
Śmierć Charlotte była nieunikniona – wystarczyło na nią spojrzeć, żeby zauważyć, że coś jej dolega, choć nie pamiętam, żeby pełna nazwa choroby kiedykolwiek została wypowiedziana w naszym domu na głos. Matka nie była zdrowa – ci, którzy ją znali, wspominali, że często wychodziła w samej koszuli nocnej i spacerowała po mieście bez butów, nawet zimą, kiedy wszędzie leżał śnieg. Niektórzy sąsiedzi pamiętali, jak któregoś ranka położyła się na podjeździe, żeby ojciec nie mógł wyjechać z garażu i przez cały czas krzyczała, że już jej nie kochał. Ja nie pamiętam jej w ten sposób. Pamiętam kwiecisty wzór jej letniej sukienki, małe, różowe kwiatki, bardziej idealne od prawdziwych, pamiętam, że w moje siódme urodziny obudziła mnie o piątej rano i zamiast iść do szkoły, spędziłem z nią cały dzień nad jeziorem Simcoe, pamiętam, że zanim umarła, chciała nauczyć mnie grać w warcaby, a ja powiedziałem, że nie chcę, że to nudna gra. Teraz mam ochotę na siebie nakrzyczeć, bo już nigdy nie dowiem się, jak Charlotte grała w warcaby, nie usłyszę, jak wyjaśniała zasady, już nigdy, przenigdy nie dowiem się o niej niczego nowego.
Dom zmienił się po jej odejściu – stał się bardzo cichy, nie było w nim kwiatów. Ojciec przez długi czas w ogóle się nie odzywał – czasem stawał tylko w progu do mojego pokoju i rzucał swój długi cień na korytarz za sobą, milcząc w smutku i zdumieniu zbyt głębokim na łzy. Kiedyś spytałem go, czy już nas nie kochał i miałem nadzieję, że zaprzeczy, ale on nawet na mnie nie spojrzał i to też, wiedziałem, była odpowiedź, choć jedna z tych, z którymi ciężko przychodziło się pogodzić. Nawet zanim ojciec odszedł na dobre, byliśmy więc z Joe zupełnie sami. Moja siostra była dużo młodsza, choć nawet jako dziecko, przypominała już dorosłą kobietę – patrzyła na mnie swoimi czujnymi, poważnymi oczami, a ja nigdy nie mogłem wytrzymać jej spojrzenia. Rozmawiałem z matką na głos, nawet po jej śmierci, a ona wchodziła do pokoju i przyglądała mi się uważnie. Dlaczego jesteś taki dziwny?, spytała mnie kiedyś, a ja nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Ludzie często mnie o to pytali, choć rzadko oczekiwali odpowiedzi – podświadomie być może wiedzieli, że zawsze byłem bardziej podobny do mojej matki, niż do mojego ojca. Podświadomie być może tego się obawiali. Nie zauważyłem, kiedy Joe przejęła rolę Charlotte. Nie zauważałem wielu rzeczy – nie pilnowałem, żeby chodziła do szkoły, nie sprawdzałem, czy ubrała się wystarczająco ciepło ani czy umyła zęby przed snem. Prosiła mnie, żebym zrobił zakupy, a ja często odpowiadałem jej, że zapomniałem, choć to nie była do końca prawda – nie było mnie stać, więc udawałem przed sobą, że zapomniałem. Joe podnosiła mnie z podłogi, kiedy wracałem do domu pijany, kazała pochylać się nad ubikacją i głęboko oddychać, Joe rozczesywała mi włosy, kiedy przez dwa tygodnie nie byłem w stanie podnieść się z łóżka, zmieniała pościel i sprzątała w łazience, Joe pilnowała, żeby w lodówce zawsze było coś do jedzenia i żeby na parapetach nie zbierał się kurz.
Nie byłem dobrym synem, dobrym bratem ani dobrym człowiekiem – byłem jednak dobrym dziennikarzem. Znacznie bardziej niż w swoje życie, potrafiłem zaangażować się w swoją pracę – wiedziałem, jak rozmawiać z ludźmi i umiałem dobrze pisać, zdarzało się, że nie mogłem myśleć o niczym innym, zapominałem jeść i spać, ale moje reportaże były warte tego poświęcenia. Byłem naiwny, odurzony sukcesem. Wydawało mi się, że jestem nietykalny – w dzieciństwie rzadko, właściwie nigdy, nie byłem karany za przewinienia, których się dopuściłem, ojciec bił mnie często i mocno, ale z reguły przypadkowo i niesprawiedliwie. Chciałem ujawnić wielki skandal, ale większość pracy, którą wykonywałem, była zwyczajną pracą reporterską. Pod koniec lata dwa tysiące dwudziestego drugiego roku CBC Toronto wysłało niewielką grupę dziennikarzy do relacjonowania demonstracji w Richmond Hill. Nikt nie spodziewał się, jak brutalna okaże się sytuacja na miejscu i kiedy cysterna wjechała w grupę maszerujących ulicą protestantów, kazano nam się wycofać. Nie wiem, dlaczego nie posłuchałem – wtedy być może powiedziałbym, że ktoś musiał opowiedzieć ludziom o tym, co się wydarzyło, ktoś musiał tego doświadczyć i to opisać. Nie miało to ostatecznie żadnego znaczenia – policyjne pałki uderzały w ciała, w głowy, w ludzkie życie. Pamiętam, że ktoś popchnął mnie na ziemię i usłyszałem huk, kiedy coś uderzyło o chodnik, choć nie potrafiłem stwierdzić, czy był to mój aparat, czy moje kości – ludzie uciekali, przepychali się pomiędzy sobą, podnosili głosy i pięści, a ja czułem ich ciężar na swoim ciele, ktoś kopnął mnie butem w twarz i z nosa poleciała mi krew. Kiedy przyjaciel z redakcji znalazł mnie w tłumie, byłem ledwie przytomny – bolało mnie całe ciało, bolała mnie głowa, bolał mnie świat. Krzyczał na mnie przez całą drogę powrotną, ale ja słyszałem tylko swoje imię, Johnny, Johnny, Johnny – miałem dwadzieścia dziewięć lat, ale nikt nie mówił na mnie Joseph. Joseph było imieniem mojego ojca.
Trzy lata później, Philippe wciąż często powtarza mi, że miałem szczęście, że mnie nie zostałem zwolniony, choć zazwyczaj chce przez to powiedzieć, że miałem szczęście, że przeżyłem. Nie wszyscy je mieli. Nigdy nie napisałem żadnego reportażu o tym, co wydarzyło się w Richmond Hill, ale czasem, kiedy zamykam oczy, widzę wszystko tak, jakbym znów tam był i serce bije mi w piersi tak mocno, że myślę o swojej babci Abigail, która była martwa przez dwie minuty, bo jej serce biło za szybko. Kładę dłoń na piersi i przez sześćdziesiąt sekund zliczam w głowie liczbę uderzeń. Dziewięćdziesiąt. Sto. Sto jedenaście. Staram się o tym nie myśleć. Rudowłosy kocur wciska mi głowę pod palce, a ja staram się nie myśleć o niczym w ogóle.
