-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Widzę — stwierdza z wyraźną ulgą na sercu i unosi delikatnie kąciki ust. Zwierzęta były bezpieczne, a studenciak JEDNAK na czymś się znał. Chciałaby mu pogratulować, ale w tym momencie szli w stronę kotłowni. Sprawa prądu wydawała się najbardziej priorytetową kwestią w tym momencie. Bez niego nie dałoby się normalnie funkcjonować. Wiedziała o nim ona, ale też na pewno Rivera.
— Nikt tu nie wchodzi — rzuca niemalże od razu, słysząc skrzypnięcie otwierających się drzwi. W piwnicy panowała delikatna wilgoć, a rdza zaczęła wchodzić na metalowe obramowania wejścia — poza tym kto chciałby wkradać się do schroniska? — pyta całkiem sensownie. Normalny, standardowy człowiek nie chciał przebywać tutaj za żadne skarby. W ogóle nie dziwiła się ludziom. W całym budynku rozbrzmiewał hałas szczekających psów. Nie mówiąc już o zapachu, który dla wielu był przytłaczający. Nawet skomlenie psiaków potrafiło doprowadzić ludzi do bólu. No i najważniejsze, co ktoś miałby ukraść z niedofinansowanego na wszystkie sposoby schroniska?
— A masz jakiegoś? — dopytuje, unosząc delikatnie kąciki ust, gdy Milo wykonuje własną robotę. Czasami miała wrażenie, że robi za chodzącą reklamę adopcji. Każdego próbowała do niej domówić. Zawsze o jednego zwierzaka więcej — może wziąłbyś jednego ze sobą? — przechyla delikatnie głowę, a na jej twarzy maluje się uśmiech. Co prawda nie spodziewała się tego, bardziej żartowała. Raczej ktoś przychodzący na robotę do schroniska nie zdecyduje się na zabranie jednego z ich podopiecznych.
A jednak wsunęła mu odpowiednią kopertę, z którą mógł zrobić co tylko zechciał. Może nie była to wielka zapłata, ale jednak należała mu się. Dołożyła nawet tabliczkę czekolady, by o nich pamiętał i następnym razem też ich uratował.
— Jasne, bardzo dziękuję za pomoc — stwierdza finalnie Fernandes, ale po chwili już się śmieje, widząc kota w torbie. Nie dziwiła się kocurowi, że postanowił od nich uciec. Zbyt duża ilość innych kocurów na za małą ilość rąk do głaskania. Musiała sama przyznać, że była pod wrażeniem. Żadne z nich nie zauważyło, kiedy się schował. A teraz? Wręcz z uporem maniaka chciał pozostać w torbie Rivery.
— No właśnie on nazywa się Houdini — parsknęła krótko pod nosem ruda. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, więc... musiała zadać jeszcze raz bardzo trudne pytanie — to chcesz jednak jednego ze sobą? — pyta i już idzie w stronę wielkiego segregatora z dokumentami adopcyjnymi. Może nawet drobny ekwipunek byłaby w stanie dla niego przygotować.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Dylan go zabije.
一 Nie planowałem 一 odparł szczerze, czując jak zaczyna skręcać go w żołądku i nie chodziło o głód; niedobrze. Chciał tego kota, jakimś nadnaturalnym sposobem zdążyli nawiązać więź w tak krótkim czasie, co było jednocześnie przerażające i w jakiś sposób znajome. Czy nie podobnie było ze Schrödingerem? Albo z Hopper? Natychmiastowe zauroczenie. Nie do przezwyciężenia, rzecz niepodlegająca dyskusji. 一 Ale chyba nie mam wyjścia, przecież nie wyszarpię go... jej? No w każdym razie wygląda na to, że zrosło się to-to z torbą. Pewnie będę tego żałował, ale wezmę.
Wiedział, że nie będzie, ale musiał ponarzekać.
Mrugnął, spojrzał zaskoczony na Fernandes i prychnął śmiechem na odchodne poklepując koci brzuszek znacząco, tak, jakby sygnalizował, że już nie zmieni zdania i że kot osiągnął swój cel.
一 Nie no, nie będę go tak nazywał. Dajmy mu... Pinto? 一 wypalił automatycznie, bo jego wzrok właśnie zatrzymał się na jedynej rzeczy poza trójkątnymi uszkami, która wystawała z torby; łapka była uzbrojona w komplet ostrych jak szpilki pazurków, ale nie one zwróciły jego uwagę. Zestaw różowych fasolek skojarzył mu się z tymi, których dodawał do swojego chili. 一 Tak, będzie Pinto. Biorę, jestem żałośnie słaby i nieodporny na, cóż, cokolwiek właśnie się stało 一 komunikował wykonując ręką okrężny gest wskazujący na coś, co miał na myśli, ale nie potrafił ubrać tego w słowa za żadne skarby. W tej samej dłoni trzymał kopertę wciśniętą mu wcześniej wraz z czekoladą przez Erzę, a która wylądowała z powrotem w jej rękach.
一 Ja dostałem kota, pokrywam więc tę niewyobrażalną stratę i uznajmy, że to na cele charytatywne. Kupcie im jakiś nowy drapak czy suchary, żeby łatwiej zniosły traumę po kradzieży Pinto. Może być?
Musiało być, Milo nie zamierzał uszczuplać i tak wątłego budżetu schroniska i był gotów zażarcie się o to pokłócić jeżeli była taka konieczność. Podniósł torbę zauważając przy okazji, że kot ważył tyle co nic, więc gdyby nie to, że schylił się by ją wcześniej zamknąć, pewnie nawet nie zwróciłby uwagi i zorientował się o istnieniu nowego lokatora dopiero w mieszkaniu.
Mógł narzekać, co robił przez całą drogę w stronę recepcji, ale równocześnie jedną rękę trzymał w torbie od czasu do czasu chwytając za łapki, drapiąc pod łebkiem czy tam, gdzie na oślep trafiły jego palce. Nie miał bladego pojęcia jak Gauthier podejdzie do postawienia go przed obowiązkiem wykarmienia kolejnej głodnej gęby, ale wiedział na pewno, że prędzej wystawiłby go za drzwi niż pozwolił rozdzielić się z kotem mruczącym mu pod ręką.
一 Wystarczy wam legitymacja studencka? Nigdy nie adoptowałem niczego w sposób formalny.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Byłabym zdziwiona, gdybyś planował — parsknęła krótko Erza. Może to był przebiegły plan? Pokazać się z jak najlepszej strony, a potem zgarnąć najpiękniejszego podopiecznego? Nie spodziewała się tego po Milo, ale i tak uniosła ku górze kąciki ust. Jeden kotek z domem brzmiał jak całkiem dobre zakończenie dnia — to nie jest odpowiedni powód do brania kota, ale rozumiem, że się w nim zakochałeś — stwierdziła finalnie Fernandes, rozkładając ramiona. Dla niej ta sprawa wyglądała znakomicie. Kot sam wybrał sobie właściwie i nawet przez chwilę nie miał zamiaru się ruszyć.
— Houdini — mruknęła już pod nosem ruda, a kotek tylko przekręcił delikatnie głowę. Chyba rozumiał to, co do niego było mówione — ale możesz próbować zmienić mu imię — wiedziała, że to nie zadziałała. To nie był mały kociak, potrzebował czasu i asymilacji, bo jego życie właśnie zmieniało się o sto osiemdziesiąt stopni — żałośnie silny, tylko takie osoby potrafią dobrze zająć się zwierzętami — poprawiła go. Żałośnie silni ludzie mieli też jedną bardzo ważną kwestię. Potrafili mieć złote serce, które uszczęśliwiało innych. Co by nie powiedzieć Rivera właśnie tak był, skoro po jednym spotkaniu ze zwierzakiem zdecydował się na jego adopcję.
— Dobrze, ale jednak do tego kontener, paczka z jedzeniem i miseczki? — zaproponowała, idąc w stronę składziku. Wszystko musiała przecież uszykować. Miseczki, żarcie, książeczkę zdrowia, kuwetę, żwirek, jakieś zabaweczki, no i oczywiście coś co przypominałoby zapachem schronisko.
— Tak, ale oprócz legitymacji masz stos dokumentów do wypełnienia — stwierdza i zaraz wyjmuje teczkę z napisem ADOPCJA. Ktoś mógłby pomyśleć, że to dokumenty dla wszystkich adopcji, ale znajdowały się tam dokumenty tylko dla jednej adopcji — wiesz, zarobki też sprawdzamy, więc może weź swoją wypłatę — dodała, podsuwając mu pieniądze na ladzie. Wolała, by je zabrał, bo była wręcz przekonana, że nie zarabiał zbyt dużo.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Kot sam wpakował mu się do torby i nie chciał wyjść?
Właściwie to prawda.
Miał zbyt miękkie serce by odmówić?
Też fakt.
Posiadał szczególną słabość do kotów?
Kurwa, zgadzało się.
一 Jasne, pełna wyprawka. W domu mam tylko gadającą roombę, Pinto ma pewnie nieco inne potrzeby.
Wątpił, by w tym wypadku wystarczyła stacja ładowania i prace serwisowe od czasu do czasu, nie sądził również by zwierzę przyjmowało wgrywanie poprawek. Ale kiedy Fernandes odwróciła się w poszukiwaniu właściwego segregatora i zajęła kompletowaniem papierów, Milo znów spojrzał do spolegliwie ułożonego w torbie kota i uśmiechnął się nie do końca świadom, gdy przyłapał go na wylizywaniu łap.
Uśmiech nieco przygasł mu chwilę później, kiedy padła informacja o sprawdzaniu zarobków i Rivera zmieszał się na krótko, w bardzo niekomfortowej i dzwoniącej w uszy ciszy.
一 Wiesz co, bo... hmm, z tym może być problem 一 zakomunikował trochę płasko, nerwowo poprawiając sobie pasek torby na ramieniu. Zassał się na wnętrzu prawego policzka, postukał czubkiem trampka w kafelek i odkaszlnął znacząco. 一 Połowę dostaję pod ladą, to trochę robota na czarno. Pracuję przy elektronice, to co wchodzi w rejestr to raczej... a stypendium się wlicza?
Dodatkowy grant w postaci inkasowanej co roku dopłaty mógł teoretycznie uratować jeszcze sytuację, w przeciwnym razie musiałby zaangażować w temat Gauthiera, który przynajmniej jako jedyny zarabiał oficjalnie sensowne pieniądze.
一 Wpada mi czasami coś dorywczo, ale to nie jest regularny przychód, więc pewnie odpada.
Nieco zażenowany założył sobie podklejony żywicą lok za ucho i znów zanurzył rękę pod klapą sportowej torby, czując znajomy, choć dawno nieodczuwany lęk w obliczu potencjalnej straty.
一 Nie dałoby się jakoś trochę... wiesz. Naokoło?
Erza B. Fernandes