Zaśmiał się, nie mogąc się powstrzymać, gdy usłyszał te wszystkie komplementy kierowane pod swoim adresem. Nie uważał się wcale za pięknego, chociaż sprawiał często wrażenie, że jest świadom swojego ciała i tego, jak działał na facetów - bo to akurat była prawda, z tą tylko różnicą, że wynikało to bardziej z tego, że dobrze czuł się w tańcu, taniec był jego życiem i przez taniec najlepiej wyrażał siebie, a podczas pracy w klubie nauczył się używać go również do uwodzenia, nie tylko do wyrażania emocji. Potrafił więc wyglądać na pewnego siebie faceta, emanował energią, którą wielu uznałoby za
seksualną, ale co do swojej piękności nie był aż tak bardzo przekonany. Jeśli chodziło o inteligencję to tutaj również mógłby dyskutować, w końcu odsiedział pięć lat za posiadanie narkotyków, nie skończył też żadnej wyższej szkoły, de facto nie miał
fachu w ręku, ale starał się jakoś sobie radzić w życiu mimo tego. Z kolei kwestii bycia delikatnym, ciepłym i opiekuńczym nie bardzo potrafiłby skomentować, bo to nie jemu oceniać; skoro Saul mówił, że tak było, to niech mu będzie.
-
Ja też nie wyobrażam sobie życia, w którym mogłoby cię przy mnie nie być, mi chico - uśmiechnął się do niego łagodnie, przesuwając dłoń na jego kark i obejmując go palcami. Na moment przymknął oczy, opierając czoło o czoło Saula i oddychając w rytmie jego oddechu oraz tańca, który dzielili. W tym momencie nie pragnął niczego więcej, niż tylko być tutaj z nim już do końca świata. Mimo narkotykowego haju wiedział jednak, że nie było to możliwe, dlatego właśnie rozmawiali teraz o tym, co zrobią po wyjściu z lokalu.
Cieszył się, że Saul nie wycofał się z tego, co powiedział - według niego nie było powodu, żeby to robił, ale znał Devlina nie od dziś i wiedział, że ten miał tendencję do mówienia rzeczy w stylu
daj spokój, nieważne i
zapomnij o tym, co mówiłem; to, że teraz nie uciekł wzrokiem i nie cofnął swoich słów naprawdę wiele dla niego znaczyło.
-
Pewnie, że możesz się wprosić na noc - uśmiechnął się znów, otwierając ponownie oczy i pogładził go delikatnie kciukiem po policzku. Jego oczy błyszczały teraz dość mocno, faktycznie odbijając od wielkich (jeszcze większych niż normalnie - przez narkotyki) ciemnych tęczówek światła migoczące w klubie. -
Zawsze możesz zostać, wiesz przecież - musnął wargami jego czoło, po czym odsunął się minimalnie, żeby napić się jeszcze swojego piwa. Nie zamierzał przecież zostawiać trunku w kufelku, trzeba było wypić wszystko, zanim wyjdą, bo nie był człowiekiem, który marnował jedzenie czy picie, jeśli już coś zamówił. No, chyba że byłoby wyjątkowo niedobre, ale to raczej nie tyczyło się piwa, bądźmy szczerzy.
Jakiś czas później wyszli na zewnątrz, a mroźne powietrze od razu uderzyło w ich twarze. Meksykanin skrzywił się lekko, gdy minusowa temperatura zaczęła smagać jego skórę, po czym otulił się bardziej swoją kurtką, poprawił szalik pod szyją i położył dłoń na plecach Saula, sprawdzając, czy ten jest odpowiednio otulony ciepłem.
-
W Cancún mamy średnio 25-29 stopni przez cały rok - rzucił nagle, komentując panujący w Toronto ziąb. -
Muszę cię tam kiedyś znów zabrać. Spędzalibyśmy całe dnie i noce na plaży, bo Cancún leży przecież na wybrzeżu Morza Karaibskiego; moglibyśmy się kąpać, wylegiwać na piasku, pływać łódką... - uśmiechnął się szeroko do tego pomysłu i objął go w pasie, przyciągając go do siebie bardziej. To, że Saul był od niego niższy wydawało mu się w tej chwili przeurocze, więc stał przez chwilę, wpatrzony w niebieskie oczy przyjaciela, w których odbijało się teraz światło pobliskiej latarni.
-
Swoją drogą, nazwa Cancún podobno pochodzi z języka Majów, gdzie Kaan kuum oznacza „gniazdo węży“ - zaśmiał się, jakoś wyjątkowo rozbawiony tym faktem. -
Tobie było dane poznać jednego z nich - ściszył głos do szeptu, obniżając go też nieco, przez co ten pomruk mógł zabrzmieć nieco niebezpiecznie, ale Saul przecież znał go od lat i nie powinien uznać Salvadora za zagrożenie. Często uchodził za gangusa, mimo że nie był w gangu od lat, ale prawda była taka, że był raczej przytulaśnym miasiaczkiem, który potrzebował, żeby ktoś go dostrzegł i pokochał. Aż tak bardzo się od siebie z Saulem nie różnili.
Chwilę później pochylił się nieco, wciąż wpatrzony w te oczy, minimalizując odległość między nimi i znów złączył ich usta w pocałunku, tym razem powolnym, leniwym i czułym, ale głębszym i bardziej oddającym to, jak bardzo Devlin był dla niego ważny, niż ten pocałunek w toalecie. Teraz, mimo chłodu, a może właśnie dzięki niemu, nie wynikał on wyłącznie z potrzeby bliskości, ale po prostu z potrzeby pokazania Saulowi, że od dawna stanowił najważniejszą osobę w jego życiu, nawet jeśli Salva niekoniecznie umiał to przyznać na głos. Chciał, żeby ten o tym wiedział.
Saul Devlin