-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
— Mówiłam: musisz naprawdę mu się opłacać. Taka przysługa słono go będzie kosztować. — I na pewno zdawał sobie sprawę. Bo nikt tak nie monitorował kosztów i przysług, jak on. I nikt nie lubił mieć długów tak bardzo, jak on – zdecydowanie bardziej wolał sytuacje, w których to inni byli jemu coś winni, nie odwrotne. A to mogło faktycznie znaczyć, że miał całkiem spore zaufanie do Damona, widział w nim coś, co mu się zwróci – i broń boże, nie w sensie literalnym. Jednocześnie mogło to oznaczać, a w zasadzie – już oznaczało – że trudno było znaleźć coś, na co Włoch nie znajdzie sposobu. Infiltracja terenów Korei Północnej, a raczej – stosowne ułatwienie jej – miało nie być problemem.
Dalsza część podróży miała upłynąć bez przeszkód. Damon został pozostawiony sam sobie, nawet miał swoje własne miejsce, gdzie mógł się chociaż na chwilę położyć i spróbować zasnąć – ze skutkiem różnym. Bombowiec stabilnie przecinał przestworza, ani razu nie dając się zakołysać najmniejszym nawet turbulencjom.
Towarzysze na pokładzie zachowywali się wyjątkowo cicho, w pewnym momencie po prostu przesiadując bliżej kokpitu i rozmawiając. O niczym istotnym – możliwe, że także mieli na uwadze, że otoczenie, w którym znajdował się obcy da nich mężczyzna, nie jest szczególnie bezpieczne.
Ostatecznie to inżynier podeszła do Koreańczyka, aby go obudzić – lub po prostu zwrócić jego uwagę i wytrącić z trybu czuwania.
— To dobry moment, żebyś cały sprzęt już pozakładał.. Sprawdzę ko już na tobie. Roth powiedział, że za jakieś czterdzieści minut wejdziemy w przestrzeń powietrzną nad Koreą Północną.
A raczej logicznym było sprawdzenie sprzętu, zanim wypchną go z samolotu podczas zrzutu. W razie, gdyby miało się okazać, że coś uległo uszkodzeniu, lub nie funkcjonuje tak, jak powinno, to mieli jeszcze czas, aby podjąć kilka, różnych decyzji i jednoczesne przeorganizowanie.
Gdy Koreańczyk założył na siebie większość zabieranego sprzętu, kwatermistrz czy raczej zbrojmistrz w osobie kobiety, znalazła się przy nim i nawet przed nim uklęknęła; nie dla cielesnych doznań, ale aby podopinać samodzielnie elementy, które były od niej. I aby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i leży tak, jak leżeć powinno.
Zaciągnęła jeden z pasów na jego udzie, kończąc cały ten rytuał.
— Jest dobrze — zaraportowała, choć szybciej do siebie, niż do niego. Podniosła głowę, aby spojrzeć na mężczyznę, kiedy wciskała zapięcie w odpowiednią szlufkę. — A tak swoją drogą, to po co cała tyle ryzyka, aby wyciągać z piekła kogoś, kto już i tak umiera? — zapytała. Tak zwyczajnie, bez uszczypliwości i ze słyszalnym zainteresowaniem. Kobieta zdecydowanie nie szydziła z niego, ani nie wytykała żadnych błędów w logice czy planie.
W tym momencie stało się też jasne, że cel podróży był jej znany, a pytanie powinno zatem brzmieć nie czy, ale jak wiele wiedziała. A sądząc po wypowiedzianych słowach – albo nie wiedziała wiele, albo wiedzę miała mylną. Albo wiedziała coś, czego nie wiedział Damon, ale to przecież tak nie wielce prawdopodobne.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dzięki temu nie było rzeczy, której Damon miałby się nie podjąć.
Był świadom ceny, ale w tym wypadku była niczym, jeśli miał odzyskać jedyną osobę na tym cholernym świecie, na której faktycznie zaczęło mu zależeć.
I wszystko się zjebało. Bo była dla niego ważna.
Spróbował zasnąć, ale nie można tego było nazwać snem. Oczy miał zamknięte, ale jego świadomość wciąż działała. Rejestrowała wszystko co się działo. Kroki ludzi, ich głosy, to gdzie się znajdowali. To było silniejsze od niego. Wyuczona czujność, aby nigdy nie być zaskoczonym, gdy zostanie się zaatakowanym. Nawet jeśli ci ludzie mieli być dla niego, to zasada, aby nikomu ufać odnosiła się do wszystkich, niezależnie od sytuacji.
Nawet przy Sennie zachowywał ten jeden procent prawdopodobieństwa.
Gdy wyczuł, że ktoś jest bliżej niż powinien, otworzył oczy, aby spojrzeć na dziewczynę, która przyszła go poinformować o tym, że należałoby się już zacząć przygotowywać do akcji. Nie wiedział ile czasu już minęło, ale czekał na te słowa od momentu aż wyszedł z gabinetu Giovanniego.
Wstał i przeszedł za nią, aby zacząć zakładać na siebie cały sprzęt, z pomocą nowej koleżanki. Przy okazji zapamiętywał ułożenie wszystkiego, co miało być pod ręką. Tak, aby przypadkiem nie pomylić lasera z jakimś innym urządzeniem. Zadawał przy tym jakieś poszczególne pytania, które mu się nagle przypomniały, ale generalnie nie gadał dużo. Jak to on.
Zwłaszcza, że nie miał też humoru na pogadanki.
Gdy w końcu był gotowy, a Pani Gadżet uznała, że wszystko jest w porządku, przeniósł instynktownie spojrzenie w kierunku okien samolotu, jak gdyby to mu miało pomóc określić ile jeszcze czasu do jego wyskoku.
Jego uwagę jednak przykuł mały szczegół.
…aby wyciągać z piekła kogoś, kto już i tak umiera?
— Co? — wyrzucił z siebie, lustrując dziewczynę niewzruszonym spojrzeniem. Nie do końca rozumiał co zamierzała mu przekazać, ale niespecjalnie mu się spodobało to stwierdzenie. Z tego co wiedział, Senna w ogóle nie umierała. Po to też po nią jechał, aby ją uratować od tego, cokolwiek się tam działo. A o czym wolał nie myśleć. — Czemu „umiera”? — spytał spokojnie, jak gdyby jej pytanie w ogóle nie zrobiło na nim wrażenia.
Podświadomie jednak miał wrażenie, że Pani Gadżet wiedziała coś, nie tylko na temat sprzętu.
Valkyrae Callahan
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
W głosie kobiety nie słychać było ani tonu współczucia, ani zmartwienia. Raczej powiedziała to jak zwyczajny fakt naukowy, którym postanowiła się podzielić. Zwyczajną wiedzę, którą podała dalej.
Nie czekała na jego reakcję, tylko odpięła od pasa niewielką, czarną nerkę. Rozpięła zamek błyskawiczny, pokazując mu zawartość. Strzykawki, czy raczej – injectory, opatrzone dwoma kolorami.
— W pomarańczowych daję ci adrenalinę. Nie wiem, w jakim stanie ją zastaniesz, ale może jej potrzebować do rozruchu. Ty też możesz jej potrzebować, jeśli zacznie cię odcinać zmęczenie. — W końcu nie dało się oszacować, jak długo zabawi w tym mało przyjaznym miejscu. Takim, do którego nie powinien wracać, bo znalazł się na celowniku wszystkich. — Zielone to silne opioidy jednego typu. Możliwe, że nie powie ci, że będzie ich potrzebować. — Tak jak nie powiedziała mu o swojej chorobie i o tym, że w zasadzie od kilku miesięcy była zaprzyjaźniona z wszechobecnym bólem i zmęczeniem. — Tobie też mogą się przydać. Przytępią ból na jakiś czas. I dla ciebie i dla niej, jedno i drugie to krótki, ale niebezpieczny boost, po którym będą konsekwencje. Więc stosuj je tylko jak nie będziesz mieć wyboru. I nie podwajaj dawek za nic. — Zasunęła zamek, po czym zwiększyła szerokość obwodu pasa, a następnie bez pytania przeszła i zapięła to mężczyźnie, niczym kołczan prawilności, aby miał na wysokości piersi. Gdy zapięcie kliknęło, odsunęła się od niego. — Najlepiej zawsze celuj w udo, nie musisz szukać żadnej żyły.
Jej kolega, z niesympatycznym wyrazem twarzy, wyrósł za nią jak cień. Najpierw lustrując uważnym spojrzeniem Damona, a później przenosząc wzrok na dziewczynę.
— Za moment wchodzimy w strefę zero — powiedział. Po tych słowach spojrzał znów na Damona, mrużąc oczy i dodając: — Szykuj się.
Nowoczesny, wojskowy bombowiec wszedł w przestrzeń powietrzną Korei Północnej nocą. Technologia była w stanie zapewnić im brak wykrycia, ale tylko przez parę, przy dobrych wiatrach i korzystając z wejścia od mniej pilnowanej strony, paręnaście minut.
Dziewczyna kiwnęła głową, potwierdzając przyjęcie informacji. Briefing i tak miała już zamknięty, więc nic więcej nie była w stanie zrobić. W zasadzie to teraz wszystko będzie zależało już tylko od Damona. Będą mieli z nim łączność, ale tak naprawdę będzie zdany tylko na siebie. Dostał sprzęt, ale sprzęt tego za niego nie rozegra.
Zdało się wyczuć, że samolot minimalnie się pochylił, co oznaczało, że zmniejszał pułap, szykując się do zrzutu. Gdy wyrównał lot, dziewczyna podeszła do przycisku, który otworzył klapę pod ogonem, wpuszczając do maszyny porywiste, wirujące powietrze.
— Powodzenia — rzuciła, odpowiednio głośno, aby usłyszał ją przez szum maszyny i świst powietrza. — Nie daj się im i wróć w jednym kawałku — dodała. Uśmiechnęła się z rezerwą, choć szczerze. I tak zaraz będą na łączach przez słuchawkę, co zwykle było jej zadaniem przy cudzych misjach. Koordynowała już wiele akcji, różnego kalibru i pomagała znaleźć nie jedno rozwiązanie.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na moment jego serce się zatrzymało. To był ułamek sekundy. Może mniej, a jednak coś nieprzyjemnego zakuło w jego klatce piersiowej. Dziwny impuls przeszył jego kręgosłup. Słyszał już wiele beznadziejnych wiadomości. Na Północy było takich od groma, a wszystko zaczęło się ze śmiercią jego ojca. Stracił wielu znajomych, towarzyszy w boju, przełożonych. Dalszą i bliższą rodzinę. I żadna nie wywołała w nim większych emocji. Nie płakał odkąd ostatni raz opłakiwał rodzica. A jednak ta informacja, tak luźno przekazana, z jakiegoś powodu była…
W zasadzie nie umiał określić jaka była.
Nie odpowiedział kobiecie na to. Słuchał tylko dalszych informacji, które wyniosła po prześwietleniu Senny. Nie leczyła się. Nie chciała, chociaż powinna. Ile lat jej zostało? A może raczej miesięcy? Teraz nagle wszystko wydawało się być… bez sensu. Dlaczego miała nie chodzić do lekarza? Dlaczego nie chciała walczyć?
Pewnie odpowiedź była oczywista dla niej, ale on został tym w pewnym sensie przytłoczony. Nawet jeśli jego powieka nawet nie drgnęła, a z zewnątrz wciąż wyglądał na niewzruszonego, to czuł pewien rodzaj… rozdrażnienia? Bezsilności? A może przy tym też rozczarowania.
No ale porozmawiają, jak już będzie po wszystkim.
O ile w ogóle będzie chciała o tym rozmawiać.
— No tak — mruknął krótko w odpowiedzi, gdy wyjaśniła mu o jej braku wizyt u lekarzy. Zupełnie jakby się z nią zgadzał, jakby o tym wiedział.
A nie miał zielonego pojęcia.
Nie mógł się jednak w tej chwili tym rozpraszać. Musiał się przede wszystkim skupić na tym, co się działo teraz. Na swojej misji odzyskania Senny z rąk jego dawnych znajomych z którymi pracował. Nie wysłaliby po niego nieopierzonych agentów, więc musieli być to ludzie, którzy znali jego, jego metody działania i słabe punkty. Te same, których wcześniej wydawał się nie mieć.
Wysłuchał jej kolejnych instrukcji, zapamiętując dokładnie kolory oraz to, co zawierały injectory. Wolałby się w tym wypadku nie pomylić. Przełączył się więc na tryb zadaniowy, chowając swoje wszystkie odczucia głęboko, tam, gdzie nie będą mu przeszkadzać.
— Rozumiem — odpowiedział mechanicznie, aby zaraz podnieść spojrzenie na kolegę tutejszego mózgu, który cały czas go szykował i dawał wskazówki. Dość instynktownie się napiął, gotowy do ewentualnej napierdalanki, bo facet też nie miał zbyt przyjemnego wyrazu twarzy, ale on przyszedł tylko go poinformować, że zaraz startuje.
Przytaknął głową i przeszedł dalej, do klapy skąd miał wyskoczyć z samolotu. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz zważając na to, komu sprzedał swoją duszę. Sprawdził ostatni raz wszystkie paski i zaczepy, przypominając sobie gdzie co miał.
Nie daj się im i wróć w jednym kawałku.
— Taki jest plan — powiedział, zaciągając ciaśniej jeden z pasów, po czym odwrócił się, gdy klapa zaczęła się opuszczać, a wiatr uderzył go w twarz. Zaciągnął gogle na oczy i gdy tylko dostał sygnał do skoku, bez wahania wyskoczył w powietrze, układając swoje ciało odpowiednio do szybowania. Wzrokiem starał się znaleźć odpowiednie miejsce do lądowania, ale… nie był w tej misji przecież sam.
Jak raz to on miał swojego ducha. Tylko, że w słuchawce.
Po obraniu odpowiedniego kursu, gdy nadszedł ostatni moment, wyciągnął spadochron z którym bezpiecznie dotarł na ziemię. Teraz zacznie się robić ciekawie.
— Jesteś? — spytał, odpinając od siebie linki od spadochronu. — Współrzędne? — Bo przecież nie do końca wiedział gdzie się znajduje, poza tym, że w Korei Południowej. Musiał jednak wiedzieć jak daleko ma do granicy i z której strony Północy.
Łoś Superktoś
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjiczas narracjipostaćautor
Nie wydawała rozkazów – podsuwała optymalne warianty do rozważenia. I miała informacje, których nie dało się zdobyć w terenie tak prosto. Jak przykładowo informacja o koordynatach.
— Około pięciu kilometrów na południowy-wschód od Kosan, piętnaście na północny-zachód od Hoeyang. — Wskazała dwa większe miasta. Albo raczej: mieściny. — Niecałe dwieście kilometrów na wschód od Pyongyang. — Usłyszał w odpowiedzi.
Nie ustalili co prawda celu podróży dokładniej, poza Koreą Północną. Potrzebował ludzi, którzy go przerzucą i zabiorą. Dostał nieco więcej, niemniej deklarował się wytropić kobietę sam. Chociaż wydawało się być oczywistą oczywistością, że szukać należało w stolicy, bo najprawdopodobniej, dla żołnierza-agenta tak wysokiego szczebla, to były bezpośrednie porachunki, jeśli nie z samym Dyktatorem, to z jego najwyżej postawionego generała.
Przedostanie się do stolicy nie było problemem. Choć nie było też proste. Samochody nie były w kraju tak popularne, a czekanie przy drodze na pustkowiu na przejeżdżający nocą samochód osobowy byłyby strzałem na ślepo. Dlatego przemieszczenie się do jednej ze wskazanych miejscowości, oddalonej o niecałe pięć kilometrów od punktu lądowania i kradzież jednego z zaparkowanych pojazdów, było tą rozsądną opcją, którą sam podjął.
Droga do Pyongyang przebiegła bez zakłócenia, a pewnie na układaniu planu. Syanna nie mogła mu pomóc dokładnie, bo Korea Północna bardzo broniła swoich danych wewnętrznych, ale podzieliła się tym, co posiadał Pentagon. Resztę musiał ułożyć sam; sam też musiał wpaść na trop, gdzie w ogóle mogliby przetrzymywać uprowadzoną, bo przecież nie mógł być to zwykły dom. Choć może to tylko dla inżynier wydawało się abstrakcyjne, a na Północy byłoby całkiem normalne?
Szukanie jednak osoby w stolicy można porównać do szukania igły w stogu siana. Głupią grą w statki, gdzie zamiast obstawiać pole, zaglądałoby się do kolejnego budynku, tylko po to, aby na planszy odznaczyć to miejsce hasłem ‘pudło’. Potrzeba było konkretnych informacji, od osób zaangażowanych, bo świt był już za pasem, a po nim jedynym logicznym rozwiązaniem wydawałoby się przeczekanie do kolejnego zmierzchu. Strata kolejnej dobry. Kolejna doba z pytaniem, czy w ogóle było po kogo iść, bo gdyby się nad tym dobrze zastanowić, to porwanie Senny mogło być tylko znakiem, a dalej nie byłaby im potrzebna – wystarczyłoby tylko, aby jej zniknięcie zwabiło agenta do kraju, a pojmanie go miało być już oczywistością systemową.
Więzień byłby kolejną gębą do wykarmienia. Kolejną racją. Ale z drugiej strony też kolejną zabawką.
Niestety do świtu niczego sensownego nie udało się ustalić, a poruszanie się po mieście, w którym najpewniej był już poszukiwany, również przez obywateli, oficjalnym listem gończym jako Zdrajca Republiki, byłoby głupie.
Ale na wieczór udało się złapać trop. Damonowi udało się przechwycić jednego z żołnierzy, zyskując tym samym – drogą daleką od pacyfizmu – dane i kontakt w siatce żołnierskiej. Kontakt wewnętrzny.
Przez głupią, świńską rozmowę między żołnierzami na kanale udało mu się ustalić, gdzie jest Amerykanka. Jednocześnie udało się ustalić, że żyła, choć wnioskując po rozmowach i po tym, jak ją traktowano, pewnie wolałaby aby ją zabito. Wszystkie ślady wskazywały na koszary, na północnych obrzeżach stolicy, a to znaczyło infiltrację. Obiekt był w końcu wojskowy, a to znaczyło, że pełen żołnierzy.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było nic widać, ale miał wrażenie, że każdy, pieprzony zakamarek tego cholernego państwa znał na wylot. Nawet jeśli w pomniejszych wioskach nie bywał, to wszystko było tu prawie takie samo. Tak samo biedne, tak samo wystraszone i tak samo na pokaz, jakby turyści mieli kiedyś przyjechać, aby zobaczyć tą propagandę. Żałosny kraj z żałosnym liderem na czele. Im więcej widział poza granicami Północy, tym bardziej się upewniał, że to co się dzieje tutaj, jest zwyczajnie popierdolone.
Dlatego musiał jak najszybciej odnaleźć Sennę i stąd spierdalać.
Nie miał pojęcia gdzie mogła dokładnie być, ale miał swoje podejrzenia. Ludzi przetrzymywano głównie w stolicy, bo była najlepiej strzeżona. Miała odpowiedni sprzęt oraz ludzi. Wioski były biedne i nie miały nic, poza pojedynczymi domkami z farmerami. I nikt nawet nie myślał o tym, aby robić tam jakiekolwiek biuro dowodzenia czy więzienie.
Ale obozy pracy były popularne.
Musiał złamać kilka przepisów i praw, aby dostać się do stolicy. Nikt jednak nie zamierzał się też z nim kłócić, chociaż raczej nie chciał rzucać się w oczy, nawet podczas kradzieży auta. Był cholernie zmotywowany, więc nawet nie odczuwał zmęczenia, a już na pewno nie psychicznego. Przestawił się na tryb zadaniowy, jak najszybciej chcąc dotrzeć do postawionego sobie celu. Wszystko inne straciło na znaczeniu.
Stolica była spora, ale było tylko kilka miejsc, które faktycznie go interesowały. Problem w tym, że nie wiedział gdzie szukać, a każde wtargnięcie było… dość problematyczne ze względu na liczbę straży. Nie mówiąc o tym, że jego gęba zapewne stała się dość popularna wśród ludzi, zwłaszcza teraz, gdy po prostu chciano go tu zwabić. I spodziewano się, że w końcu wróci do państwa.
Cały dzień w dupę strzelił, gdy nie udało mu się nie ustalić niczego konkretnego. Czuł wewnętrzne ciśnienie na to, aby jak najszybciej ją odnaleźć, ale nie mógł przyspieszyć niektórych rzeczy. Nie mógł też postępować nierozsądnie, bo to nie przyniosłoby niczego dobrego. Chciał uratować ją, a także nie doprowadzić do skazania siebie, więc nie mógł działać pod wpływem jakichkolwiek emocji. Martwy nikomu nie pomoże.
Na całe szczęście znał miejsca, które miały być bezpieczne na chwilową kryjówkę. Stolicę znał jak własną kieszeń, a przez rok jak go nie było, za wiele się tu nie zmieniło. Kolejny wieczór był dla niego jednak zwycięski, chociaż nie do końca. Mały krok, który poprowadził go do jednego z żołnierzy z którym sobie porozmawiał. Miło, o ile chciał w ogóle mówić. Robiło się brutalnie, kiedy kazał mu się walić.
Sęk w tym, że Damon był znany z tego, że z każdego wydobywał informacje. Prędzej czy później. A jemu zależało na tym, aby kolega z kraju szybko zaczął sypać.
Koszary. Musiał walczyć z samym sobą, mocno zaciskając szczęki, aby pozwolić spłynąć niektórym, zasłyszanym tekstom po sobie. Nie chciał teraz sobie wyobrażać co jej robiono, bo to nie doprowadziłoby do niczego dobrego. Teraz musiał wykorzystać osłonę nocy i dostać się jak najszybciej do strzeżonego, wojskowego miejsca. Domyślając się, że się go spodziewano.
Pamiętał dokładnie to miejsce. Rytm dnia, wieczora oraz nocy, a także ludzie oraz strategiczne miejsca. Wiedział jak oddycha ten obiekt wojskowy i jak bardzo niektórzy popadali w rutynę. To był łatwy do zapamiętania schemat.
Przygaszone światła, przytłumione głosy i żołnierze, którzy byli absolutnie wszędzie. Wiedział jak oni wszyscy myśleli, bo przecież kiedyś myślał tak samo. Działał więc w cieniu, poruszając się między miejscami do których nikt nie zaglądał i słuchając urywków rozmów ludzi, których mijał, chcąc poznać pokój w którym znajdowała się Senna. Zabijał tego, kogo musiał. Uciszał wszystkich, którzy stali mu na drodze.
Każdy kolejny metr wydawał się cięższy do przejścia. Nie przez żołnierzy, ale przez świadomość tego, że w końcu ją zobaczy. I chyba podświadomie obawiał się stanu w jakim ją zastanie.
Gdy w końcu trafił tam, gdzie była przetrzymywana, zatrzymał się. Obejrzał na boki i wszedł do środka, a widok drobnej, doskonale znanej mu dziewczyny niemalże rozerwał mu to skamieniałe serce.
— Senna — mruknął, podchodząc do ledwo przytomnego ciała Amerykanki. Sięgnął ostrożnie palcami do jej twarzy, odgarniając mokre od potu i krwi włosy z jej twarzy. — Wydostanę cię stąd — powiedział, sięgając do jej więzów, aby za pomocą specjalnego lasera od nowej koleżanki, przeciąć je bez problemu i uwolnić dziewczynę. — Możesz chodzić? — spytał, drugim uchem nasłuchując ewentualnych problemów i gości, których mogli się przecież spodziewać w każdej, jebanej chwili.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zmrużyła oczy, gdy światło z korytarza wdarło się do ciemności, wywołując ukłucie bólu w jej przyzwyczajonych do mroku oczy. Spięła się, w automatycznej reakcji ciała na gościa. Zmęczone oczy nie rozpoznały ani sylwetki, ani twarzy, która weszła do pokoju.
Ale umył bezbłędnie rozpoznał głos.
Damon.
Krótka, ciepła myśl w lawinie brutalnej, zimnej rzeczywistości Zagrzała ją na ułamek sekundy, zanim nie zniknęła pod tabunem wątpliwości i czarnych scenariuszy. Jeśli tu był – to ryzykował. Jeśli nie był zwykłą marą, którą zaprogramował jej wycieńczony umysł – to był w niebezpieczeństwie. Wszak od początku wiedziała, że chodzi o niego. I tyle, co znała ich język, to zrozumiała, że na pewno chodzi o niego. O zdrajcę, o dezertera, o problem, który mieli rozwiązać.
Nie chciała, żeby tu przychodził. Nie chciała, aby tu był. Nie chciała, żeby go zabili.
Ona tak naprawdę nie powinna żyć. A żyła, bo była przydatna. Jej ciało było przydatne. Bo było dla nich czymś bez konsekwencji, z czego ich nie rozliczą. Bo przecież i tak miała być martwa.
Wolała być martwa.
Cofnęła głowę, nagle i odruchowo, gdy sięgnął do jej twarzy. Jak gdyby nie chciała, aby jej dotknął. Jej ciało znów reagowało samo – na długo przed jakimkolwiek impulsem z myśli. To był idealny przykład regresu – cały postęp, który miała za sobą, który wypracowywała tygodniami, a nawet miesiącami przy nim, nagle został wymazany. Nieważna była osoba, kto do niej sięgał – mięśnie działały same i uciekały. To wyglądało, jakby znów znaleźli się w punkcie zero – kiedy dla niej zwykłe siedzenie na kanapie w pobliżu było trudne; było wyzwaniem i koniecznością stoczenia walki z samą sobą.
Słowa wypowiedziane przez niego, deklaracja wydostania jej stąd brzmiały jak nieśmieszny żart. Chociaż w głębi wciąż wiedziała, że Damon był człowiekiem, dla którego nie było rzeczy niemożliwych – nie było to tylko głupie przekonanie, a wiedza oparta na autentycznych działaniach – to jednak samo zdanie brzmiało jak czysta abstrakcja.
Kolejne były pytaniem. Takim, na które nie miała odpowiedzi. Nie wiadomo jak długo była tylko przerzucana, ustawiana, katowana i skrępowana. Nie pamiętała nawet kiedy ostatnim razem stała o własnych siłach. Jeden, rozmyty obraz, kiedy stała naprzeciwko kaprala i splunęła mu w twarz, gdy złożył formalną propozycję do odrzucenia. Pamiętała jedynie, że nie sprzedała słowa na temat partnera. W tym była zaciekła. Prośbą i groźbą, przemocą nie dało się jej złamać, bo nie bała się śmierci. Ba – już dawno szukała ich słodkich objęć.
Śmierć byłaby idealnym rozwiązaniem; ściągnęli na nią coś gorszego niż piekło.
Nie odpowiedziała, wciąż czując zbolałe, rozedrgane od wychłodzenia, ale też mięśnie, wciąż są napięte pod jego bezpośrednią bliskością. Nie odpowiedziała, bo wciąż była skołowana. Jej umysł zmęczony, wręcz wygaszony i prawie nieprzytomny. Składanie słów wydawało się być wysiłkiem, którego nie była w stanie podjąć.
Ale jego obecność, a raczej mglista jej świadomość w umyśle, była czymś, co przyszpiliło ją do rzeczywistości. Nie było to nic optymistycznego, ale na tyle realnego, aby nie rozpaść się całkowicie i na nowo w tym, w czym tkwiła przez ostatnie godziny? Dni?
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Powstrzymywała go tylko ona. I fakt, że wciąż tu była.
Jej widok miażdżył brutalnie jego niewzruszone serducho. Mało co go ruszało, ale teraz, jej ból i strach w oczach, skrzywdzone ciało i konsekwencje tego co się działo w tych ścianach wypisane na jej twarzy… wszystko to sprawiało, że ledwo trzymał swoją maskę profesjonalizmu, która pozwalała mu działać bez udziału większych emocji. Wkurw często był potrzebny, ale w tym momencie raczej mu nie pomoże.
Wiedział, że to co się tu wydarzyło, mogło w pełni ją zniszczyć. Mało kogo by nie zniszczyło.
Wycofał rękę w momencie jak zauważył odruch jej ciała. Fakt, że to był on, niczego nie zmieniało. Był już na tym etapie. Na samym początku. Wiedział jak działać, ale kurewsko bolesne było to, że mimo wszystko musiał się świadomie wycofać.
Problem w tym, że teraz nie mieli specjalnie na to czasu.
— Senna, to ja, nie zrobię ci krzywdy — powiedział spokojnie, chociaż wciąż nasłuchiwał głosów i kroków, które mogłyby pojawić się za metalowymi drzwiami ciemnego pokoju. Wzrok miał jednak skupiony na niej, jak gdyby nic nie mogło go oderwać.
Lustrował każdy skrawek jej twarzy, jej sporzenia, jej napiętych mięśni, które chciały się od niego odsunąć jak najdalej.
— Zabiję ich za to — mruknął, tylko nie bardzo wiedział czy do niej, czy jednak bardziej do siebie. Kolejna deklaracja, którą zamierzał dotrzymać. I albo ją wykona, albo umrze zabierając ich ze sobą. Bo to co mieli wspólnego z Senną to to, że śmierci się nie bali. A on był kurewsko mściwy i pamiętliwy. — I chociaż wiem, że to będzie trudne, to musisz mi zaufać — powiedział, wciąż trzymając odpowiedni dystans, nie skracając go na siłę.
Chociaż czuł, że powoli kończy im się czas. Każda sekunda była na wagę złota.
Wyciągnął otwartą dłoń w jej kierunku, w nadziei, że sama ją pochwyci. Nie złapał jej, nie dotknął, ale sięgnął do niej w propozycji. Nie chciał niczego robić na siłę, ale możliwe, że będzie musiał, jeśli jej ciało nie będzie chciało z nim współpracować. Nawet jeśli będzie go za to nienawidzić, to jest to cena, którą był w stanie zapłacić, aby była bezpieczna i wyciągnięta z tego cholernego piekła.
— Przestanę cię dotykać jak tylko się stąd wydostaniemy — obiecał, nie cofając dłoni i wciąż nie spuszczając z niej spojrzenia. Tak samo łagodnego, jak i zdecydowanego do działania. — Proszę, Senna. Zaufaj mi. — To był najwyższy stopień jego wyrozumiałości i cierpliwości. Gdyby to był ktokolwiek inny, już dawno pochwyciłby go wbrew sprzeciwom i komfortu psychicznego, nie zamierzając się z tym kimś cackać. Senna jednak była… była jego słabością i chociaż wiedział w jak beznadziejnej sytuacji aktualnie się znajdowali, robił wszystko co mógł, aby jakkolwiek dać jej decydować.
Zawsze dawał, ale teraz… teraz musieli zacząć od początku. A nie mieli wiele czasu.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słuchała go, ale miała wrażenie, że nie mówił do niej. Mówił gdzieś obok. Jego głos był jak przytłumiony; jak zza ściany. Każde jego zapewnienie, każda jego deklaracja, każda jego prośba.
Wiedziała, że to on. Wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy; wiedziała, że przecież mu ufała. Otworzyła się przed nim – fizycznie, psychicznie. Że to z nim przekroczyła każdą możliwą własną granicę. Ale wiedział to jej umysł. Jej mięśnie – cóż – miały własny mechanizm. One nie czuły, one reagowały. Tak samo nagle i instynktownie.
Przesunęła spojrzeniem po jego dłoni, przedramieniu, a później ramieniu i jeszcze wyżej, aż sięgnęła wzrokiem do jego ciemnych oczu. Pamiętała je aż za dobrze, ale ich widok wciąż wydawała się tak bardzo nierealny. Pamiętała ich bystre, analizujące, chłodne spojrzenie, które w jednej chwili potrafiło zmięknąć.
Nie miała wątpliwości, że przecież tę postać, którą miała przed sobą znała. Ale tak ciężko było przekonać do tego swoje własne ciało.
Zacisnęła zęby, niemal na siłę i nie bez trudu sięgając w jego stronę, by wsunąć własną dłoń na tę jego. Miała wrażenie, że nawet tak banalny dotyk palił żywym ogniem. Nie wycofanie się kosztowało ją ogromne pokłady własnej energii i samozaparcia.
Czuła, że nie może się odezwać. Nie potrafiła. Nie przez gulę, która wyrosła jej w gardle, ściskając je; jej struny głosowe były zastałe, niemal przerdzewiałe od przedłużającego się dniami milczenia. Odkąd tu trafiła – nie odezwała się słowem. Nie odpowiedziała na żadne pytanie, o nic nie prosiła, ani nie błagała. Jedno było tym, czego nie zamierzała im dawać; a drugie było czymś, co i tak by nic nie zmieniło – tacy ludzie niczego nie słuchali i nigdy nie okazywali litości.
Opuszki jej palców prześlizgnęły się jednak z jego dłoni na nadgarstek i dalej. Aż w nagłym, choć kontrolowanym geście przesunęły się jeszcze dalej i wyżej, a jej ciało wraz za tym ruchem wychyliło się w jej stronę, by przylgnąć do mężczyzny. Otoczyła go drugą ręką, zapadając się całkiem w jego rosłej sylwetce. Palce jednej dłoni wplątały się w jego ciemne pukle, rozpoznając ich miękką strukturę, a jej ucho dotknęło klatki piersiowej, by usłyszeć bicie serca prawdziwego człowieka, a nie bestii.
To był w pełni świadomy, w pełni wymuszony gest. Jej mięśnie zadrżały intensywnie, jak gdyby ktoś kazał im się przycisnąć do rozżarzonego naczynia. To była parada sprzeczności, bo jej umysł domykał to kruchym poczuciem ulgi.
Reakcje jednych i drugich stały się spójne i zazębiły ze sobą, gdy światło wpadające do pokoju z korytarza zostało przysłonięte kolejną sylwetką. Umysł i mięśnie tak samo odpowiedziały napięciem.
— Stary Lee zawsze cię idealizował — odezwał się głos, który Damon był w stanie bezbłędnie rozpoznać. — A ja zawsze wiedziałem, że pierwszy się posypiesz. I że wcale nie jesteś niezniszczalny.
W przejściu stał mężczyzna, którego Koreańczyk mógł bez problemu zidentyfikować. Jako jednego z agentów specjalnych, w dodatku wieloletniego rywala, z którym wyjątkowo za sobą nie przepadali. Teraz stał w drzwiach, w charakterystycznym i dobrze znanym Tae czarnym mundurze. Był uzbrojony i lufa jego broni spoglądała złowrogo w stronę drugiego mężczyzny w pokoju.
— Ale muszę ci oddać to, że Amerykankę dorwałeś ładną. I wychowałeś dobrze. Ani słowa na ciebie nie wypiszczała.
Senna dość instynktownie wycofała się od ciała Damona; wróciła na miejsce, odsłaniając go i oddając mu pełnię swobody ruchu – by nie spowalniać go, ani nie blokować.
— Ale piszczeć piszczała, jedynie nie na przesłuchaniach ze mną, ale z resztą brygady tutaj. — Nie opuścił dłoni z bronią palną. — Dorobiłeś się. Nawet Kim chciałby cię zobaczyć. Nie uściślił jednak czy żywego czy martwego. Zdecydowanie bardziej wolę martwego.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tylko teraz to nie był czas, ani miejsce na jego egoistyczne pobudki i chęć mordu.
Miał nadzieję, że mimo piekła jakie jej zafundowano, wciąż pamiętała, że on był tą jedną męską osobą, która nie zrobi jej krzywdy, nawet jeśli był kimś, kto ciągle pozostawiał za sobą ślady krwi. Dziwne poczucie ulgi wstąpiło w jego miarowo bijące serce, gdy sięgnęła do jego dłoni. Mógł się tylko domyślać ile siły woli to od niej wymagało, ale w tej chwili też nie mógł długo się nad tym zastanawiać.
Po prostu musiała mu zaufać. Jak zawsze.
Ujął ostrożnie jej dłoń. Jego delikatność w tej chwili mocno kontrastowała z całym zarysem tej sytuacji oraz jego osoby. Nie spuszczał z niej zdeterminowanego spojrzenia, w tym samym czasie nasłuchując tego, co się działo za metalowymi drzwiami do tego syfiastego pomierzenia w którym była przetrzymywana.
Nie spodziewał się jednak, że jej gest przeniesie się dalej. Był nastawiony w tej chwili na działanie, na walkę, na zadawany jemu lub komuś ból. Dlatego też jej delikatny, tak łagodny gest był nie tylko zaskakujący, ale też… w zasadzie nie umiał opisać tego uczucia. Obserwował jak jej ręka ostrożnie przesuwa się ku górze, a delikatne, kruche ciało dziewczyny w końcu do niego przylega. Spojrzał na nią z góry, gdy się w nim zapadła i objął ją w odpowiedzi. Zamiast wewnętrznego spokoju, czuł narastającą w nim chęć zemsty. Paskudną złość, którą najchętniej przeistoczyłby w masowy rozlew krwi, że ktokolwiek ją skrzywdził. Znowu. Wtedy, gdy była pod jego opieką.
Gdy była jego kobietą.
Planował rzeź. Tylko najpierw musiał ją stąd wydostać.
Usłyszał go jeszcze zanim drzwi się otworzyły. Automatycznie się napiął, a jego spojrzenie powędrowało w kierunku drzwi, gdy te się otworzyły. Nie przestał jej obejmować nawet, kiedy jego spojrzenie napotkało doskonale znaną mu twarz osoby, w którą chciałby przywalić.
— Nadal gadasz za dużo — odpowiedział beznamiętnie. Nie był zaskoczony, że to właśnie Choi był jedną z osób, które były w to zamieszane. On był na jego liście do odstrzelenia już od dawna, ale teraz podskoczył w rankingu. — Lee idealizował wyniki. Nie mnie — odpowiedział krótko. — A ty zawsze potrzebowałeś, żeby ktoś cię zauważył. Nawet teraz. Celujesz we mnie i liczysz, że ktoś cię za to pogłaszcze po głowie — mruknął. Na pewno jego drogi kolega się ucieszył, kiedy Tae przekroczył granicę, bo wtedy podskoczył w rankingu. I zaczął być zauważany, gdy już nie było lepszej i bardziej skutecznej osoby.
Wypuścił Sennę z ramion i instynktownie przesunął się przed nią, aby całkiem osłonić ją przed lufą, która i tak skierowana była w niego.
Powinien jednak dostać medal za to, że jeszcze nie roztrzaskał czaszki mężczyźnie za to co mówił. Damon jednak słynął z tego, że jakkolwiek wkurwiony by nie był, nie działał pod wpływem emocji. Wrzało w nim od środka, chociaż na zewnątrz pozostawał niewzruszony. Jedynie po spojrzeniu dało się dostrzec, że pieprzony Choi będzie cierpieć katusze, gdy już role się odwrócą.
Urocze, że dalej myślał, że złamie go gadaniem.
— Dalej stój mi na drodze, a zobaczymy kto będzie dzisiaj piszczał — rzucił, mentalnie przygotowując się do nieuchronnego starcia z dawnym rywalem.
Bo wiedział, że ten nie ruszy.
Potem wszystko działo się w ułamku sekund. Tak, jak był wyszkolony. Zszedł z lini strzału ostrym skrętem ciała, podcinając nogi mężczyźnie. Strzał huknął, ale pocisk zatrzymał się w ścianie. Damon dopadł do rywala, który także był przecież szkolony. To nie był przypadkowy taksówkarz. Sięgnął do nadgarstka przeciwnika, ale zamiast wypuścić broń, agent z nim walczył, nie poddając się tak szybko, jak by tego chciał. Nie bez powodu był dobry.
Ale Tae był lepszy.
Broń przesunęła się po ziemi, gdy mężczyźni się szamotali. Ciosy padały jeden po drugim. Były celne, bolesne i trafiały dokładnie tam, gdzie miały. W brzuch, w szczękę i delikatne miejsca, których należało chronić. Lała się krew. Z ust, nosa, brwi, a fioletowe siniaki będą widoczne za kilka dni nawet mimo ochrony.
Damon w końcu jednak dosyć tej wymiany technik szkoleniowych. Należało odpowiedzieć czystą brutalnością. Wycelował w jego przeponę, a gdy Choi się spiął, Tae złapał go za mundur i wbił w ścianę. Raz. Drugi. Kolejny. I jeszcze raz. Ale śmieć nie padał. Wymierzył mu strzał kolanem w staw biodrowy, a potem łokciem w szczękę. Wykorzystał utratę jego równowagi. Złapał go od tyłu i przycisnął przedramię do jego gardła. Mocno, czując jak mężczyzna zaczyna się dusić, a jednak wciąż walczył.
Valkyrae Callahan