Upiła kolejny łyk kawy, a następnie opadła ponownie plecami na ścianę, przyglądając mu się podejrzliwie, kiedy tak sprzedawał ekscytujące życie w penthousie i porsche. Jeszcze jak to drugie brzmiało za-je-bi-ście, tak penthouse?
Jak można się nudzić w wielkiej chacie? — prychnęła, łapiąc jego niebieskie spojrzenie. — Samo to zdanie jest tak nudne, że prawie usnęłam, jak cię słuchałam — pokręciła głową i zaraz podskoczyła kilkakrotnie w miejscu, żeby jakoś się rozbudzić z tego snu. Pewnie jeszcze by mu ziewnęła tuż przed twarzą, ale przecież jakieś tam zalążki kultury w sobie miała. A może nie? Bo kiedy oznajmił, że fikusną kawę mogła wypić, to swoją wyzerowała kilka sekund, wywaliła kubek do kosza i zabrała się za drugą. Też była okej, chociaż trochę za słodka przez wanilię. Blondyn jednak zdawał się nie podzielać jej entuzjazmu — co to kawy, jak i do tego, co przed chwilą zrobili.
Zrobiliśmy to dla tak paskudnej kawy?
Przyglądała mu się przez moment. Nawet głowę przechyliła na bok i oczy zmrużyła, żeby nie umknął jej żaden szczegół. Trwała tak może pół minuty, a potem nagle się wyprostowała.
Nie — odbiła się od ściany i wykonała krok w jego kierunku. No przecież mu nie powie, że to dlatego, że Maya nie miała wystarczająco kasy. — Zrobiliśmy to, żeby poczuć się zajebiście — proste, nie? — Żeby przebiec się kawałek, uciekając przed facetem z miotłą, żeby kurwa nie wiem, poczuć, jak wali serce i jak krew buzuje w żyłach — gadała jak najęta szyjąc na bieżąco, chociaż przecież oprócz powodów materialnych to to wszystko co mówiła, również było prawdą. Uśmiechała się przy tym niebezpiecznie, jakby na moment faktycznie się zjarała tym całym uczuciem i była na haju, po czym złapała go za ramiona i delikatnie wstrząsneła. — Zrobiliśmy to dla dreszczyku emocji — a jemu to ewidentnie jakiś by się przydał, z tego co zdążyła zauważyć.
Bo na przykład ty, kiedy wlazłeś w tą kupę… — wskazała na upierdolonego lakierka dłonią. — To było chyba najwięcej emocji, jakie pokazałeś odkąd się poznaliśmy — co z tego, że znali się może z dwadzieścia minut, ale przecież miała rację. Nie znała gościa, może już więcej go nie spotka, ale tyle co zdążyła zauważyć, to takie właśnie miała wnioski. Chociaż absolutnie nie wątpiła, że może zyskiwał przy bliższym poznaniu.
Skoro nie idziesz na spotkanie, czy to znaczy, że wypijemy tą kawę razem? — spytała wprost i bez owijania w bawełnę. — Bo jak tak, to znam do tego zajebiste miejsce — a już na pewno lepsze niż jakaś ciemna uliczka pełna gówien, a dookoła śmietniki. Pozostawiła decyzję w jego rękach, zawieszając na nim brązowe tęczówki.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet przez jedną, krótką chwilę chciał jej zrobić wykład z tego, że tutaj nie ma z czego być dumnym, ale kim był Galen Wyatt żeby ją moralizować? A poza tym... on trochę też był, dumny. I to nawet nie z tego, że nic nie rozlał. Albo, że w tych ładnych butach tak sprawnie mu poszła ucieczka. On był dumny z tego, że się nie zatrzymali, poszli za ciosem po prostu. Nawet jeśli... no byli teraz już na czarnej liście tej kawiarni.
Bo przecież Galen mimo wszystko to lubił, jakiś taki pierwiastek szaleństwa. Ale przede wszystkim to, żeby coś się działo... A ostatnio przecież w jego życiu było tak mało prawdziwych emocji. Wszystkie jakieś sztuczne. Takie miał wrażenie.
- Damy tak nie mówią - rzucił, ale zaraz wywrócił tymi niebieskimi ślepiami, bo może dotarło do niego, że nie miał do czynienie z damą? Ale tak naprawdę dotarło, że powtórzył właśnie słowa Charity Marshall, no nieźle...
- Zdecydowanie lepiej jest chodzić po złotych dywanach, niż po gównie - powiedział to? On to naprawdę powiedział? Rozmawiał sobie jakby nigdy nic, z nowo poznaną dziewczyną, złodziejką, o... gównie?
Wypuścił z płuc powietrze ze świstem na jej kolejne słowa. Jego apartament był naprawdę zachwycający, właściwie to Galen miał tam wszystko o czym sobie tylko zamarzył, albo pomyślał, że fajnie byłoby to mieć. Przecież nie powinien się tam nudzić. Wszyscy mu zazdrościli. WSZYSCY.
Oprócz jej, jak się zaraz okazało.
- A co? W zapyziałej dziurce małej - takim słodkim określeniem nazwał jej domek, jak jakiś słodziak bogaty dupek - jest więcej ciekawych rzeczy do roboty, niż w mojej wielkiej chacie? - prychnął, bo według niego to na pewno nie było. Patrzył na nią, jak tak podskakiwała w miejscu, chyba była jakaś nadpobudliwa...
Dla Galena bardzo dziwna. Ale przy tym też trochę... intrygująca. Inna niż panny, które on znał. Zdecydowanie.
Słuchał jej słów, ale z każdym coraz bardziej marszczył brwi. Nie przekonywała go?
A może przekonywała za bardzo?
Może on też to poczuł, się... zajebiście. Poczuł jak serce wali w piersi zdecydowanie szybciej, aż mógłby sobie w tej chwili dla podkreślenia tej dzikości uderzeń jego serca, walnąć na klacie jakiś fikuśny tatuaż z lwem... dobra, już mu przeszło, nie mógłby. Ale jednak czuł tą adrenalinę, która uderzyła do głowy, w ten przyjemny sposób.
Spojrzał na jej ręce, które zacisnęły się na jego ramionach.
- Jakaś dzikuska z ciebie - mruknął pod nosem, no bo była. Dla niego narwana, dzika, intensywna. Ale jeszcze nie wiedział, czy mu się to podobało, czy nie.
Wypuścił powietrze z płuc przez nos, kiedy zarzuciła mu ten brak emocji. Ale prawda była taka, że Galen Wyatt był zawsze dość stonowany. Lubił emocje, on ich łaknął jak dziecko, jakiegoś takiego czucia, ale przy tym nie zdradzał zbyt wiele. Bo gdzie? W Northexie? W swoim penthousie?
Jak się okazało, na ulicy, gdzie wlazł w gówno.
- Moje życie jest bardzo emocjonujące - nie było wcale, skłamał teraz paskudnie. Sam narzekał na brak emocji. Sam go boleśnie odczuwał.
- Co? - znowu uniósł jedną brew, kiedy powiedziała to, że skoro on nie idzie na spotkanie, to znaczy, że wypiją tą kawę razem, już miał mówić, że nie, że to nic takiego nie oznacza, bo on właśnie idzie do swojej wielkiej chaty zmienić buty. Ale...
- A co to za miejsce? - zapytał i stanął nad koszem na śmieci, na którym postawił swoją kawę. Widać było na jego twarzy, że chwilę walczył ze sobą, widać to było w tych niebieskich oczach. Czy już wszystkie zarazki ze śmietnika przeszły na jego kawę? Czy jak ją wypije to będzie oznaczało, że Galen Wyatt pije kawę ze śmietnika? W końcu złapał papierowy kubek, bo dziewczyna już ruszyła przed siebie, a on musiał... Chciał, zrównać z nią krok. Napił się nawet tej kawy ze śmietnika, tak samo ohydna.
- Są tam ludzie? Skoro jesteś złodziejką, to nie wiem czy to bezpieczne... - rzucił zerkając na nią kątem oka, ale... to przecież on był oskarżony o handel ludźmi, wiec w zasadzie nie wiadomo dla kogo bardziej niebezpieczne.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czego nie mówią damy? — przyjrzała mu się uważnie, mrużąc przy tym oczy. — Gówno? — uniosła brew ku górze i aż nie mogła się powstrzymać, by nie prychnąć głośno. Gówno. Damy nie mówiły słowa gówno. — A jak mówią damy? — wyprostowała się nagle i nawet odchrząknęła. — Kupka? Stolec? Defekacja? — przy ostatnim nachyliła się nieco bliżej w jego kierunku. Bo tak — tacy ludzie z niższych sfer jak ona również znali wysublimowane słowa. Tylko po co ich używać, po co starać się na siłę brzmieć wykwintnie, kiedy rozmowa sprowadzała się do gówna? Maya wychodziła z założenia, że rzeczy trzeba było nazywać po imieniu, a nie nadawać im jakieś fikuśne znacznie. To tak samo jak z używaniem przekleństw: osobiście nie widziała w tym nic złego, raczej sposób na wyrażanie emocji. Podkreślenia tego, że coś cię naprawdę rusza, chociaż mogła sobie tylko wyobrazić jak jego towarzystwo traktowało tego typu zachowania. ALE zaraz on sam powiedziało chodzeniu po gównie, a Parker aż się do niego szczerze uśmiechnęła. Szybko się uczył. Podobało jej się to. Może nawet nie był taki nudny, za jakiego go miała? Może jeszcze będą z niego ludzie?
Nie powiedziała tego jednak na głos, bo zaraz z ust mężczyzny wyszedł personalny atak na jej dom, a raczej małą, zapyziałą, dziurkę. Ściągnęła brwi.
A co ty kurwa myślisz, że ja mieszkam na śmietniku? — rzuciła z udawanym oburzeniem, chociaż tak naprawdę niewiele jego stwierdzenie minęło się z prawdą. Mieszkała w dziurze. Małej do tego. Może niekoniecznie zapyziałej, bo jednak Parker urządziła się tam całkiem… przytulnie, ale jednak dziurze. — A co takiego niby można robić w twojej wielkiej chacie co? Oglądać widoczki i bawić się w chowanego? — zapytała, krzyżując ręce na piersi, chociaż tak naprawdę te rzeczy wcale nie brzmiały źle. Szczególnie ta zabawa w chowanego. Kiedyś z Tobym często bawili się w podchody na osiedlu, zanim ten zaczął zadawać się z szemranym, starszym towarzystwem i zanosić prochy do szkoły. Wtedy już wcale nie chciał się z nią bawić, nie mówiąc nawet o spędzaniu czasu. Nawet miała mu o tym opowiedzieć. Taka o historia kompletnie od czapy, tylko wtedy on znowu ją obraził.
Czy ty właśnie nazwałeś mnie dzikuską? — przyjrzała mu się, zaglądając w piękne, niebieskie oczy. Kilka sekund zajęło jej zastanowienie się, czy to miała być obraza, czy może jednak chciał ją tą uwagą pochwalić, finalnie posłała mu uśmiech i przysunęła się bliżej, zadzierając głowę w górę. — Potraktuje to jako komplement — skwitowała finalnie. Zanim jednak się odsunęła, szturchnęła do w klatkę piersiową. — A ty potraktuj to jako prezent od losu, bo w końcu pojawił się w twoim szarym życiu ktoś ciekawy — czy właśnie nazwała się ciekawą? Oczywiście, że tak. Czy faktycznie taka była? Może niekoniecznie, znała o wiele ciekawszych ludzi, ale z drugiej strony blondyn była tak lalusiowaty i spięty, że wszystko, co miało w sobie chociaż trochę koloru było przy nim ciekawe. No chyba, że wchodził w gówno — wtedy był kurewsko ciekawy.
Rozejrzała się dookoła, kiedy spytał, co to za miejsce. Prawda była taka, że Maya… nie miała pojęcia. Nigdy nic nie planowała, zawsze wszystko szyła na bieżąco, dokładnie tak samo, jak z kradzieżą kawy. Przecież to nie tak, że przyszła do kawiarni z zamiarem oszustwa, ono po prostu rozwinęło się w trakcie. I tutaj też miała zamiar coś wymyślić. Znała doskonale okolice, dlatego długo nie zajęło jej, by wpaść na odpowiednią miejscówkę do wypicia kawy.
Niespodzianka — rzuciła i odepchnęła się od ściany. Tylko zamiast ruszyć w stronę ulicy i przemieszczać się chodnikiem jak człowiek, ona skręciła w poprzednią, a dokładniej w stronę wysokiej siatki z zamkniętymi zamkiem żyłką od drugiej strony. — Potrzymaj mi to — odwróciła się w stronę mężczyzny, po czym wcisnęła mu do ręki swoją kawę (a raczej kawę żony swojego kontrahenta) i zanim on zdążył jakkolwiek zareagować, Maya już wskakiwała na jeden z kontenerów. Metal zaskrzypiał niebezpiecznie, ale spokojnie wytrzymał pod jej ciężarem.
Ostrożnie przeszła na kolejny śmietnik, a z niego zaś wspięła się po siatce i zaraz znalazła się po drugiej stronie. Zeskoczyła na ugięte nogi, podpierając się dłonią, przy okazji posyłając blondynowi uśmiech.
Nie ma tam ludzi, to randka tylko we dwoje — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Bo co to miało znaczyć? Że już do ludzi by jej nie wziął? Wstydził się jej? A może ona jego powinna? Niezależnie od tego, jakie były odpowiedzi na te pytania, Maya podeszła do zamka i spokojnie odkręciła żyłkę, a następnie popchnęła drzwiczki otwierając je przed mężczyzną. — Zapraszam — machnęła ręką, jakby była jakimś lokajem i nawet dygnęła pięknie, kiedy przechodził obok. Prosze bardzo jaka wychowana dama.
Jakby ktoś nas zaczął gonić, to już wiesz co robić — odebrała od niego kubek z kawą, przy okazji puszczając mu oczko. Żartowała? Może tak, a może nie. Chociaż kto tam wiedział. Jeszcze wcześniej nie zdarzyło się jej, żeby ktoś przegonił ją z dachu, ale może zawsze musiał być ten pierwszy raz? Póki jednak nikogo przy nich nie było, skierowała się do schodów pożarowych.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Klocek... - mruknął, że tak właśnie mówią damy, bo tak mu powiedziała Cherry. Nie to, że bardzo go to obchodziło, co ona mówi, ale jednak trochę damą była. Trochę teraz taką, temu damy i tamtemu damy, z tymi jej przygodnymi kutasami, czy jak ona to teraz nazywała.
Ale chyba Wyatt nie powinien tego teraz roztrząsać, bo od razu mu się jakoś humor zepsuł.
Chociaż jak tak zaczął się nad tym zastanawiać, jak wlazł w to gówno i wtedy ta brunetka by mu powiedziała, że wlazł w kupkę, stolec, albo defekację, to czy to by było bardziej z klasą? Brzmiałaby jak dama? Temat kupy był chyba o wiele bardziej złożony.
Na szczęście oni zmienili go już na jej mieszkanie. Oczywiście, że Galen się skrzywił, kiedy zapytała, czy on myśli, że ona mieszka na śmietniku.
- Nie... wybacz... - od razu ją przeprosił, bo przecież Galen był dżentelmenem i nie powinien w ogóle sugerować, że ktoś mieszka na śmietniku, brak klasy, ale ona zaczęła... A Galen bardziej niż kulturalny, to był jak dziecko po prostu. Duże dziecko.
- Też można, jest taki wielki ekran jak w kinie, trzy konsole, barek pełen alkoholi, można zamówić żarcie do pokoju, na dole jest siłownia i basen - zaczął jej wymieniać, jak takie dziecko właśnie, które się przechwala. Bo taki był Galen, niby wielki prezes z wyższych sfer, a tak często wychodził z niego dzieciak.
Na jej kolejne pytanie wzruszył ramionami. Bo sam nie wiedział czy to raczej w pozytywnym sensie, czy negatywnym, zależy jak kto to odbierze, on uważał dzikość za coś pozytywnego. Ale... po przekroczeniu pewnych granic mogła wchodzić w negatyw. Chociaż oni ich chyba jeszcze nie przekroczyli?
Znowu dwie brwi skoczyły mu ku górze.
- Ktoś ciekawy? No to opowiedz mi o sobie, czym się zajmujesz? Co ciekawego robisz? Jakie masz ciekawe pasje? - bo może Galen Wyatt ją brał za jakąś małą złodziejkę z zapyziałej dziury, a tak naprawdę miał przed sobą całkiem ciekawą personę, która tylko lubi... mocne wrażenia.
Na te jej słowa, że to niespodzianka przewrócił oczami.
- Nie lubię niespodzianek - bo nie lubił, zawsze musiał mieć wszystko zaplanowane. Lubił robić niespodzianki, ale kiedy ktoś robił je jemu to czuł pewnego rodzaju dyskomfort, a co jeśli to mu się nie spodoba? Wiadomo, że będzie kłamał, że jest inaczej, ale czy na tyle przekonywująco, że uda mu się kogoś nabrać? Galen niby kłamał nieźle, ale często się w tym mieszał, gadał jedno, robił drugie, a potem dorzucał coś trzeciego, wychodziła niestworzona historia, w której on udawał Gasparda, który udawał Galena... na przykład.
Potrzymał jej kawę, a kiedy wskoczyła na śmietnik, to obejrzał się przez ramię, czy nikt ich nie obserwuje. A może on w ogóle był w jakiejś ukrytej kamerze? Zaraz mu zrobią zdjęcia przy tym koszu i napiszą, że Galen Wyatt szuka wrażeń udając bezdomnego, w garniaku od Armaniego za kilkanaście baniek.
- Szybka jesteś, znamy się jakieś piętnaście minut, a ty już zapraszasz mnie na randkę - przeszedł przez bramę uważając, żeby nie ubrudzić swojego jasnego płaszczyka, ale i tak go ubrudził na plecach, bo się o coś otarł, tylko, że wcale nie zauważył. Ale już wiadomo dlaczego Galen Wyatt nie chodzi po takich miejscach, bo jego buty nie nadają się do chodzenia po gównie, a jego jasny płaszcz brudzi się od wszystkiego w niekontrolowany sposób.
Znowu się obejrzał przez ramię, kiedy powiedziała o tym że jakby ktoś ich zaczął gonić, Galen wolał jednak, żeby nie, ale z drugiej strony nie wiedział wcale czego się po niej spodziewać. Stanął u podnóża schodów, kiedy zaczęła się po nich wspinać. Czy zerknął na jej tyłek?
Zerknął, bo jakby tego nie zrobił, to przecież nie byłby sobą, ale zaraz się odsunął, bo coś z tych schodów spadło mu na głowę.
- Nie mów mi tylko, że teraz chcesz się komuś włamać do mieszkania? Dla tych mocnych wrażeń - rzucił za nią i zawahał się zaciskając palce na barierce. Nie za bezpiecznie wyglądał te schody, trochę w ogóle skrzypiały pod jej naporem. Galen nawet zastanowił się czy nie runą, ale przesunął palcami po metalowej konstrukcji, a na metalowych konstrukcjach, to on się jednak znał. Postanowił zaryzykować i ruszył za nią.
- Jeśli prowadzisz mnie do jakiegoś podejrzanego, domowego szpitala, gdzie wytną mi narządy, to wiedz, że dam ci więcej niż warta jest moja wątroba - musiał jej to powiedzieć, tak w razie czego. Jego wątroba pewnie nie była warta za wiele, bo przecież on znowu wrócił, do codziennej dawki whisky przyjmowanej doustnie, po pracy, na rozluźnienie. Wcale nie zalecił mu tego lekarz. Tylko sam Galen.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczerze? Jego mieszkanie brzmiało za-je-bi-ście. Kiedy tak stała i go słuchała musiała przyznać, że nie miało w sobie nic a nic z nudy. Bo czy można było się nudzić w miejscu, które miało ekran kinowy, trzy konsole, pełen barek i prywatny basen? Cóż pewnie tak, jeśli byłoby to doświadczenie samotne, którego nie można było z nikim dzielić, po jakimś czasie mogło zrobić się nudno. Chociaż Majka wciąż uważała to za świetne miejsce, które chętnie by odwiedziła. Nawet miała mu to powiedzieć, jednak w ostatniej chwili ugryzła się z język. Już wystarczyło, że robiła w kawiarni za jego udawaną dziewczynę — mogłoby być nieco dziwnie, gdyby teraz nagle jeszcze chciała wprosić mu się do mieszkania. Chociaż z drugiej strony…
Jakbyś się kiedyś jednak zaczął nudzić w tym swoim wielkim mieszkaniu i potrzebował towarzystwa do gry na konsoli, to wiesz gdzie mnie szukać — puściła mu oczko, uśmiechając się w tym zaczepnie. — Po kawiarniach, wiadomo, które akurat okradam — dodała po chwili. Może i nie znali się na tyle długo, żeby swobodnie przy sobie żartować, ale Maya nie miała przed tym żadnych hamulców. W ogóle nie istniało dla niej coś takiego jak dystans w rozmowie. Wychodziła z założenia, że człowiek zawsze powinien mówić wszystko, co mysli i nie przejmować się tym, co ktoś pomyśli. No chyba, że kłamstwo miało być w jakimś konkretnym celu. Jak na przykład ostatnio, kiedy przyszli do niej w Emptiness pytać o zaliczkę na spłatę długu, a ona powiedziała im, że miała już prawie całą kwotę. Chuja miała. Marne dziesięć procent tego, co musiała dostarczyć do końca tygodnia. Ale przecież nie mogła im tego powiedzieć, bo miałaby prze-je-ba-ne.
Tak samo jak przejebane mogli mieć wchodząc na teren zamknięty, ale kto by się tym przejmował? Z pewnością nie Parker, która zaraz przeskakiwała przez siatkę jak prawdziwy zawodowiec i otwierała drzwi przed mężczyzną. Prychnęła głośno, gdy nazwał ją szybką.
Nie lubię się ociągać — przyjrzała mu się uważnie, gdy ją wymijał. — Wolę jak się dzieje — wzruszyła ramionami, dzieląc się niewielkim faktem o sobie. Bo taka przecież była prawda. Maya źle znosiła nudę, była na nią zbyt energiczna i narwana, wciąż szukając wrażeń. Tak jak teraz, kiedy kompletnie dla beki po piętnastu minutach znajomości zaprosiła go na randkę. Bo czemu nie? — Ale popatrz, zgodziłeś się — bo przecież wciąż za nią szedł, czyż nie? Miał wybór. Mógł spokojnie oddalić się pod pretekstem pracy, czy po prostu brakiem chęci, a jednak był zaintrygowanego do tego stopnia, że szedł z nią ramię w ramię. Do momentu aż go nie wyprzedziła i nie zajrzała w jego niebieskie oczy. — A co, zazwyczaj wyrywanie dziewczyn rozkładasz na półroczny plan z mikro golami, że piętnaście minut to dla ciebie tak szybko? — zaczepiła go, nie mogąc się powstrzymać. Lubiła poznawać ludzi, z którymi spędzała czas, dlatego często zasypywała ich pytaniami. Niektóre z nich były aż za bardzo bezpośrednie, inne zaś owiane podtekstem, z którego i tak dało się dużo wyciągnąć. O, jak na przykład to, że albo miał mało wartą wątrobę albo kolosalnie dużo kasy na koncie.
Chyba nie wiesz za ile chodzi dobra wątroba na odpowiednim rynku — rzuciła pnąc się po schodach. Ona też nie wiedziała. Nie miała kurwa pojęcia, ale tak z góry założyła, że pewnie dużo. Jeszcze jakby to dobrze sprzedać i jakoś odpowiednio zareklamować. — Jeszcze jak to wątroba człowieka, który chodził z lakierkach od Ralpha jakiegoś tam to już w ogóle KUPA KASY — i znowu ta kupa, która była chyba motywem przewodnim ich pięknej, nowej znajomości. A może wcale nie. Może krótkiej i jednorazowej, która zakończy się za kilkanaście minut i już nigdy więcej nie powtórzy. Kto ich tam wiedział.
Maya jedyne co wiedziała to to, gdzie zmierzała. A cel był prosty: dostać się na dach. Budynek był nawet wysoki, mierzył jakieś sześć pięter, więc miała nadzieję, że jej nowy kolega nie miał lęku wysokości, ale stwierdziła, że skoro bardziej przejmował się wątrobą niż upadkiem, to sytuacja była stabilna.
Jeszcze trochę — rzuciła, czując jak serce w piersi już na nowo szaleje z wysiłku, a oddech staje się płytszy. Jednak pokonanie takiej ilości schodów było nie lada wyczynem, ale w końcu im się dało. Znaleźli się na dachu. Niby nic specjalnego, a jednak był on na tyle dobrze ulokowany, że było widać całe centrum pod ich stopami, tętniące życiem. W tle rozpościerały się wysokie wieżowce, a wszystko otulone nawet ciepłym słońcem, które ostatnio coraz częściej gościło w Toronto.
Maya przeszła się kawałek za rury od wentylacji, a po chwili wróciła z dwoma, rozkładanymi krzesełkami. Nie sądziła, że jeszcze tu będą, bo ostatni raz imprezowała na tych dachach dobre kilka tygodni temu, ale jak widać zima wcale ich nie zmiotła z planszy. Rozłożyła jeden dla blondyna, a zaraz potem drugi dla siebie. Blisko krawędzi, by mieli ładny widok, ale też wystarczająco daleko, by nikt się z niej ładnie mówiąc: nie spierdolił.
Może być? Czy jednak wolałbyś się włamać komuś do mieszkania? Bo jak coś, to temat do załatwienia — spojrzała na niego przelotnie, zajmując miejsce i biorąc łyk kawy. Co prawda Parker nie praktykowała aż takiego poziomu przestępczości, ale zawsze mógł być ten pierwszy raz, nie? — Zamierzasz w ogóle kiedykolwiek zdradzić mi swoje imię?

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Właściwie... - zaczął, bo tak naprawdę to nie wiedział gdzie jej szukać, przecież nie w tej kawiarni, którą okradli. W innych? Które jeszcze można okraść?
Tak mu właśnie powiedziała, a Galen nie był taki pewny, czy to żart, czy jednak nie... Bo przecież się nie znali. Nawet przez myśl mu przeszło, że co zaprosił by ją do siebie, żeby pograć na konsoli, a on nawet na nich nie grał swoją drogą, ale co jakby mu taką ukradła? No jak to co? Kupiłby nową.
Albo wcale nie, bo i tak ich nie używał. Niby taki dom pełen rozrywek, a jego ulubiona to ten barek i skorolowanie Intagrama, żeby dawać nowym laskom jakieś serduszka pod fotkami. Rzeczywiście to może się w pewnym momencie znudzić.
Popatrzył na nią, kiedy powiedziała to nie lubię się ociągać, bo Galen przecież też nie lubił. Tylko to zazwyczaj on po piętnastu minutach wyskakiwał ze wspaniałym pomysłem randki. Więc zaskoczyła go chyba bardziej ta zamiana ról. Nie mógł się z nią nie zgodzić, że przecież go zaintrygowała, do tego stopnia, że się nie wycofał. A może powinien? Bo jest możliwość, że ta randka to się skończy gdzieś na posterunku, Galen umiał czytać, ten wielki znak z zakazem wstępu nad wejściem na przykład.
- Piętnaście minut by mi wystarczyło - tym razem on złapał jej piękne, ciemne oczy, a nawet uśmiechnął się zaczepnie - gdyby tylko mój Ralp Lauren nie był upierdolony w gównie - dwa brzydkie słowa w jednym zdaniu? Co ten Galen Wyatt oszalał? Chyba ta dziewczyna miała na niego jakiś zły wpływ. Bardzo zły.
Oczywiście, że wiedział za ile chodzą wątroby na czarnym rynku, bogacze wiedzą takie rzeczy i pewnie Galen już sobie jakąś kupił, w razie gdyby jego siadła, czekała sobie na niego i ktoś ją ładnie hodował... A tak, naprawdę to nie, bo akurat Galen nie był tego typu bogaczem, chociaż plotki o nim krążyły ostatnio różne.
- Wątroba sygnowana przez Ralpa Laurena, brzmi jak coś, co mógłbym kupić - rzucił wspinając się za nią po schodkach. Galen miał dobrą kondycję, ale od zawału dużo słabszą, wiec gdzieś w połowie musiał nawet na moment stanąć i złapać kilka głębszych oddechów. Przez głowę przemknęła mu nawet taka myśl, że powinien trochę... mniej się oszczędzać, żeby wrócić do formy. Jego lekarz by pewnie tego nie poparł.
Czy na Galenie robił wrażenie ten widok? Nie do końca, bo on u siebie w apartamencie miał całe Toronto u stóp, w Northexie też, miał gabinet na rogu i mógł oglądać miasto przez te dwie szklane ściany, z której perspektywy chciał.
Ale kiedy podszedł do krawędzi i spojrzał w dół, to już zrobiło na nim wrażenie. Sześć pięter w dół, jakieś dwadzieścia metrów. U siebie w mieszkaniu, czy w firmie nigdy nie kalkulował tak tej wysokości, dopiero jak stanął na moście, z którego chciał skakać policzył jaka to odległość.
- Może być - wzruszył ramionami i zerknął na to wątpliwie czyste krzesełko, ubrudzi Armaniego... Ale poprawił spodnie podciągając je, żeby się lepiej ułożyły i usiadł - lubisz takie widoki? - zapytał i napił się kawy, wciąż niedobra - sześć pięter, to około dwadzieścia metrów, jakieś dwie sekundy spadania - wypalił jakoś nagle, ale zaraz na nią spojrzał z ukosa, bo mogło to zabrzmieć dziwnie - ostatnio to sprawdzałem - wyjaśnił jej, żeby nie wyjść na jakiegoś psychopatę. Ale może już wyszedł?
Na to jej pytanie o imię uniósł jedną brew.
- Ty też mi się nie przedstawiłaś - odpowiedział od razu, a zaraz się zawahał Gaspard, czy Galen? Jak powinien się przedstawić.
- Gaspard, a ty? - jednak to było od niego silniejsze... Chociaż przecież sam jej opowiadał o Porsche i o swoim apartamencie... To co Gaspard też je miał? Czy to przy okazji tego udawania Galena? Aż sam wywrócił oczami i spuścił głowę przesuwając palcami po tych miękkich włosach. Chyba coś mu tutaj nie wyszło z tym udawaniem Gasparda, który udawał Galena. A może teraz Galen powinien udawać Gasparda? Aż otworzył usta rozkminiając ten fakt, a niebieskie tęczówki zawiesił na jakimś wieżowcu. To Northex?

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby tylko Maya wiedziała, że blondyn nawet nie używał tych swoich rarytasów, znajdujących się w jego mieszkaniu, tym bardziej by się do niego wprosiła i albo mu te rzeczy zakosiła albo pokazała mu, jak dobrze można było spędzić czas pykając na konsoli i popijając dobre drinki. Taki właśnie był problem z ludźmi przy kasie — mieli jej tyle, że kompletnie gubili po drodze możliwość doceniania drobnych rzeczy. Majka na przykład nigdy nie miała konsoli. Tylko czasami z bratem chodzili do jednego z jego ziomków, ale nawet wtedy ona głównie mogła tylko patrzeć, więc gdyby tylko ktoś posadził ją przed takim wielkim ekranem i dał do ręki pada a do drugiej jakiś dobry alkohol, uśmiech chyba nie schodziłby z jej twarzy.
Zupełnie tak jak teraz, kiedy blondyn oznajmił, że wystarczyłoby mu piętnaście minut, żeby wyrwać laskę. Oczywiście, gdyby jego Ralph-jakiś tam nie był upierdolony. Parker miała co do tego niemałe wątpliwości.
No popatrz — wyciągnęła przed siebie rękę i spojrzała przelotnie na niewielki, przeciętny zegarek, zdobiący jej nadgarstek. — My znamy się już dwadzieścia, a tobie dalej się nie udało — rzuciła bezczelnie, zaglądając mu w oczy. Oczywiście, że się z nim droczyła. Nie była głupia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że on nawet nie próbował jej wyrwać. Najwidoczniej nie była w jego kręgu zainteresowań i to było jak najbardziej okej. On też nie był w jej. Był na to zbyt… sztywny. Chociaż miał w sobie wystarczająco dużo potencjału, żeby Parker chciała spędzić z nim drugie tyle. Bo czemu nie? Jak widać oboje nie mieli ciekawszych rzeczy do roboty.
Właśnie dlatego skończyli na dachu. Nie był on szałowy. Nie miał być. Jakby chciała zrobić na nim wrażenie, pewnie wziełaby go do któregoś z wieżowców i tam wkradła się na dach, żeby podziwiać całe Toronto u stóp, a nie tylko marne centrum i główną uliczkę z kawiarenkami. Tutaj po prostu mieli sobie przysiąść i złapać oddech. Dokładnie tak jak Maya, która rozsiadła się wygodnie i spojrzała przed siebie, gdy zadał jej pytanie, czy lubiła takie widoki.
Mogą być — zacytowała jego własne słowa. Spojrzała na niego przelotnie, by sprawdzić, czy w ogóle zauważył, po czym zawiesiła spojrzenie na samolocie, który przelatywał gdzieś wśród chmur. — Na pewno lepsze to niż siedzenie w zatłoczonej kawiarni — zauważyła, postukując w papierowy kubek. Bo przecież nie było nic gorszego niż gwar i tłumy. Nie dość, że człowiek nie mógł usłyszeć własnych myśli, to jeszcze porozmawiać w świętym spokoju graniczyło z cudem.
A tutaj mogli. I rozmawiali. A właściwie to on mówił, a on uważnie go słuchała. Do tego stopnia, że kiedy oznajmił ile sekund zajmuje dwadzieścia metrów spadania, uniosła brwi w górę i pokiwała głową z uznaniem. Uznaniem czego? Chyba tego, że wiedział takie rzeczy.
Tylko dwie sekundy spadania? To straszna nuda — oznajmiła luźno, ani trochę nie oceniając tego, co powiedział. Dla Majki była to normalna informacja, sama otaczała się ludźmi którzy wiedzieli mega dziwne ciekawostki, to może i on był taką osobą? A może to po prostu dla niej nie było czegoś takiego jak dziwny temat i po prostu podłapywała wszystko jak leci. — Jak już bym miała spadać, to wybrałabym chyba najwyższy budynek w całym mieście. Któryś z tamtych — wskazała głową na wieżowce pnące się w tle. — Ile to ma z pięter? Pewnie z siedemdziesiąt — upiła łyk kawy i wzięła głębszy oddech, od razu robiąc w głowie odpowiednie obliczenia. — No to wtedy z jakieś solidne siedem przecinek osiem setnych spadania, jeśliby wziąć pod uwagę nabieranie prędkości i opór powietrza. To już coś. Byłby czas się przynajmniej rozejrzeć — rzuciła pod nosem kompletnie bez zastanowienia. Bo może jakby się zastanowiła, to nie wypowiadałaby tego na głos? Nie dość, że mówiła właśnie jakiemuś obcemu facetowi o tym, że fajnie jak już się zabijać byłoby skakać z wysokiego budynku, to jeszcze pokazała swój analityczny umysł do liczb, który raczej ludzie po prostu wyśmiewali. Tylko co ona mogła poradzić, jak to było silniejsze od niej? Zawsze szybko liczyła w głowie. Chuj, najwyżej weźmie ją za dziwną. Dziwna dzikuska — nawet pasowało.
Nie pasowało za to do niego imię Gaspard. No kurwa nie pasowało i tyle w temacie. Kto w ogóle nazywa dziecko Gaspard w dzisiejszych czasach? Przeczytał to w książce od historii czy jak?
Leokadia — rzuciła pierwsze lepsze co jej przyszło do głowy i przez moment faktycznie trzymała poważną minę, jednak pod jego spojrzeniem zaraz się złamała. — Nie no, tak serio to Maya, ale chciałam dać coś, co bardziej wyniosłego, by pasowało do Gasparda — wyjaśniła, upijając łyk kawy i spoglądając na niego z rozbawieniem. — Leokadia i Gaspard, no zajebiste, powiedz, że nie. Jak z jakiejś opowieści — nawet głos zmieniła, kiedy wymawiała ich imiona razem. Pięknie brzmiały. Szczególnie, ze Parker wcale nie wierzyła, że on naprawdę miał tak na imię. Chociaż z drugiej strony bogaci ludzie byli pierdolnięci. Jeśli faktycznie miał dzianych starych istniało wysokie prawdopodobieństwo, że daliby mu takie spaczone imię.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Nawet minuty się nie starałem - powiedział, a te jego intensywnie niebieskie tęczówki również spoczęły na jej ładnych, brązowych oczach. Bo dziewczyna przed nim była ładna, nie było wątpliwości, nawet w jego typie, burza czarnych włosów, i te ciemne oczy, które ostatnio urzekały go aż za bardzo. Ale wciąż była złodziejką, oboje byli. Czy takie relacje, oparte na kradzieży kawy z kawiarni, w ogóle powinny zahaczać o jakiś podryw? Rozwijać się w randki?
Jak widać na załączonym obrazku, gdzie oni na taką randkę na dach właśnie szli - tak.
Ale Galen nawet chyba nie umiałyby tego zrobić, zagadać ją na dachu... w... obsranym bucie.
Może innym razem, w trochę bardziej przychylnych mu warunkach?
Zerknął na nią z ukosa na to jej mogą być, przez chwilę chciał jej zapytać czy widziała lepsze, bo on widział, ale może nie powinien się tak przechwalać, skoro miał grać Gasparda? Który miał udawać Galena, który miał udawać Gasparda. Kurwa.
Żegnaj Northex i wystawne życie, witaj ulico, albo szpitalu psychiatryczny.
- Nienawidzę kawiarni - to już powiedział jako Galen, który właściwie w kawiarni był dosłownie kilka razy w życiu, ale po tym dzisiejszym je po prostu znielubił - właściwie to nawet ta kawa jest niedobra, mam lepszą w biurze - stwierdził, no ale napił się, jak się nie ma co się lubi... Chociaż Galen to zazwyczaj jednak miał właśnie to, co lubił.
Spojrzał na nią wraz z jej kolejnymi słowami dwie sekundy spadania, tak chciał ze sobą skończy, w zasadzie... nuda.
- Nawet nie zdążysz pomyśleć, co ja robię - bo Galen na pewno by się zastanowił, on przecież tak naprawdę to nie chciał się nigdy zabić, a już miał na sumieniu dwie próby samobójcze. Ale to pewnie dlatego, że on miał w sobie coś z postaci tragicznej i kiedy życie go dociskało, to musiał trochę zadramatyzować. Dwa razy w życiu, go tak to jego piękne życie, jak z okładki żurnala, docisnęło.
Słuchał jej uważnie, kiedy mówiła o tym najwyższym budynku, kiedy tak dokładnie policzyła czas spadania, Galen też miał głowę do liczb, stał na budowie i obliczał ile stali pójdzie na daną konstrukcję, więc trzeba przyznać, że mu tym zaimponowała, a większość ludzi pewnie uważałaby to za nudne. Zerknął na te wieżowce, a potem znowu na dziewczynę.
- Robisz coś związanego z fizyką? - zapytał, bo w zasadzie to mu nie powiedziała czym się zajmuje, a go zaciekawiła. Znowu zmierzył ją spojrzeniem, na kogo mu wyglądała? Nie mógł jej rozgryźć.
- Pracuję w takim wieżowcu - jego w tym jego garniaku było zdecydowanie łatwiej - gdzieś tam na rogu jest moje biuro - nie wiedział dokładnie gdzie, ale mógł to sobie wyobrazić, jak stamtąd obserwuje miasto - ale jak chciałem się zabić, to miałem skakać z mostu, dwie sekundy i łamiesz kark na lodzie - czemu jej to powiedział? A tak, po prostu. Galen w zasadzie też lubił takie irracjonalne rozmowy, jakiś głębszy sens życia, szczegóły, które w dwóch słowach zdradzą jakim człowiekiem jesteś. A nie kawka w kawiarni z pytaniem na ustach, co słychać.
Na tą Leokadię wywrócił oczami, bo co to za pomysł w ogóle? Podobny poziom do Gaspard? Przez jego twarz przeszedł jakiś dziwny cień, bo przez chwilę walczył z tym, żeby jednak też nie parsknąć.
- Maya jest ładne - stwierdził - od matki Hermesa, bogini wiosny - oczywiście musiał wtrącić, bo przecież Galen i jego dziwne zamiłowanie do pochodzenia imion - a Leokadia brzmi równie źle, co Gaspard, ale mnie rodzice akurat nie kochali - z tym to nawet bardzo jej nie skłamał. Zamyślił się na moment.
- Gaspard to strażnik skarbu, a Leokadia troszcząca się o lud, pasują do siebie? Imię musi coś znaczyć, bo jak nie znaczy nic, to jest słabe... Tak jak teraz te nowomodne, od miast, czy rzeczy - podzielił się z nią swoim zdaniem. Może i tak już się nigdy nie spotkają, wiec co mu szkodziło? Najwyżej go weźmie za staromodnego Gasparda, ale przecież Galen Wyatt też trochę był.
- Wyobrażasz to sobie, jakbyśmy tu siedzieli i ja mówię tobie, mam na imię Bronx, bo moi rodzice poznali się na Bronxie, a ty mówisz, coś ty, a ja Paris, bo moi w Paryżu - utkwił w niej niebieskie tęczówki i się uśmiechnął, bo pewnie takie przypadki też chodzą po ludziach - a my siedzimy i ja ci mówię, lubisz wiosnę? Bo masz imię jak Bogini Wiosny - jemu zdecydowanie bardziej podobała się druga wersja. Ale to był Galen i jego hopl na punkcie znaczenia imion. Może on też w zasadzie był dziwny? Na pewno był, zwłaszcza jak się na niego patrzyło jak wszyscy przez pryzmat bogatego dupka, bo to często ci bogaci wybierali te dziwne imiona. Jego prawdziwe też było dziwne, Galen. Kto daje tak na imię dziecku? Chociaż jego starzy wiedzieli doskonale co z tego dziecka wyrośnie... ale chcieli jednak chyba, żeby spokojny i łagodny człowiek. Trochę jego przeciwieństwo. Chociaż... dzisiaj to akurat był wyjątkowo spokojny, przy Mayi.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”