-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie, zrywanie z siebie ubrań w toalecie w tym konkretnym przypadku byłoby niewłaściwe, bo Salvador był dla niego kimś ważnym, kimś, z kim Saul nie chciał się pieprzyć. Chciałby raczej się z nim kochać, chciałby, żeby to było miłe, piękne, żeby obaj czerpali z tego przyjemność i żeby to nie było "na odwal". Chciał też... się tego nie bać. Wiedział, że nieraz w takich sytuacjach wracały do niego demony przeszłości, więc miewał różne odruchy lękowe (na które zwykle klienci nie zwracali uwagi: brali to, za co zapłacili i tyle). Chciałby ich nie mieć przy Salvadorze. Poza tym - nie bardzo chciał iść do łóżka od razu po pierwszym pocałunku, bo to było... niewłaściwe. Płytkie. Sugerujące, że to chwilowe, że tylko zachcianka. Prawdopodobnie to myślenie było błędne i możliwe, że się zmieni niedługo (bo bardzo go ciągnęło do Meksykanina i chciał czuć jego ciepło i dotyk), ale w tym momencie miał tego typu wątpliwości, mimo, że znali się od bardzo dawna i mimo, że od trzech lat mieli regularny, częsty kontakt, od kiedy Salva zamieszkał w Toronto.
Wreszcie spojrzał półprzytomnie na ekran, wciąż właściwie nie widząc filmu, który włączył jego przyjaciel, tylko mając przed oczami sceny z łazienki i sprzed baru. Bliskość twarzy Salvadora, smak jego ust, dotyk jego warg, gorąco, które wtedy poczuł, te przyjemne zawroty głowy. Piękne, czarne, wielkie oczy Menendeza tak blisko niego, patrzące prosto na niego, wgłąb jego duszy...
- Nie wiem, czy zrywanie z siebie nawzajem ciuchów w kiblu to dobry pomysł... zwłaszcza na pierwszy raz - powiedział po jakimś czasie cicho i trochę niewyraźnie - ale tak, też miałem na to ochotę. Ale wolałbym, żeby to nie tak wyglądało. Nie za pierwszym razem. Nie chcę cię po prostu przelecieć.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pewnym momencie, gdy usłyszał głos Saula, który przebił się w jego głowie przez cały ten wir dźwięków i kolorów, obrócił się powoli w jego stronę i zmrużył oczy, próbując przetworzyć konkretne słowa na język hiszpański - po narkotykach trudniej mu było się komunikować po angielsku, ale starał się jak mógł. Słowa Saula przekładał więc sobie na hiszpański, a z kolei odpowiedź, której chciał mu udzielić, przekładał z hiszpańskiego na angielski.
- Też nie uważam, że zdzieranie z siebie ubrań w kiblu to buena idea - przyznał po chwili, uśmiechając się do niego łagodnie i kładąc dłoń na jego przedramieniu, w okolicy łokcia. - Też nie chcę cię po prostu przelecieć. Odniosłeś wrażenie, że tak jest? To znaczy... że ja chcę po prostu seksu? - zawahał się chwilę zanim zadał to pytanie i słychać było, że trochę go ono kosztuje, ale uznał, że jeśli nie zapyta, to będzie się nad tym zastanawiał i sam sobie odpowie, a to raczej nie był dobry sposób na zaczęcie związku - dopowiadanie sobie czegoś w oparciu o swoje przypuszczenia czy założenia.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Nie, nie sądzę, że chcesz mnie tylko przelecieć - odpowiedział cicho, czując, że serce zaczyna mu bić mocniej i powoli podjeżdża do gardła - Gdybyś tylko tego chciał, to byś to po prostu zrobił. Zdarłbyś ze mnie te ciuchy i mnie wziął...
Urwał na chwilę, jakby chciał coś więcej powiedzieć i rzeczywiście w jego głowie była dalsza część tego zdania: "jak wielu innych przed tobą, niezależnie od tego, czego ja bym chciał." Powstrzymał się jednak przed wypowiedzeniem tych słów na głos.
- Chodziło mi tylko o to, że gdybyśmy wtedy popłynęli, to to by było... - poruszył dłonią i przewrócił oczami, szukając odpowiednich słów - To by było właśnie takie. Do tego by się sprowadzało i... prawdopodobnie mogłoby coś między nami zniszczyć. A ja tego nie chcę. Wolałbym, żeby to było bardziej... uczuciowe. Romantyczne.
Zamknął usta uświadamiając sobie, co powiedział i aż zabrakło mu tchu. Przełknął nerwowo ślinę i uciekł wzrokiem gdzieś w bok, bojąc się reakcji Menendeza.
- Znaczy... - zaczął niepewnie i znacznie ciszej - No, nieważne. Chodziło mi tylko o to, że w kiblu nie powinno tak być. Nie tak, nie... Nieważne.
Nie był wcale pewien, czy Salvador czuje do niego coś więcej - owszem, całował go i mówił, że mu się podobało, chyba też wspomniał, że o tym marzył - a może to się Saulowi teraz tylko wydawało? Może dopowiedział sobie w wyobraźni...? Tak czy inaczej, to nie oznaczało, że chciałby czegokolwiek romantycznego - a Devlin tu już wyjeżdża z takimi rzeczami jak jakiś idiota.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skinął głową, zgadzając się ze słowami przyjaciela - faktycznie, wziąłby go wtedy, w tym kiblu, gdyby chciał go jedynie przelecieć. Nie przejmowałby się otoczeniem i ewentualnym późniejszym kacem moralnym, zwłaszcza będąc na prochach i tak podnieconym, jak był wtedy, czując go tak blisko siebie. Uznał - i Saul najwyraźniej też - że skoro tego nie zrobił, to jednak znaczyło, że mu zależało i że nie chodziło wyłącznie o seks.
Po kolejnych słowach, gdy Devlin uciekł wzrokiem, zasłonił usta i ewidentnie wyglądał na zawstydzonego, zamrugał oczami, zaskoczony, nie bardzo rozumiejąc co się stało i za co Saul go właściwie przepraszał. Sięgnął po swój kufelek i upił z niego parę łyków, uznając, że może alkohol pomoże mu zebrać myśli na tyle, żeby wymyślić coś mądrego, tak się jednak nie stało. I mimo że Saul nie przepraszał go dosłownie, bo nie użył tego słowa, to cała jego postawa to właśnie mówiła, a akurat na czytaniu ludzkich emocji z ciała był całkiem niezły. Nie był pewien czy nauczyło go tego więzienie, gang czy może sam Meksyk per se, ale rzadko kiedy się mylił, jeśli chodziło o odczytanie czyjegoś nastroju na podstawie tego, jak się zachowywał. Saul ewidentnie żałował swoich słów i chciałby je cofnąć.
- Oye, oye, mírame - wyszeptał cicho, ujmując łagodnie jego twarz w dłonie i skłonił go tym samym, żeby skupił wzrok na nim; jeśli nawet nie chciał i uciekał wzrokiem, to i tak teraz miał przed sobą twarz Salvadora, łagodną i z lekko zmarszczonymi brwiami, bo nadal nie bardzo rozumiał za co konkretnie Devlin tak bardzo przepraszał i co takiego powiedział, że teraz żałował. - Todo está bien. No pasa nada. - szeptał dalej, spokojnie i kojąco, przysuwając się do niego delikatnie i całując go ostrożnie w czoło. Kciukami gładził delikatnie policzki mężczyzny, próbując go uspokoić. - Masz rację. Gdybyśmy to zrobili w klubie, to byłby to po prostu tylko seks. A ja nie chcę, żeby to był tylko seks. - trącił nosem o nos Devlina. - Chciałbym dać ci przyjemność, szczęście, poczucie bezpieczeństwa. Chciałbym się z tobą kochać, nie pieprzyć. - przytulił policzek do jego policzka, a potem przyciągnął go do siebie i przytulił, zamykając w ramionach i chcąc ochronić go teraz przed całym światem. - Está bien, está bien... - powtórzył jeszcze cichutko do jego ucha.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Odwrócił posłusznie głowę w stronę Menendeza, ale bał się spojrzeć w jego oczy mimo, że ten mówił, że wszystko jest dobrze. Jego serce tłukło się teraz w piersi jak oszalałe, a emocje Saula zrobiły jakiegoś dziwnego fikołka, mieszkając się ze sobą i tworząc mieszankę wybuchową, z której nigdy nie było wiadomo, co wyniknie. W tym momencie był tak napięty, że czuł, że zaraz dosłownie eksploduje. Kiedy więc usłyszał, że Salvador chciałby się z nim kochać, Devlin zamrugał zaskoczony, czując się, jakby ktoś sprzedał mu mocnego liścia. Popatrzył wreszcie w oczy przyjaciela na moment przed tym, jak ten przytulił do niego policzek. Saul nie mógł się w tym momencie poruszyć, ale poczuł łzy napływające mu do oczu (dobrze więc, że Meksykanin teraz na niego nie patrzył). Gdy jeszcze go przytulił, tego było dla Saula za dużo - tama puściła i emocje wylały się rzeką, objawiającą się łzami cieknącymi po policzkach. Starał się teraz nie oddychać, żeby Meksykanin nie zorientował się, że Devlin ryczy jak idiota - tym bardziej, że sam nie potrafił określić, dlaczego tak się poczuł, dlaczego płakał. A prawda była taka, że po prostu dlatego, że przez narkotyki trudniej było mu nad sobą panować: miał mniej hamulców, a te, które były, działały znacznie mniej sprawnie.Kłębiące się w nim emocje nagle odpuściły, pozostała radość, ulga i poczucie bycia dla kogoś istotnym. Bardzo dawno - o ile kiedykolwiek - nie słyszał, że ktoś chciałby się z nim kochać. Dawno też nikt nie traktował go tak delikatnie i czule, jak teraz Salvador. W końcu Saul objął go ramionami i wtulił się w niego, nadal próbując nie oddychać, żeby tylko Salva nie zauważył tego piekielnego płaczu.
Salvador Menendez