-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dominic ze wszystkich sił starał się zachować opanowanie i wspierać ojca w tych trudnych chwilach. Ponadto wziął na siebie przekazanie rodzinie i przyjaciołom przykrych wieści, z każdym rozmawiając przez chwilę, jednak żadne słowo pocieszenia nie było w stanie złagodzić cierpienia, które w sobie dusił. Mimo to zachowywał zimną krew i nie dopuszczał do siebie żadnych myśli i emocji, które mogłyby odebrać mu trzeźwość myślenia. Musiał się skupić, żeby zająć się wszystkim i odciążyć ojca.
Pamiętał, jak jako nastoletni chłopak bardzo bał się straty mamy. Jak szybko zdał sobie sprawę, że życie było zbyt ulotne, by przejmować się problemami i należało z niego czerpać całymi garściami, żeby nie mieć czego żałować. To nadało mu kierunek, w którym podążał przez ostatnie kilkanaście lat. Aczkolwiek ta obawa przed śmiercią zawsze gdzieś tam w nim pozostawała, mimo iż spychał ją w otchłań podświadomości.
Już wtedy udawał przed Helene, że się trzymał, żeby nie musiała się martwić, choć jego zachowanie poza domem zupełnie temu przeczyło. I nic dziwnego, gdyż był tylko nastolatkiem, popełniał głupstwa, w ten sposób próbując radzić sobie z przytłaczającymi emocjami. Po tylu latach w kwestii skrywania uczuć przed światem niewiele się zmieniło.
Z rodzicami w ostatnim czasie spędzał niemal każdą chwilę, chcąc się nacieszyć ich towarzystwem i podziwiać duet, który tworzyli, próbując jednocześnie zapamiętać każdy szczegół tych miłych chwil. Uśmiech, spojrzenie i poczucie humoru mamy, które nie ustawało mimo coraz gorszego samopoczucia. Przegadali ze sobą mnóstwo czasu, dzięki czemu Dominic odkrył nowe ciekawostki o mamie, którymi wcześniej nie dzieliła się tak szczodrze. Przy tym świadomie nie poruszali zbyt często tematu śmierci, by nie psuć tych ostatnich chwil złymi myślami.
Był tylko jeden moment, podczas którego coś w Dominicu niemal pękło. Ta jedna rozmowa z Helene, kiedy znaleźli się sam na sam w jej sypialni, była najpoważniejszą, jaką przyszło im podjąć. Wtedy właśnie wyznała, że widziała, więcej, niż mu się wydawało. Że pragnęła dla niego więcej, niż przelotne znajomości. A najtrudniej było mężczyźnie przyjąć od niej szkatułkę z pamiątką po sobie. Trzymając w swojej ręce najpiękniejszy klejnot, który nosiła do tej pory, zrozumiał, że się z nim żegnała.
A teraz zniknęła na zawsze, pozostawiając mu jedynie cudowne wspomnienia. I ogromny smutek, który tłamsił w sobie w obawie, że go pochłonie i doprowadzi do sytuacji, które nie będą napawały go dumą. A przede wszystkim, zawiedzie ją i wszystkich dookoła. Musiał być silny. Musiał wszystkiemu podołać.
Przyjazd Skye nie był dobrym pomysłem. Wiedział, że nie powinna zjawiać się tego wieczoru w ich rodzinnym domu. Nie powinna się nim tak przejmować, tylko zająć własnym życiem. Nie powinna doświadczać tego, co on. I najważniejsze, widzieć, jak się rozpadał. Bo bał się, że kiedy ją zobaczy, to tylko pogorszy sprawę. Dlatego upierał się, żeby tego nie robiła. Ale czy ona kiedykolwiek go słuchała?
To był cholernie ciężki dzień i miał go dość, ale wiedział, że po powrocie do pokoju nie uśnie. Był tylko jeden odpowiedni sposób na uśmierzenie bólu i sen. Siedział więc na kanapie i sączył w samotności kolejną już szklankę jego ulubionej whisky. Tata dawno poszedł do siebie, pozostawiając mu niemal całą butelkę, która w tym momencie stała na stoliku kawowym przed blondynem, już opróżniona do połowy.
Mimo wszystko, gdy usłyszał podjeżdżający pod dom samochód, poderwał się z miejsca i z przyspieszonym biciem serca podszedł do drzwi wejściowych, otwierając je, zanim Skye przed nimi stanęła.
Na sam jej widok na kilka sekund wstrzymał powietrze. Była tu. Pomimo jego protestów, żeby nie przyjeżdżała. Była tu. I nie miała pojęcia, jak przeraźliwie jej potrzebował.
— Nie musiałaś przyjeżdżać - zaoponował, ale jego słowa nie miały tyle mocy, żeby pokazać choćby odrobinę poirytowania za jej nieposłuszeństwo. Prawda była taka, że nie potrafił być na nią zły. Przechodził ostatnio zbyt wiele, żeby nie odczuwać tęsknoty za jedyną osobą, która sprawiała, że w jej obecności wszystko stawało się znośniejsze. Nawet ból po stracie matki.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jednak przede wszystkim najbardziej utkwił jej temat miłości, który poruszyły. Odtwarzała w głowie przez kilka dni każde słowa kobiety, a nawet własne. Josh widział, że jest rozkojarzona. Sam również się przemógł i pojechał na spotkanie z mamą mężczyzny, który do niedawna był jego najlepszym przyjacielem. Skye była dumna z niego, że znalazł w sobie siłę na to. Wciąż jednak czuła pewien niedosyt w tym wszystkim, aż poprzedniego wieczoru rozmawiając o projekcie Skye, nad którym siedziała non stop po godzinach, Josh zadał jej pytanie.
- Nie chcesz stamtąd odchodzić, prawda?- sama już nie była pewna czego chce. Czuła się zagubiona w plątaninie niedopowiedzeń i decyzji podejmowanych pod wpływem impulsu. - Nie wiem już sama Josh. Za dużo się dzieje. Złożyłam wypowiedzenie, ale teraz wpadł ten projekt, który jest tak cholerną szansą…- westchnęła głośno sama nie wiedząc już , co nawet mówić. - A co wiesz Skye?- zaskoczył ją tym pytaniem. Znacznie bardziej niż wtedy, gdy zapytał czy z nim zamieszka i zostanie jego żona.- Że cholernie się pogubiłam- przyznała mu się z pewnym niepokojem w głosie i oczach. - Ja też.
Spędzili godziny na rozmowie o swoich oczekiwaniach względem siebie w związku, a także względem siebie jako singli. Dyskutowali, żartowali, wzruszali się aż podjęli decyzję. Tamtego wieczoru związek Skye i Josha dobiegł końca. Uznali, że to w jakiej formie ich relacja funkcjonuje w tym momencie nie uszczęśliwia żadnego z nich, skoro oboje nie są pewni czego chcą. Może wrócą do siebie za rok? A może za rok będzie szczęśliwi u boku kogoś innego? Czas pokaże.
Kładąc się spać czuła pewien spokój, którego brakowało jej już od dawna. Jakby zrzuciła z siebie ciężar, który nosiła . Lecz wiadomość, którą otrzymała z rana ją kompletnie dobiła. Nie miała siły iść tego dnia do biura i chciała od razu pojechać do niego. Nawet Josh chciał też to zrobić. Walczyła ze sobą, jaki następnie krok wykonać - nie chciała być natarczywa, ale też nie mogła przecież go zostawić. Obiecała to sobie i jego mamie. Przez ten cały czas próbowała siedzieć nad projektem w międzyczasie wykonując kilka telefonów. Wciąż jednak nieustannie myślała o nim - jak bardzo musi skrywać ten ból i być silny w oczach innych. Dla innych. Nie mogąc usiedzieć w miejscu zaczęła się pakować, bo ustalili, że to ona wróci do swojego poprzedniego mieszkania, skoro jej stary pokój był dalej wolny. Nic jednak nie pomagało uciec myślami, więc w końcu nie wytrzymała i wzięła taksówkę, żeby pojechać pod znany jej już adres.
Wychodząc z samochodu nie zdążyła jeszcze dojść do drzwi, a już w nich stał. Mimo, że to niemożliwe , serce Skye jednocześnie przyspieszyło, ale i rozpadło się na milion kawałków. Tak bardzo za nim tęskniła. Tak bardzo pragnęła go przytulić. Lecz dostrzegała też w jego oczach ból po stracie matki, który chciałaby od niego zabrać, ale niestety nie miała takiej mocy. Jedyne co mogła teraz zrobić to podbiec do niego i po prostu go objąć w pasie. Oplotła go z całej siły, policzek przyciskając do jego piersi i wsłuchując się w bicie serce. Tak dobrze było je usłyszeć. Ten dźwięk stawał się jej ulubioną melodią.
- Chciałam- szepnęła nie puszczając go jeszcze przez jakiś czas, a po prostu napawając się ciepłem jego ciała i próbując chociaż trochę ująć z niego cierpienia. W końcu jednak musiała się odsunąć, żeby chociażby wejść do środka. Nie czekała na jego zaproszenie, bo go nie potrzebowała. Zamierzała się wprosić i zadbać o niego nawet jeśli miałby ją wyganiać. Wtedy dostrzegła za nim na stoliku w połowie opróżnioną butelkę whisky i nagle doszedł do niej też zapach alkoholu, którym on zdążył przesiąknąć. - Usiądź, zaparzę Ci herbaty- położyła dłoń na jego piersi dając tym gestem mu znak, żeby nie próbował się z nią kłócić w tej kwestii. Jej wzrok i głos były łagodne, pełne zrozumienia. Przecież nie będzie mu teraz zwracać uwagi, że pije, skoro kilka godzin temu zmarła jego matka.
Przeszła prosto do kuchni, gdzie dopiero tam zdjęła płaszcz i wzięła się za przygotowanie dwóch herbat. Musiała trochę poszukać kubków i herbaty, ale przynajmniej już mniej więcej się zorientowała, co gdzie jest umiejscowione. Po kilku minutach była już w salonie z dwoma gorącymi kubkami, które delikatnie postawiła na stoliku obok również złotego trunku, ale z procentami. Usiadła obok Dominica na kanapie tak, żeby być zwrócona do niego, więc jedną nogę zgięła na materacu, a druga swobodnie zwisała. Może powinna być bardziej powściągliwa w swoich gestach, ale przeczuwając co przeżywa, nie potrafiła. A może nie chciała? Dlatego złapała jego dłoń i zamknęła w ciepłym uścisku jej własnych dłoni, które tym razem dzisiaj nie były takie zimne.
- Gdzie jest tata?- spytała z troską, bo przecież on też był właśnie w żałobie. Stracił miłość swojego życia. W dodatku nie była pewna, co mogłaby powiedzieć teraz Dominicowi. Wiedziała, że żadne słowa nie uśmierza jego bólu w tym momencie, więc starała się go wspomóc po prostu samą swoją obecnością.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Gdy jednak ją zobaczył, momentalnie zapomniał o tej marnej wymówce, która jeszcze chwilę temu zaprzątała mu głowę. Wystarczyło jedno spojrzenie na idącą w jego kierunku ciemnowłosą postać, a uderzyły w niego wszystkie emocje, które kotłowały się w nim od poranka. Do tej pory spychał je na dalszy plan, bo musiał myśleć racjonalnie i zachować się odpowiedzialnie, żeby możliwie jak najbardziej odciążyć tatę, ale teraz nie potrafił dłużej siebie okłamywać. W całej tej plątaninie cierpienia po stracie mamy, lęku przed nieznanym i stresu związanego z organizacją odczuwał porażający brak Skye. Była jego ogromnym wsparciem, udowadniając w ostatnim czasie, jaka wspaniała z niej przyjaciółka. To jej właśnie w tej chwili potrzebował nawet, jeśli wolałby ją widzieć w zupełnie innej roli. To musiało mu wystarczyć.
Mimo wszystko starał się utrzymać swoje emocje w ryzach, choć wcale nie pomagał mu fakt, że Skye na jego widok znacznie przyspieszyła, by w następnej sekundzie już wpaść w jego ramiona. Nie spodziewał się jej siły i tak mocnego uścisku, lecz momentalnie go odwzajemnił, obejmując ją kurczowo własnymi ramionami i wtulając twarz w jej włosy, a zewsząd otoczył go przyjemny zapach jej perfum. Pod wpływem jej nagłej bliskości odetchnął głęboko, zdając sobie sprawę, że do tej pory brakowało mu powietrza. Ona była jego powietrzem. Tęsknił za nią znacznie bardziej, niż chciał i powinien. W tej chwili, targany wieloma różnymi emocjami naraz, zrozumiał też, czym było przekazywanie innym własnego ciężaru. Kochał ją tak bardzo, że chciał jej tego oszczędzić. I choć walczył ze sobą, nie mógł przed nią okazać słabości.
A jednak niemal złamał się, słysząc jej szept. Pod przymkniętymi powiekami zaczęły napływać mu łzy, więc zacisnął je mocniej, tym samym wzmacniając również swój uścisk. Wiedział, że nie mógł przypisywać temu innego znaczenia, niż tego dotyczącego przyjaźni, ale i tak po jego ciele rozlało się przyjemne ciepło, jakby jego ciało działało wbrew rozsądkowi. I choć prawda łamała go od środka, wciąż nie miał zamiaru pozwolić jej odejść.
Nie był pewien, ile stali w progu we własnych objęciach, ale chcąc nie chcąc zaczął odczuwać na sobie chłód zimowego wieczoru. To go trochę otrzeźwiło.
— Chodźmy do środka - zaproponował cicho ochrypłym głosem i pogładził ją po plecach, zanim się od siebie odsunęli i przepuścił ją, by weszła do środka. Gdy zamykał drzwi, dyskretnie zacisnął mocniej pięści. Dominic, weź się w garść, upomniał się w myślach, zanim jego wzrok ponownie trafił na Skye.
To oczywiste, że dostrzegła tę butelkę. Zrozumiała, jak sobie radził z problemami i aż dziwne, że zaproponowała mu herbatę zamiast wygłosić tyradę. Chyba wolał to, niż przemilczenie tematu i pełne zrozumienia spojrzenie, jakim go obdarowała. Nie zasługiwał na nią. - Nie potrzebuję herbaty - zaprzeczył, choć wiedział, że dziewczyna i tak go nie posłucha, więc ostatecznie ruszył do salonu.
Gdy Skye weszła do pomieszczenia, siedział z głową opartą o krawędź oparcia kanapy z przymkniętymi powiekami, w głowie tocząc walkę z zawrotami głowy i wszystkim, co go przytłaczało. Najchętniej sięgnąłby po kolejną szklankę whisky, ale powstrzymywała go świadomość towarzystwa ciemnowłosej. Nie chciał jej podpaść, bo obawiał się, że wtedy mogłaby zniknąć. A może to jego wyobraźnia płatała mu figle i wcale jej tu nie było? Otworzył oczy dopiero, kiedy usłyszał głuchy dźwięk stawianych na stoliku kubków, i podniósł głowę, zbyt szybko, bo nieco zamazał mu się obraz. Skrzywił się nieznacznie i zrezygnowany ponownie oparł głowę o zagłówek. Wtedy też poczuł jej palce splatające się w jego własne. Nie miał ku temu absolutnie żadnych obiekcji. Pozwalał jej na dużo, choć wiedział, że to tylko i wyłącznie mąciło mu w głowie.
— Na górze, położył się wcześniej - odpowiedział cicho. Nie mógł pójść za jego przykładem. - Radzę sobie, nie musiałaś przyjeżdżać i mnie sprawdzać - westchnął ciężko, choć złość nie potrafiła wybrzmieć z jego ust. Teoretycznie nie skłamał, bo radził sobie na tyle, ile potrafił, ale ona nie musiała o tym wiedzieć. - Jesteś tak okropnie uparta - pokręcił lekko głową, po czym skierował ją w jej stronę. Z bliska mógł podziwiać jej piękną twarz i błyszczące spojrzenie, które zawsze go zachwycało. Była zbyt piękna, żeby znosić jego ból.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była tak bardzo osłonięta jego ramionami, a jego ciało było jak chodzący grzejnik, więc nie odczuwała chłodu. Jednak miała świadomość, że nieważne jak bardzo by tego pragnęła, nie mogą stać w progu wieczność. Zarządziła herbatę nie przyjmując do wiadomości jego oporów.
- Ale na pewno Ci nie zaszkodzi- powiedziała przechodząc do kuchni, by i dla siebie mieć chwilę, aby doprowadzić się do ładu. Nie chciała , aby dostrzegł jej wilgotne oczy, bo wiedziała, że wtedy zamiast zająć się sobą, skupiłby się na niej. Jednak dzisiaj ważniejszy był on. Nie, już od dawna Dominic każdego dnia był dla niej najważniejszy. Wcześniej jako przyjaciel. Dzisiaj? Nie mogła określić wprost ich relacji, ale po tym co przeżyli, wiedziała że dla niej to było znacznie więcej.
Wracając do salonu spojrzała w jego kierunku, co tylko ją utwierdziło jak wiele dzisiaj dzielnie znosił. Nie chciała, żeby w jej spojrzeniu dostrzegł współczucie, ale nie mogła się tego pozbyć. Jednak przede wszystkim patrzyła na niego z podziwem jak dzielnie sobie radził w pojedynkę.
- A Ty dlaczego nie śpisz?- spytała bez wyrzutu czy złośliwości, a z czystej ciekawości. Powinien odpocząć i zebrać siły. - Dominic, ustalmy proszę jedno - wiem czego nie muszę robić. Jeżeli coś robię, to dlatego, że to chcę- odparła stanowczo, ale wciąż z tą delikatnością w głosie. - Gdybym była uparta, to przyjechałabym tutaj kilka godzin temu- przyznała bez ani chwili zawahania , bo taka była prawda. Chciała tu być codziennie, nawet jeśli nie wiedziała czy może.
Widząc to łagodne spojrzenie, którym omiatał jej twarz, nie mogła zrobić nic innego niż po prostu oprzeć policzek o zagłówek. Nie puszczała jego ręki, a na wierzchu dłoni kreśliła małe kółka.
- Chcesz o tym porozmawiać?- spytała wprost, bo nie wiedziała jak chce przeżywać żałobę.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Nie mogę - przyznał po chwili, z trudem wydobywając z siebie te słowa. Jego duma nie pozwalała mu na więcej. Poza tym, nie chciał kończyć tego dnia, bo wiedział, że kolejne będą jeszcze trudniejsze, ale tego też nie potrafił przyznać. - A może po prostu czujesz jakieś zobowiązanie? Bo ani mi ani mojej rodzinie nie jesteś nic winna - upomniał ją tonem, który nie znosił sprzeciwu. Nie dopuszczał do siebie myśli, że naprawdę chciała być tu przy nim. Że chciała swój czas poświęcić jemu, choć przecież wcale tego od niej nie oczekiwał. Nie rozumiał, czemu zamiast spędzać wieczór z Joshem, próbowała załatać dziury w człowieku, któremu nic się od niej nie należało. - Tylko nie mów, że chcesz być częścią całego tego bałaganu, bo nikt normalny nie chce obarczać się nie swoimi problemami - dodał zaraz, całkowicie wypierając jej wolną wolę. Przy tym zdążył już zapomnieć, że do niedawna sam przyjmował na siebie więcej, niż powinien, gdy pomagał przetrwać jej związkowi. Hipokryta w czystej postaci. - Kilka godzin temu byłaś w pracy - zauważył, mimowolnie wzdychając. On też wolałby odciąć się od wszystkiego i zająć czymś pożytecznym, ale z drugiej strony wiedział, że już niedługo tak miało wyglądać jego życie. Jego życie było pracą, nic innego nie powinno mieć znaczenia.
Mimo to właśnie wpatrywał się w osobę, która znaczyła dla niego o wiele za dużo, spojrzeniem chłonąc każdy jej szczegół, jakby jeszcze nie miał jej w swoim DNA. Nie mógł jednak zaprzeczać, że już dawno się w nim zapisała. Dlatego też nie potrafił pozbyć się jej z umysłu, a nawet już przestawał z tym walczyć mimo świadomości, iż do niczego to nie prowadziło.
Na jej pytanie mimowolnie zacisnął mocniej szczęki. Nie miał najmniejszego zamiaru zdradzać jej tego, co się w nim kłębiło w obawie przed tym, że w rzeczywistości nie była gotowa poznać jego ciemniejszej strony. Najpewniej by się jej wystraszyła, więc nie mógł pozwolić sobie na to ryzyko. Odwrócił wzrok z powrotem na sufit, ewidentnie uciekając przed jej badawczym wejrzeniem błękitnych tęczówek.
— Dam sobie radę. - To samo wmawiał sobie do głowy, odkąd dowiedział się o chorobie mamy. Te słowa były niczym mantra, która do dzisiejszego dnia jeszcze utrzymywała go jakoś na powierzchni, ale po odejściu Helene zaczęła tajemniczo tracić swoją moc. - Zawsze daję - dodał, starając się zabrzmieć bardziej przekonująco, ale nie potrafił ukryć w głosie dziwnej melancholii i wahania. Tym razem rzeczywiście próbował przekonać do tego samego siebie, choć ciepło wciąż trzymanej dłoni Skye sprawiało, że stawał się tego coraz mniej pewny. Jak bardzo starał wmawiać sobie, że samotność była mu pisana, tak jej obecność przy nim w dobrych i złych chwilach utwierdzała go w przekonaniu, że bez niej nie potrafił już funkcjonować, jak należy.
Skye Murray