—
Nie wiem, czasami to upierdliwe. — No tak, Hunter, bo w ogóle do tego nie przywykłeś. Nie jesteś przyzwyczajony, że ktoś się o ciebie martwi czy troszczy. Że ktoś dba o to, abyś miał wyprane rzeczy i zjadł coś dobrego oraz ciepłego. Nikt nie pytał kiedy wróci i nie mówił, że ma na siebie uważać. Przez dwadzieścia pięć lat żył samemu. A od kilku żył z Hatim, który był jego zamiennikiem rodziny. Bo chociaż Jiwoong był jego najbliższym przyjacielem, którego mógł już traktować jak brata, to… no nie byli rodziną. Nie oficjalną. I nigdy razem nie mieszkali.
Teraz się to zmieniło, ale on już miał swoje przyzwyczajenia.
Nie przywykł też jeszcze do tego uczucia, że ktoś w domu zawsze czeka i zauważy jak pewnego dnia zniknie. No ale proces adaptacji w jego przypadku może być długi. Zaczął się w momencie jak zamieszkała u niego Soojin i przerwał… ponad pół roku temu na jego własne życzenie.
Samo mieszkanie z nią nie było złe, bo do niego wydawał się przyzwyczaić. Ba, gdy zniknęła, wydawało mu się, że w mieszkaniu, które zawsze było jego „samotnią”, nagle jest… pusto. Bardziej niż normalnie. Brakowało mu jej, jej obecności, rzeczy i nawet zapachu, który czuł, gdy wchodził do mieszkania. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że mógł przywyknąć do czegoś tak błachego, a jednak odczuwał brak jej obecności. Dość mocno. Dlatego w pierwszych chwilach po rozstaniu, w mieszkaniu chciał spędzać jak najmniej czasu.
Bo gdy był tam sam, odczuwał podwójnie jak bardzo zjebał.
…potrzebują czasu, żeby zaufać, ale gdy pokochają, to już całym sercem.
Chyba jesteś kobietą, Hunter.
—
Okay, ciekawe. — Chociaż wiadomo, cytaty cytatami, ale prawdziwe życie było nieco bardziej skomplikowane i złożone. Czasami nic nie było tak łatwe oraz oczywiste i ludzie musieli się dużo napracować. Musieli się uczyć, musieli przeżyć i często też przejechać na własnych błędach zanim sobie uświadomili, że druga osoba naprawdę była grzechu warta.
Nie żeby coś o tym wiedział, ale wiedział.
Zatrzymał się, a spojrzenie ulokował we wskazanym przez nią domu na końcu ścieżki. Już teraz dokładnie zapamiętywał lokalizację oraz wygląd miejsca, w którym miała się zatrzymać. Tam miało toczyć się jej nowe życie z mamą. Właśnie pokazywała mu gdzie mógł jej szukać w razie potrzeby. Nie żeby zamierzał ją nachodzić, ale… może Toronto nie było aż takie duże, aby na siebie czystym przypadkiem nie wpadać, gdy będzie skądś wracać do domu.
—
No pewnie — powiedział, odwracając się w kierunku psa, aby zagwizdać do niego przydługo, w przywoławczym sygnale. Pies jak tylko usłyszał dźwięk, podniósł łeb i od razu ruszył w kierunku Huntera. Przybiegł i ustawił się z wywalonym językiem przy jednej z jego nóg, wlepiając spojrzenie w chłopaka. —
Idź się ładnie pożegnaj — rzucił, wskazując ręką w stronę dziewczyny, tym samym dając psu pozwolenie na podejście do niej.
Hati z merdającym ogonem podszedł ucieszony do swojej ulubionej koleżanki, wciskając mordę w jej nogi i ręce, bo on to się nie umiał żegnać inaczej. Znaczy umiał, ale z nią nie chciał. Przy niej zachowywał się jak niewychowane szczenię, które nie miało granic oraz swojej przestrzeni osobistej. Dla Huntera zawsze było to zaskakujące, ale z drugiej strony, całkiem rozumiał sympatię Hatiego do łyżwiarki, bo sam miał podobną.
—
Miło było cię znowu zobaczyć — powiedział, nie spuszczając z niej swojego spojrzenia. Tego łagodnego, ale wypełnionego czymś jeszcze. Czymś nienazwanym, ale co pokazywało się tylko przy niej.
Gwizdnął raz jeszcze na psa, przywołując go do siebie i ruszył w przeciwnym kierunku.
Brawo, Hunter. Jedna szansa na milion, a ty nie zrobiłeś nic.
Wsadził ręce do kieszeni, ale zatrzymał się zaledwie po dwóch krokach.
—
Soojin — rzucił głośniej, aby na pewno go usłyszała. —
Nie jestem tu dlatego, że szukam rozrywki — zaczął, odwracając głowę przez ramię, co by na nią spojrzeć. —
Przyjechałem dla ciebie. Po ciebie. — Czuł jak ton jego głosu staje się cięższy niż normalnie, co znaczyło jedynie to, jak poważny w tym momencie był. Dostał okazję i wiedział, że jakby wrócił do domu, nie mówiąc chociaż ułamka tego, co powinien, to przeklinałby samego siebie.
A i tak przecież nie miał już nic do stracenia.
—
Wiem, że zjebałem, może nawet za bardzo, aby to odkręcić. I nie będę ci mówić, że zasługuję na drugą szansę, bo może nie zasługuję. Ale i tak cię chcę — przyznał, nie spuszczając z niej swojego twardego, zdeterminowanego spojrzenia. —
Zrobię wszystko aby to naprawić i cię odzyskać, bo wolę dostać sto razy po mordzie od ciebie, niż raz od losu za to, że nic nie zrobiłem. — Już oberwał za swój błąd i dalej odczuwał ten cios. Skoro więc już ją spotkał, cudem, ponownie, to zamierzał się zreperować i walczyć nawet z Dżjuzeppe, niż poddać się bez walki. —
Niezależnie od tego, ile czasu to zajmie — dodał, uśmiechając się w ten swój charakterystyczny, łobuzerski sposób, który nie zwiastował nic dobrego. Hunter był uparty i wytrwały, ale tego mogła zasmakować już w Korei, kiedy mimo zakazów, obostrzeń i wielkiego ryzyka, i tak znajdował sposób, aby się z nią spotkać. Jak nie w szatni na lodowisku, to w jej pokoju, włamując się do domu przez okno.
Raina Bouchard