-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To był błąd. Powtarzała to sobie jak mantrę, idąc w kierunku największych wieżowców w mieście. Co ona właściwie robiła? Ubrana elegancko jak na rozmowę o pracę w szpilach, które uwierały jej stopy i włosami związanymi w koka szła w stronę Northland Power, nie zatrzymując się ani na moment. Choć te kroki były słabe, jakby zdawała sobie sprawę, że popełnia błąd. Nie powinna pojawiać się na jego terytorium, nie powinna patrzeć mu w oczy, a już na pewno nie powinna dawać mu słoika z ciasteczkami, leżącego w jej torebce.
To był błąd. Wybrzmiało po raz kolejny, kiedy znalazła się w budynku. Wielki, nowoczesny i bardziej sterylny niż jakakolwiek sala chirurgiczna. Miała wrażenie, że ludzie w ogóle się nie uśmiechali. Każdy z powagą rozmawiał przez telefon. Nie pasowała tutaj. Z lekko nerwowym uśmiechem trafiła do recepcji. Od jednego człowieka obijała się od kolejnego. Cały czas powtarzając, że przyszła na rozmowę o pracę do Charlesa Marshalla. Nie wiedziała, jak się z nim skontaktować, a chciała mu podziękować. Tylko tyle. Tak sobie wmawiała, nawet jeśli samą siebie podejrzewała o kłamstwo.
Bo to był błąd. Zwłaszcza gdy już pukała do jego gabinetu. Miała wrażenie, jakby wszyscy na nich patrzyli, choć tak nie było. Młoda blondynka o niebieskich oczach mogła trafić w pułapkę wielkiej korporacji. Nie byłaby ani pierwszą, ani ostatnią osobą. Tylko sparaliżowało ją przez jego gabinetem, zwłaszcza kiedy nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Wtedy już nie mogła się okłamać, bo zdała sobie sprawę jak wielki był to błąd.
— Dzień dobry Panie Marshall — zaczyna nerwowo Ivy, otwierając drzwi. Po kilku sekundach zamyka je przez przypadek z hukiem i delikatnie się wzdryga. Głowę przechyla delikatnie w tył, marszcząc brwi. Wszyscy na nich patrzyli, a ona stała jak kołek. Nabrała powietrza do płuc, by móc bardziej uspokoić myśli. Wiedziała, po co przyszła — cześć Charlie — poprawia się po chwili, posyłając mu lekki uśmiech. Tylko potem języka zabrakło jej w buzi. Miała mu tyle do powiedzenia, a teraz czuła się sparaliżowana.
— Przepraszam, że nachodzę Cię w pracy. Wiem, że na sto procent jesteś zajęty, ale... — ale co Ivy? Ale musiałaś go zobaczyć. Harrison zawsze mówiła dużo i często się śmiała. Miała ten charakterystyczny błysk w oku, tylko była zbyt na widoku. Jeszcze raz spojrzała do tyłu, a pracownicy Nortland Power cały czas się w nich wpatrywali. Czy wyglądała na klauna? Musiała, bo inaczej by tu nie przyszła, kłamiąc wszystkich, których spotkała.
— Mógłbyś zasłonić widok na nas? — pyta dość cicho, trzeci raz odwracając twarz w stronę pracowników — Wszyscy patrzą, co się dzieje — mruczy pod nosem, a kiedy zasłony zaczynają opadać, ostatni raz w głowie pojawia się jej błąd. Niepewnym krokiem, chwiejąc się na szpilkach, dociera przed jego biurko. Błąd Ivy, uciekaj stąd, krzyczy jej jakiś głosik w jej głowie. Misja była prosta. Zostaw ciasteczka, przeproś, podziękuj i zwiewaj, póki jeszcze możesz.
— Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie — mówi finalnie Ivy, czując jak kamień spada jej z serca. Dawno z takim trudem nie wyszukiwała słów. Wiele miała mu do powiedzenia, ale wszystko brzmiało nieodpowiedzialnie — I wiesz... Chciałam przynieść Ci coś za to, jak się mną zająłeś — zaczyna, mocniej ściskając uchwyt własnej torebki. Dawno nie była w tak niezręcznej sytuacji. Charles Marshall, wielki wiceprezes mógłby mieć wszystko, co chodziło po kuli ziemskiej — tylko ty już wszystko masz — mówi jeszcze ciszej, spuszczając głowę. Mogła tu nie przychodzić, bo jeszcze ją wyśmieje. Jej miłość to maka wyśmiał, przecież to było nieodpowiednie ludzi dla ludzi takich jak on — więc... Stwierdziłam, że zrobię coś, czego na pewno nie jadłeś — dodała finalnie, czując jak żołądek podskakuje jej coraz wyżej. Idiotka, nie powinna tu przychodzić. Mogła wybrać racjonalną drogę tej relacji. Zostać w domu i ani razu nie zobaczyć już Charliego. Tylko wyrzuty sumienia nie pozwoliły na to, by zakończyć ich historię w ten sposób. Tylko o jakiej historii mówimy? Jedno spotkanie w szpitalu, drugie w maku, winda, kosz oraz pożar. Rzadko która dwójka ludzi mogła pochwalić się takim zestawem.
— To słoik z ciasteczkami zrobionymi przeze mnie z przepisu mojej mamy — smak dzieciństwa. W końcu otwiera torbę i wyjmuje z niej wielki słoik obwiązany niebieską wstążką, przypominającą barwę jej oczy. Misja wykonana Ivy.
— To ja już pójdę... — zaraz odwraca się na pięcie, a kiedy chce już chwycić za klamkę, nie daje rady tego zrobić — Charlie... — zawiesza się, by finalnie na nowo się od niego odwrócić. Nie chciała wychodzić. Musiała jeszcze raz spojrzeć mu w oczy, musiała go poznać. Wiedziała to każda najmniejsza komórka jej ciała, nawet ta nieposiadająca jądra komórkowego.
— Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie — zaczyna Ivy, szukając w głowie jakiegokolwiek argumentu, by móc tu zostać na dłużej — ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? — pyta finalnie, czując się jak totalna idiotka. Z pewnością nią była. Kto pyta o takie rzeczy mężczyznę, do którego ma się słabość? Bo zdecydowanie, miała nią. Nawet teraz chciała móc ukryć się w jego ramiona, by móc poczuć się bezpiecznie — Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? — mogli też dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, rozmawiać, przytulać się... Tylko czy przytulanie Charliego było jakkolwiek odpowiedzialne? Nie myślała o tym, bo chciała móc go poznać bardziej.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, Thomas? - rzucił Charlie, naciskając przycisk. Kolejny prawnik, kolejna umowa do podpisania czy kolejna akcja charytatywna?
- Panie Marshall, przepraszam, że przeszkadzam - głos asystenta brzmiał na lekko skonsternowany. - Wiem, że nie ma pan wpisanych żadnych spotkań rekrutacyjnych przed lunchem, ale na dole czeka kobieta. Twierdzi, że jest umówiona w sprawie rekrutacji bezpośrednio z panem. Dość... zdeterminowana kobieta.
Charles zmarszczył brwi. Przez ułamek sekundy chciał kazać mu ją spławić i odesłać do działu HR na drugim piętrze. Już otwierał usta, by wydać krótkie polecenie, gdy nagle coś go tknęło. Zdeterminowana kobieta.
- Jak się nazywa? - spytał spokojnie, powracając do kręcenia długopisem pomiędzy palcami.
- Panna Harrison, proszę pana.
No i cyk. W jednej chwili wszystkie raporty, konferencje z prawnikami i poranne wyrzuty sumienia wobec Blair przestały istnieć. Ogarnęła go czysta ciekawość, a serce mu przyspieszyło. Czyżby Ivy Harrison, która go potrzebowała i nie chciała przed nim uciekać, ale było to trudne zadała sobie trud i wymyśliła całą tę bajeczkę o rekrutacji, żeby dostać się do jego szklanego zamku? To było tak absurdalne i tak bardzo w jej stylu, że poczuł, jak kącik jego ust drga w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.
- Wpuść ją, Thomas - zadecydował ostatecznie. - Zobaczymy, jakie ma kwalifikacje.
Oparł się wygodnie w fotelu, poprawił mankiety koszuli i utkwił wzrok w drzwiach. Wiedział, że to błąd. Wiedział, że wpuszczenie jej tutaj było jeszcze gorszym pomysłem niż wspólne siedzenie w jego samochodzie. Kilka minut później usłyszał to, na co czekał. Miękki, rytmiczny odgłos szpilek na korytarzu. Kiedy klamka drgnęła, Charles wstrzymał oddech, czując, że ten poranek właśnie przestawał być nudny. Kiedy Ivy Harrison weszła do środka, zlustrował ją od stóp do głów - od szpilek, przez zgrabne nogi, czarną sukienkę, marynarkę i wysoko upięte włosy. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że na moment zapomniał o bożym świecie. Wyglądała... niebezpiecznie dobrze. Elegancki kok odsłaniał linię szyi, którą Charlie wciąż pamiętał z tamtego dnia w aucie. Kiedy drzwi huknęły, Ivy stanęła jak sparaliżowana pod ostrzałem spojrzeń jego pracowników. Mógłbyś zasłonić widok na nas? Wszyscy patrzą, co się dzieje. Bez słowa sięgnął do panelu sterowania na biurku. Szum opadających rolet był jedynym dźwiękiem w gabinecie, dopóki nie opadły całkowicie. Teraz byli już sami.
- Dzień dobry, panno Harrison - odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała nutka rozbawienia, którą starał się ukryć pod maską powagi. Wstał powoli z fotela, ignorując leżącą na stole stertę dokumentów. - Muszę przyznać, że Twoje CV jest... co najmniej zaskakujące.
Zrobił krok w jej stronę, obserwując, jak podchodzi do jego biurka. Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie. Widział, jak się chwiała, widział jej stres i widział ten słoik, który ściskała, jakby był jej ostatnią deską ratunku. I wiesz... Chciałam przynieść ci coś za to, jak się mną zająłeś. A kiedy wspomniała o tym, że on "już wszystko ma", zatrzymał się tuż przed nią. Patrzył na słoik z niebieską wstążką, a potem przeniósł wzrok na jej równie błękitne oczy.
- Ciasteczka według przepisu mamy? - powtórzył po niej. Przyjął od niej słoik, a gdy ich palce na moment się zetknęły, poczuł to samo uderzenie adrenaliny, co w samochodzie. To nie był błąd. A przynajmniej nie taki, którego chciałby żałować. To były tylko ciasteczka, prawda? Najbardziej autentyczny prezent, jaki dostał od... lat. - Dziękuję, Ivy. Doceniam ten gest.
To ja już pójdę... Usłyszał te słowa i poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Nie ruszył się jednak i nic nie powiedział. Tak musiało być. Wiedział, że tak będzie lepiej. Dla wszystkich. Powinien pozwolić jej wyjść, a sam powinien wrócić do raportów, do Thomasa i do planowania kolacji z Blair. Powinni pozwolić tej historii umrzeć śmiercią naturalną. Już miał wrócić z powrotem do biurka, gdy okazało się, że Ivy miała inne plany. Zanim jej dłoń zacisnęła się na klamce, zamarła. Charlie obserwował, jak jej ramiona drgnęły, jak nabrała głęboko powietrza, a potem powoli, niemal boleśnie, odwróciła się z powrotem w jego stronę. Charlie... Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie, ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? Kiedy skończyła mówić, w gabinecie zapadła cisza tak ciężka, że niemal słyszał tykanie swojego zegarka na nadgarstku.
- Przyjaźń? - zapytał, po czym zrobił dwa powolne kroki w jej stronę, nie wypuszczając słoika z rąk. Zatrzymał się w bezpiecznej, a jednak wystarczająco bliskiej odległości, by znów widzieć, jak błękit jej oczu miesza się z niepokojem. Czy chciał się zaprzyjaźnić? I tak, i nie. Z jednej strony poczuł ulgę. Przyjaźń była bezpieczną przystanią i idealną wymówką, żeby mógł legalnie spędzać z nią czas, nie musząc natychmiast mierzyć się z faktem, że zdradza Blair emocjonalnie. Z drugiej strony, czuł cynizm - doskonale wiedział, że między nimi nie było miejsca na... niewinną relację. Zastanawiał się, czy Ivy w ogóle zdawała sobie z tego faktu sprawę czy może wręcz naiwnie wierzyła, że będą chodzić razem na spacery i jeść lody na patyku? Z trzeciej strony - nie wyobrażał sobie przedstawienia Ivy komukolwiek ze swoich znajomych. Po co mu była taka przyjaciółka? Och, no tak - po prostu ta niepotrzebna relacja była jedyną rzeczą, która w ostatnich dniach wywoływała w nim szybsze bicie serca. - Wiesz, Ivy... Moi przyjaciele zazwyczaj nie potrzebują kłamać w recepcji, żeby się ze mną zobaczyć.
Zrobił jeszcze jeden krok, skracając dystans na tyle, że Ivy musiała mocniej zadrzeć głowę. Widział w jej oczach walkę - tę samą, którą on toczył od piątej rano. Wyciągnął wolną rękę i, zanim zdążyła zaprotestować lub uciec wzrokiem, delikatnie ujął jej dłoń. Pewnym, ale nienachalnym ruchem zaczął prowadzić ją w stronę skórzanej kanapy stojącej pod oknem panoramicznym, z dala od biurka. Stąd mieli idealny widok na pół Toronto.
- Przyjaźń to poważne zobowiązanie, wiesz? - mruknął, siadając obok niej, ale zachowując ten centymetr dystansu, który był jego ostatnią linią obrony. Lustrował jej twarz, czując, że ta cała przyjaźń to tylko cienka zasłona dymna, którą oboje desperacko próbowali na siebie zarzucić, ale w tej chwili to mu wystarczało. Posiadanie Ivy w roli przyjaciółki dawało mu prawo, by patrzeć na nią bez poczucia, że każda sekunda jest... nieprzyzwoita. - Skoro tak bardzo chcesz to nazwać, to niech będzie. Bądźmy przyjaciółmi.
Uśmiechnął się do niej, tym razem bez cienia ironii. Kciukiem delikatnie pogładził wierzch jej dłoni, co było tak bardzo lekkomyślne, że aż głupie - w końcu w każdej chwili ktoś mógł tutaj wejść i zobaczyć go z inną kobietą. Kobietą, która nie była Blair.
- Masz ochotę na ciasteczko i kawę, Ivy? - spytał po chwili, dalej się w nią wpatrując. Zastanawiał się, kiedy do Ivy dotrze, że właśnie podpisali na siebie odroczony wyrok. Doskonale wiedział, że prędzej czy później żadnemu z nich nie uda się utrzymać tej relacji w bezpiecznych ryzach koleżeństwa, ale postanowił podjąć rzuconą mu rękawicę. Od teraz grali na jej zasadach.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To był cholerny błąd. Powtórzyła raz jeszcze w swojej głowie, kiedy tylko zaczął podchodzić w jej stronę. Cała mimowolnie się spięła, wyprostowała plecy, patrząc mu w oczy. Dlaczego sama sobie to robiła? Nawet to jego lekkie rozbawienie sprawiło, że spięła się jeszcze mocniej. Bo co tutaj właściwie robiła? Miała przynieść ciasteczka, ale równie dobrze mogła zostawić je na recepcji. Pierwszy raz to ona przekroczyła granicę, czego nie powinna robić. Uświadamiała to sobie bardziej wraz z każdym jego krokiem, kiedy zmniejszał dystans między nimi.
— Trudno o dobrą pracę w mieście, panie Marshall — wydukała ze swoich ust Ivy, przełykając nerwowo ślinę. Chciała, by brzmiało to jak żart, ale nawet obok niego nie stało. Jej słowa przypominały najgorszy z możliwych sucharów, który człowiek mógł wypowiedzieć.
— Zgadza się — powiedziała nerwowo, spuszczając wzrok. Była tutaj obcym. Wolała mieć na nogach crocsy, a im dłużej wpatrywała się w szpilki, tym bardziej zdawała sobie sprawę z jednego. Ivy Harrison nie masz żadnych moralnych skrupułów, skoro znalazłaś się tutaj. Ciasteczka były tylko wygodną wymówką, a ona zdawała sobie z tego sprawę — nie ma za co... Ty dałeś mi więcej, Charlie — wydukała z siebie, unosząc głowę, by móc mu spojrzeć jeszcze raz w oczy. Ostatni raz. Tak sobie powiedziała. Tylko wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko. Powrót do drzwi, próba ucieczki i tak nieszczęsna przyjaźń. To słowo zawisło między nimi, wypełniając całą przestrzeń tego wielkiego gabinetu. Bała się osądu, kłótni, niezadowolenia.
— Mhm — mruknęła cicho pod nosem, obracając słoik pod opuszkami palców. Piekielnie bała się jego słów. Kolejny raz nie była w stanie spojrzeć mu w oczy i niemalże czuła szybki stukot własnego serca pod klatką piersiową. Jakby właśnie chciało z niej uciec. Nie dziwiła mu się, ba dziękowała mu za to. I to zadziało, dopóki znów się nie odezwał. Z jej ust wydostało się drobne, nerwowe westchnięcie.
— A co miałam zrobić, żeby się tu dostać? — spytała, marszcząc przy tym brwi. Jeszcze na niego nie patrzyła. Próbowała utrzymać rytm. Skurcz przedsionków, skurcz komór, rozkurcz obu. Jakby mantra medyczna miała jej pomóc w utrzymaniu nerwów na wodzy. Zamiast na Charlim mogła skupić się na biciu własnego serca, tylko wtedy znów zrobił krok. Momentalnie zadarła głowę, by spojrzeć na niego. Ten brązowy odcień. Te wargi. Bańka przyjaźni prysnęła, kiedy poczuła na nowo zapach tych perfum. Co on z nią zrobił? Jednak nie uciekła, stała jak zaczarowana laleczka. — przecież z twoim ojcem jest coraz lepiej, a ja... — zawiesiła głos. Podpisywała na siebie wyrok, a niezręczna cisza zapanowała w całym pomieszczeniu — musiałam się z Tobą zobaczyć — powiedziała to finalnie. Chciała móc go widzieć, rozmawiać i śmiać się. Poznać go. Wydawało się to irracjonalne, wiedział ją w najbardziej intymnych momentach. Strach, obrzydzenie samą sobą ucieczka, a ona lgnęła do niego jak ćma do światła. I jak ćma poszła za nim wprost na kanapę. Jego dotyk ją obezwładniał. W środku czuła ciepło, rozpływające się po jej ciele. Jakby znalazła się we właściwym miejscu, przy boku właściwej osoby.
— Wiem, ale... — mruknęła, spuszczając głowę. Utkwiła wzrok w ich dłoniach, a sama chwyciła go jeszcze mocniej. To przyjaźń Ivy, tak przyjaciele trzymają się za ręce, kiedy jest im trudno. Cały czas wmawiała sobie jakieś brednie — nie chcę już przed Tobą uciekać — stwierdziła finalnie, wypuszczając powietrze ze swoich ust. Musiała na niego spojrzeć. Była pierdoloną egoistką — a chciałabym móc Cię poznać — by móc zostać najlepszymi przyjaciółmi, tak? Tylko jakby ktoś spojrzał na nich z boku, to co miałoby ich łączyć? Miłość do pokemonów? Charles Marshall to mógłby śpiewać, złap je wszystkie, myśląc o kobietach.
— Jeśli masz czas, to tak — powiedziała nerwowym tonem, rozglądając się finalnie po jego gabinecie. Wielki, słoneczny, a nawet szyby miał czyste — masz tu ekspres do kawy? — dopytała, zastanawiając się, gdzie mógł go ukryć. Ciekawe, czy umiał się nim obsługiwać? PEwnie sekretarka mu ją przynosiła — twój gabinet jest większy niż moje mieszkanie... — rozglądała się, jakby próbując znaleźć coś więcej. Zamiast tego znów spojrzała mu na twarz, na oczy. A może na widok? — a ten widok... — tylko wcale nie chodziło o panoramę Toronto, a o jego oczy. Znowu znajdował się bliżej niej, a choć mogła próbować narzucać na siebie wielki płaszcz z napisem przyjaźń, to już wiedziała. To nie będzie działać.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Relacja z Charlim był dla niego skomplikowana. Tak właściwie, to kim on dla niej był? Rodziną pacjenta. Pomógł jej dwa razy. Raz musiała postawić między nimi granicę, a jednak ta cały czas przesuwała się dalej. Wpierw w McDonald'sie gdy zobaczyła jego bardziej ludzką stronę. Miał w sobie więcej wątpliwości, niż był w stanie to przyznać. Późniejsze spotkanie w windzie, gdzie temperatura doprowadziła do wrzenia. Ostatnie zdecydowanie najbardziej, bo przestała przed sobą ukrywać własną fascynację mężczyzną.
— Jest o czym, Charlie — upomniała go, biorąc głęboki oddech. W głowie kazała samej sobie brać wdechy i wydechy. Przy Marshallu powoli zapominała o tym. Wdech, wydech Ivy. Jego bliskość powodowała, że oszalała — bez Ciebie straciłabym zmysły — ale przy nim robiła to jeszcze bardziej. Ivy Harrison, poukładana rezydentka chirurgii pierwszego roku. Jeszcze przed wyborem specjalizacji. Miała własne zasady. Jedną z nich był zakaz spoufalania się z rodzinami pacjentów. Złamała go. Kolejne łamała z każdym spotkaniem, a choć chciałaby móc udawać, że... on się dla niej nie liczy, to gdy go potrzebuje, odnajduje ją. Tego nie była w stanie wyrównać ciasteczkami. Po prostu nie.
Mrugnęła kilka razy oczyma. Zadzwonić? To brzmiało irracjonalnie. Gdyby tu nie przyszła, nikt z wielkiej korporacji nie przejąłby się jej telefonem. Ważyły się tu sprawy ważniejsze niż ciasteczka. Co gorsze, nie chciała pozwolić sobie samej na przekroczenie granicy w szpitalu. Jego teren... bardziej ją skusił, ciekawiło ją, jak zachowuje się poza szpitalnymi korytarzami.
— Skąd miałabym mieć twój numer? — zapytała niemalże od razu, po czym przechyliła głowę — no dobrze... — mruknęła ciut nerwowo, a z kieszeni spodni wyjęła swój telefon. Odblokowała go. Na tapecie miała swojego ulubionego pokemona z dzieciństwa. Eevee. Gdy to zobaczyła, lekko się speszyła. No tak, wielki dzieciuch ze mnie — w końcu przyjaciele mają swoje numery, prawda? — podała mu ten telefon i zaraz odwróciła wzrok, przegryzając dolną wargę. Co on sobie o niej pomyśli? Ivy Harrison największy dzieciuch. Przynosi ciasteczka, ma tapetę z pokemonem. Z taką kobietą nikt poważny nie powinien się zdawać.
Sięgnęła dłonią po telefon i przez chwilę zastanawiała się, czy to już udar. Serce zabiło jej zdecydowanie zbyt mocno. Szybko cofnęła rękę, kiedy zdała sobie sprawę... że chciałaby go trzymać za dłoń. Znowu pojechać razem do McDonald's. Dzielić się frytkami, albo pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło, by... zjeść razem spaghetti z jednego talerza, prawie jak w zakochanym kundlu.
— Nie wypominaj mi tak tego, Charlie — mruknęła, nadymając delikatnie oba policzki. Cała ta sytuacja, jego gabinet wydawał się ją przytłoczyć. To sterylne wręcz pomieszczenie w niczym nie przypominało szpitala, ale dla niej było surowsze niż sala operacyjna — bo usunę twój numer i nie puszczę głuchacza — dodała, słysząc o tej determinacji. Tylko Ivy była głupiutka, niemalże w tej samej chwili zadzwoniła do niego i zaraz się rozłączyła. Przypieczętowała własny los. Pierwszy raz mogli się ze sobą komunikować poza szpitalnym korytarzem.
— Dobrze, napijemy się kawy i porozmawiamy — kiwnęła krótko głowa. Trzydzieści minut. W ich trakcie wiele mogło się zadziać. Mieli ze sobą zdecydowanie zbyt wiele czasu. Za dużo, a ona mimo to siedziała jak zahipnotyzowana na tej kanapie.
— Tak, zdecydowanie sporo większy — stwierdziła, przyglądając się jeszcze raz całemu pomieszczeniu. Niektórzy mieli większe tarasy od jej mieszkania, ludzie mieścili się w klitkach, a niektórzy żyli jak bogole. Teraz czuła jeszcze większy dysonans, a pogłębił się on, gdy usłyszała kolejne jeszcze, tym razem nie we własnej głowie, a w słowach Marshalla — i raczej nie zaproszę, bo mieszkam z Dante — właśnie Ivy, pamiętaj o Dante. Kochany chłopak, który dałby się za Ciebie pokroić. Czasem się kłócicie, często musisz kupować talerze, ale to dobry chłopak, prawda? Prawda. Mimo to powiedziała coś, czego nie powinna — chociaż go w większości nie ma, bo imprezuje i sprowadza na siebie kłopoty — ale cię kocha Ivy, powtarzała we własnej głowie. Tylko kiedy uniosła wzrok i spojrzała w oczy Charliego, przestała myśleć. Nic nie mówiła, czując narastające napięcie.
— Jest przepiękny... — powiedziała, cały czas wpatrując się w jego tęczówki. Widok, jak widok. Za to ten brąz... Świat przestał dla niej istnieć i aż wzdrygnęła się, kiedy otworzył słoik. No tak, kawa oraz ciastka. Tym mieli się zająć.
— Ale to ty powinieneś zjeść pierwszy... — mruknęła cicho, przełykając nerwowo ślinę — nie mów do mnie po nazwisku, panie Marshall — dodała zaraz lekko zadziornie. Przesunęła się o ten jeden centymetr dzielący ich nogi. Przyjaźń, tak? Od kiedy przyjaciele karmili się ciasteczkami? Mi to zbliżyła się jeszcze bliżej, by ugryźć czekoladowe ciasteczko i zaraz chwyciła się za usta, czując, jak okruszki spadają na jej sukienkę.
— To teraz ty zjesz, Charlie — zaraz sięgnęła po ciasteczko, czekając, aż zbliży się do niej jeszcze bliżej. Chciała móc poczuć jego dotyk, oddech na własnym ciele... znaczy co? Nie, Ivy zdecydowanie nie myślała o tym. Aż odchrząknęła, czując niezręczną atmosferę — powiedz, czy Ci smakuje, dobrze? — mówiła o ciasteczku czy o własnych ustach? Mimowolnie przegryzła dolną wargę, mieli się przyjaźnić, ale on działał na nią silniej niż ktokolwiek inny.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Tracił przy niej zmysły... Odbijało się w jej głowie niczym jakaś niezrozumiana mantra. Uniosła delikatnie ku górze oba kąciki ust. Nie wiedziała, w jaki sposób to skomentować. Czuła, jakby w pomieszczeniu nagle zabrakło tlenu, atmosfera robiła się niemalże tak gęsta.
— Charlie — wypowiedziała jego imię łamiącym się tonem. Czuł to samo, co ona. Nie miała żadnych wątpliwości, że między nimi zapanowała dość gęsta, wręcz niezrozumiała atmosfera, której chciała się poddać w tym momencie. Nabrała powietrza do płuc, próbując wszystko zrozumieć i poukładać, ale kolejne słowa skutecznie ją z tego wytrąciły. Pragnęła wiedzieć, co dokładnie kryło się w jego myślach,
— No... nie w kieszeni — mruknęła lekko speszona jego śmiechem. No tak, co wielki wiceprezes miałby powiedzieć o pokemonach? Ciekawe, czy w ogóle je oglądał i rozumiał siłę przyjaźni, która się w nich pojawiała? Przełknęła mocno własną ślinę, sięgając do torebki — za to przy kluczach od domu już tak — dodała, wyjmując pęk kluczy. Smycz w Eevee, breloczek z eevee i jej rumieńce na policzkach — a chciałbyś zostać złapany? — dopytała, przełykając nerwowo ślinę. Ivy Harrison właśnie doświadczała dysonansu poznawczego, bo... chciałaby móc spędzać więcej czasu z Marshallem, choć doskonale wiedziała, że nie powinna. Zwyczajnie nie — nie mogłabym Cię zabrać twojej narzeczonej... — tym jednym zdaniem chciała zdusić atmosferę. Charlie Marshall był zajęty, tyle sobie powtarzała. Ona też była, a jednak... złapałaby go do swojego pokeballa
Nadęła swoje policzki, przypominając przez moment wściekłego chomiczka. Uroczego chomiczka. Wypuściła je, dopiero kiedy sprzedała mu kuksańca w bok. Nie było odwrotu, co nie znaczyło, że nie mogła robić drobnych kroczków, by cofnąć atmosferę.
— I do czego mnie rekrutujesz Charlie? — spytała finalnie Ivy i sama się zaśmiała — na śmiertelną kolację w McDonald'sie? Czy na kontrolowanie stanu twojego zdrowia? — i kiedy tak o tym pomyślała... mogłaby wziąć stetoskop, a on byłby w rozpiętej koszuli, usłyszałaby bicie jego serca. Kontrolowała parametry fizjologiczne... tylko jak sprawdzało się je ustami? Znaczy co? Ivy, cholera, o czym ty teraz myślałaś? Dlaczego te myśli wędrowały gdzieś daleko poza ten gabinet... bo choć ich ciała się stykały kolanami, to dla niej była to niebezpieczna odległość. Zbyt bliska, a jednocześnie za daleka. Miała w sobie zbyt wiele sprzeczności.
— Tak — aż cała się wyprostowała, słysząc z ust Marshalla imię Levasseura — Charlie... — zaczęła miękko Harrison, marszcząc przy tym brwi. Tylko tyle wydobyło się z jej ust? Musiała go ochronić, to była jedyna myśl, tętniąca w jej głowie — wysuwasz bardzo pochopne wnioski, nic o nas nie wiedząc — stwierdziła dość twardym jak na nią głowę, wzdychając ciężko — po prostu czekam, aż i on dorośnie — westchnęła ciężko — beze mnie na pewno coś, by mu się stało — nie wiedziała, czemu to powiedziała. Prawdą było, że przy Dante trzymało ją dziwne uczucie powinności. Potrafili się kłócić, niszczyć wszystko na własnej drodze, a jednocześnie nie była w stanie pozbyć się z życia uczucia adrenaliny, którą ją oferował. Co gorsze, bała się, co byłby w stanie zrobić, gdyby faktycznie nie było jej przy nim...
— Czemu mnie prowokujesz? — spytała, sprzedając mu drugiego kuksańca — prędzej dostałbyś klaustrofobii, panie Marshall — specjalnie to zaznaczyła. Żyli w innych światach, bałaby się zobaczyć, jak wygląda jego... rezydencja? apartament? willa? Nie potrafiłaby wyobrazić sobie wiceprezesa, wchodzącego do mieszkania po melanżu Dante wraz z biegającym Murphy'm dookoła nich.
Kłopoty. To były naprawdę słodkie kłopoty. Serce biło jej zbyt szybko, a on na pewno czuł to na jej nadgarstku. Przełknęła nerwowo ślinę, a wzrok padł na jego usta. Nie była w stanie się powstrzymać od patrzenia na nie. Nabrała głębokiego oddechu, próbując wszystko sobie uporządkować w głowie. Tylko nie była w stanie. Widziała przed sobą migawki. Charlie w biurze. Charlie rozpinający koszulę w gabinecie lekarskim. Charlie w nieskazitelnej białej pościeli, czystej. Nie to co myśli Ivy. Przełknęła nerwowo ślinę, zatrzymując na moment oddech.
— Nie musimy pić kawy — wydukała z siebie, przegryzając dolną wargę. Nie chciała, by ktokolwiek im przerywał. Zamiast tego wpatrywała się w niego bez słowa, skupiając się tylko na nadgarstku... — możesz mnie puścić, Charlie? — wiele odwagi potrzebowała, by zadać to pytanie. Kiedy tylko ją puścił, odsunęła się od niego. Potrzebowała spokoju, chwili bez patrzenia na Charliego. Każda komórka ciała jej wariowała, bo to... nie była przyjaźń.
Musiała odetchnąć, bo to jednak był błąd. Wstała nerwowo z tej kanapy, potrzebowała rozchodzić to, co działo się wewnątrz niej.
— To co robisz w tym wielkim biurze? — spytała, rozglądając się po wnętrzu i przez chwilę stała do niego plecami — bo nie sądzę, że jesz ciasteczka — parsknęła krótko pod nosem, a później zrobiła kilka kroków w stronę. Zatrzymała się dopiero przed nim. Zapadła niezręczna cisza, bo Ivy nie wiedziała, co powiedzieć. Znaczy wiedziała, ale bała się mówić głośno.
— Zabrzmię co najmniej jak największa idiotka na całym świecie — zaczęła, odwracając się do Charliego z powrotem — ale naprawdę uwielbiam ten widok — dodała, znów patrząc na panoramę. Na niej łatwiej było się jej skupić. Wdech, wydech. Skupmy się na szczegółach, to sobie mówiła. Szczegóły — na jeziorze brakuje tylko statków... — rzuciła, pokazując palcem na jezioro Ontario. Wielkie, piękne, a jego tafla mimo chłodnej pogody miała urok, pewną tajemnicę — pływałeś kiedyś? Ja chciałam, tylko nigdy nie było nas stać na wycieczkę... — fakty, skupmy się na faktach Ivy. Charlie jest twoim przyjacielem. Opowiadanie o życiu było w zakresie przyjaźni — nawet na studiach nigdzie nie wyjeżdżałam. Praca, studia i imprezy, a teraz szpital... — zacięła się przez moment, wracając wzrokiem do Marshalla — a woda jest... — nie była pewna, czy mówiła o wodzie, czy o kimś innym — fascynująca — dodała finalnie, z powrotem odwracając głowę w stronę jeziora. Widok. Na nim mogła się skupić, próbowała, choć na nadgarstku dalej czuła dotyk Charliego.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jak powinna brzmieć definicja przyjaźni? Słownikowo definiowana jest jako więź emocjonalną między ludźmi opartą na życzliwości, szczerości, zaufaniu i lojalności. Niektóre związki były budowane przede wszystkim na przyjaźni. To wszystko wiedziała Ivy. Tylko im dłużej wpatrywała się w oczy Charliego, tym bardziej zastanawiała się, czy to w ogóle można by nazwać jakąkolwiek przyjaźnią. Zwłaszcza że im dłużej rozmawiali, tym bardziej jej myśli się plątały.
— Wiesz, jest tylko problem... — zaczęła Ivy, unosząc kąciki ust — nie chciałabym Cię trzymać w pokeball'u — niemalże czuła jak rumieńce zaczynały pojawiać się na jej twarzy. Ani na sekundę nie odrywała swoich błękitnych oczu od Marshalla. Kiedy się w niego wpatrywała, czuła to przedziwne, wręcz irracjonalne uczucie, którego nie była w stanie znieść. W jego oczach odnajdywała spokój, coś o co wręcz chciałaby zawalczyć. Puścić wolno, bo w uwięzi... widziała cierpienie. Czasami oczami wyobraźni Charlie przypominał jej ptaszka w złotej klatce.
Tylko zapadająca między nimi atmosfera, zrobiła się wręcz za bardzo gęsto. Widziała, że coś się zmieniło. Oboje byli zajęci. Jednak jednego nie byłaby w stanie zrobić Ivy, nie chciała znowu przekraczać magicznej granicy fizyczności, nawet jeśli Marshall był tak bardzo na wyciągnięcie jej ręki. Cholera, musiała rozładować to napięcie.
— Jakbyś był pokemonem, złapanym do pokeball'a, to przecież bym Cię zabrała i nosiła w plecaku, lub w kieszeni — powiedziała półserio, półżartem, uśmiechając się nerwowo. Wręcz niezdarnie. Niejednoznaczna atmosfera była dla niej niezrozumiała. Jeszcze niedawno żartowali o pokemonach, o przyjaźni, a czas nagle prysł. Ivy kilka razy zamrugała, przechylając głowę. Im dłużej ta rozmowa się toczyła, tym bardziej nie potrafiła w nią uwierzyć.
— To chyba powinnam dostać zwolnienie, albo złożyć wypowiedzenie, bo nie chcę sprowadzać żadnych kłopotów — zaraz wytknęła mu język. Ivy Harrison nigdy nikomu źle nie życzyła. Widząc pacjentów, życzyła im szybkiego powrotu do zdrowia. W ogóle nie liczyły się dla niej trudne i skomplikowane operacje. Dobra, skłamałabym, gdybym napisała w ten sposób. Lubiła je, ale doskonale wiedziała, że za nimi mogła się czaić ludzka tragedia. Podobnie jak w tym przypadku.
Wzdrygnęła się delikatnie, słysząc jego ton. Nie spodziewałaby się po Charlim tak dosadnego tonu. Może wręcz się go przestraszyła? Cała się wyprostowała. Wcale nie była opiekunką, ale im dłużej wybrzmiewało to w jej głowie, tym dosadniej zdawała sobie sprawę, że mógł mieć rację.
— Charlie... jestem jego dziewczyną — mruknęła finalnie pod nosem, spuszczając wzrok — może źle to ujęłam i tyle — dodała po krótkiej chwili, zaciskając dłonie na kolanach. Jakby to miało ją opanować przed pędzącymi myślami. Szczerze nie wiedziała, jak powinna postąpić w tej sytuacji. Tyle ile słów miała obrony, tak za każdym razem znikały. Przypomniała sobie o Murphym, wspólnym psie, który to głównie ona się zajmowała. Pamiętała melanże, do których wracała po szesnastogodzinnym dyżurze, czy nawet kłótnie o najprostszą głupotę jak wybór filmu. Wszystko zmieniało się drastycznie w kłótnię wszech czasów.
— Co oznacza praca na takim stanowisku? — zagadnęła, próbując ratować sytuację — lekarz leczy, a wiceprezes? — na pewno nie prezesuje, hehe. Westchnęła cicho, nie licząc na jego odpowiedź. Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej atmosfera robiła się gęsta.
Pływał. Ona na to lekko skinęła głową. Okej, czyli już nawet rozmowa przestała się im kleić. Nerwowo potakiwała głową, czując się nie na miejscu. W jakim wymiarze biedna rezydentka chirurgii siedziałaby w wielkim gabinecie wiceprezesa, dodatkowo próbując rozluźnić całą atmosferę. Nigdy nie lubiła ciszy. Z Dante ona nie istniała. Albo go nie było, albo był krzyk. Za to tu czuła się wręcz niezręcznie. Zwłaszcza słysząc jego propozycję, przechyliła delikatnie głowę. Szybko wykonała szybki rachunek strat i zysków. Tam by się uśmiechnął, prawda?
— Jako przyjaciele... — zaczęła Ivy, czując jak wahanie się rośnie z każdym wypowiadanym słowem — moglibyśmy razem wybrać się na jezioro Ontario — my i woda. Tyle naprawdę by jej wystarczyło — tylko obawiam się, że słaby ze mnie towarzysz do żeglowania — podobno trzeba było trzymać ster, rozwijać żagle, trzymać liny i wykonywać węzły. Na niczym się nie znała. Za to mogłaby poznać Charliego. Znaczy co. Nie, nie oto chodziło. Mogłaby poznać tajniki żeglugi wraz z przyjacielem.
I znów cisza...
Kolejne słowa niczego jej nie ułatwiły. W pierwszym momencie czuła, że chce uciec. Zamiast tego wstała z kanapy i powoli powędrowała przed Charliego. W obcasach różnica wzrostu dalej ją zaskakiwała, ale potrzebowała zajrzeć w jego brązowe tęczówki. Znaleźć w nich odpowiedź. Nikomu nikogo nie chciała zabierać, ale... chciałaby móc oglądać jego uśmiech.
— Przecież nawet nie chcę, Charlie — zaczęła powoli Harrison, kładąc mu dłoń na ramieniu. Zwykły przyjacielski gest. Delikatnie go po nim głaskała — a czego potrzebujesz Charlie? — nie powinna pytać, ale chciała. Wręcz potrzebowała wiedzieć, co od życia chciał Marshall, by poczuć się szczęśliwy. Najgorsze było jednak to, że przez myśl jej przechodziło jedno. Naprawdę chciała go uszczęśliwić. Pewnie dlatego nerwowo zakaszlała.
— Wiesz, z taką poważną miną Ci totalnie nie do twarzy — zaśmiała się uroczo, zakładając samej sobie niesforny kosmyk włosów za ucho — Charlie Marshallu, uśmiechniesz się za — i zaraz na jej twarzy pojawił się piękny uśmiech — pięć... — do góry wyciągnęła dłoń, pokazując pięć palców — cztery... — schowała pierwszy z nich — trzy... — kolejny — dwa... — a teraz czekała już tylko na jego uśmiech, stając na palcach, by zobaczyć go z bliska.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison