-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Musiała nieco dorosnąć, co jednak nie zahamowało jej zainteresowań, które zawsze kształtowały się w obszarze sztuki. W muzyce znajdowała ukojenie, gdy odczuwała smutek. Mając wenę lubiła ją przełożyć na płótno. I tak, Cora też potrafiła czytać i lubiła to robić. Kochała odczuwać sztukę całą sobą - nie wstydziła się płakać na wystawach, a na koncertach tańczyć i śpiewać. To sztuka sprawiała, że czuła, że żyje. To ona dawała jej zapał do działania, a jak wiadomo - blondynka miała tego pod dostatkiem.
Nie zapominajmy, że panienka Marshall była również kobietą z krwi i kości, która kochała zakupy. One były dobre na wszystko - na zły humor czy na dobry. Były lekiem na całe zło. A wbrew pozorom najbardziej lubiła zakupy w sklepach vintage, gdzie nic nie wyglądało jakby wyszło z jednej taśmy w fabryce i można było znaleźć prawdziwe perełki. Prawie wszystko było tylko w pojedynczym egzemplarzu, co również dawało ten dreszczyk adrenaliny, żeby wśród gąszczu przeróżnych rzeczy, odszukać to jedyne wartościowe i kupić je przed innymi.
Przeglądała właśnie stojak z płytami winylowymi - jej ulubionymi. Dźwięki stamtąd nie zawsze były czyste, ale dla jej uszu najpiękniejsze. Nie szukała niczego konkretnego, po prostu rozglądając się co jest akurat w sklepie. I wtedy go zobaczyła. Jedyny w swoim rodzaju, unikatowy, cudowny - Prince. Uśmiechnęła się szeroko na jego widok i już wyciągała rękę, by go złapać. Poczuć w swoich dłoniach. Lecz w tym samym czasie, gdy ona chwytała za płytę, tuż obok pojawiła się jakaś obca dłoń. Jej serce zabiło szybciej z obawy, że ta piękna płyta kultowego Prince’a, jej zniknie sprzed oczu.
- Przepraszam, ale to moja płyta- mimo użycia tego magicznego słowa, to ton głosu był wręcz warczący i nawet się trochę przesunęła, ramieniem nachodząc na osobę, która miała czelność próbować zabrać jej tą płytę!
Prince Williams
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
Prince niezbyt dbał o jakiekolwiek szczegóły. W idealnych dresach z dwoma paskami i czapką założoną na czole chodził po sklepie. Właściwie po nic. Chciał znaleźć nową stylówkę do albumu, albo coś co byłoby w stanie go zainteresować. Nie znosił nudy. Szybko zaczynał poszukiwać afer, lub delikatnego przepływu adrenaliny.
I znalazł dość niewysoką blondynkę, przeszukującą regały z płytami winylowymi. Uniósł delikatnie kąciki ust. Złość kobiet była jego ulubioną, zwłaszcza kiedy już zdawały sobie sprawę, kim był. Wielki panicz raper srający pieniędzmi na prawo i lewo. To że ćpał i że był problemowy niewiele zmieniało. W końcu kobiety uwielbiają łobuzów, nie? Z tym swoim firmowym uśmiechem podszedł spokojnym krokiem do niej, a gdy zauważył ten konkretny winyl, oczy mu się zaświeciły. Teraz złośnica przestała się liczyć, a dla niego ważne było jedno. Zdobycie tej płyty. Piękna, limitowana płyta Prince. Czy mógłby chcieć coś więcej? Tak, by być na jego miejscu, ale do tego potrzebował czasu. On przyjdzie wraz z mijającymi hitami, które skrzętnie pisał.
Chwycił za płytę i nawet na nią nie spojrzał. Chciał odejść, nic nie mówiąc, a gdy usłyszał ten skrzaci głos, prychnął pod nosem. Odwrócił się w jej stronę i przechylił głowę. Na twarzy miał wymalowany ten idealny, wręcz firmowy uśmiech numer siedem, a jednak zmierzył ją jeszcze wraz wzrokiem.
— Lala, najwyżej co może być twoje to mój autograf na twoich cyckach — unosi ku górze jeden z kącików ust i kręci głową. Co sobie myślała? Że zobaczy i będzie jej? Aż chce dłużej odgrywać szopkę, bo zaczynało go to bawić — jest tu gdzieś podpisane własność laleczki? — pytaj, obracając płytę w dłoniach, poszukując wzrokiem pięknego napisu: Laleczka. Tylko że nic takiego nie widzi, widocznie winyl będzie tego, kto za niego zapłaci.
— Hmm... nie — nawet jakby zobaczył, to w życiu by jej nic nie oddał za tak bezczelny ton — za to błyszczący napis Prince jest, wszystko się zgadza — dodaje od razu, pukając palcem w napis. Prince? Prince, wszystko jest takie, jak się należy — a teraz wybacz, bo muszę za to ZAPŁACIĆ — odwraca się na pięcie, ale zanim wykonuje kolejny krok mierzy ją od stóp do głowy wzrokiem — bo Ciebie... raczej na to nie stać — nie wyglądała źle, była z niej dobra dupa. Może nawet szmaciura? Bo właśnie w ten sposób Prince określał atrakcyjne kobiety. Tylko musiał jej dopiec. Za to warczenie. Chciał poczuć jeszcze odrobinę więcej satysfakcji.
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ona była miła. Grzecznie na niego zawarczała i PRZEPROSIŁA. A ten bezczelnie zabiera płytę i jeszcze jej śmieje w twarz.- Jesteś naćpany czy po prostu głupi, jeżeli sądzisz, że kiedykolwiek twoja ręka może być w ich pobliżu?!- aż wskazała palcami wskazującymi obu dłoni na swoje piersi, jakby ktoś miał wątpliwość o czym rozmawiają. - Prędzej mi kaktus na dupie urośnie niż dam ci się na nich podpisać!- warknęła głośno wcale nie żartując!
Niestety na mężczyznę to nie działało, bo podpuszczał ją coraz bardziej.- Słucham ?!- aż się skrzywiła, gdy wskazał na tytuł muzyka na płycie. Czy typ nie spierdolił z jakiegoś zamkniętego oddziału? Bo tak właśnie wyglądał i się zachowywał. - Twoje żarty są tak suche, że prędzej z Ciebie to jest Prince Polo, a nie prawdziwy Prince- przewróciła z zażenowaniem oczami, bo ewidentnie srał wyżej niż dupę miał. I jeszcze próbował jej wmówić, że niby ją na coś nie stać?! Cora nie wiedziała jakim majątkiem dysponuje rodzina Marshall, ale Charity zawsze powtarzała, że ich stać na wszystko. Dlatego jeszcze bardziej oburzona blondynka, założyła ręce na piersi i zmarszczyła czoło posyłając mu zwężone, groźne spojrzenie.
- Patrząc na to, że brakuje ci trzeciego paska na dresie, to mnie na to stać jako dziedziczki fortuny w branży fotowalicznej- jako specjalista PR pewnie powinna doskonale znać branżę , w której pracuje i który przynosi kolosalne zyski jej rodzinie. - Oddawaj płytę idioto- zarządziła zbliżając się do niego o krok i wyciągając rękę w jego kierunku.
Prince Williams
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
Strzelił oczyma, bo nie mógł słuchać jej pierdolenia. Nie dość, że blondynka, która się nie rozwija, to jeszcze pyskata. Czy nie mogła spojrzeć w jego ciemne tęczówki, by doszukać się w nich prawdziwego szczęścia? Wystarczyło przecież zajrzeć do nich na chwilę, by móc znaleźć prawdziwe szczęście. Przecież on był niewinny, a ona zaczęła na niego warczeć.
— Najpierw to moja ręka musiałaby chcieć ich dotknąć — parska pod nosem, kręcąc głową. Mogła być ładna, ale była szurnięta. Takie laski oznaczały jedno kłopoty, a na nie nie chciał sobie pozwolić — a niezaszczepionych nie tyka. Lala, buzię zamknij, bo Ci piana z pyska leci — mówi, pokazując dłonią na usta. Jeszcze by się od niej czymś zaraził, jakimś pospólstwem, czy innym gównem — skoro twoim upodobaniem jest zmiana płci, to kto Ci zabroni — wzrusza ramionami i zaczyna kręcić głową. Czy laski przy nim zawsze muszą szaleć? Normalnie to leciały staniki, a tu miał zdecydowanie... bardziej skomplikowany przypadek.
— Nie rucham, a nie to ty — odbiera błyskawicznie na jej słucham. Bo tak, on to miał swoje panienki. Jeden telefon wystarczył, by piękna wytatuowana dziewczyna pojawiła się przy jego boku — Lala, daj spokój — rzuca finalnie, machając dłonią i strzelając oczyma — prince polo jest do schrupania, a na twoją... — i znów mierzy ją od stóp do głów — nazwijmy to twarz, nawet worek nie pomoże — morda by się jej nigdy nie zamykała przecież. Teraz miała z tym problem, a co dopiero gdyby chciał sprawić jej jakąkolwiek przyjemność. Chyba nie wiedziała, że raperzy mieli całkiem zręczne ręce, a staniki odpinali jak Joey z friends.
— Girl, to luksusowa kolekcja, ale co może o tym wiedzieć taki skrzat jak ty — prycha, bo on to miał rzeczy od projektantów mody. Pewnie takie za milion alpak, albo takie z alpak od Marshalli. Kiedyś też były w hodowli — fotowalicznej? A co to za gówno? — bo nie, nie wiedział. Znał może się coś na sztuce, coś na literaturze, ale jakieś technologie odnawialne to były dla niego czarna magia — podróby sprzedajesz? — bo fotowalika brzmiała dla niego podobnie jak fałszywka — w sumie... patrząc na twoją twarz, nic mnie nie zdziwi — stwierdza krótko, kręcąc głową i wzdycha ciężko, wskazując palcem na regał z maskami — wybierz sobie maskę lala, kupię Ci ją, a jak ją założysz świat stanie się piękniejszy — puszcza jej jeszcze oczko na odchodne i już chcesz iść, a ta zachowuje się jak totalnie powalona wariatka. Jeszcze tego mu było trzeba. Wielkie nagłówki z napisem: raper zaatakowany przez karła.
— Najpierw urośnij skrzacie — prycha jej prosto w twarz, wyciągając dłoń ku górze. Prawie trzydzieści centymetrów różnicy robiło swoje. Z tak uniesioną ręką idzie w stronę kasy, bo przecież nie będzie marnował czasu na jakąś idiotkę.
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Oh no tak. Ty to pewnie lubisz chuje facetów macać niż cycki. W sumie to szkoda obu płci dla takiego plebsu jak ty- aż prychnęła i spojrzała na niego z pogardą. Zazwyczaj nie mówiła w taki sposób i nie traktowała gorzej biedniejszych. Jednakże w tym momencie odezwał się w niej duch Cherry pt.Jebać biedę.- To uważaj, żebym cię zaraz nie pogryzła, tchórzliwa chihuahuo- bo skoro w jego oczach była taka groźna, to chyba on się jej boi, prawda?! Mały, tchórzliwy KSIĄŻĘ. Cora ma pazurki, które gdyby był miły, mogłyby zostawić po sobie pamiątkę na jego plecach. W końcu musiała przyznać, że był przystojny. Niestety poza urodą nie miał już żadnych plusów, więc nadawał się jako odpad i to do ostatecznej utylizacji.
Przewróciła oczami słysząc ten żałosny tekst o ruchaniu i aż westchnęła głośno. Ile on miał lat? Dwanaście? - Żalisz się czy chwalisz, że nie ruchasz?- spytała marszcząc brwi z obrzydzenia. - I to akurat żadna nowość. Nikt by Cię nie tknął nawet kijem przez szmatę- pewnie go tknęła i to niejedna. I pewnie zaraziła się chlamydią. Biedaczka. Cora na szczęście nie jest taka głupia i zdesperowana. Znaczy jest, żeby kupić tą płytę. SWOJĄ płytę i już dawno być w drodze do domu, a nie wykłócać się z jakimś złodziejem.
Gdy wymówił głośno słowo fotowaliczna, to Corze przez głowę przemknęła myśl, że jakoś dziwnie to brzmiało. Czy aby na pewno się nazywała tak ta branża? Czy może coś pojebała? Na komputerze miała autokorektę, której niestety brakowało w jej głowie.- Nieważne, i tak cię nie stać biedaku jebany- nawet na podróbki. Widać to po ilości pasków na dresie.- Najlepiej taką maskę, żebym nie musiała patrzeć na twój ryj rozjechany przez walec- warknęła jeszcze zanim mu kazała oddać płytę, gdy ten cwel uniósł ją tak wysoko i zaczął odchodzić… Nie wierzyła własnym oczom! Co za tupet!
Niewiele myśląc zaczęła krzyczeć.- ZŁODZIEJ! ZŁODZIEJ! ON KRADNIE PŁYTĘ!- i pobiegła do niego wskakując mu na plecy. Jak to dobrze, że ćwiczyła pole dance, co pozwoliło jej dosyć sprawnie go objąć nogami, jedną ręką się zaprzeć o jego szyję, a drugą próbować mu wyrwać płytę z dłoni. Jak ojciec się dowie o tej akcji, to będzie mieć kolejny zawał.
Prince Williams
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
Prince za to uwielbiał afery. Zawsze się w nich odnajdywał. Ten chwilowy przepływ adrenaliny, kilka odpowiednich tekstów i najczęściej każdy był wyjaśniony. W końcu wcale nie czuje, jak rymuje? Tak mógłby o sobie powiedzieć. Tyle że ta blondyna przyprawiała go o zawał głowy. Często czuł się jak worek z forsą, czuł samotność i nie czuł już nic.
— Przy takiej lasce wybrałbym chuja. Co pewnie go ukrywasz? Inaczej byś lala tak nie powiedziała — wycedza, wzdychając ciężko. Nie, ta wściekła blondyna nie robiła na nim żadnego wrażenia. Nawet ta charakterystyczna żyłka na czole mu się nie pojawiła, może jedynie drobna migrena? Od tego szczekania, którego miał już powoli dosyć — jezu, brzmisz jak jakiś polityk... — kanadyjski Hołownia — z Ciebie to prędzej skomląca chihuahua. Bolca Ci braknie laska? — wściekała się, jak niedojebana laska. Może potrzebowała prawdziwego ogiera? Tyle że to nie jego para kaloszy, miał już jej dosyć, a chciał tak zwyczajnie kupić płytę i móc odejść dalej...
—Rucham i doskonale o tym wiesz — syknął przez usta. Nikt nie mógłby podkopać jego ego. Lubił te krótkie noce, w których był w stanie sobie ulżyć. Nie pamiętał imion kobiet. Jakaś Kate, czy Marceline dla niego wszystko było jedno, bardziej liczyła się nadchodząca płyta niż jakakolwiek cizia, która trafiała do jego łóżka. O ile tam trafiła, bo niektóre wypraszał po spuszczeniu się. Żaden dżentelmen z niego był — mówisz o sobie, lala? Nikt takiej niewyparzonej gęby, by nie chciał — bo przecież on był często dotykany. Wystarczyło, że wszedł do klubu, a kobiety same znajdowały się u jego boku. Nie to co jakąś pracownicą branży fotowalicznej.
— Lala, znów mówisz o sobie? — rzuca, od razu strzelając oczyma. Ile ona mogła mówić? Czy nie powinna odpuścić, skoro sam Prince miał się zająć płytą Prince? Przyjaciółkom mogłaby powiedzieć, że spotkała prawdziwego gwiazdora — rozjechana, to mogłaby być twoja cipa po jednej nocy ze mną — prycha Williams i już chce odchodzi, ale ta nędzna kwoka postanawia na niego wskoczyć. Czy to wystarczający powód, by zamknąć ją w wariatkowie? Halo policja, proszę zamknąć blondynę.
— Zaraz mnie pojebie — mruczy, czując blondynkę na swoich plecach. Dłoń trzyma prostą, byle nie sięgnęła jej szponami wiedźmy — halo, kobieta mnie atakuje — krzyczy Prince, ale nikt nie reaguje. No tak, w tak tanim sklepie nawet na ochronę mogli nie liczyć. Zamacha się raz, wjeżdżając Marshall w jakiś wieszak. Tak miota się parę chwil, aż nie upada wprost do dziury z pluszakami. Przynajmniej lądowanie mieli miękkie. On na niej. Za to płyta poleciała wprost w stronę światła, a pewien przechodzeń tak po prostu ją zgniótł, przechodząc po niej.
— Ja jebie — mruczy finalnie Prince, widząc przed sobą połamaną płytę. Chyba znalazł pierwszego wroga z numerem jeden na czole. Jednak blondynki przynosiły pecha, a ta to już kurwa na pewno.
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Akurat to mam większe jaja niż ty- ponownie ten pogardliwy wzrok i ton. Tylko ten nadawał się do rozmowy z nim. Chociaż akurat do rozmowy to im było bardzo daleko.- Bolca to brakuje w Twojej mordzie- warknęła, bo ostatnio Cherry twierdziła, że Cora jej tak gadała. Lecz blondynka wcale tak nie uważała, a wprost przeciwnie - wiedziała, że to sformułowanie jest bardzo krzywdzące. Oczywiście uwielbiała seks i penisy, ale tej świni przed nią nigdy w życiu, by nie tknęła. Podejrzewała, że gdyby ściągnął gacie, to musiałaby z lupą szukać jego małego digi donga. - Jedyne co ruchasz, to pewnie własna ręka- jednak pewnie ginął on między palcami. Eh, w sumie to zaczęło się jej go robić szkoda. Mały, biedny książę.
- Może i niewyparzona, ale nie muszę się jej wstydzić jak ty- bo akurat ten tekst był dla niej komplementem. Przynajmniej nie miała obaw, aby powiedzieć to co myśli. Była odważna i nie wstydziła się tego. - Rozjechana? - prychnęła z pogardą słysząc ten tekst. - Kompletnie nie wiesz jak ruchać- bo prędzej to , by ona mogła być rozepchana po seksie, a nie rozjechana. Lecz czego wymagać od faceta, który nigdy nie zamoczył? Musiała mieć wobec niego znacznie obniżone wymagania, czyli dno i kilometr mułu.
W przeciwieństwie do niego, panienka Marshall była bardzo dojrzała i odpowiedzialna. A to, że walczyła o swoje? To bardzo dobra cecha! Przynajmniej tak to sobie powtarzała, gdy wskakiwała mu na plecy. - Oddawaj cepie- syknęła wkurwiona próbując ją wyrwać. Gdy zaczął się szamotać, była jak w amoku i już sama nie wiedziała, gdzie znajdują się jej ręce. Chciała osiągnąć swój cel - zabrać mu płytę. Jednak ten cel jej zaczął znikać z oczu, aż nagle poczuła jak jej ciało opada, a plecami opada na coś miękkiego, ale z drugiej strony coś ją przycisnęło. Momentalnie się rozejrzała, gdzie jest i wtedy zauważyła najgorszy moment swojego życia - zniszczenie płyty. Tej , która była jedyna w swoim rodzaju. Spojrzała na mężczyznę, który na niej leżał. - Coś ty narobił jełopie jebany?!- wrzasnęła wskazując dłonią w kierunku resztek jej ukochanego winyla. Zaraz jednak zorientowała się o drugiej rzeczy - kto na niej jest! - Złaź ze mnie! Nie chcę się zarazić debilizmem!- zaczęła go okładać rękoma i się szamotać, ale wtedy nagle poczuła na podbrzuszu, że wbija jej się coś twardego. Momentalnie otworzyła szeroko oczy, a po ciele rozeszło się lekkie, przyjemne ciepło. - Czy ci kurwa właśnie stanął?!- spojrzała na niego w szoku. Czy on był kurwa jakimś nastolatkiem, który się podnieca już na sam widok dziewczyny? - O fuuuj!- skrzywiła się i próbowała go odepchnąć. Jeszcze się na niej spuści!
Prince Williams
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
Prince żył w błogim przekonaniu, że najgorsze co go spotka ze strony kobiet, to porwanie jego bielizny po koncercie. Jak mocno się mylił i uświadamiał to sobie, czując jak złość bierze nad nim gorę. Ile można było kłócić się z blondynką? I to jeszcze nie jakąś zajebistą, a jakimś marnym dwa na dziesięć.
— Lala, jajca miej większe, ale przydałoby Ci się coś takiego jak mózg — strzelił oczyma, nie mogąc się powstrzymać. Jazgotała jak wkurzony chihuahua. Ciekawe, czy jakby się do niej podeszło, to zaczęłaby spierdalać? Przez ułamek sekundy miał nadzieję, że finalnie zamknie twarz, ale nie. Nawet to nie było w stanie podziałać — a w twoich uszach. Może wtedy byś ogłuchła i spokorniała — może przy okazji zamknęła mordę. Aż wolną dłonią chwycił się za głowę, przejeżdżając po brwiach. Takiego okazu jeszcze nie widział. Wystarczyło kilka sekund i znowu wywrócił teatralnie oczyma — jeśli nazywasz ręką, cipkę długonogiej brunetki, to tak. Rucham rękę — dziwna była ta jej paplanina. Jak ktokolwiek miał uwierzyć, że dziewczyny na niego nie lecą? A, już wiedział. Pewnie nie widziała tego zabójczego uśmiechu numer siedem.
— Przestań w końcu jazgotać, bo ktoś pomyli Cię z napaloną nastolatką — ale w sumie na czym mu zależało? Wrzeszczała, krzyczała, a on po prostu chciał już wyjść z jego własnością. Prince to Prince. Własnej płyty by nie kupował, ale taka piękna wpasowałaby się do jego mieszkania, zajmując zaszczytne miejsce. Za to co ona by z nią zrobiła? — ego Cię boli, że Cię nie chcę co? — jedyna oczywista odpowiedź. Dał jej kosza, a teraz próbuje się na nim zemścić. Do głowy by mu nie przyszło, że to wszystko z powodu własnej butności — Lala, twoja rozklapiochcioszka nie robi na mnie wrażenia. Jakbym nie wiedział, jak się ruchać, to nie nazywałbym się Prince — prycha finalnie Williams, kręcąc głową. I trzeci raz już odchodzi. To była wręcz niekończąca się opowieść sprzedawania sobie pocisków.
— Spierdalaj szmato — warknął, miotając się przy okazji nią, o półki, czy inne regały. Nie miał zamiaru się zatrzymywać. To był atak na jego osobie, a tu na pewno były kamery. Wściekła fanka zaatakowała rapera. Tak widział nagłówki gazet. Dlatego ani przez moment się nie zatrzymywał, aż wlecieli prosto do tej dziury z rzeczami.
— To ty na mnie wleciałaś — burczy od razu Williams — jak chciałaś mnie ujeżdzać, trzeba było poczekać, aż ściągnę gacie — o ile, by je ściągnął. Na taką latawicę nie miał żadnych słów. Była szalona, ale ten poziom szaleństwa powinno się leczyć. Albo podać od razu surowicę na wściekliznę, bo tu nic już nie pomoże.
— Teraz to Cię zmiażdżę — i robi to, co powiedział. Napiera na nią całym ciężarem ciała. Facet metr osiemdziesiąt osiem leży na kobiecie metr sześćdziesiąt. Parę razy uniósł się, by opaść na nią przeważającym ciężarem własnego ciała. Skoro miał już przewagę, wolał ją wykorzystać.
— Zaraz mnie pojebie — warczy, a jednak mimowolnie stanął. Nie, na taką pustą chihuahua blondyneczkę w życiu, by mu nie stanął. Zaraz z tylnej kieszeni coś wyjmuje — widzisz to? To portfel — macha jej nim przed nosem, licząc, że oprócz bycia wariatką, nie jest jeszcze złodziejką — na taką szmatę jak ty to nawet, by mi kutas nie stanął — bo co miało być w niej ładnego? Platynowy blond? Niebieskie oczy? Czy ten wzrok rasowej kurwy? No nic — popatrz na siebie, lala — zaraz gestykuluje dłonią — jak takie rzeczy przypominają Ci kutasa, to dziwne rzeczy sobie wkładasz. Faktycznie, rozklapciocha — finalnie macha ręką. Idealne podsumowanie Cory. Niektóre kobiety powinny jego zdaniem chodzić w worku na ziemniaki, a przynajmniej mieć taśmę klejącą na ustach.
— A teraz proszę bardzo, idź zapłać za płytę, którą MI zniszczyłaś — warczy, pokazując dłonią w stronę kasy. Przecież nie będzie płacił za jej błędy. Laskę chyba srogo pojebało. Czuł się teraz jak jakiś jebany strażnik Teksasu.
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja pierdolę…. wiesz, że to się leczy?- spojrzała na niego z politowaniem, gdy powiedział, że jego ręka to długonoga brunetka. Najwidoczniej facet nie wziął dzisiaj swoich leków albo pojebał dawkę. Nie należał do zdrowych, na pewno nie. - Chociaż na takie ameby jak ty, to już nic nie pomoże- i już zaczynało się jej robić go szkoda. Pewnie typ wróci do domu i uzna, że mu się to przyśniło. A może był naćpany? Nie wiadomo jakie gówno teraz krążyło.
- Słucham?!- aż prychnęła z pogardą, gdy się nazwał Prince’m. Nie no, koleś był jebnięty. Uważał, że jest królem muzyki R & B i to jeszcze ciemnoskórym… Nie zapominajmy, że NIEŻYWYM. Nawet teraz trochę się przeraziła, że trafiła na niezrównoważonego psychicznie ćpuna. Ona naprawdę miała dziwne akcje w swoim życiu.
To jednak nie przeszkodziło jej w tym, żeby kłócić się z nim i nawet na niego wskoczyć! Brakowało jej jakiejkolwiek refleksji i instynktu samozachowawczego. Każdy normalny na jej miejscu by się wycofał dla własnego spokoju i bezpieczeństwa, a co robiła blondynka? Jak napalona nastoletnia fanka wskakiwała na jakiegoś pojeba w sklepie.
- Jakby mi miliony płacili, to nigdy w życiu i tak bym cię nie tknęła!- wrzasnęła próbując mu wyrwać płytę i się nie wywalić nigdzie. Niestety, nie udało się ani jedno ani drugie. Najgorsze było to, że to on na niej leżał przygniatając ją swoim ciałem. - Debilu, wyjąłeś portfel z TYLNEJ kieszeni. Gdybym to jego czuła, miałbyś go w przedniej kieszeni- zwróciła inteligentnie uwagę tej amebie, bo wbrew pozorom, ale była dosyć spostrzegawcza. A że przed chwilą napierał na nią mocniej i się miotał jak szalony, dobrze wiedziała co czuje. Dobrze wiedziała jak na niego podziałała i przez chwilę się uspokoiła, uśmiechając się zadziornie, ale z wyższością. - Przyznaj się, że podnieca cię jak laska nie pada do twych stóp i potrafi cię postawić do pionu- już nie wrzeszczała, ale też nie szeptała specjalnie. Uniosła nieco biodra i zjechała spojrzeniem na jego usta. - Oczywiście, że chciałbyś mnie zerżnąć tak aż mi tchu zabraknie, ale będę prosić o więcej - dodała nachylając się jeszcze bardziej w jego kierunku, ale zanim wykonał jakikolwiek ruch, zaczęła znowu się szamotać i odpychać go od siebie. - A teraz złaź ze mnie napaleńcu zesrany, bo nigdy się tego nie dowiesz- seks seksem, ale Cora się szanowała i nie zamierzała go nigdy w życiu tknąć. - Jak mam kurwa za nią zapłacić, jak mnie wciąż przygniatasz?! Spierdalaj!- debil, totalnie debil. Już zapłaci za tą płytę, byleby z niej zlazł i zostawił ją w spokoju. STAĆ JĄ BYŁO NA TO, bo jak to powtarzała Cherry - jebać biedę.
Prince Williams
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
— To może zacznij od siebie — leczenie, bo na pewno przydałoby się na te jej chorą głowę. Bez dwóch zdań już miał jej dość. Co ważne Prince rzadko kiedy miał dosyć kobiet. Uwielbiał je w każdym calu. Może czasem za bardzo. Zwłaszcza kiedy wychodził po seksie, zostawiając wybrankę samą sobie. Tyle że Marshall była szalona, nieustępliwa i nie dawała mu żadnej możliwości na odpuszczenie nawet przez krótki moment.
— Nazywam się Prince i nie udawaj, że nie wiesz — prychnął pod nosem. Był kanadyjskim bogiem rapu. W klubach grali jego muzykę, a ona musiałaby się mocno ukrywać pod kamieniem, żeby nie znać jego imienia. Nie uwierzyłby w to. Nazwisko Williams było znane. Chociażby przez wzgląd na jego rodziców, a on tylko powiększał te sławę z każdym nowym utworem, do którego później bujali się ludzie.
— Uznałbym to za wyzwanie, ale... szkoda mi czasu i zdrowia — aż zaśmiał się na jej słowa, jeszcze raz mocno napierając na nią ciężarem własnego ciała — idiotko, leżę na Tobie. To co ty chciałaś poczuć?! — krzyknął, bo miał już dosyć. Ta mała, cwana lisica wszystko obracała na własną korzyść. Ile jeszcze miał tego słuchać? Brzmiała niczym zacięta płyta. Ciągłe pociski, unoszenie się. Laska musiała być przed okresem, bo jak inaczej wytłumaczyć takie zachowanie?
— Wiele rzeczy mnie podnieca, ale na pewno nie dominująca laseczka — stwierdził, schodząc z niej. Musiał się w końcu uwolnić. Ciągły jazgot chihuahua doprowadzał już go do bólu głowy — już skończ, lala — warknął, bo... ile ona mogła krzyczeć? Aż machnął na nią rękę. Niech zapłaci i weźmie te popękaną płytę — uwaga, znikam stąd jak Zorro — bo on pojawia się i znika, i znika... Taka pioseneczka dla dzieci, która wbiła mu się do głowy. Ostatni raz zmierzył ją wzrokiem. Przed następnym koncertem musiał dać komuś jej rysopis, bo jeszcze rzuciłaby w niego nie stanikiem, a jajkiem.
— Nie-do-zobaczenia — fuknął na nią finalnie i odszedł w siną dal. Już nigdy nie zejdzie do poziomu pospólstwa. Nawet nie chciał ponownie zaglądać do tego miejsca. Miał dość. Chociaż najbardziej to miał dość tej blondynki. Szkoda, że odbiła mu się czkawką po kilku dniach.
z/t x 2