-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiecznie chodził wkurwiony, na niczym nie mógł się skupić. I chociaż przez większość czasu i przy ludziach tłumaczył to przesileniem zimowym, tak sam doskonale zdawała sobie sprawę, że był to jeden, wielki stek bzdur. Że tak naprawdę jego nadwrażliwość emocjonalna brała się z niedokończonych spraw pomiędzy nim i Indie, oraz problemami w związku, jakie aktualnie miał z Charlotte.
Nie żałował, że w końcu jej powiedział.
Sam nie wiedział, czego właściwie oczekiwał od tej rozmowy, ale chyba ostatnie, co myślał, że się stanie, to że ona przyjmie to w taki, a nie inny sposób. Oczekiwał bardziej krzyków, rzucania talerzami i pytań w stylu czy ty mnie jeszcze kochasz, Lucas, tylko ona zamiast tego powiedziała tylko, że musi to przemyśleć. Tylko tyle. Miała całe jebane zero pytań, a na drugi dzień normalnie odwiedziła go w pracy. Była nieco bardziej cicha, a przecież przyniosła mu obiad. I to wszystko chyba jeszcze bardziej mieszało mu w głowie.
Bo Lucas lubił wiedzieć.
Nienawidził niewiadomych, szczególnie jeśli chodziło o kobiety. Bo tych to za grosz kurwa nie rozumiał. Serio. Całe pieniądze jakie miał, wydałby na jakąś instrukcję, jak się z nimi obchodzić. Bo jak nie jedna brała go na nadmierny spokój, doprowadzając tym do szału, tak ta druga wręcz przeciwnie, wydzierała się na niego wniebogłosy, pomiędzy popcornem i taśmą do kasy fiskalnej. Tak źle i tak niedobrze.
I kiedy dostał SMSa od Indie, to też nie wiedział, czy to dobrze czy źle.
Z jednej strony chciał się z nią spotkać — przegadać, to co było, może jakoś to wyjaśnić? Tylko problem w tym, że Miller najzwyczajniej w świecie nie wiedział, czy to w ogóle było jeszcze możliwe. Czy ta cała sytuacja i ich relacja nie eskalowała w złą stronę do tego stopnia, że nie było jak tego naprawić.
Tęsknił za nią.
Najbardziej z tego wszystkiego chyba jak za przyjaciółką.
Jakoś nie potrafił sobie wybaczyć, że akurat kiedy w końcu zakopali topór wojenny, kiedy w miarę nabrali okej stosunków po tej akcji z łosiem, to wszystko znowu zawodowo spierdolili. Oni. Bo przecież to nie była tylko i wyłącznie jego wina. Obopólna decyzja, która tylko wyjebała dookoła nich szambo, które ciężko będzie przeskoczyć, bez ubabrania się po same pachy. Ale może dla Indie warto było się ubabrać?
Dlatego właśnie zjawił się na umówione miejsce. O dziwo o czasie. Miał w planie przysiąść na jednej z ławek, ale wtedy ją zobaczył. Stała przy wielkiej fontannie, wpatrzona w jeden punkt. Podszedł bliżej i stanął obok, nawet nie spoglądając na jej twarz.
— Cześć — odezwał się jako pierwszy, ściągając na siebie jej uwagę. Serce w piersi zabiło mu mocno, chociaż nie dał tego po sobie poznać.
Indie Caldwell
-
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tyle samo, ile miała lat, kiedy poznali się po raz pierwszy.
Myślała o tym dużo, w zasadzie nieprzerwanie. Te trzy dni Indie spędziła myśląc o wszystkim — o słowach, które padły w schowku, o ostatnich tygodniach i tym, jak wiele zdążyło się w tym czasie zmienić, ale również o ich znajomości w ogóle.
Bo Indie też tęskniła. Strasznie.
Za Lucasem, za nimi, ale przede wszystkim — za czasem przed. Za tym, jak lekkie i łatwe było tamto życie, które zostawili w Whitby. Za rozgrzanymi od słońca skałkami, wysłużonym różowym kocem i przeleżanymi na nim letnimi dniami. Za opartą o jego ramię głową, durnymi wyzwaniami i śmianiem się nieprzyzwoicie głośno, za zmartwieniami, z których największym było to, gdzie spędzali najbliższy piątkowy wieczór. Za tym małym, prywatnym światem, do którego przenosili się za każdym razem, kiedy zostawali sami i... I to chyba właśnie te wspomnienia — myśli o tym, co mieli, a nie o tym, co mogli mieć — finalnie skłoniły Caldwell do tego, żeby nieoczekiwanie przerwać ciszę.
Nieoczekiwanie, bo inicjowanie konfrontacji było jedną z ostatnich rzeczy, których należałoby się po niej w tej sytuacji spodziewać, ale coś nie pozwalało jej pozostać bierną. Jakieś dziwne poczucie... zobowiązania? Odpowiedzialności? Ta sama niezidentyfikowana siła, która skutecznie trzymała ją przed wtórną ucieczką i mniej lub bardziej dosłownym zniknięciem z życia Lucasa, mimo, że właśnie tak byłoby najłatwiej? Nie miała co prawda zielonego pojęcia, co chciała powiedzieć, jak zamierzała to zrobić i czy w ogóle była do tej rozmowy zdolna, ale szczerze wątpiła, żeby kiedykolwiek miała poczuć się na nią gotowa. Odwlekając ją w czasie nie robiła przysługi nikomu, w tym sobie, zatem możliwości były tylko dwie — albo teraz, albo już nigdy.
Pochłonięta gorączkowymi próbami uporządkowania własnych myśli była równie nieobecna, co jej wbite w horyzont spojrzenie, ale dźwięk znajomego głosu w rekordowym czasie sprowadził ją z powrotem na ziemię.
— Hej — przywitała się cicho, odruchowo zerkając w jego kierunku. Nawet nie chciał się na nią patrzeć, ale może to i lepiej — też wcale nie chciała natknąć się teraz na jego spojrzenie, jeszcze nie. Nie była na to gotowa, podobnie jak na to, żeby od razu przejść do rzeczy, więc zamiast tego skinęła głową w stronę ścieżki i ruszyła nią powolnym krokiem. Stanie w miejscu wydawało się bardziej niezręczną z dwóch opcji, więc liczyła, że Lucas nie będzie oponował, ale finalnie nie robiło jej to aż tak wielkiej różnicy: i tak było źle, i tak niedobrze, więc... — Nie chciałam — palnęła wreszcie, ale szybko zdała sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmiało, bo czego nie chciała? Rozpierdolu zrobić? I tak zrobiła. — Niepotrzebnie się wtrącałam — stwierdziła zamiast tego. — Po prostu... przepraszam.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niby pogadać, ale czy przypadkiem w ostatnim czasie te ich rozmowy nie kończyły się na darciu kotów? Na wykrzywianiu własnych racji i próby dojścia do kompromisu, który nawet w jednym stopniu nie pokrywał się z ich oczekiwaniami względem siebie.
A dlaczego? No na przykład Lucas Miller sam nie wiedział, co chciał. Dalej nie miał kurwa pojęcia, co właściwie oznaczało to wszystko między nim, a Indie, a przede wszystkim nie wiedział, co powinien z tym zrobić. Bo skąd miał wiedzieć?
Kiedy zdecydował się przyznać do wszystkiego Charlotte, trochę głupio liczył, że ona poniekąd załatwi sprawę za niego. Że wydrze się na niego, zwyzywa, a może nawet i z nim zerwie? Nie no, tego nie chciał.
A może chciał?
Nie miał, kurwa, pojęcia.
I właśnie w tym leżał największy problem. Dlatego z początku nie chciał się z nią spotkać — nie dlatego, że nie chciał jej widzieć, ani z nią rozmawiać, ale dlatego, że dalej nie wiedział, co powinien jej powiedzieć. Indie zawsze oczekiwała prostych komunikatów, nie lubiła domysłów, a przecież od czasów szkolnych on zawsze był z nią szczery, mówił jasno jak się sprawy miały. Dopiero kiedy doszły do tego wszystkiego uczucia, wszystko powoli zaczęło się jebać, no ale jednak nigdy jej nie okłamywał. A tu? Teraz? Nie był pewien, czy sam przed sobą był gotowy wyznać prawdę.
Dlatego na nią nie patrzył, kiedy podszedł do fontanny. Zamiast tego wbił spojrzenie w jakieś dziecko, które wyjebało się po drugiej stronie, lądując twarzą w płytkiej wodzie. Dopiero to jej nie chciałam sprawiło, że w pierwszej kolejności się spiął, a potem jeszcze poruszał lekko głową na boki, jakby chciał rozprostować kark, tak naprawdę walcząc z samym sobą, by nie patrzeć w jej piękne, błękitne oczy.
Niepotrzebnie się wtrąciłam.
Przepraszam.
Kurwa.
Spodziewał się tego? Ani trochę. Ani kurwa trochę nie spodziewał się, że ona spotka się z nim, żeby go przeprosić. I co on miał jej powiedzieć? Też miał ją przeprosić? Tak po prostu? No przecież to nie mogło pójść aż tak łatwo. Wcisnął ręce do kieszeni i zabujał się a stopach w przód i w tył.
Weź się w garść, Miller.
— Powiedziałem jej — rzucił spokojnie w odpowiedzi, w żaden sposób nawet nie komentując jej słów. Chociaż przecież powinien. — Miałaś racje. To nie jest rzyganie pod siebie po whisky, które można było po prostu przemilczeć — wyjaśnił, przywołując jej własne słowa z ciasnego składzika, w którym znaleźli się kilka dni temu. Pierdolonego składzika, w którym darli się na siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Aż go wzdrygnęło na samo wspomnienie. Złapał kilka głębszych wdechów.
No dalej.
— Ja też przepraszam — dodał po chwili, jakieś pół tonu ciszej. Ciężko mu to przechodziło przez gardło, bo z jednej strony chciał ją przeprosić, czuł, że powinien, a z drugiej, kurwa, on wcale nie czuł się winny. Wciąż nie żałował tego, co się stało.
Indie Caldwell
-
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie kolejnej kłótni, tego akurat była pewna, ale... tylko tego. Cała reszta była dla niej równie wielką niewiadomą, co dla Lucasa — na całą tą rozmowę nie miała w końcu żadnego planu, wiedząc tylko tyle, że chciała przeprosić. I nic więcej. Wiedziała też, że do powiedzenia było tak naprawdę trochę więcej, ale na pewnym etapie musiała darować sobie próby zaplanowania tego, co dalej, zwyczajnie dlatego, że wszystkie spływały na niczym.
Nie była też pewna, czego powinna była spodziewać się po Millerze. Jak bardzo zły był, czy te słowa sprzed kilku dni były niewybaczalne, czy może jednak właśnie zupełnie słusznie karmiła nadzieje na porozumienie? Dlatego na jego odpowiedź czekała cierpliwie (bo innego wyboru nie miała), ale w napięciu, z nieświadomie wstrzymanym oddechem i utkwionym w profil jego twarzy spojrzeniem.
Powiedziałem jej.
— To dobrze — odpowiedziała niemal odruchowo, kiwając lekko głową. Zupełnie szczerze, bo tego akurat żałowała najmniej — nadal była zdania, że Charlotte należała się prawda, więc akurat w tej części całej kłótni widziała odrobinę słuszności.
Tyle tylko, że niestety słuszny nie był już na przykład sposób, w jaki tą sprawę zaadresowała i właśnie za to próbowała teraz przepraszać, świadoma, że załatwiła to chyba najgorzej jak tylko było to możliwe. Nie wiedziała, jak interpretować fakt, że Lucas pozostawił to bez komentarza, ale nie miała zamiaru naciskać ani czegokolwiek się domagać, bo akurat jej — w przeciwieństwie do Charlotte — nie był winny niczego.
Ale też przepraszał.
Z jednej strony czuła z tego tytułu ulgę, ale z drugiej — tak naprawdę wcale jej to nie ulżyło. Oboje wiedzieli, że temat nie kończył się na kłótni w schowku, tylko na tym, co do niej doprowadziło i chociaż mogłaby bezkarnie to po prostu przemilczeć, tym razem chyba nie potrafiła tego zrobić. Niedopowiedzenia odebrały im już wystarczająco wiele.
— Ale nie miałam racji, nie we wszystkim — wznowiła temat, podobnie jak on, nie odnosząc się bezpośrednio do przeprosin, mimo, że była za nie szczerze wdzięczna. — W zasadzie w niczym oprócz tego. — Nieszczególnie radziła sobie z tematem i jego powagą, ale nieco pocieszał ją fakt, że Lucas chyba też nie — sądząc po tym, jak zawzięcie unikał jej spojrzenia, był tym wszystkim równie przytłoczony, co ona. — Wcale tak nie myślę — wyrzuciła z siebie bez większego namysłu, standardowo polegając na sile rozpędu, wiedząc, że w innym przypadku nigdy nie dokończyłaby: — że nie można na Ciebie liczyć. — Nie zamierzała wracać do wszystkich słów, które padły w schowku, wątpiąc, żeby takie przypomnienie było komukolwiek potrzebne, ale to akurat musiała powiedzieć. Dziwnie rozmawiało się tymi urywanymi zdaniami, zwłaszcza, jeśli przeważnie mówiło się tyle ile Indie, ale potrzebowała reakcji na bieżąco, nie do końca pewna na czym tak właściwie stali. Wzajemne przeprosiny może i były przydatne, ale nijak nie rozwiązywały całej reszty tego bałaganu, którego nie chciała (nie była w stanie?) już dłużej próbować ignorować.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie tylko nie miał na to siły, to jeszcze mentalnie nawet nie był na to po prostu gotowy. Autentycznie nie miał w sobie wystarczająco argumentów. Dlatego właśnie kurewsko docenił, kiedy Indie wyciągnęła do niego rękę i jako pierwsza zaproponowała zakopanie topora wojennego. Inną kwestią było jak ciężko będzie im to zrobić, kiedy stało się już to co się stało, ale przede wszystkim to i tak w pierwszej kolejności musieli się dogadać i wyjaśnić sobie chociaż te najbardziej podstawowe rzeczy.
Docenił, kiedy na wieści o Charlotte nie spytała o więcej szczegółów. To jej krótkie to dobrze zdecydowanie mu wystarczyło, dając znać, że Caldwell przyjęła ten fakt do informacji, on przyznał jej rację i naprawdę nie było po co tego roztrząsać. Poza tym, Lucas chyba nie wiedziałby, co powinien jej powiedzieć, bo przecież sam nie miał pojęcia, jak powinien interpretować zachowanie Charlie. Była na niego zła? nie była? Miała do niego żal? Chciała zerwać? Nie chciała? Nie miał odpowiedzi na te pytania, dlatego też nie za bardzo by wiedział, co powiedzieć Caldwell. Całe szczęście nie musiał nic i wystarczyło pojedyncze skinienie głową.
Stał cały czas praktycznie na baczność, z rękami w kieszeni, bujał się jedynie w przód i tył i patrzył na dzieci biegające dookoła fontanny. Dopiero kiedy z jej ust padła informacja, że wcale nie uważa, że nie można na nim polegać, to przekręcił głowę. Spojrzał na jej profil.
— Indie, kurwa — westchnął głośno, już kompletnie odwracając się do niej całym ciałem, tym samym zmuszając, żeby i ona zwróciła na niego uwagę. Wbił spojrzenie w jej piękne, błękitne oczy. — Nie chcę się kłócić — wyrzucił w końcu to, co siedziało mu pod skórą już od jakiegoś czasu. — A już na pewno nie z tobą — a przecież oni od jej powrotu to tylko i wyłącznie się kłócili. Jasne, miewali jakieś swoje chwile uniesienia albo chociaż pokoju, gdzie w miare potrafili się dogadać, ale jednak, większość czasu niepotrzebnie darli koty, głównie o to co było. A jego to tak kurewsko mocno męczyło.
Nienawidził się z nią kłócić.
A najbardziej to po prostu tęsknił za nią, jako za swoją przyjaciółką.
— Wiem, że nie będzie pewnie tak jak było, bo to kurwa nie wiem, niemożliwe już, ale możemy chociaż spróbować? Nie wiem, może… — rozejrzał się dookoła, jakby to właśnie w otoczeniu chciał znaleźć jakiś pomysł jak to rozwiązać… oczywiście bez skutku, dlatego znowu na nią spojrzał. — Może po prostu przyjeb mi w twarz — oznajmił nagle i nachylił się w jej strone. — Weź mi po prostu przypierdol w ryj, ja ci tak dam MENTALNIE oczywiście, bo nie bije kobiet i może jakoś będzie lepiej?
Indie Caldwell
-
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo tym razem nie chodziło o żadną złość i żadne gorzkie żale, nawet nie o ten pierdolony schowek i o kilka słów zbyt wiele. Pies by to wszystko jebał, serio, w ogóle ją to już nie obchodziło, zwłaszcza teraz, po szansie na wyrażenie skruchy i oficjalnej wymianie przeprosin. To już nie był problem, puściła to w niepamięć w tej samej sekundzie, w której dostała od Lucasa potwierdzenie, że nie miał jej tego nadal za złe. Tym razem chodziło o to, że ostatnie kilka dni było niczym jeśli nie niepodważalnym dowodem na to, że nie umiała być wobec Lucasa neutralna. Nie była w stanie zachować nawet szczątkowych ilości obiektywności, podejść do sprawy z dystansem czy spojrzeć na cokolwiek szerzej. O to, że nieważne jak bardzo chciała być do tego zdolna, Indie wcale nie potrafiła myśleć o nim jak o kumplu czy nawet przyjacielu. Już nie.
I to właśnie dlatego propozycję musiała skwitować najpierw wątłym uśmiechem i krótkim pokręceniem głowy, trochę jakby z politowaniem, a zaraz potem — ciężkim westchnieniem.
— No w mordę to akurat zawsze Ci mogę dać, żaden kłopot, ale nie wiem czy w czymkolwiek to pomoże — nawet zdobyła się żartobliwy ton, choć dowcip był z tego raczej marny, zwłaszcza, że oryginalny wydźwięk zgubił się gdzieś w środku zdania i dokończyła je brzmiąc bardziej na zrezygnowaną niż rozbawioną. Gołym okiem widać było, że to wszystko mocno wykraczało poza jej strefę komfortu — lepienie zdań szło jej opornie, mało zgrabnie, trochę jakby cały czas aktywnie walczyła ze sobą, żeby nie skorzystać z najbliższej szansy na rzucenie całego tematu w cholerę. Znalezienie adekwatnej odpowiedzi wymagało i czasu, i sporego nakładu energii, więc spędziła kilka dobrych sekund w milczeniu, po prostu myśląc, zanim odezwała się po raz kolejny.
— Chyba tak nie umiem — wyrzuciła z siebie w końcu, znów krzywiąc się w wyrazie przejmującego dyskomfortu. Nawet nie zauważyła momentu, w którym oderwała wzrok od twarzy Lucasa, ale aktualnie zawzięcie gapiła się w ziemię, a właściwie w ścieżkę, półprzytomnym spojrzeniem taksując pęknięcia w asfalcie. — Dlatego chciałam być na Ciebie zła. Bo tak było łatwiej niż przyznać, że chyba jednak nie umiem po prostu się z Tobą przyjaźnić.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chciał tego.
Czekał.
Czuł, że zasłużył. Że za te wszystkie rzeczy, które powiedział — a przede wszystkim odjebał — należało mu się solidne lanie. A przecież Indie umiała przywalić. Nie raz biła go mniej lubi bardziej po koleżeńsku, kiedy powiedział coś durnego albo oszukiwał w UNO.
Tu jednak jak się zaraz okazało, wcale nie chciała go bić. To znaczy może i by chciała, ale wcale nie tak, żeby przywalić i udawać, że wszystko już jest okej. Bo nie było. Przynajmniej nie u niej. I chociaż Lucas z początku w ogóle tego nie zakodował, to na jej kolejne słowa westchnął głośno.
Gdzieś z tyłu głowy miał świadomość, że to się mogło tak skończyć, wyjebać, w końcu to tego bali się za pierwszym razem, ale… jakoś do ostatniej chwili głupio łudził się, że jakoś to będzie. Że może jednak mogli jeszcze odnaleźć w sobie pokłady przyjaźni, którą przecież pielęgnowali przez tak wiele lat.
Pół życia.
Tyle ze sobą spędzili.
A teraz mieli to tak po prostu wyjebać do kosza? Zapomnieć? O sobie nawzajem? Bo trochę tak Miller odbierał jej słowa. Jakby właśnie dawała mu kosza na dalszą znajomość. Nie podobało mu się to. Ba, kurewsko było mu z tym źle. Czuł jak serce w piersi zaczyna mu walić, a skóra drapać nieprzyjemnie. Ruszył się z miejsca, jakby to miało pomóc mu zebrać myśli. Podszedł kawałek i kopnął samotny kamień, który wleciał pod płytką tafle wody przy fontannie. Ale nie mógł przecież milczeć w nieskończoność.
— Błagam cię, tylko nie odbierz tego jako atak, ale… — ciężko mu szło. Nigdy nie był dobry w poważne rozmowy. Raczej był znany ze swoich świetnych żartów i szalonych pomysłów. Koło powagi nawet nie stał. Ale teraz musiał, dlatego podniósł na nią swoje spojrzenie, nawet jeśli to jej przyklejone było do butów. — Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz, Indie? — pierwsze pytanie. — Jak ty to sobie w takim razie wyobrażasz, skoro nawet nie chcesz się kolegować? — i drugie z głowy. Ta najcięższe. Bo co oni mieli teraz zrobić? Udawać, że się nie znają? Przestać rozmawiać? Tylko że on nie chciał. Nie chciał się od niej odcinać, żeby znikała z jego życia. Chciał mieć ją blisko bo…
— Zależy mi na tobie, Caldwell — rzucił już nieco spokojniej, chociaż wszystko w środku aż w nim wrzało. — Indie, patrz na mnie — wiedział, że nie powinien. No kurwa wiedział. A jednak i tak podszedł do niej te dwa kroki bliżej i ujął jej podbródek w chłodne palce, by zaraz pociągnąć delikatnie do góry. — Popatrz mi prosto w oczy i powiedz mi, że nie chcesz mnie już więcej widzieć. Że naprawdę chcesz tym wszystkim jebnąć w pizdu. Tylko nie kurwa w buty, a tu — wolną ręką wskazał na własne oczy. Oczy, które teraz były w nią intensywnie wpatrzone. Oczy, w których malowało się przerażenie, pomieszane z wyczekaniem i dziwnym bólem, z którym nie potrafił sobie poradzić. Czuł, że coś w jego życiu jest nie tak. Że coś powinno się zmienić. Tylko chyba sam jeszcze nie do końca wiedział co. A może po prostu bał się przyznać przed samym sobą?
Indie Caldwell
-
‘cause i’m gonna mess your life up, gonna wanna tape my mouth shut
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zresztą, na jakiekolwiek złudzenia nie było już miejsca. Wiedziała dobrze, że nawet gdyby bardzo chciała, nie potrafiłaby zapomnieć o Lucasie, ani w najbliższej przyszłości, ani kiedykolwiek. Przecież już raz spróbowała to zrobić, zupełnie bezskutecznie. Jeśli przeprowadzka cztery tysiące kilometrów dalej i nowy początek nie wystarczyły, żeby wybić jej Millera z głowy, nie sądziła, żeby cokolwiek mogło to zrobić. Musiałaby chyba upaść na głowę i pierdolnąć się w ten swój pusty łeb tak perfidnie, żeby kompletnie zapomnieć ostatnie piętnaście lat swojego życia i wszystko, przez co w tym czasie wspólnie przeszli. Może tak byłoby łatwiej? Żyć w niewiedzy, ot, po prostu nie pamiętać, ile się straciło?
Bo pamiętała. Indie bardzo dobrze pamiętała, ile straciła. Chyba właśnie aż za dobrze.
— Nie wiem. Pojęcia nie mam — przyznała otwarcie z niepodobnym sobie spokojem, wyjątkowo nie reagując ani trochę defensywnie. Chyba dlatego, że jakaś jej część rozumiała te pytania, fakt, że nie potrafił sobie tego wyobrazić. Ona też nie, ale równie trudno było jej wyobrazić sobie udawanie, że to wszystko nic takiego, że wcale nie zżerała ją zazdrość i żal o to, że do dobrego zakończenia zabrakło tak niewiele, żal o to, że mogli mieć wtedy wszystko, a dziś — zupełnie nic. — Nie, to nie o to chodzi, że nie chcę. W ogóle — poprawiła go z rozgoryczeniem dźwięczącym w przyciszonym głosie. — Ale nie wiem jak.
Zależy mi na tobie, Caldwell.
Na dźwięk tych słów prawie podniosła wzrok, odruchowo, wręcz instynktownie, ale nie dała za wygraną, w ostatniej chwili odmawiając sobie szansy na to, żeby to zrobić. Uporczywie gapiła się w przymarznięty beton, nie mając najmniejszego zamiaru tego zmieniać, aż do momentu, w którym zmusił ją do tego delikatny, ale pewny uchwyt palców na podbródku. Musiała w końcu podnieść wzrok, dokładnie czując bicie własnego serca i sposób, w jaki przyspieszyło gwałtownie, gdy wreszcie zgodziła się skrzyżować z Lucasem spojrzenia. Powiedz mi, że nie chcesz mnie już więcej widzieć. Może właśnie powinna. Nie dlatego, że jakkolwiek pokrywało się to z prawdą, ale dlatego, że może tak byłoby mu łatwiej — gdyby miał powód, żeby ją nienawidzić, już nigdy nie chcieć mieć z nią nic wspólnego. Że naprawdę chcesz tym wszystkim jebnąć w pizdu. Instynktownie chciała znów uciec spojrzeniem gdzieś w bok, ale w srebrnym błękicie zmęczonych oczu zapomniała się dużo szybciej niż zdążyła to zrobić. Przez chwilę wyglądała, jakby faktycznie zamierzała coś powiedzieć, ale kolejne sekundy mijały w ciszy, a z jej rozchylonych ust finalnie nie wydostał się żaden dźwięk.
Nie odezwała się słowem.
Nie mogła. Nieważne, czy tak byłoby lepiej, czy nie; nie była w stanie powiedzieć żadnej z tych rzeczy, więc milczała. Nie wiedziała, jak długo trwała ta cisza, zanim znalazła w sobie siłę na to, żeby ją przerwać.
— A co innego mogę zrobić? — spytała. Szczerze, poważnie, bez krzty złośliwości czy wyrzutu. — Udawać, że wcale nie? Po prostu o tym zapomnieć, a potem czekać, aż na którejś imprezie znów wypijemy o jedną kolejkę za dużo i o wszystkim sobie przypomnę? Aż Ty sobie przypomnisz? — Usilnie starała się zachować spokój, nie okazywać zbyt wielu z targających nią emocji, ale nikogo nie oszukiwała, nie z tym zbolałym tonem głosu i rozżalonym spojrzeniem. — Nie możem... ja nie mogę. Nie mogę tak dłużej, nie dam rady — przyznała z wyraźnym trudem, kręcąc głową ze zrezygnowaniem. — Więc co mogę zrobić? Nie wiem co mam zrobić.
Lucas Miller