-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Za to z kolei nie pamiętała, żeby kiedykolwiek widziała w nim tak wiele emocji w ciągu krótkiej wypowiedzi. Jednak wtedy był młodym chłopakiem dopiero wchodzącym w dorosłość. Dzisiaj był mężczyzną z bagażem doświadczeń , który wrócił z wojny. Miał prawo teraz do przeżywania emocji po jej diagnozie tak jak tylko tego potrzebował. Nie przerywała mu, nie oceniała. Siedziała i słuchała w pełnym skupieniu. Jej wzrok był teraz pełen łagodności, ale już bez poczucia żalu i współczucia. - Ok, rozumiem. Nie musisz za to przepraszać- skomentowała to krótko nie ciągnąc tego w tym momencie. Wyrzucił z siebie to co miał, przeprosił i na koniec się jeszcze przyznał do jednego. Skoro nie jest gotowy, to nie będzie teraz go ciągnąć za język.
Tym bardziej, że z kolei kolejne pytanie było dla niej. Czy gdyby nie alkohol, który już rozgrzewał jej ciało i rozwiązywał język, odpowiedziałaby na nie tak szczerze? Prawdopodobnie nie. Z drugiej strony, może to był już ten moment, kiedy potrzebowała z siebie wyrzucić rzeczy, które gdzieś czuła i ją uwierały. Jak ta wkurzająca metka w ubraniu, której chcesz się pozbyć. Może alkohol nie był głównym czynnikiem, który przyczynił się do jej szczerości? Może do tego należy dorzucić jeszcze odpowiedni czas, a także osobę Michaela? W końcu nie był dla niej kimś całkowicie obcym - był mężczyzną, którego kiedyś naprawdę kochała. Był pierwszym mężczyzną, którego pokochała i to z nim zaczęła poznawać siebie, swoją seksualność i kobiecość. Miała z nim miłe wspomnienia. Z drugiej strony nie był jej szczególnie bliski, nie patrzył na nią tak jak rodzice i siostry przez pryzmat posiadania dziecka. Był idealną osobą do wysłuchania jej wyznania - tak szczerego i paskudnego, który w znaczący sposób wpłynął na to jak postrzegała teraz świat.
Uśmiechnęła się delikatnie, gdy nazwał jej byłego kutasem. Mara nie potrzebowała słów wsparcia czy ramienia do wypłakania. Tym jednym stwierdzeniem Michael wystarczająco dał jej znać o tym, co myśli o całej sytuacji. Oczywiście walizki męża spakowała i go wyrzuciła z domu. Tak samo wiedziała, że są też inne metody na posiadanie dzieci, które ona brała pod uwagę. A raczej chciała wziąć zanim pewna blondynka nie pojawiła się w jej drzwiach.
Pytanie mężczyzny wywołało w niej głośne westchnięcie. Odchyliła głowę do tyłu zanurzając dłonie w rozpuszczonych włosach i spojrzała w sufit. - Chcę i nie chcę- odpowiedziała w końcu i powróciła spojrzeniem do niebieskich tęczówek, które były teraz wyżej niż jej własne. W tym momencie nie zwróciła uwagi, gdzie jego wzrok może uciekać, więc skrzyżowała ręce pod piersiami, nieco uwydatniając biust. W dodatku czy było się czego wstydzić? Widzieli już siebie nago, nie powinno być żadnych większych niespodzianek. - Przede wszystkim nie uważam, że szczęście zależy od tego czy posiadam dzieci czy nie. Powinniśmy mieć dzieci, bo chcemy im pokazać świat i stworzyć nowe życie. Nie uważam, że głównym celem powołania nowego życia na świat jest to, abym to ja była szczęśliwa. Moje szczęście powinno zależeć ode mnie samej - niezależnie czy jestem z kimś czy nie, czy mam dzieci czy nie. Muszę być szczęśliwa sama ze sobą- świadomie bądź nie, ale używała sformułowania muszę bądź powinnam, zamiast jestem. Znała zasady, gorzej było z praktyką. - Więc nie zależy mi teraz na relacji, gdzie facet koniecznie chce mieć dzieci bądź nie. Jeżeli poznam odpowiedniego mężczyznę, razem zdecydujemy czy tego chcemy czy nie. Mogę być szczęśliwa z dziećmi i bez- odpowiedziała jakby wręcz recytowała wcześniej przygotowany tekst. Mówiła to wiele razy pacjentom na sesjach. Ba, nawet w to wierzyła. Po prostu w tym momencie nie wierzyła już, żeby kiedyś ten pewien mężczyzna się pojawił. Egzystowała z dnia na dzień próbując się odnaleźć we własnych radach dla innych, których nie potrafiła przełożyć na własne życie.
Powoli już chyba pozycja siedząca przestawała być wygodna i próbowała znaleźć taką, żeby nie rozbolał jej tyłek od zbyt długiego siedzenia i picia w kuchni Grahama, do której podobno wcale tak często nie zagląda. Zabrała nogi z jego krzesła i założyła jedną nogę na drugą, a następnie obróciła się tak, by być trochę oparta o blat o który oparła jeden łokieć, a drugi o oparcie krzesła. Odpowiadając na jego pytanie patrzyła mu w oczy, ale teraz jej spojrzenie było intensywniejsze. Zawsze tak miała , gdy to ona zadawała własne.- A Ty nie jesteś gotowy na wyznanie prawdy? Czy po prostu nie chcesz jej wyznać?- zaryzykowała tym pytaniem, bo może nie był gotowy na nie odpowiedzieć? Nie musiał, uszanowałaby to. Jednak czuła teraz, że ta przestrzeń stała się ich taką bezpieczną strefą, gdzie mogli wyrzucić z siebie najbardziej skrywane obawy.- Nie myślałeś nigdy nad tym, że prawda, którą tylko Ty znasz, daje Ci poczucie władzy nad innymi?- i może te najbardziej brudne myśli?
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Od czasów wojska nabrał nie tyle temperamentu, co rozregulowania emocji. Zespół stresu pourazowego potrafił wywołać pobudzenie zmieszane z lękiem, popychając do reakcji, na jakie wcześniej nie było miejsca. W jednej chwili potrafił być spokojny i opanowany, skrajnie analityczny i odcięty od uczuć, by w drugiej gwałtownie wybuchnąć. Czy powinien był o tym wspomnieć na początku ich spotkania? Może byłoby łatwiej, lecz Mara zdawała się doskonale wiedzieć, co robi. Zaskoczyło go łagodne, acz niewyprane z emocji przytaknięcie. Nie było w nim współczucia, które tak bardzo go drażniło, nie było żalu, który wbijałby w poczucie beznadziei i słabości, jakie zamiast uspokajać, wyłącznie napędzały złość. Był mężczyzną o stabilnej pozycji, wojskowym w stopniu majora, wykwalifikowanym lekarzem i instruktorem ratownictwa w krytycznych warunkach. Identyfikowanie się ze słabością, to ostatnie, czego pożądał i z czym zamierzał się utożsamiać. Nie odpowiedział już, tylko trwał w milczeniu, pozwalając, by ciało z wolna zaczęło się rozluźniać, a oddech uspokajać.
Oboje mieli własne spojrzenie na to, jak oceniać otaczający ich świat i jak podchodzić do trudów skomplikowanego życia. Przeszła zażyłość, jak i dzisiejsza względna nieznajomość siebie nawzajem, były ich sprzymierzeńcami. Pozwalały badać się wzajemnie metodą prób i błędów, podrzucając kawałek ryzykownej prawdy, by zobaczyć, czy padnie na podatny grunt, w jaki sposób zostanie przyjęta, czy można zaryzykować i dać od siebie coś więcej. Mara go nie oceniała, a raczej nie wysuwała opinii, ani oskarżeń, które przekraczałyby granicę dobrego smaku. Był jej za to wdzięczny i to samo chciał jej oddać.
Opowieść o dzieciach i szczęściu mocno z nim rezonowała. Sam wychodził z podobnego założenia, nie widząc gorszego rozwiązania, jak decyzja o potomstwie z jakiegoś chorego przeświadczenia, że się powinno, czy że to lekarstwo na wszelkie problemy.
— Słusznie, to brzmi jak związek z gatunku tych pragmatycznych, gdzie łączy was cel, a nie potrzeba bycia razem. — Kiwał wolno głową, zgadzając się z jej myślą, omijając zbieżność z jego własną sytuacją. Małżeństwo z Danny także wynikało z pobudek praktycznych, lecz ich cel został osiągnięty, proces się domknął i należało obrać kolejną ścieżkę, zamiast stać na rozdrożu.
Ponownie wlepione w siebie wyczekujące spojrzenie miało w sobie ciekawość, a nie palące ponaglenie. Pomimo specyfiki pytania i powrotu do tego, co przed chwilą sprawiało mu problem, wywołując zgrzyt, teraz oblało ciało gorącem, jakiemu nie dał się ogarnąć. Odwrócił się, by ustawić się frontem do Mary i oprzeć łokcie na blacie.
— Coś w tym może być — stwierdził po pauzie, kiedy w głowie zakłębiła się plątanina myśli. Schylając się, ich twarze ponownie znalazły się niemal na równej linii i Graham bez skrępowania zajrzał w głąb ciemnych tęczówek. Pojawił się uśmiech z gatunku tych krnąbrnych i bezczelnych, lekko podchodzących do życia. — Lubię poczucie władzy, także nad innymi. Wiedza jest niewątpliwie jednym z narzędzi. Czy niechęć do wyznania prawdy nie łączy się z brakiem gotowości? Może nie jestem gotów na oddanie władzy, a dreszczyk emocji, który się z tym wiąże, jest z gatunku tych stresujących, a nie ekscytujących? — podsuwał dalej, gdybając wśród prawdopodobnych i bardzo bliskich mu prawd. To oczywiste, że wolał sięgać do tych drugich, starannie odpychając od siebie pierwsze. Uśmiechnął się nieco szerzej. — Lubię, jak tak na mnie patrzysz. Jakbyś chciała przebić się do wnętrza i wyciągnąć wszystkie sekrety. Nienachalnie, a jednak wyraźnie zdradzając, jak bardzo chcesz je poznać. — Przechylił lekko głowę na bok, jakby ten sposób miał pomóc w głębszym połączeniu. — Pomimo potrzeby kontroli, wiem, jak respektować autorytet. — Wyciągnął rękę po otwartą butelkę i uzupełnił oba kieliszki. Jego dłoń nadal operowała ze stabilnością, kiedy tequila znalazła się w szkle w idealnie równych ilościach, nie marnując ani kropli. — Zwłaszcza gdy można poczuć się pewnie pod czyjąś komendą. Tak wiesz, bezpiecznie. — Zmusiło go do tego wojsko, nauczyło dawać uznanie i szacunek bez poczucia utraty części siebie. — A ty? Jak sobie radzisz z wykonywaniem poleceń? Potrafisz je wykonać bez zawahania, czy jednak wolisz, by najpierw spytać cię o zdanie? — Jasna brew powędrowała do góry, bo to pytanie, choć z wierzchu mogło wyglądać na niewinne, podszyte wyłącznie ciekawością, to jednak przy szczerej odpowiedzi mogło podyktować ciąg dalszy spotkania.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
A przede wszystkim był interesującym człowiekiem. Wiedziała od rodziców, że był w wojsku, więc jako doświadczona terapeutka tym bardziej była przygotowana na taką reakcję. Obserwowała, słuchała i próbowała zrozumieć. Alkohol nie pozbawił jej empatii i pewnych wrodzonych cech, bo nie sposób było na niego teraz patrzeć z żalem i współczuciem, gdy stał przed nią mężczyzna w kwiecie wieku, który walczył na froncie o życie swoich przyjaciół, a po wszystkim wrócił do Toronto i znalazł w sobie siłę, aby dalej pracować pod presją w najbardziej wymagającym zawodzie świata. Do tego jeszcze potrafiąc się uśmiechnąć i zażartować. To mogła być maska, ale wymagająca siły, by ją nosić.
Dlatego w pełnym zrozumieniu zamknęła ten temat, przynajmniej chwilowo i pozwoliła mu wypytać o jej brudne sekrety. Zawsze obawiała się zrzucenia z siebie tego ciężaru, jakby to miało sprawić, że poczuje się goła i bezbronna. Lecz Michael świadomie bądź nie, zadał jej bardzo odpowiednie pytanie. Nie, najlepsze jakie mógł w tym momencie - czy ona w ogóle chce mieć dzieci. Nie współczuł jej braku możliwości w naturalnym ich poczęciu ani nie litował się nad nią, że jej mąż ją zdradzał. Nie oczekiwała, że ją zrozumie czy pocieszy, lecz potrzebowała po prostu wysłuchania i tego od niego otrzymała. Tak naprawdę odkąd przekroczyła próg jego domu czuła się wysłuchiwana - oczywiście w standardowym dla nich żartobliwym tonie i kąśliwymi uwagami, ale jak widać teraz - pomimo procentów we krwi, potrafili też jeszcze dojrzałej podejść do tematu.
- Dokładnie. Wystarczająco już dużo jest par na terapiach, które wierzyły, że dziecko rozwiąże ich problemy, z którymi zmierzali się w związku już od dawna- aż nie mogła się powstrzymać przed przewróceniem oczami z zażenowania. Nie powinna pewnie tak reagować, ale miała dosyć, gdy za błędy rodziców odpowiadali dorośli, którzy liczyli, że potomstwo będzie niczym plaster na ogromnej ranie w ich relacji.
Z kolei jego odpowiedź ją zaintrygowała. Nie spodziewała się, że się do tego przyzna już teraz. Z ciekawości aż pochyliła się do przodu, również opierając się na przedramionach tuż przed nim , zostawiając miejsce tylko na kieliszki między ich dłońmi. Mimowolnie uśmiechnęła się delikatnie , gdy powiedział, że lubi poczucie władzy. Był to uśmiech wymieszany dumą w stosunku do samej siebie, że trafiła, ale i uznaniem wobec niego, że się przed nią otworzył coraz bardziej. Lubiła to. Odkrywać go kawałek po kawałku. Bez pośpiechu i nachalności, dając mu to poczucie władzy, którego potrzebował.
- Poczucie władzy daje raczej dreszczyk ekscytujący- rzuciła posyłając mu znaczące spojrzenie, które stawało się coraz intensywniejsze. I najwyraźniej również dla niego już znajome i całe szczęście akceptowalne.- Może chcę poznać wszystkie Twoje sekrety, by mieć nad Tobą władzę?- przechyliła głowę na ten sam bok co on i szybko omiotła jego twarz spojrzeniem jakby ją poddawała ocenie.- Czy to byś lubił?- zanim zadała to pytanie, powróciła wzrokiem do jego tęczówek będąc ciekawą jego reakcji, bo nad tym zapanować ciężej aniżeli nad słowami.
- To zależy- jak wiele rzeczy, które dzisiaj poruszali. Nie spuszczała już z niego spojrzenia, nawet gdy polewał alkohol do kieliszków. Czuła, że jej już go wystarczy na dzisiaj. - Nie wykonuję poleceń na ślepo z czystej ideologii. Jeżeli są choć trochę zgodne z moimi przekonaniami? To tak, jestem skłonna je wykonać. Jeżeli też ufam danej osobie, to również nie mam problemu z ich wykonaniem bez konieczności pytania o zdanie - odpowiedziała mając na myśli znacznie więcej niż mogłoby się na pozór z boku wydawać. A może to było dla niego oczywiste?
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W głębi serca jej współczuł, mógł próbować łączyć się w bólu, który nie był jego, lecz gdy stwierdziła, że sama idea posiadania dzieci zależy od większej liczby czynników, niż zwyczajnej chęci, wiedział, że nie tu tkwi sedno.
Jak człowiek jest zdesperowany, to wszystkiego się potrafi chwycić, cisnęło się na usta w temacie par próbujących ratować swoje związki, ale ograniczył się już tylko do skinienia głową. Jeszcze tego brakowało, by zaczął doszukiwać się kolejnych zbieżności do swoich problemów — bo choć pomoc znajomej i wzięcie z nią ślubu do złych uczynków nie należało, to cała szopka, którą odstawili dla rodziny i przyjaciół, była już zbędna. Czy sam był tonącym, sięgającym po brzytwę? Nie, tak też nie chciał się postrzegać. Tkwił w kropce i rozmowa z Marą tylko utwierdziła go w przekonaniu, że dalsze losy zależą wyłącznie od tego, jaką decyzję podejmie. Miał pod ręką wszelkie potrzebne narzędzia — wiedział do kogo się zwrócić i jakich słów użyć, miał w sobie siłę do ścierania się z trudną rzeczywistością i jedyne, czego mu brak, to odwaga. Kiedy się na nią zbierze? Może wkrótce się dowiemy.
Mówienie o kontroli i potrzebie trzymania władzy wcale go nie krępowało. To nie powód do wstydu, który chowa się głęboko na dnie serca i ukrywa przed resztą świata. Spełnianie tej potrzeby — wiedzy, dającej szeroki wachlarz możliwości — było mu potrzebne do życia, niczym powietrze, lecz nie przejawiało się poprzez zagarnianie wszystkiego dla siebie. Nikogo nie śledził, nie przeglądał cudzych wiadomości, nie podsłuchiwał rozmów. Zamiast tego skupiał się na przeświadczeniu o własnej wyższości, na zbieraniu danych i wyciąganiu zeń istotnych wniosków. Niejeden nazwałby to próżnością, chęć dzielenia się modus operandi, bezczelną łatwością w zdradzaniu sekretów, które mogły pogrążyć, zwłaszcza w połączeniu z myślą, że wszystko ujdzie mu płazem. Bo co mogło się stać? Odwróci się od niego, uzna za zuchwałego i aroganckiego? Wyjdzie, trzaskając drzwiami i nigdy więcej nie odpowie na wiadomości? Nie była mu winna zrozumienia, ale skoro pytała, nie widział przeszkód, by odpowiadać szczerze.
— To zależy. — Czyżby to było ich ulubione hasło? Już nawet nie starał się powstrzymać unoszących się kącików ust. Z każdą chwilą bawił się coraz lepiej — czy to za sprawą alkoholu, a może wybornego towarzystwa? — Ekscytujący był już sam fakt zapraszania cię tutaj. Zresztą przyznaję, że równie fascynujące jest częstowanie cię tymi sekretami, zwłaszcza ze świadomością, że możesz się nimi powoli delektować. Czy to sprawia, że mamy symbiozę? — rozważał na głos, doszukując się zbieżności. — Ale co, kiedy dotrzemy do granicy? Czy twoja pełna władza nade mną będzie nadal elektryzująca? Nie wiem, ale jestem skłonny zaryzykować.
Dyplomatycznie wybrnięte, rozsądne, pozostawiające przestrzeń do dalszej interpretacji. Jak rozważnie dobierała swoje słowa? Od momentu przekroczenia progu domu numer dwadzieścia trzy, miała jego uwagę i podtrzymywała intrygującą ciekawość. Czy taki był cel? No cóż, trzeba przyznać, że został osiągnięty.
— To zapytam w ramach czystej przyzwoitości, bo nie wiem na ile mi ufasz. — Słowem wprowadzenia odsunął od nich nieco kieliszki, by otwartą dłonią pogładzić wierzch lakierowanych mebli. — Mam cię wziąć przy blacie w hołdzie dla starych dobrych czasów, czy życzysz sobie przejść do sypialni? — spytał tonem, który pomimo powagi, nie miał w sobie przytłaczającego ciężaru, za to spojrzenie, które w niej utkwił, wtórowało intensywności, jakim sama go częstowała, zadając pytania.
Mara Lakefield