30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rhys Madden był jej u t r a p i e n i e m.
Liczyła, że jej awans przyniesie wielkie zmiany. Wierzyła, że dostanie partnera, który chociaż w najmniejszym stopniu będzie się cieszył jej towarzystwem; nie potrzebowała atencji i przyjaźni, ale chciała kogoś, kogo doświadczenie i pasja, pchną ją do rozwoju. Tymczasem przed nią stanął on - butny egoista, podważający każde słowo i stający w ofensywie do każdego pomysłu. Negujący, krytyczny, spięty. Znudzony, prymitywny i nierespektujący zasad. Zawsze po czasie, zawsze mający czas. A jednak... nikt inny, przez kilka długich lat jej kariery, nie wzbudzał w niej tylu emocji. Doprowadzał ją do granicy wytrzymałości i właśnie dlatego nie mogła go zignorować. Był sprzecznością, którą chciała rozwiązać; był wyzwaniem, którego nie potrafiła odrzucić.
W pracy, i co właśnie bardzo ją uderzyło - poza nią.
Łapała się na tym, że czeka na jego sprzeciw; na to uniesienie brwi; na irytującą, sarkastyczną uwagę, która zmuszała ją do dopracowania argumentu.
Odszukała wzrokiem rzeczonego Evansa, a przynajmniej udawała, że faktycznie to robi, rozglądając się z dbałością po sali pełnej ludzi, nim skupiła spojrzenie na tym, kto najbardziej przykuwał jej dzisiejszą uwagę. - Jest całkiem przystojny. Żałuję, że do tej pory się na to nie zdecydował - odparła zaledwie ułamek sekundy po tym, kiedy jego słowa dźwięcznie odbiły się echem w jej głowie. - Może sama powinnam to zrobić? - uniosła nieco cynicznie brew, niezliczony raz tego wieczoru. Była pewna, że jej twarz po tych kilku godzinach spędzonych w towarzystwie Maddena, przyozdobi kolejna, poprzeczna zmarszczka.
- To akurat prawda. Całe moje zainteresowanie skupione jest gdzieś indziej - nie musiała dopowiadać gdzie. - Ale powiedziałabym raczej, że to kłopoty pchają się na mnie - tym razem nie tylko słowem zaprzeczyła wypowiedzianemu przez Maddena stwierdzeniu. Jej palec przesunął się po jego knykciach wolno, z niemal demonstracyjną dokładnością. Skóra pod opuszką była szorstka, naznaczona bliznami, które wyglądały jak historia zapisana bez zgody właściciela. Dotyk był lekki, ale jego intencja wyraźna. Nie patrzyła na ich dłonie, skupiła się na twarzy - na minimalnym napięciu w kąciku ust, sposobie w jaki powolnie przełykał ślinę.
Czuła zacierającą się linię pomiędzy kontrolą a impulsem.
Powinna się odsunąć.
Powinna przypomnieć sobie, kim są. Partnerami. Detektywami. Ludźmi, których reputacja na posterunku nie jest już neutralna.
- Wracając do Evansa... - rzuciła mimochodem, zatrzymując palce w nieruchomym punkcie. To co czuli oni było właściwie niezauważalne dla otoczenia. - Dać mu szansę? - w ogóle tego nie rozważała. Nie była nawet pewna czy do końca wie czy mówią o tej samej osobie. Szukając go wcześniej tłumie przecież tylko blefowała. - Czy masz lepszą propozycję? - tym razem to ona zrobiła pierwszy krok w bok, odsuwając się od stolika; nie uciekając, lecz zmieniając układ w taki sposób, że rozgrywka właśnie przestała być teoretyczna.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sam podrzucił jej tę piłkę, a jednak jego szczęka zacisnęła się bezwiednie gdy odwróciła wzrok, szukając nim drugiego mężczyzny. Reakcja była krótka, impulsywna i zniknęła gdy tylko uwaga kobiety z powrotem powróciła do ich rozmowy, ale nie wątpił, że jej wszędobylskie spojrzenie to dostrzegło. Miał wrażenie, że nic nie jest w stanie się przed nią schować i choć zawsze miał się za eksperta w chowaniu prawdziwych intencji za fasadą neutralnej obojętności, upór Mercer nieustannie tworzył w niej kolejne szczeliny. Szczeliny, przez które dostrzegała więcej, niż chciałby jej pokazać.
Myśl, że dzięki ich rozmowie, ich głupiej g r z e miałaby odejść od tego stolika i ruszyć do Jacoba Evansa wydawała mu się dziwnie nieprzyjemna - jak drzazga wbita w skórę. Na tyle drobna i nieistotna, że z łatwością był w stanie ją zignorować, a jednocześnie nie potrafił o niej zapomnieć. Tkwiła wciąż w jego świadomości, jej nieznośna obecność uprzykrzająca mu każdą sekundę.
- Może powinnaś - odrzekł wbrew tej drzazdze, uparcie ją ignorując. Jego racjonalny umysł próbował nieustannie odzyskać nad nim kontrolę. Evans obiektywnie nie był przecież taką złą partią - a już z pewnością w porównaniu do alternatywy w postaci Daniela Hargrove, który obecnie, zamiast obmacywać swoją tymczasową partnerkę, był przez nią podtrzymywany, tracąc z upojenia równowagę.
Jego ciało spięło się w reakcji na kobiecy dotyk, na drobne przekroczenie wciąż widocznej między nimi granicy. Nie pozwolił spojrzeniu opaść w dół, nie oderwał go od spojrzenia czekoladowych tęczówek patrzących na niego w ten wyzywający sposób. Świadomość jej palców wędrujących po jego skórze była niemal b o l e s n a w zupełnie inny sposób od drzazgi, do której mógłby porównać nieprzyjemne myśli.
Potrzeba rewanżu zapłonęła w jego sercu w ułamku sekundy. Walczył z nią, w ten sam sposób, w jaki żołnierz wychodzi na pole walki wiedząc, że wojna już dawno jest przegrana. Obserwował, jak odchodzi w bok - na ułamek serca myśląc, że faktycznie spełni swoją groźbę, że pobiegnie za rzuconą jej piłką byle tylko mu dopiec. Gdy jednak wychyliła się zza stolika, gdy jego blat przestał być namacalną barierą pomiędzy nimi, zrozumiał, że był to tylko kolejny element ich rozgrywki.
Zbliżył się, zaledwie w pół kroku, lecz wystarczająco by stanąć tuż obok. Wyglądając jak osoba, która pragnie przekrzyczeć gwar panujący w barze, pochylił się nad niższą od siebie kobietą, wkraczając w świat wypełniony jej zapachem.
- Jeśli próbujesz mnie sprowokować - mruknął koło jej ucha, jak przyjaciel przekazujący drugiemu plotkę w trakcie przyjęcia. Jego dłoń dawno już zsunęła się z blatu, teraz przysunęła się bliżej - lodowata powierzchnia schłodzonej szklanki musnęła nagą skórę jej ramienia. - Będziesz musiała bardziej się postarać.
Powtarzając jej własne słowa, na jedno uderzenie serca, jeden zaczerpnięty oddech zatrzymał się tuż obok, niebezpiecznie blisko nim racjonalność nakazała mu ukrócić to szaleństw. Wyprostował się, bokiem zwracając do stolika, o który swój łokieć. Kostka lodu zawirowała w szklance.
- Jest porządny, nie ma ukrytych kochanek i nigdy wcześniej się nie ożenił - przytaknął, udając zainteresowanego Evansem lub k i m k o l w i e k innym na tej imprezie. - Ale w łóżku jest punktualnie o dwudziestej drugiej i jest na bieżąco z Love is blind.
Odwrócił od niej wzrok, z trudem przenosząc go na resztę towarzystwa. Ignorując odczuwane przez niego napięcie, wskazał podbródkiem innego mężczyznę - wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna.
- Roberts to najlepszy śledczy na oddziale - dodał rzeczowo, choć niełatwo było mu wymyślić jakiekolwiek zalety dla mężczyzn, o których mówił. - Postanowił, że do końca roku znajdzie swoją przyszłą żonę. Brzmi na osobę w twoim typie.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozbawił ją. I to bardziej, niż powinna pozwolić sobie okazać.
Zacytował jej własne słowa z tą charakterystyczną pewnością, jakby właśnie odbierał jej broń i odwracał ją w jej stronę. Powiedział to tak, jakby naprawdę wierzył, że to on kontroluje sytuację; jakby nie zauważył, że już dawno przestali grać w tę samą grę, co w pracy. Na moment uniosła lekko brew w geście uznania. - Dobrze zagrane - nie mogła powstrzymać dłużej uśmiechu.
A potem zaczął wyliczać. Evans, Roberts. Stabilność, punktualność. Brak byłych żon, plany na przyszłość - jak w katalogu. Jakby próbował racjonalnie rozłożyć ją na czynniki pierwsze i przypisać do najbardziej logicznej opcji, co ją bawiło, bo jeśli naprawdę było mu wszystko jedno, nie siliłby się na analizę. Nie poświęcałby temu uwagi i nie powtarzałby jej własnych zdań z taką precyzją.
Jego chłód był zbyt świadomy i miał rację - ona była wystarczająco spostrzegawcza, by dostrzec tę krótką, impulsywną reakcję, gdy odwróciła wzrok, szukając Evansa. Ten ułamek napięcia w szczęce, gdy coś w nim zadrżało, zanim zdołał to przykryć. - Brzmi obiecująco - powiedziała spokojnie, odnosząc się do Robertsa. Tym razem to nie była prowokacja - to była decyzja. Minęła go bez pośpiechu, przesuwając ramieniem blisko jego klatki piersiowej; wystarczająco, by poczuć jego obecność, ale nie na tyle, by można było nazwać to dotykiem. Jej zapach pozostał w powietrzu na ułamek sekundy dłużej. Nie spojrzała na niego, gdy go mijała, nie chciała dawać mu tej przewagi. Dopiero po kilku krokach pozwoliła sobie na krótkie, kontrolne zerknięcie przez ramię.
Sprawdzała. Nie czy jest zazdrosny, ale czy zareaguje.
Kiedy weszła w krąg, w którym stał Roberts, jej postawa zmieniła się subtelnie. Ramiona rozluźniły się, uśmiech stał się lżejszy i naturalny. Płynnie wtopiła się w rozmowę, jakby naprawdę interesowało ją to, co mówił. Po chwili zaśmiała się miękko i swobodnie w reakcji na jakiś żart. Pochyliła się nieznacznie bliżej; kiwnęła głową, pozwalając, by dystans między nimi wyglądał na mniej formalny. Z zewnątrz wyglądało to dokładnie tak, jak powinno, jak coś więcej niż zwykła pogawędka.
Słowa, które padały były trywialne - o grafiku, o jakiejś anegdocie z patrolu, o czymś, co nie miało żadnego znaczenia. Jej oczy nie należały do niego, patrzyły ponad ramieniem blondyna - prosto na Maddena. Nie udawała, że to przypadek, nie odwracała wzroku, gdy krzyżował się z jego, wręcz przeciwnie, wytrzymywała je.
Przesuwając lekko po przedramieniu Robertsa, naturalnym, niemal niedbałym gestem, który z zewnątrz wyglądał jak flirt, wciąż nie przestawała patrzeć. Jej spojrzenie było świadome i niewinne tylko dla tych, którzy nie wiedzieli, czego szukać. Uśmiechała się do swojego rozmówcy, ale prowokowała partnera
I chciała, żeby o tym wiedział.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pieczołowicie wytyczone granice między nimi okazały się równie trwałe, jak linia z piasku. Napięcie i wzajemna frustracja odnajdywała nagle ujście w sposobie, którego nie mógł się spodziewać. W morzu lanego alkoholu, z którego wypili może po jednym drinku. W cichej muzyce grającej na przyjęciu, którego wcale nie byli częścią, a żadne z nich nie wylądowało na parkiecie. W uniesieniu celebracji, które całkowicie ich nie dotyczyło.
W dotyku, który się nie wydarzył.
Jego głowa wykręciła się w jej stronę gdy ostentacyjnie podeszła, wymijając go w marginalnej odległości. Być może gdyby ją zignorował, ktoś z zewnątrz uznałby, że nie dbała o zachowanie stosownego dystansu względem innych ludzi. Ale gdy jego wzrok powiódł za nią, uparcie utrzymując kontakt z ciemnymi tęczówkami gdy jej twarz znalazła się tak blisko jego, ta krótka chwila nabrała innego charakteru. Zyskała na intymności, która nie wymagała żadnego kontaktu fizycznego.
Wzbudziła w nim złość, gdy wpatrywał się w jej plecy gdy odchodziła.
Obrócił się nieco, nie odchodząc od stolika, o który wciąż stał oparty. Przyglądał jej się gdy wmieszała się w tłum, udając, jakby od początku była jego częścią. Już wcześniej nie potrafił zignorować jej obecności w pomieszczeniu, choć bardzo próbował - teraz jego spojrzenie tkwiło zafiksowane na jednym punkcie, podczas gdy ciało zesztywniało pod wpływem emocji i krążącej w jego żyłach adrenaliny.
Jego usta wygięły się w wyrazie rozbawienia gdy sączył średniej jakości whisky, patrząc, w jak ostentacyjny sposób Mercer nachyla się nad jednym ze wskazanych przez niego mężczyzn. Prawdopodobnie gdyby ich konwersacja była krótsza, gdyby podeszła do Evansa czy Robertsa czy kogokolwiek z nich z faktyczną intencją poznania ich lepiej, nie przejąłby się tym aż t a k. Odwróciłby wzrok, na przykład odnalazł nim swojego dawnego partnera, zajął się czymś innym na resztę wieczoru.
Ale widział jej spojrzenie, gdy kosmyki jej włosów opadały nisko przy pochyleniu się, muskając wyciągnięte ku niej ramię Robertsa. Wiedział, że ten stał się wyłącznie pionkiem, za którego pomocą pragnęła sprowokować go do działania. Kolejnym ruchem w ich grze, w której jej skupienie pozostawało utkwione w nim.
I doprowadzało go do wrzenia.
Analizował swój następny ruch z metodyką zawodowego gracza. Rozważał podejście do grupki, przy której stała, nawiązanie kontaktu z tymi z nich, z którymi niegdyś miał bardzo dobry. W jego głowie brzmiało to jednak jak wyrównanie jej zagrania, a przecież czy nie powinien go przebić? Wbrew racjonalności, wbrew sobie, oderwał spojrzenie, przenosząc je w bok - na grupkę kobiet, gromadzącą się przy barze. Znał każdą z nich, znał ich imiona, lata spędzone na służbie, a nawet drobne informacje, którymi wymieniały się na przerwie obiadowej bądź gdy mijał ich biurka po drodze do kuchni.
Jak w transie, natchniony do tego przez prawdziwego d i a b ł a, porównywał je między sobą. Wybierał tą najmłodszą, najładniejszą spośród kompetentnych i inteligentnych. Zastanawiał się nawet nad ich pozycjami w hierarchii, gdy telefon w jego kieszeni zawibrował. 122 Richmond St W, 23:15. Bądź punktualnie. W miejsce ognia płonącego w jego żyłach nagle pojawił się lód. Niczym kubeł zimnej wody spadający na jego głowę, wezwanie przyszło na jego telefon z numeru, który nie posiadał adresata - ale doskonale znał jego właściciela. Wpatrywał się w ekran twarzą pozbawioną wyrazu nim schował urządzenie z powrotem do kieszeni, wracając spojrzeniem do bawiącej się w oddali Mercer.
Jego własna lekkomyślność uderzyła w niego niczym taran, trzaskając stan uniesienia, w który wszedł pod wpływem wyzwania. Tkwiąc przez kolejne kilka minut przy stoliku, pozwalał, by pragmatyzm i racjonalność znów zawładnęły jego umysłem. Jakiekolwiek zbliżanie się do Margo było ostatnim, co powinien robić w swoim położeniu. Wodząc spojrzeniem po bawiących się funkcjonariuszach, po czerwonym na twarzy Stevensonie opowiadającym z przejęciem historie sprzed lat, po Mercer słuchającej jakiejś przejmującej opowieści Robertsona, z wolna przypominał sobie, że nie był już częścią tego świata.
W zasadzie to nie był częścią żadnego.
Nawykł do przyjmowania zgłoszeń po godzinach. Nie wzbudzały w nim już wielkich emocji, a jednak teraz, z frustracją uniósł szklankę do ust i przechylił jej zawartość, haustem wypijając resztę whisky. Z głośnym stukotem odstawił ją na blat stolika i odwrócił się, tyłem do niej imprezy, ruszając do wyjścia bez pożegnania, po drodze zgarniając swój płaszcz z jednego z wieszaków.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie przestała się uśmiechać. Jej śmiech nadal brzmiał naturalnie, odpowiednio do sytuacji, a ciało poruszało się z tą samą swobodą, z którą kilka minut wcześniej prowokowała go bezczelnym spojrzeniem. Pochyliła się lekko w stronę Robertsa, odpowiedziała na jakąś uwagę, poprawiając włosy ruchem tak zwyczajnym, że nikt nie doszukałby się w nim drugiego dna.
Ale jej uwaga nie była już podzielona, była rozdwojona.
Obserwowanie Maddena stało się czymś więcej niż zawodową czujnością. Zaczęło się niewinnie - analizą jego reakcji przy biurku, próbą wyprzedzenia jego kontrargumentów. Z czasem przekształciło się w odruch; znała moment, w którym napinał barki, wiedziała, jak wygląda jego ironia, a jak prawdziwa irytacja; rozpoznawała różnicę między znużeniem a skupieniem.
Dlatego nie potrzebowała więcej niż sekundy.
Marszcząc lekko czoło, dostrzegła, że jego uśmiech zniknął, nie dlatego, że przestało go bawić jej zachowanie i nie z powodu przegranej w ich prywatnej potyczce. Zniknął jak przełączone światło - gwałtownie i bez ostrzeżenia. Zauważyła napięcie w szczęce, kiedy spojrzał na telefon, było krótkie, ale wyraźne. Jego wzrok nie wrócił już do niej, nie szukał jej spojrzenia i więcej nie próbował go utrzymać. To było pierwsze odstępstwo od normy, bo nawet gdy grał obojętnego, zawsze ją sprawdzał. Wiedziała o tym, nawet jeśli wydawało mu się, że tego nie zauważa.
Roberts coś mówił, a ona obserwowała, jak Rhys opróżnił szklankę jednym, zdecydowanym ruchem. Kiedy ruszył w stronę wyjścia, nie obejrzał się i wiedziała już, że nie był to gest urażonego ego. Wyglądał, jakby podjął jakąś decyzję i to uderzyło ją najmocniej. Bo w ich grze zawsze zostawiał coś niedomkniętego - spojrzenie, uśmiech, cień prowokacji, cokolwiek, co pozwalało mu zachować kontrolę. Teraz tego nie było.
Jej śmiech przygasł, ale twarz pozostała pogodna, nie pozwalała, by ktoś poza nimi cokolwiek dostrzegł. Odpowiedziała jeszcze na jedno pytanie Robertsa, skinęła głową, pozwoliła rozmowie wybrzmieć naturalnie, ale w jej głowie pracowało coś innego - analiza. Myślała o tym, jak zmiana w zachowaniu Maddena była zbyt gwałtowna. Złość na nią wyglądała inaczej, była ż y w a, miała w sobie energię. To co zobaczyła przed paroma chwilami, było chłodne.
Przeprosiła krótko, bez tłumaczeń. Odstawiła drinka, którego podał jej któryś z towarzyszy, a którego nie zdążyła nawet się napić. Odeszła spokojnie, nie zwracając na siebie uwagi. Nie przyspieszała kroku, nie wyglądała na zdenerwowaną, ale jej kroki były celowe - zgarniając kurtkę z wieszaka, wyszła za nim.
Na zewnątrz powietrze było ostrzejsze i chłodniejsze niż w dusznym wnętrzu lokalu. Parking tonął w półmroku, rozjaśniony tylko pojedynczymi latarniami, a silnik jednego z samochodów już pracował. Zobaczyła go dopalającego papierosa i zatrzymała się kilka metrów dalej, tak by dzielący ich dystans był zaznaczony, ale dźwięk słów nie dotarł do nieproszonych uszu. Obserwowała go, bo to stało się jej rutyną i nie potrafiła przestać tego robić. - Dokąd jedziesz? - instynkt, ten sam, który kazał jej zadawać dodatkowe pytanie świadkowi, gdy coś w jego tonie brzmiało fałszywie, odezwał się wyraźnie. - Od kogo dostałeś informację, że wyszedłeś z pożegnalnego przyjęcia swojego pierwszego partnera bez słowa? - to też ją uderzyło; dzięki temu wiedziała, że to nie była zwykła wiadomość od nieistotnej osoby, nie pożegnał się ze Stevensonem, nie zwrócił na niego uwagi wychodząc.
Nie wiedziała jeszcze, co to znaczy, ale nie zamierzała już wracać do środka.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mercer była pierwszym partnerem, który stanowił dla niego w y z w a n i e.
Balansowanie między dwoma aspektami jego życia i pracy nigdy nie było łatwe, ale na każdego innego znajdował sposób. Zdecydowana większość ludzi nie była obrażana i wystarczyło, by się tak poczuli, a nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Nie sprawdzali, o której wtaczał się do pracy - żeby nie denerwować się tym, że byli wcześniej. Nie pytali, gdy wychodził w trakcie dnia - bo nie chcieli prowokować kłótni, którą niechybnie by rozpoczął. Jego dotychczasowy sukces opierał się na bardzo prostym, ludzkim mechanizmie zrażania się do osoby, która zachowywała się nieprzyjemnie. Jego charakter stał się nie tylko tarczą, ale i bronią - bronią, której używał by ochronić samego siebie.
Margo natomiast była w s z ę d z i e.
Obserwowała go od chwili, w której wchodził do komisariatu, każdego dnia notując sobie jego godzinę. Pytała w ciągu dnia o rzeczy, które robił. Sprawdzała dokumentację, którą wypełniał. Była spostrzegawcza, dociekliwa, na nieprzyjemności odpowiadała własnymi bądź milczeniem, nigdy nie wychodząc jednak z pomieszczenia, nigdy nie trzaskając drzwiami i nie oferując mu tej wolności, jaką były dni milczenia. Wiedział, że nie robiła tego w sposób kontrolujący - bo nie mogła mieć nad nim żadnej kontroli - ale że chciała wszystko w i e d z i e ć.
I właśnie w tym tkwiła ich własna zguba.
Jej głos przedarł się przez panującą na parkingu, względną ciszę. Warkot silnika jednego z samochodów dawno przeszedł do odgłosów tła gdy tkwił przy własnym aucie, z papierosem w dłoni zerkając na zegarek. Miał jeszcze chwilę, ale nie była ona zbyt długa. Nie, żeby faktycznie musiał być punktualnie - wielokrotnie złamywał tę zasadę, wiedząc, na ile mógł sobie pozwolić.
Jeszcze piętnaście minut temu jej głos stanowił miłą odmianę dla gwaru wypełniającego bar. Teraz jednak, w próżni, brzmiał chłodno, wypadł z tej gry, którą rozpoczęli w środku. Sprawił, że coś w jego wnętrzu przewróciło się gdy odwracał głowę, patrząc na podchodzącą do niego kobietę. Oczywiście, że zauważyła jego wyjście.
O c z y w i ś c i e, że musiała wiedzieć, gdzie jechał.
- Wracaj do środka, Margo - rzucił zirytowany, dopalając szybciej swojego papierosa - jedyną zasadę trzymającą go przed wejściem do auta, o którego czarną maskę stał oparty. Złośliwość mignęła na jego twarzy gdy kolejne ostrze wpadło do jego głowy, a on natychmiast po nie sięgnął. - Nie chciałbym psuć ci takiej dobrej zabawy.
Czuł, że oboje wiedzieli, że nie z tego powodu wyszedł z baru - ale czym były odczucia względem zwykłych faktów? Był skłonny udawać, że jej odejście uraziło go do głębi, byle tylko miało to sprawić, że wróci do baru i da mu święty spokój.
Nie chciał jej tutaj - nie jako świadka popełnianej przez niego zbrodni, jego pieprzonej p o k u t y.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie odpowiedziała na jego uwagę o dobrej zabawie. Uniosła tylko brew i wywróciła oczami z tą powściągliwą irytacją, która przez ostatnie tygodnie stała się jej drugą naturą w jego towarzystwie. Oboje wiedzieli, że rozmowa z Robertsem była dokładnie tym, czym miała być - demonstracją, a deklaracją zainteresowania. Gdyby rzeczywiście zależało jej na flircie, nie patrzyłaby przez pół sali na jednego konkretnego mężczyznę, sprawdzając, czy nadal ją obserwuje.
Ruszyła za nim bez pośpiechu, ale z wyraźnym zamiarem. Na parkingu było chłodniej niż się spodziewała; zdawało jej się, że zima ciągnęła się w nieskończoność, a ciepłe dni miały nigdy nie nadejść. Zobaczyła, jak dopala papierosa szybciej niż zwykle, jak zerka na zegarek. Widziała napięcie malujące się na jego twarzy, gdy próbował walczyć z irytacją tym, że znowu nie pozwalała mu działać po swojemu.
Kiedy sięgnął do klamki, przyspieszyła o pół kroku. Jej dłoń opadła na drzwi dokładnie w tej samej chwili, w której je uchylał. Metal był zimny pod palcami, ale ignorowała te uczucie. Stanęła bliżej, niż wymagałaby tego uprzejma rozmowa, wystarczająco blisko, by widzieć drganie mięśni przy linii jego szczęki. - Nie rób ze mnie idiotki - powiedziała cicho. - Piętnaście minut temu wyglądałeś, jakbyś miał zamiar wygrać kolejną rundę. Teraz zachowujesz się, jakby to Roberts wyciągnął cię z baru, a oboje wiemy, że to słabe kłamstwo - o nic go nie oskarżała, po prostu m u s i a ł a wiedzieć. Jej życie w ciągu ostatnich kilkunastu dni kręciło się wokół niego - pracowali od rana do wieczora, często nawet do późnej nocy, a dodatkowo bywało sytuacje, jak dziś - gdy trafiali na siebie nawet po jej godzinach.
Mogła się mylić, mogła tkwić w błędzie, ale podświadomie czuła, że ta nagła, niecodzienna zmiana dotyczyła sprawy nad którą tak uparcie ślęczeli, która nadal leżała nierozwiązana na ich biurkach, a góra zaczynała ich przyciskać. Jeśli więc miał się czegoś dowiedzieć - chciała dowiedzieć się tego razem z nim. Od pierwszego dnia pracy u jego boku nauczyła się czytać go z drobnych szczegółów. Miał rację, bo doskonale znała godzinę, o której przychodził i momenty, w których wychodził bez wyjaśnienia. Tonu, który przybierał, gdy temat zbliżał się do granicy, której nie chciał przekraczać. Obserwowanie go przestało być czystą zawodową czujnością; stało się czymś w rodzaju nieświadomego nawyku. Teraz znowu to robił - znikał. A jeśli nie miał nic do zatajenia, dlaczego unikał prostej odpowiedzi?
- Dokąd jedziesz? - powtórzyła więc, a jej spojrzenie było bezczelne, nieruchome i nieugięte. Pochyliła się minimalnie bliżej, obniżając głos tak, by brzmiał bardziej prywatnie, choć wcale nie było w nim miękkości. Jej palce przesunęły się nieznacznie po krawędzi drzwi, jakby przypominała mu, że wciąż tu jest. Nie cofnęła się, mimo że przestrzeń między nimi była już niemal niekomfortowa. Nie chodziło o bliskość, chciała odpowiedzi, jednocześnie zdając sobie sprawę, że zbliża się do momentu, w którym Madden sięgnie po swoją najlepszą broń - gniew.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógłby powiedzieć tak wiele rzeczy, które odepchnęłoby od niego Mercer zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Nawet teraz, jego umysł wędrował po torach pragmatyzmu, podpowiadając mu odpowiedzi na stawiane przez nią zarzuty. Odpieprz się prawdopodobnie wystarczyłoby, żeby każda osoba cofnęła się o krok, nie domagając dalszych odpowiedzi. Nie twoja sprawa było poniekąd tym, czego pragnęła - czystą prawdą, bowiem sprawy prywatne Maddena nie powinny jej obchodzić. To ciebie nie dotyczy było kolejną, choć wątpił, by trafiła na podatny grunt, a nie zadziałała na kobietę jak płachta na byka.
Setki odpowiedzi przesuwały się w jego myślach, jedna gorsza od drugiej. Od ironicznych i wymijających, przez bezpośrednie, agresywne, naładowane wściekłością, ku której już pragnął uciec. Wszystkich używał w ciągu swojego życia i zawodowej kariery, posyłał je ku innym policjantom, ku ciekawskim technikom i nieustępliwym partnerom.
Jednak tym razem zrobił coś innego - zawahał się.
Odpowiadając na jej spojrzenie własnym, patrzył, jak podchodzi, jak zbliża się pomimo tego, że niedopałek jego papierosa wylądował już na ziemi, zgnieciony butem. Po raz pierwszy od bardzo dawna z a w a h a ł się przed odpowiedzeniem.
Zawahał się przed powiedzeniem czegoś, co miało ją skrzywdzić.
I to wahanie sprawiło, że sam cofnął się o pół kroku. Wzbudziło w nim uczucie dawno zapomnianego strachu, towarzyszące złości na sytuację, której pozwolił się rozwinąć. Od trzymania jej na dystans zależało jego p r z e t r w a n i e, które nagle stanęło na szali z dobrym samopoczuciem drugiej detektyw, które musiałby narazić by uratować samego siebie. Nigdy wcześniej nie miał z tym problemu. Słowa, które opuszczały jego usta raniły wszystkich wokół, a ich rany nie pozostawiały na jego sercu żadnych śladów.
Wahanie uświadomiło mu, że granica między nimi została przekroczona. Że Mercer stała bliżej, niż powinna, że zaczęło obchodzić go to, w jaki sposób odbiera jego zachowanie.
Że musiał wypchnąć ją z powrotem do miejsca, którego nie powinna opuszczać.
- Wyobraź sobie, że mam życie prywatne, Mercer. Takie, które cię w żaden sposób nie dotyczy - wycedził, szarpiąc za klamkę i, mimo jej dłoni tkwiącej na metalowej powierzchni, uchylając drzwi. - Gdybyś nie marnowała tyle czasu na dręczenie mnie na komisariacie, może wyhodowałabyś własne.
Otworzył drzwi na całą szerokość, odsuwając się od stojącej blisko kobiety i tym samym wymuszając, by i ona się odsunęła, robiąc dla nich miejsce.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi, a ja nie zamierzam ci się spowiadać ze spraw osobistych - dodał, a raczej burknął pod nosem, wchodząc do samochodu. - Wyraźnie o tym zapomniałaś.


margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dokładnie tego się spodziewała; wiedziała, że na nią naskoczy, że spróbuje ją odepchnąć, że załapie się najbardziej prymitywnych słów, aby odpuściła. Czegokolwiek nie dotyczyłaby ich rozmowa, nad czymkolwiek by pracowali, to zazwyczaj kończyło się w ten sam sposób - kiedy nie podobało mu się jej zachowanie, karcił ją sugestiami, że była gorsza. W każdej dziedzinie życia - w pracy, w miłości, a teraz nawet w przyjaźni. W tym niedługim czasie zdołała do tego przywyknąć i nie czuła tego nieprzyjemnego ucisku w klatce piersiowej, jak za pierwszy i drugim razem.
Teraz po prostu uśmiechnęła się lekko, z ironią i śladem politowania dla jego czynów - Przypomnę ci o tym następnym razem, kiedy twój wzrok będzie śledził moje ciało - odsunęła się od auta, rezygnując z dalszych prób zatrzymania go. Wiedziała już, że cokolwiek zrobi, nie nakłoni go do powiedzenia jej prawdy. - To musi być wyjątkowo wymagające, tak skrupulatnie oddzielać życie prywatne od wszystkiego, co dzieje się przed tobą - dodała chłodno, unosząc lekko brew. - Pilnuj je trochę bardziej, bo wygląda na to, że czasem samo wychodzi poza wyznaczone granice - na moment zapadła cisza, cięższa niż wszystkie słowa, które padły między nimi. Nie odwróciła wzroku od razu, pozwoliła, by to on pierwszy poczuł niewygodę. By musiał zmierzyć się z faktem, że ktoś właśnie zobaczył w nim pęknięcie.
Dopiero wtedy cofnęła się o krok. Nie w pośpiechu, nie urażona, z chłodną satysfakcją.
Odwracając się, poprawiła kurtkę, jakby kończyła zwykłą rozmowę, nie konfrontację, która przesunęła między nimi coś o kilka niebezpiecznych centymetrów. Wiedziała, że zaraz odjedzie, wiedziała też, że to nie koniec. Bo jeśli naprawdę miał coś do ukrycia, właśnie dał jej powód, by zaczęła patrzeć uważniej. I tym razem nie chodziło już o flirt.
Kiedy silnik zawarczał za jej plecami, ruszyła w stronę wejścia do baru. Zatrzymała się w drzwiach na ułamek sekundy, jakby wahała się, czy wrócić do światła i hałasu, czy zostać jeszcze chwilę w chłodnym półmroku parkingu. Ostatecznie weszła do środka z tą samą spokojną twarzą, z którą wyszła. Nikt nie zwrócił uwagi - muzyka grała dalej, śmiech wypełniał salę, ktoś właśnie zamawiał kolejną rundę.
Wszystko było takie samo.

koniec


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”