Pachnące obcym mężczyzną ubranie, nie robiło na niej wrażenia. Nie teraz, kiedy jej umysł wszedł w stan absolutnie proceduralny. Być może parzyło jej skórę – to, czyj był ów materiał znacznie bardziej, niż świadomość, że nosi na sobie ubranie po zabitym. To drugie absolutnie jej nie dotykało. I nie dotknęłoby w żadnym stanie. W obecnym była przełączona na tryb zadaniowy – chociaż nie należało zapominać o przeczulicy wywołanym strzałem epinefryny dla umysłu przeciągniętego traumą.
Na jego pytanie odpowiedziała, kiwnąwszy głową. Nie mogła być bardziej gotowa na opuszczenie miejsca, które było jej więzieniem i salą tortur. Tyle samo psychicznych co fizycznych.
W pełni czujna, może nawet
zbyt czujna – rozglądała się na boki częściej, niż faktycznie było to konieczne – podążała za nim. Napięta od stresu i pobudzonego umysłu, cały czas z przeświadczeniem, że ktoś za nimi idzie.
W momentach starcia było najgorzej – każdy strzał mógł oznaczać najgorsze – utratę jedynej
kotwicy w rzeczywistości i jedynego elementu, który sprawiał, że jeszcze chciała walczyć w życiu – Damona. On jednak udowadniał, dlaczego miał być aż tak cenny dla Koreańczyków. I dlaczego tak bardzo chcieli go wyeliminować po dezercji.
Wszystko dookoła było ostre. Wyraźne. Każdy wystrzał z broni palnej, każdy świst przelatującego obok pocisku, każde tąpnięcie bezwładnego ciała uderzającego o ziemię. Miała wrażenie, że niemal czuje metaliczny posmak krwi we własnych ustach.
Ale jej nic się nie stało.
Ani jeden pocisk i ani jeden cios w nią nie trafił. Było to wręcz absurdalnie nierealne. Ale tak było. Za osłoną z rosłego partnera była absolutnie bezpieczna. Od samego wyjścia z celi, do momentu opuszczenia budynku.
Na zewnątrz, poza nocnym niebem spotkała ich śnieżna zamieć.
Chłód uderzył bezlitośnie w jej odkryte policzki, szczypiąc nieprzyjemnie. Ale zapach świeżego, choć lodowatego powietrza, był czymś, co wydawało się wciąż być zbyt dobrym, aby było prawdziwym. Wystarczyło ledwie kilka dni, a może kilkanaście, aby wolność i rzeczywistość stały się ledwie mirażem.
Zarejestrowała jego głos i wsiadła do auta bez słowa. Zapięła pasy w pierwszym odruchu i utkwiła czujne spojrzenie w zaprószonej warstwą świeżego puchu, frontowej szybie. Gdy wycieraczki odkryły widok, a samochód ruszył, wcale się nie rozluźniła. Jedynie napięła. Wiedziała, że poszło zbyt łatwo. Zbyt łatwo dla niej.
Przeniosła spojrzenie na Koreańczyka, gdy ten lawirował między opustoszałymi uliczkami, starając się wyjechać ze stolicy. Przeciągnęła uważnym wzrokiem po jego ciele, szukając czegoś, co sklasyfikowałaby jako alarmujące. Otwarte rany, zbyt wartkie krwawienie. Śladów miał na sobie sporo, ale nie widziała niczego, co wymagałoby natychmiastowej interwencji.
Nie odwróciła jednak od niego spojrzenia, zawieszając je na jego twarzy. To na niej doszukując się czegoś, co zdradziłoby go bardziej, niż sam chciałby powiedzieć. Najdrobniejszego grymasu wywołanego bólem – bo gdyby ten się pojawił, to znaczyłoby, że coś jest
bardzo nie tak.
Nie pytała go, czy miał jakiś plan. Musiałaby go nie znać. Damon nie był impulsywny, na pewno nie w takich sytuacjach. Był niezręczny relacyjnie, pozbawiony wyczucia i bez filtra, ale absolutnie kontrolowany, jeśli chodziło o to, co robił w tego typu sytuacjach. Niecodziennych dla statystycznego człowieka. Paradoksalnie – cudza niecodzienność była jego codziennością, a zwykła ludzka codzienność była dla niego… czymś obcym i niezrozumiałym. Dlatego akurat tam był tak…
niezdarny.
Zamieć śnieżna zdawała się im sprzyjać. Widoczność była ograniczona do ledwie kilka metrów, a to znaczyło, że namierzenie ich było utrudnione. Być może dlatego udało im się opuścić miasto i wyjechać na drogę krajową na wschód?
Zanim zdołała nawet pomyśleć o tym, że po raz pierwszy od długiego czasu miała
szczęście, życie bardzo szybko to zweryfikowało. Zweryfikowało także, że zamieć nie sprzyjała
nikomu. Wystarczyło jedno, nieostrożne skręcenie kierownicy, a zlodowaciała nawierzchnia pociągnęła rozpędzony samochód we własnym, niekontrolowanym rytmie. Auto bardzo szybko popędziło na spotkanie z ostrym zakrętem na wyżynie, wypadając z toru.
W mieszaninie trzasku i metalicznego chrzęstu stoczyli się ze wzgórza. Wszystko zlało się w jedno, góra przestała być górą, a dół dołem, kiedy pojazd wirując przesuwał się w dół.
Aż w końcu jeszcze mocniejsze szarpnięcie i nagła ciemność. I przy niej cisza.
Nie wiedzieć ile minęło, kiedy Damon mógł usłyszeć najpierw przytłumiony głos swojej amerykańskiej koleżanki. Coś, co miało być słowami, a których umysł nie rozumiał. Nie potrafił rozpoznać. Rozlane w oddali sylaby, które nie stanowiły niczego.
Aż w końcu jedno, wyraźne ‘uwaga’.
Po nim charakterystyczny dźwięk ładowanej krótko maszyny i ostry impuls, który uderzył w jego mięśnie, niczym defibrylator. Musiało to obudzić jego serce, pospieszyć z leniwej, ospałej wręcz pracy, wywołując strzał adrenaliny. A zaraz za nim całą świadomość, choć nieco rozmytą.
Fakt, że leżał gdzieś w śniegu, już częściowo przysypany białą pierzyną, w oddali rejestrując kompletnie zniszczony wrak samochodu.
Damon Tae