-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Poważnie...? - parsknął krótko, słysząc, że Saul nie sądził, że może go w ogóle pociągać. Ta koncepcja wydała mu się w tej chwili tak irracjonalna, że nie mógł powstrzymać krótkiego śmiechu. Jednocześnie objął go ramionami, przytulając go do siebie, gdy Saul oparł czoło o jego ramię, przytulając się do niego; on również pragnął jego bliskości i ciepła i nie chciał, żeby ten się przypadkiem odsunął, co to to nie. Chciał go blisko, jak najbliżej, chciał się rozkoszować jego ciepłem i wciągać w płuca zapach jego perfum, jego szamponu do włosów, płynu do kąpieli, wszystkiego. - Jesteś piękny, masz to samo pokręcone poczucie humoru co ja, uwielbiam spędzać z tobą czas... - zaczął wymieniać, zupełnie jakby Saul właśnie spytał go co takiego w nim lubi, a nie wyraził zaskoczenie tym, że go pociąga. - Lecę na ciebie odkąd się poznaliśmy, Sa-ul - wymamrotał mu prosto do ucha, w ten swój charakterystyczny sposób wymawiając jego imię, z mocnym dodatkiem swojego i tak mocnego zwykle akcentu.
Gdy chwilę później usłyszał pytanie mężczyzny spojrzał z zastanowieniem na pozostałą w torebeczce część dragów, przygryzając dolną wargę i myśląc przez chwilę intensywnie. W końcu pokiwał głową, zgarniając wszystko, co leżało na desce do kieszeni.
- Później. Chodźmy stąd, znajdźmy milsze miejsce, niż kibel - parsknął krótkim śmiechem, podnosząc się na nogi i podał rękę Saulowi, żeby pomóc mu wstać, a tak naprawdę głównie po to, żeby móc złapać go za rękę. Odryglował drzwiczki kabiny (przybliżając się tym samym do Saula bardzo mocno, żeby tam dosięgnąć, ale nie było to z jego strony ani trochę przypadkowe) i wypuścił go przodem z tej klitki. - Chcesz jeszcze się napić albo wrócić na parkiet? Czy wychodzimy?
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Teraz uśmiechnął się połową ust, nieco zawstydzony i zażenowany, ale i miło połechtany, patrzący na Salvadora wielkimi, misiowatymi oczami - jego wzrok był pełen miłości i ciepła. Zaśmiał się krótko, kiedy Salva wymamrotał mu do ucha, że na niego leci, a po jego karku przeszedł przyjemny dreszcz. Podobny dreszcz przeszył go znowu, kiedy obaj wstali, a Menendez przysunął się do niego, żeby otworzyć drzwi. Kiedy Saul poczuł jego ciało tak blisko siebie, odruchowo się spiął, czując nagłe uderzenie niepokoju, ale jednocześnie chciał tej bliskości, więc skarcił się w myślach za to spięcie i miał nadzieję, że Meksykanin tego nie zauważył - nie chciał, żeby przyjaciel się od niego odsuwał, żeby pomyślał, że ma go nie dotykać. Co prawda przez lata Salvador wielokrotnie z pewnością widział podobne większe i mniejsze spięcia, nagłe ucieczki dłoni czy innych części ciała, które ktoś mniej lub bardziej przypadkowo dotknął; ale Saul się tego wstydził, nienawidził w sobie tej cechy i bardzo mu ona przeszkadzała w życiu.
- Nie wiem - odpowiedział z trochę nieobecnym uśmiechem. Wokół było bardziej kolorowo, niż bez prochów, dźwięki były wyraźniejsze i bardziej trafiały do jego duszy - Możemy jeszcze chwilę zostać, a możemy gdzieś iść. Możemy zatańczyć... Możemy zatańczyć na przykład w fontannie...
Jego zęby błysnęły w szerokim uśmiechu, nie rejestrującym w tym momencie, że przecież jest cholerna zima, więc tanieć w fontannach - nawet gdyby były czynne - nie byłaby najlepszym pomysłem.
- Napijmy się jeszcze.
Wsunął palce w jego dłoń, trochę niepewnie i tak, żeby nikt tego nie zauważył, ale jednak chcąc iść z nim za rękę.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
O tym, że Devlin czasem uciekał przed dotykiem również wiedział, znali się w końcu już od dłuższego czasu i miał okazję widzieć nie jedną i nie dwie sytuacje, w których Saul albo czegoś się wystraszył, albo po prostu spinał się z mniej lub bardziej znanych mu powodów. Czasem go to zastanawiało, ale raczej nie pytał o przyczynę, czasem tylko dawał mu do zrozumienia, że jeśli narzuca mu się za bardzo ze swoją osobą i Saul potrzebuje przestrzeni, to wystarczy powiedzieć. Salva wiedział, że był nieco zbyt energiczny momentami, jego ruchy nie do końca bywały skoordynowane w wielu sytuacjach, a w dodatku często mówił za głośno i żywo gestykulował. Lubił też bliskość, lubił się przytulać i oglądanie filmu z plecami opartymi o klatkę piersiową Saula, leżąc pomiędzy jego nogami, nie było dla niego niczym nietypowym. Wiedział jednak, że jego przyjaciel czasem potrzebował nieco więcej wolnej przestrzeni wokół siebie i starał się to respektować, jeśli tylko zauważył taką potrzebę.
Teraz jednak niespecjalnie się nad tym zastanawiał. Być może w ogóle nie zauważył tego minimalnego spięcia się przyjaciela, a może po prostu nie było ono dla niego niczym aż tak dziwnym, żeby jakoś to komentować i jakkolwiek reagować. Parsknął śmiechem, słysząc o tańcu w fontannie - Salva akurat orientował się w porach roku na tyle, żeby wiedzieć, że teraz była zima i że niekoniecznie dobrym pomysłem było to, co proponował Saul. Inna sprawa, że wyobraził sobie ich taniec w fontannie i musiał przyznać, że był to całkiem ciekawy widok, więc będzie musiał to sobie zapamiętać i wykorzystać inną porą roku - albo w innym miejscu na świecie, gdzieś, gdzie nie było teraz tak niskich temperatur, że wchodzenie do wody skutkowałoby momentalnym zachorowaniem na zapalenie płuc.
- Napijmy się - zgodził się z mężczyzną skinieniem głowy i spojrzał w dół, gdy poczuł jak Devlin wsuwa dłoń w jego własną. Nie spodziewał się tego gestu, zaskoczył go więc w pierwszej chwili, ale zaraz po zaskoczeniu na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a Salva przysunął sobie ich dłonie do ust i pocałował delikatnie knykcie jubilera, po czym bez słowa pociągnął go za rękę w stronę baru. On sam nie miał żadnego problemu z tym, żeby trzymać go za rękę, a już zwłaszcza w klubie gejowskim - bywały miejsca i momenty, że mógłby się zastanawiać, czy aby na pewno był to dobrym pomysł, ale nie było to ani takie miejsce, ani taka chwila.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się szeroko, ciesząc się jak dziecko, kiedy Salvador pocałował jego knykcie - ten gest wydał mu się przeuroczy i tak bardzo ciepły i kochany, że jego serce wywinęło kilka salt "w powietrzu". Niemal w podskokach szedł teraz z przyjacielem do baru, a świat wokół wydawał się przepiękny, przyjazny, kolorowy i wspaniały. Nie było na nim trosk, problemów, nie było rasizmu, homofobii, nie było głodu ani żadnych innych rzeczy spędzających sen z powiek nie tylko jemu, ale w ogóle społeczeństwu. Było tylko szczęście - Saul był teraz w swoim własnym wyobrażeniu nieba.
Zamówił po kolejnym piwie dla siebie i Salvadora (sobie z imbirem, a jemu z maliną) i znów spojrzał na niego z uśmiechem małego dziecka, które dostało lizaka albo obietnicę wyjścia do ZOO.
- Jesteś wspaniały, wiesz? - zapytał, czując przyjemny szum w uszach i niejasno zdając sobie sprawę z tego, że kiedy nadjedzie zjazd, to już nie będzie tak kolorowo, że prawdopodobnie wtedy zwalą mu się na głowę wszystkie demony. Ale teraz było pięknie i to się liczyło. Przysunął się do niego i objął go ramionami, przylegając całym ciałem do jego ciała i pociągając łyk z kufelka, bujając się w rytm powolnej, ciężkiej piosenki, która teraz leciała i którą wielu określiłoby mianem "pościelówy". Ich biodra zetknęły się ze sobą, a Saul wprawiał swoimi jego biodra w ruch w tym samym rytmie i tempie. Przytulił policzek do jego policzka, opierając brodę na jego ramieniu. Był od niego sporo niższy, co czasami go niepokoiło, ale w tym momencie również wydawało się urocze i najwłaściwsze, jak tylko można: czuł się bezpiecznie... przy byłym członku gangu z Meksyku.
- A co potem robimy?
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wspaniały? ¿Por qué? - zaśmiał się, słysząc ten komplement i obejmując go jedną ręką w pasie (w drugiej wciąż trzymał swoje piwo). Dłoń położył na dole jego pleców i przyciągnął go bardziej do siebie, więc gdy Saul poruszał się w tańcu, faktycznie poruszali się razem, biodra w biodra. Bliskość Saula działała na niego naprawdę mocno, zwłaszcza gdy ich ciała poruszały się w rytm muzyki, gdy jego biodra dotykały bioder jubilera i gdy czuł ciepło jego policzka na swoim policzku i drżenie oddechu na szyi.
- No sé - wzruszył lekko ramionami i odchylił nieco głowę, żeby spojrzeć na twarz Devlina. Jego dłoń przesunęła się nieco wyżej po jego plecach, wciąż przyciskając go do ciała Meksykanina, jeszcze mocniej i jeszcze bardziej uświadamiając mu zapewne to, że pewne części ciała Menendeza żywo reagowały na bliskość, która się pomiędzy nimi wytworzyła. Salvador starał się jednak na tym nie skupiać, bo naprawdę nie zależało mu wyłącznie na tym, żeby zaciągnąć Saula do łóżka; można chyba powiedzieć, że to był taki efekt uboczny i coś, co starał się ignorować w tym momencie.
- Możemy pójść na jakiś nocny seans do kina i coś obejrzeć, możemy pójść na spacer, powłóczyć się, przejechać gdzieś motorem albo po prostu pójść do mnie i posiedzieć przy kolejnym piwku, wciąż drugą działkę, obejrzeć coś... Decyduj. - musnął jego nos swoim, uśmiechając się szeroko.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Bo jesteś przepiękny, a te światła jeszcze dodają ci urody - odpowiedział na jego pytanie, patrząc mu w oczy i z zachwytem obserwując odbijające się w nich kolorowe światełka reflektorów parkietu - Bo jesteś inteligentny, ciepły, uczuciowy, delikatny dla mnie, opiekuńczy, wyrozumiały, bo mogę z tobą porozmawiać o wszystkim, bo czuję się, jakbym znał cię całe życie i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie w nim.
Zaczerwienił się i zacisnął wargi czując, że chyba powiedział za dużo, ale nie uciekł wzrokiem mimo, że miał na to wielką ochotę. Ale nie chciał się wycofywać z tego, co powiedział - chyba już zbyt wiele razy się wycofywał, a jeśli powiedziałby za dużo, jeśli to by miało coś zepsuć... to może lepiej niech zepsuje teraz, a nie kiedy już Saul uwierzyłby, że faktycznie jest dla Salvadora ważny nie tylko jako kumpel.
- To pojedźmy motocyklem do ciebie - odpowiedział na propozycję Meksykanina - Po drodze możemy chwilę pozwiedzać okolicę, zanim dotrzemy do ciebie i zasiądziemy przy filmie, kolejnej działce i piwku. A... mogę się do ciebie wprosić na noc? Nie będzie mi się chciało wracać do siebie, jeśli faktycznie coś razem obejrzymy. Możemy jeszcze wstąpić do sklepu po coś do żarcia. Albo zamówić pizzę.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja też nie wyobrażam sobie życia, w którym mogłoby cię przy mnie nie być, mi chico - uśmiechnął się do niego łagodnie, przesuwając dłoń na jego kark i obejmując go palcami. Na moment przymknął oczy, opierając czoło o czoło Saula i oddychając w rytmie jego oddechu oraz tańca, który dzielili. W tym momencie nie pragnął niczego więcej, niż tylko być tutaj z nim już do końca świata. Mimo narkotykowego haju wiedział jednak, że nie było to możliwe, dlatego właśnie rozmawiali teraz o tym, co zrobią po wyjściu z lokalu.
Cieszył się, że Saul nie wycofał się z tego, co powiedział - według niego nie było powodu, żeby to robił, ale znał Devlina nie od dziś i wiedział, że ten miał tendencję do mówienia rzeczy w stylu daj spokój, nieważne i zapomnij o tym, co mówiłem; to, że teraz nie uciekł wzrokiem i nie cofnął swoich słów naprawdę wiele dla niego znaczyło.
- Pewnie, że możesz się wprosić na noc - uśmiechnął się znów, otwierając ponownie oczy i pogładził go delikatnie kciukiem po policzku. Jego oczy błyszczały teraz dość mocno, faktycznie odbijając od wielkich (jeszcze większych niż normalnie - przez narkotyki) ciemnych tęczówek światła migoczące w klubie. - Zawsze możesz zostać, wiesz przecież - musnął wargami jego czoło, po czym odsunął się minimalnie, żeby napić się jeszcze swojego piwa. Nie zamierzał przecież zostawiać trunku w kufelku, trzeba było wypić wszystko, zanim wyjdą, bo nie był człowiekiem, który marnował jedzenie czy picie, jeśli już coś zamówił. No, chyba że byłoby wyjątkowo niedobre, ale to raczej nie tyczyło się piwa, bądźmy szczerzy.
Jakiś czas później wyszli na zewnątrz, a mroźne powietrze od razu uderzyło w ich twarze. Meksykanin skrzywił się lekko, gdy minusowa temperatura zaczęła smagać jego skórę, po czym otulił się bardziej swoją kurtką, poprawił szalik pod szyją i położył dłoń na plecach Saula, sprawdzając, czy ten jest odpowiednio otulony ciepłem.
- W Cancún mamy średnio 25-29 stopni przez cały rok - rzucił nagle, komentując panujący w Toronto ziąb. - Muszę cię tam kiedyś znów zabrać. Spędzalibyśmy całe dnie i noce na plaży, bo Cancún leży przecież na wybrzeżu Morza Karaibskiego; moglibyśmy się kąpać, wylegiwać na piasku, pływać łódką... - uśmiechnął się szeroko do tego pomysłu i objął go w pasie, przyciągając go do siebie bardziej. To, że Saul był od niego niższy wydawało mu się w tej chwili przeurocze, więc stał przez chwilę, wpatrzony w niebieskie oczy przyjaciela, w których odbijało się teraz światło pobliskiej latarni.
- Swoją drogą, nazwa Cancún podobno pochodzi z języka Majów, gdzie Kaan kuum oznacza „gniazdo węży“ - zaśmiał się, jakoś wyjątkowo rozbawiony tym faktem. - Tobie było dane poznać jednego z nich - ściszył głos do szeptu, obniżając go też nieco, przez co ten pomruk mógł zabrzmieć nieco niebezpiecznie, ale Saul przecież znał go od lat i nie powinien uznać Salvadora za zagrożenie. Często uchodził za gangusa, mimo że nie był w gangu od lat, ale prawda była taka, że był raczej przytulaśnym miasiaczkiem, który potrzebował, żeby ktoś go dostrzegł i pokochał. Aż tak bardzo się od siebie z Saulem nie różnili.
Chwilę później pochylił się nieco, wciąż wpatrzony w te oczy, minimalizując odległość między nimi i znów złączył ich usta w pocałunku, tym razem powolnym, leniwym i czułym, ale głębszym i bardziej oddającym to, jak bardzo Devlin był dla niego ważny, niż ten pocałunek w toalecie. Teraz, mimo chłodu, a może właśnie dzięki niemu, nie wynikał on wyłącznie z potrzeby bliskości, ale po prostu z potrzeby pokazania Saulowi, że od dawna stanowił najważniejszą osobę w jego życiu, nawet jeśli Salva niekoniecznie umiał to przyznać na głos. Chciał, żeby ten o tym wiedział.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kiedy jednak Salva powiedział, że Saul poznał jednego z węży, w ten groźny sposób, obniżając głos; Saul poczuł, że robi mu się gorąco. Przełknął nerwowo ślinę, patrząc w te ciemne, wielkie oczy, a jego oddech stał się cięższy. Miał ochotę poczuć smak jego ust, zatonąć w jego ramionach... a Salvador jakby czytał mu w myślach, bo chwilę później faktycznie go pocałował, a serce Devlina fiknęło kozła. Jęknął cicho w jego usta, oddając pocałunek po chwili zawahania wynikającego z niepewności, czy to właściwe - czy powinien na to pozwalać, bo co, jeśli się zaangażuje, a Salva okaże się nie odwzajemniać jego uczuć? Owszem, wierzył, że pociąga Meksykanina, ale... czy w taki sposób, w jaki by chciał? W to wątpił, po wszystkich swoich niepowodzebiach. Jednak to zawahanie trwało ułamek sekundy - za bardzo tego pragnął, za bardzo chciał choć trochę bliskości i zbyt wiele uczuć żywił do Menendeza. Dodatkowo narkotyki wyłączały mu hamulce. Objął kark mężczyzny i odwzajemnił pocałunek, pogłębiając go i napierając ciałem na jego ciało.
- Może jednak jedźmy od razu do ciebie - powiedział drżącym głosem, kiery - po dłuższym czasie - ten pocałunek dobiegł końca - Zimno jest. Trochę za zimno na motocyklowe przejażdżki.
Tym razem już uciekł wzrokiem i skierował się w stronę maszyny Salvadora, ale trzymając kurczowo jego palce splecione ze swoimi.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zamierzał jednak protestować, gdy Saul rzucił, że lepiej będzie, jeśli pojadą bezpośrednio do mieszkania Salvy. Na wycieczkę po okolicy mogą wybrać się innym razem, w jakiś cieplejszy dzień, bo ostatecznie podczas jazdy i tak było znacznie zimniej, niż w rzeczywistości, głównie przez prędkość; to nie samochód, w którym można było się schować przed zimnem i ogrzać.
- Dobrze, w takim razie jedziemy do mnie - skinął głową z uśmiechem i pociągnął go w stronę swojej maszyny. Ze schowka wyciągnął kaski, jeden z nich podał Saulowi (pomógł mu też go zapiąć pod brodą; nie dlatego, że nie sądził, że Saul da radę sam, tylko po to, by się do niego znów zbliżyć), drugi założył na swoją głowę i wsiadł na siedzisko.
- Wskakuj - spojrzał na przyjaciela przez ramię, nakładając skórzane rękawiczki. - I trzymaj się mocno, mi amigo - złapał jego ręce i objął się nimi w pasie, skłaniając go tym samym do przysunięcia się bliżej i przylgnięcia do pleców Meksykanina.
Chwilę później odpalił maszynę i z ciepłem ciała Saula przy sobie ruszył spod pubu, mknąc w rozświetlony latarniami i światłami nocnych lokali mrok.
/ zt x2