-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Napięcie między nimi było wręcz wyczuwalne. Nie wiedziała, skąd dokładnie się ono wzięło. Widziała głód w jego oczach, a w jej był podobny. Choć to miał być wieczór przy piwie. Krótkie posiedzenie wśród obcych ludzi, by zagłuszyć niespokojne myśli. Zamiast tego dostała aferę z losową blondynką i uwagę od strony Theo. Nie był jej obojętny. Sprawiał, że czuła się onieśmielona. Nie dlatego że się go bała, fascynował ją. Kiedy przymykała oczy, widziała jego pracujące mięśnie, a teraz jego dotyk skutecznie uniemożliwiał jej jakiekolwiek sensowne myślenie.
Nie odsuwała się ani na moment, wpatrując się w jego twarz. Wyglądała jak zahipnotyzowana. W końcu nie tylko ona na niego leciała. Przyznał jaj eto. Teraz był to inny Theo, a jednak dalej miał w sobie coś ze swojej łagodności i pogody. Odsunęła się ostrożnie, wracając do wcześniejszej pozycji. To jedno jego pytanie wydawało się wiele zmienić. Czy decyzja już padła?
— Uber — odpowiedziała bez żadnego zawahania. Chwyciła za kufel od piwa i wypiła całą jego zawartość na raz. Teraz faktycznie była gotowa do wyjścia. Bez większego wahania wstała od stolika, ubierając płaszcz. Spojrzała jeszcze ułamek sekundy na Theo. Nie wiedziała, czy była na to gotowa. Seks równał się z utratą przez nią kontroli, a później... później mogło być jedynie gorzej. Bachmann pewnie zniknie po tej jednej ulotnej nocy.
Wsiedli do ubera, a ona coraz bardziej zaczęła się wahać. Przegryzła swoją dolną wargę i spojrzała na niego kątem oka. Chciała móc zasmakować jego ust. Z Bachmannem wszystko wydawało się łatwe, wręcz momentami dziecinne. Czasami brakowało jej jednego bodźca, by pchnąć wszystko do przodu. Finalnie wyjęła telefon, by napisać do przyjaciółki. Musiała upewnić samą siebie, że robi dobrze. Chciała móc zbadać jego ciało. Różniłoby się od tych, które badała na co dzień. Przede wszystkim byłoby żywe.
Dojechali. Spojrzała na niego jeszcze raz. Przecież nic wielkiego się nie stanie, prawda? Wysiedli razem z auta, a zaraz Ward wpisywała kod, by dostać się na klatkę schodową.
— To zapraszam do środka — rzuciła spokojnym tonem. Zaraz ruszyli powoli w stronę windy — musimy chwilę poczekać — mruknęła, wciskając przycisk. Dało się usłyszeć dźwięk przejeżdżającej windy. Jedno piętro, drugie... i zaraz też kolejne.
— I jest — przełknęła nerwowo ślinę. Pierwszy raz znajdą się poza zasięgiem innych ludzi, a ona coraz bardziej zdawała sobie sprawę z jednego. Naprawdę bardzo go pragnęła.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z przyzwyczajenia chciał wziąć schody, ale grzecznie został przy jej boku, kwitując fakt, że brali windę krótkim parsknięciem. Ok, w gruncie rzeczy nie miał pojęcia jak długo śmigała na tych obcasach i był pewny, że gdyby jego buty były zbudowane w ten sposób, sam też nie byłby fanem brania schodów. Podświadomie odetchnął krótko, wchodząc do jej mieszkania, krótkim podrzuceniem barków strącił skórzaną kurtkę, pozwalając jej niedbale spaść na podłogę. I tak niczego tam nie miał, nie czuł potrzeby, żeby się rozglądać i znajdować wieszaki. Przykucnął na moment, pociągając za własne sznurówki, by porzucić też buty przy wejściu i zamiast od razu się prostować, przesunął się przed nią. Jej miały zameczki na bokach! Wygoda. Uśmiechnął się sam do siebie, otwierając te małe zamki, zanim przesunął jedną dłoń na jej łydkę, pomagając uwolnić stopę. To samo zrobił z drugą, właściwie zdając sobie sprawę z tego, że może to uznać za dziwne. Było? Nie wiedział. Cała ta sytuacja była dla niego nowa i, jeśli by się nad tym zastanowił, pewnie by stwierdził, że w najprostszy sposób, chciał się nią zająć. Zaśmiał się pod nosem sam do siebie, w końcu się prostując, leniwie przesuwając palcami po jej bokach po drodze, zatrzymując jedną z dłoni na jej biodrze, druga skończyła na ramieniu, strącając płaszcz.
- ..hi. - rzucił lekko, zerkając w ciemne oczy. Względna powściągliwość i powaga z baru, taksówki, ustąpiła beztroskiej ekscytacji. Ta sytuacja mogła być w swojej istocie bardzo podobna do wszystkich innych, w których lądował w czyimś mieszkaniu, a jednak różniła się pod wieloma względami. Nie była kompletną nieznajomą. Zależało mu na jej komforcie, by byli na tej samej stronie i chcieli tego samego. Ciepła dłoń znalazła drogę z jej ramienia, na szyję, długie palce sięgnęły łagodnie do szczęki, podnosząc głowę bardziej w swoją stronę. Pełne usta prosiły o jego uwagę. Dopiero w tym momencie tak naprawdę zdał sobie sprawę z tego, jak drobna się przy nim wydawała; musiał się naprawdę pochylić, by zbliżyć twarz do jej twarzy. - ..jeśli zmienisz zdanie.. - zaczął ciszej, chcąc ją upewnić, że mimo wszystko nadal miała kontrolę. Mogła mu powiedzieć, żeby się odsunął, żeby sobie poszedł; słuchał jej, chciał być jej partnerem, kimś kto dawał jej poczucie bezpieczeństwa i spokój, nawet jeśli akt sam w somie ze spokojem nie miał niczego wspólnego.
Naprawdę chciał ją pocałować. Dłoń na jej biodrze podświadomie przyciągnęła Ward nieco bliżej jego ciała, dłoń przy jej szyi znalazła swoje miejsce finalnie w okolicach jej karku. Mógł sięgnąć po jej usta, była blisko, wystarczyło wyciągnąć się odrobinę bardziej.. Tyle że czekał na jej słowo. Gest? Pozwolenie.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W trakcie podróży musiała napisać do Mary. To była jej bratnia dusza, opoka, na która mogła liczyć bez dwóch zdań. Uśmiechała się głupio do ekranu telefonu i nie była w stanie oderwać od niego wzroku. Może kilka razy to zrobiła, spoglądając na Matheo z jeszcze większym uśmiechem. Reakcja Lakefield była taka, jakiej się spodziewała. Ucieszyła się, a jednak była ostrożna wobec nowej osoby. Nic dziwnego. Tylko że Ward to wystarczyło.
Oderwała się, dopiero czując jego dotyk na własnym udzie. Mimowolnie spojrzała na jego rękę błądzącą po jej nodze i już wiedziała, że przepadła. Przegryzła dolną wargę, bo już liczyła na więcej. Co prawda gdzieś w tyle głowy miała wątpliwości. Bała się, że Theo zniknie tak jak każdy facet w jej życiu. Tyle że on przy niej był teraz. To powinno być wystarczające. Ten wielkolud sprawiał, że jej serce zaczynało bić szybciej, niż powinno. Niemalże czuła, jakby chciało uciec z jej klatki piersiowej.
Już przy wejściu do mieszkania atmosfera zaczęła gęstnieć. Zlustrowała szybko mieszkanie wzrokiem, sprawdzając, czy na pewno miała posprzątane. Było wręcz sterylne. Żadnych brudnych naczyń, ubrania pochowane do szaf i wszystko niemalże idealnie poukładane. Niewiele też można było znaleźć zdjęć, głównie te z jej bratem oraz bratanicą.
Już chciała zdejmować buty, gdy zobaczyła przed sobą Matheo. Z zaskoczenia kilka razy zamrugała oczami i niemalże od razu się wyprostowała. Pierwszy raz ktoś traktował ją z tak głębokim szacunkiem. Wręcz z delikatnością, prawie jak królową. Jej oddech na moment się zatrzymał, gdy ściągał z niej buty. To mogło być dziwne, pewnie dla niej było, ale tak cholernie się jej to spodobało. On się jej podobał, a im dłużej trwała ta chwila, tym bardziej zdawała sobie sprawę jak bardzo. Mimowolnie przegryzła wargę, unosząc głowę ku górze. Teraz dopiero widząc, jak wielka różnica wzrostu dzieliła ich między sobą. Nigdy nie czuła się jak mała dziewczynka, ale teraz właśnie to czuła.
— No cześć, Theo — powiedziała cichym tonem, wręcz półszeptem. Ward mogłaby policzyć na dłoniach jednej ręki partnerów, których miała. Jednak nigdy nikt nie potraktował ją z taką łagodnością. Był wyjątkowy. Miał w sobie radość Lawrenca, ciało Scotta, a z Cassianna... nie miał nic. Może to i lepiej. Wyróżniał się na tle innych mężczyzn. Nie wiedziała, czy to ten kolor tęczówek, czy wzrost, ale kręcił ją całą. Każda najmniejsza komórka ciała krzyczała o więcej. Zwłaszcza kiedy poczuła na sobie jego dotyk.
Wsłuchała się w jego słowa. Tyle że ona nie chciała zmienić zdanie. Kiedy tylko ją przyciągnął, stanęła na palcach, by musnąć jego wargi. Wpierw wyczuwając smak whiskey, ale nie przeszkadzało jej to. Usta miał miękkie, a ona wręcz chciała bardziej ich skosztować. Szybko pogłębiła ich pocałunek, przypominała odrobinę dziecko otwierające prezenty na boże narodzenie. Chciała więcej i nic by jej teraz nie zatrzymało. No chyba że odmowa.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pożądanie nie wykluczało troski; to też była myśl, do której nie przywykł, a jednak łagodny dotyk przychodził mu z łatwością w tym przypadku. Nie musiała używać słów, on sam preferował robienie ponad mówienie, a w tej konkretnej kwestii całkiem łatwo było mu stwierdzić, czego ta kobieta chciała. Jego. Zatonął w pocałunku, wsuwając dłoń w jej włosy, by przypadkiem nie wpadła na pomysł, żeby znów się odsuwać; nie przez następne kilka chwil. Jedyny problem jaki miał, to to, że była malutka i nie mógł znaleźć się tak blisko, jakby sobie tego zażyczył. Zmarszczył lekko brwi, bo ta kwestia wymagała odrobiny uwagi.. Dłoń z jej włosów zjechała niżej, znów na szyję, przez środek klatki i brzuch, gdzie oparła się na moment o wolne biodro. Przerwał pocałunek tylko na krótką chwilę dłonie zjechały niżej, przez pośladki; ugiął kolana, by ją podnieść (lift with your knees, kids) finalnie asekurując ją na swoich biodrach z jedną dłonią na pośladku Ward, drugą szukając powierzchni za nią. Oparł jej plecy o drzwi, z cichym, zadowolonym mruknięciem kierując pocałunki na jej szyję. Znacznie lepiej. Gdzieś po drodze, jej płaszcz wylądował na podłodze, wiedział to tylko dlatego, że stopą posłał ciuch na bok, żeby się o niego nie zabić.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zdecydowanie chciała jego i tylko jego. Cały świat przestał się liczyć Cynthia na co dzień chłodna, momentami cyniczna, przy nim była inna. Rzadko który mężczyzna potrafił sprawić, żeby na jej twarzy pojawił się uśmiech. To go odróżniało od innych facetów. Dawał jej przedziwne uczucie szczęścia, którego nie była w stanie wytłumaczyć. W tym wszystkim nie był narzucający się. Dawał jej wolność wyboru, a teraz jedyne co chciała wybrać to Matheo. Chciała wiedzieć, co dokładnie skrywał pod ubraniami, dotknąć każdego centymetru jego ciała. Sprawić, że oszaleje na jej punkcie, gdy jej dłonie będą błądziły po jego ciele.
Przez jej ciało przeszedł ciepły dreszcz, kiedy jego dłoń wylądowała w jej włosach. Ona wręcz żarliwie pogłębiała pocałunek. Nie potrzebowała żadnego oddechu, kiedy był obok niej. Smak whiskey mieszał się z zapachem jego perfum. Nie odsunęłaby się nawet na moment. Muskała jego wargi, jakby zależeć miał do tego cały świat. Aż w pewnym momencie zabrakło jej oddechu w płucach.
Mruknęła z niezadowolenia, gdy na krótką chwilę rozłączył ich usta. Za to zaraz dała mu się ponieść. Teraz znajdowała się jeszcze bliżej niego i to chyba kręciło ją jeszcze mocniej. To dobrze zbudowane ciało i ona tak malutka w jego objęciach. Dłonie zarzuciła mu wpierw na ramiona, a chwilę później jedna z nich wylądowała na jego karku. Chciała jeszcze intensywniej sprawdzić smak jego ust, upewnić się, że przez te kilka sekund w ogóle się nie zmienił.
Nie była w stanie doczekać się dalszej części. Jej dłonie spadły niżej, by zahaczyć o krawędź jego bluzy. Ubrania coraz bardziej zaczynała jej przeszkadzać. Nie myślała o jego zniknięciu, jej mózg szalał na punkcie Bachmanna, a przez to chciała jeszcze bardziej poznać każdy kawałek jego ciała. Poczuć nagą skórę na jej nagiej skórze. Zaczęła podciągać bluzę, przerywając na moment ich pocałunki.
— Kurwa — mruknęła pod nosem, zdając sobie sprawę, że nic nie mogła zrobić w tej pozycji — kuchnia, Theo — wymruczała błagalnym głosem, powracając do niego ustami. Całowała go jakby jutra miało nie być. Je dłonie zaczęły błądzić po jego włosach, dość mocno je chwyciła, bo chciała zapomnieć. O jutrze, o konsekwencjach i o tym że ten wieczór coś zmieni. Matheo był teraz jej wszechświatem. Liczyły się jego usta oraz dotyk, który elektryzował całe jej ciało.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przynajmniej nie kazała mu się wspinać po schodach po omacku; do blatu mógł trafić na ślepo, chociaż i tak się wyprostował, przerywając pocałunek po raz kolejny, by się do niej wyszczerzyć w uśmiechu.
- Cieszę się, że tak mi ufasz, ale muszę widzieć gdzie idę, księżniczko. - roześmiał się po raz kolejny, przytrzymując ją przy sobie mocniej, by zaraz zrobić z nią w tył zwrot. Cel; blat, ten ładny, duży, na który już wcześniej zwrócił uwagę i jako kucharz mógłby docenić praktyczność przy gotowaniu... Tyle że w tym momencie doceniał bardziej to, jak dużo płaskiej przestrzeni im dawał. Nie miał też nic przeciwko, żeby ją nosić, była nawet lżejsza niż przyjął we własnej głowie i zdecydowanie łatwiej się ją niosło, niż większość ciężarków na siłowni.
Zaparkował ją na blacie, opierając się o jego powierzchnię na moment dłońmi, by skraść dla siebie jeszcze jeden pocałunek. Wyprostował się zaraz potem, chwytając bluzę na swoim karku, zaraz odrzucając ją niedbale na bok, razem z luźnym podkoszulkiem który miał pod spodem. Lepiej. Odetchnął nawet, jego skóra wydawała się parować. Oparł dłonie o jej uda, spojrzenie rozbiegane między jej ustami, szyją, a klatką. - ..nie chcę się spieszyć. - przyznał odrzucając włosy z jej ramion lekkim ruchem zaraz potem, z jednej strony przesunął dłoń na jej szyję, znów zakładając włosy za ucho. Pochylił się, złożył na jej szyi kilka pocałunków, potem kilka małych ugryzień, pod jej uchem i niżej, bliżej jej obojczyka. Jedna z dłoni przesunęła się z jej uda, po boku, finalnie zarysowując kształt piersi. Niespiesznie, lekko, sam nie wiedział, czy droczył się bardziej z nią, czy z samym sobą.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Przypominała odrobinę dziecko, które namówiło matkę na kupienie mu nowej zabawki. Czuła falę ekscytacji, wypełniającą ją całą od środka. Jak oddechy stają się coraz mniej równe, jak serce zaczyna bić tak szybko, jakby chciało uciec z jej klatki piersiowej. Najczęściej pacjenci Cynthii byli... drętwi, wręcz martwi. Za to zawsze wpatrywała się w nich z zadziwiającą fascynacją, którą teraz miała w oczach. Tylko nie chłodną, czy martwą, a gorącą. Parzącą, bo Matheo doprowadzał jej ciało do wrzenia.
— Czekaj — mruknęła, odchylając się, by zapalić światło na korytarzu. Wystarczyło, by rozświetlić znaczącą część jej mieszkania. Zarysy mebli stały się widoczne, a księżniczka uniosła kąciki ust — lepiej, Theo? — dopytała, unosząc delikatnie kąciki ust. Szybko wróciła do pocałunków w trakcie trasy do kuchni. Zostawiła na moment jego usta w spokoju, by obdarować jego szyję kolejnymi pocałunkami. Przerwała dopiero, gdy usadowił ją na blacie.
Od razu zadarła brodę wysoko, by móc spojrzeć na jego twarz. Ten ostatni pocałunek przedłużyła jeszcze, przegryzając delikatnie jego wargę. Ta chwila dla niej mogłaby trwać w nieskończoność. Zapomniała nawet w jakich okolicznościach tutaj trafiła. Westchnęła cicho, kiedy odsunął się od niej i zakończył kosztowanie jego ust. Za to zaraz oczy delikatnie jej zabłysnęły. Wędrowała po jego dobrze zbudowanym ciele, zagryzając delikatnie dolną wargę. Kucharz ciasteczko, a ona już chciała schrupać go całego.
— To się nie śpieszmy... — powiedziała cicho, czując na sobie dłonie Theo. Cała się wyprężyła, byle móc go czuć bardziej. Kłamała. Jej się śpieszyło, a to oczekiwanie tylko bardziej ją drażniło. Głupia zgodziła się na tę grę — mamy całą noc — wyszeptała. Choć wiedziała, że doprowadzi ją do szału. Będzie prosiła o więcej i więcej. Odchyliła delikatnie szyję, by dać mu lepszy dostęp do szyi. Przymknęła delikatnie własne oczy, a z jej ust wydobył się krótki, przerywany jęk Sama już nie dawała rady pozostawać bezczynną. Jedną ręką oparła się do siadu, a drugą nerwowo próbowała rozpiąć mu rozporek. Tylko z tego nieśpieszenia się.
— Ale chciałabym móc twoją skórę na mojej — powiedziała cicho Cynthia, prawie wręcz niesłyszalnie. Nie musieli się śpieszyć, ale gdy otwierała oczy jedyne o czym marzyła to dotknięcia jego nagiej skóry. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym bardziej każda komórka jej wariowała. Doprowadzał ją do szału. Chciała szybciej, bo drażnił się z nią. Napięcie sięgało zenitu, a on bardziej przypominał chochlika, próbującego zrobić na złość.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor