Ta ciekawość zaprowadziła mnie do pierwszej sprawy jeszcze w liceum - kiedy jedna z dziewczyn zaczęła dostawać anonimowe wiadomości, większość uznała to za głupi żart. Ja nie potrafiłam przejść obok tego obojętnie, zaczęłam więc zadawać pytania, słuchać rozmów, wyłapywać sprzeczności. Nie chodziło o bohaterstwo, a o to, że nie znosiłam niewiedzy. Musiałam wiedzieć, kto za tym stoi. Kiedy wszystko się wyjaśniło, poczułam satysfakcję, jakby świat znów był na swoim miejscu.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o pracy w policji. Jak można się domyślić, mój ojciec nie był zachwycony. Wiedział, jak wygląda to od środka, i wolał, żebym wybrała coś spokojniejszego. Mama była bardziej powściągliwa, ale w jej spojrzeniu też widziałam obawę. Im częściej słyszałam, że to nie jest zawód dla mnie, tym bardziej byłam przekonana, że właśnie tam powinnam trafić.
Po ukończeniu szkoły średniej wybrałam studia związane z kryminologią i wymiarem sprawiedliwości. Zaczęłam podchodzić do nauki poważniej. Nadal nie byłam najlepsza, ale w zamian za to konsekwentna. Rozumiałam coraz więcej z mechanizmów, które rządzą systemem. Podjęłam dorywczą pracę w administracji miejskiej, żeby zobaczyć, jak funkcjonują instytucje od środka. Szybko przekonałam się, że biurko i segregatory nie są dla mnie. Potrzebowałam czegoś więcej niż uporządkowanych dokumentów. Wtedy drugi raz poczułam ten silny impuls.
Proces rekrutacyjny do policji był długi i wymagający. Testy sprawnościowe, badania psychologiczne, rozmowy - z każdym kolejnym etapem rosła moja determinacja. Kiedy dostałam się do akademii, wiedziałam, że podjęłam decyzję, z której nie zamierzałam się już wycofać. Ojciec niewiele mówił, ale jego milczenie nie było już sprzeciwem, raczej cichą akceptacją.
Szkolenie nauczyło mnie pokory i dyscypliny. Fizycznie dawałam radę, choć wymagało to ode mnie pracy. Najtrudniejszym okazało się działanie według procedur. Zawsze chciałam wiedzieć więcej, rozumieć głębiej. Z czasem pojęłam, że procedury są fundamentem, który pozwala działać skutecznie, a nie ograniczeniem.
Po ukończeniu szkolenia rozpoczęłam służbę jako funkcjonariuszka patrolu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje wyobrażenia. Więcej było interwencji domowych niż spektakularnych pościgów. Więcej rozmów niż akcji. To właśnie wtedy nauczyłam się, że największą bronią bywa cierpliwość. Słuchałam uważnie. Zadawałam pytania. Czasem zbyt wiele. Z własnej woli, czasami po godzinach, zaczęłam coraz częściej angażować się w sprawy wymagające dokładniejszej analizy. Jeśli coś mi nie pasowało, nie potrafiłam tego zignorować. W raportach zostawiałam dodatkowe uwagi, wskazywałam niespójności, sugerowałam sprawdzenie kolejnych wątków. Bywałam wścibska, ale skuteczna.
Kolejnym krokiem było przejście do wydziału dochodzeniowego na stanowisko młodszej detektyw. Tam poczułam, że wreszcie jestem na właściwym miejscu. Analiza dowodów, przesłuchania, łączenie drobnych elementów w spójną całość dawały mi poczucie sensu.
Niedawno otrzymałam awans na detektywa. Oficjalnie za konsekwencję i skuteczność. Nieoficjalnie dlatego, że nie odpuszczam. Jeśli coś nie daje mi spokoju, będę drążyć, dopóki nie znajdę odpowiedzi.
Nie było w moim życiu jednej tragedii, która mnie ukształtowała. Było za to dorastanie między doświadczeniem Thomasa Mercera a spokojną analizą Claire Mercer. I właśnie z tego połączenia powstałam ja.