-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pewnym momencie jednak zamarł, słysząc dzwonek do drzwi. Spojrzał na nie podejrzliwie, marszcząc brwi i zastygając z dłońmi całymi oblepionymi mielonym mięsem, które mieszał właśnie z przyprawami. Zastanawiał się, czy nie zignorować niespodziewanego gościa, ale dzwonek zadzwonił ponownie.
- Mierda... - burknął pod nosem, opłukał ręce i powlókł się do wejścia, wycierając dłonie ściereczką. Trochę powłóczył nogami - tak mu było łatwiej chodzić - ale brnął niepewnie w stronę drzwi, zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinien najpierw sięgnąć po broń, schowaną w szafce nocnej. Przecież nikt nie wiedział, że on tu jest - nikt, oprócz Alvaro. Pielęgniarka miała przyjść dopiero za kilka godzin, żeby dopilnować, czy bierze ładnie leki i sprawdzić, czy nie trzeba mu w czymś pomóc. Ostatnio, dzięki Salvatierrze coraz mniej jej potrzebował, ale nie zamierzał rezygnować z jej usług, więc codziennie pojawiała się u niego jak w zegarku.
To nie była pora tego zegarka.
Kiedy zajrzał ostrożnie przez wizjer, ponownie zamarł. W progu stał... jego brat. Santiago poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy i całego ciała, kumulując się gdzieś w okolicy stóp i sprawiając, że te stały się niesamowicie ciężkie i niemożliwe do poruszenia.
- Qué jodér...? - wymamrotał szeptem, niemal bezgłośnie i prawie nie otwierając ust. Przecież Salazar nie wiedział, że Santiago żyje... Nie mógł tego wiedzieć, bo przecież Tiago mu nie powiedział. Nikomu nie powiedział. Więc co on tu, do diabła, robił?!
Zakręciło mu się w głowie, a serce tłukło się nieprzyjemnie w piersi. Cofnął się od drzwi na wyciągnięcie ręki, którą wciąż o nie opierał i patrzył na nie zaskoczony i - prawdę mówiąc - wystraszony. Widoku Alvaro tego pierwszego dnia zapewne również by się wystraszył, gdyby był wtedy bardziej przytomny. Zastanawiał się teraz, czy w ogóle otwierać te drzwi, czy udawać, że nie ma go w domu. Nerwowo zakrył usta wolną dłonią i ścisnął kości jarzmowe palcami, pocierając też nimi policzki. Opuścił dłoń, która do tej pory spoczywała na drzwiach i cofnął się jeszcze na krok, wciąż nerwowo zastanawiając się, co powinien zrobić. Wreszcie jednak uznał, że udawanie, że go nie ma, nic nie da; tym bardziej, że dzwonek znów zadzwonił (możliwe, że dobiegł do niego też głos brata, mówiącego prawdopodobnie coś w stylu "i tak wiem, że tam jesteś", choć tego Santiago nie był pewien, bo w tym momencie krew szumiała mu w uszach, powróciwszy do głowy ze zwielokrotnioną siłą). Przysunął się więc powoli do drzwi i otworzył je niepewnie, patrząc na brata szeroko otwartymi ze zdziwienia i niepokoju oczami, stając przed nim w swojej wiśniowej piżamie, boso.
- ¿Qué haces aquí? - zapytał, pozostając z półotwartymi w szoku ustami.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak czy inaczej - w pewien sobotni poranek miał chwilę na przejrzenie finansów rodzinnych (zwykle to on się tym zajmował, ale ostatnio nie miał do końca ani siły, ani czasu żeby robić to na bieżąco) i podczas przeliczania wydatków i wpływów z różnych kont bankowych (ze swojego, z Sergio, z ich wspólnego, a także z konta Santiago, do którego był upoważniony) odkrył coś niepokojącego - podejrzany ruch na koncie jego zmarłego brata. W pierwszej chwili przeanalizował czy nie chodziło o jakieś ustawione płatności cykliczne, ale gdy upewnił się, że ani kwoty, ani terminy nie łączą się ze sobą w żaden sensowny sposób uznał, że pewnie Alvaro korzysta z tych finansów, bo... no właśnie, bo co? Z tego co wiedział Salvatierra zarabiał całkiem nieźle, pracował w swoim zawodzie, w jakiejś renomowanej firmie w dodatku, więc... po co miałby ruszać środki z konta Tiago? Wiedział, że niedawno urodziło mu się dziecko (co nadal było dla niego szokiem szczerze mówiąc), ale nie wspominał o żadnych problemach finansowych. Z pewnym niepokojem chwycił więc za telefon i wybrał numer do Palermo. Pierwszy alarm uruchomił mu się w momencie, gdy usłyszał jego głos - był dziwnie spokojny, niemal szczęśliwy, przez telefon Salazar właściwie aż widział błysk w jego oczach. Kolejny alarm - na pytanie o znikające z konta Santiago pieniądze najpierw przez chwilę milczał, potem jego usta opuściło krótkie "eeee", a następnie próbował coś kręcić, ale średnio mu wychodziło - pływał znał go zbyt dobrze i zbyt długo, żeby dać się nabrać na te marne próby. W końcu, powoli tracąc cierpliwość, oparł plecy o oparcie krzesła, wzdychając ciężko i rzucił cierpko:
- Álvaro, no tengo energías para esto ahora mismo. Dime qué pasa. ¿Necesitas más dinero? ¿Pasó algo con el niño? ¿Has vuelto a las drogas? Sabes que si...
- ¡No, por Dios, Salazar! ¡No volví a las drogas, en serio! El bebé está bien. Es solo que...
Cisza, która nastąpiła później była ciężka, niemal dusząca. Salazar miał ochotę rzucić telefonem o ścianę, ale akurat sekundy przed tym jak do tego doszło usłyszał ciche:
- No debí habértelo dicho, se enojará conmigo... Maldita sea, vale, déjalo estar. Santiago está vivo. Él es el que se beneficia de ese dinero.
W tej chwili uporządkowany świat Martineza zawalił się niczym domek z kart zdmuchnięty przez zbyt silny podmuch wiatru. Salazar czuł się trochę tak, jakby prowadził jakieś przesłuchanie - Alvaro niechętnie odpowiadał na jakiekolwiek pytania, próbował odpowiadać jak najkrócej i jak najbardziej wymijająco, ale były pływak nie dał się tak łatwo zbyć - nie po tym, co usłyszał. Dowiedział się więc, że Santiago choruje, że po tym jak przeżył wybuch w tunelu zaszył się w Toronto i że Palermo też dowiedział się o tym stosunkowo niedawno i wcale nie od samego de la Serny.
Nie zastanawiał się długo - tego samego dnia powiedział o wszystkim Sergio, a dzień później był już w Toronto. Ostrzegł Palermo, żeby ten przypadkiem nie wypaplał Santiago, że Sal o wszystkim wie, oczywiście; z jednej strony nie chciał mu robić problemów, a z drugiej wolał zrobić "najście" bratu, a nie uprzedzać go w ten czy inny sposób o swoim przyjeździe. Po wylądowaniu w Kanadzie zostawił rzeczy w hotelu (wiedział, że będą musieli coś z Sergio kupić, coś swojego, skoro zamierzali zostać, a przecież nie uśmiechało im się mieszkanie na cudzym, ale to póki co mogło poczekać) i ruszył od razu pod podany mu wcześniej przez Alvaro adres. Był zły, chociaż już nie aż tak wściekły, jak na samym początku, gdy usłyszał o piekielnym pomyśle piekielnego brata, tym niemniej jednak podczas jazdy z hotelu do Guildwood taksówką zgrzytał zębami i rozstrzygał ich pierwszą potencjalną rozmowę tyle razy, że już niemal sam był w stanie sobie wmówić, że ta się odbyła i że spotkanie jest za nim. W końcu jednak kierowca odchrząknął, zwracając uwagę swojego pasażera, że zaparkował już pod wskazanym adresem i że ten może wysiadać. Salazar oderwał się więc od swoich myśl, zapłacił za kurs i podziękował krótko kierowcy, po czym wysiadł, wzdrygnął się z zimna - któryś już raz od wylądowania w Toronto - i podszedł do drzwi.
Nie był pewien ile razy dzwonił dzwonkiem, ale miał coraz większą ochotę zacząć się dobijać albo wręcz włamać (co jak co, ale włamywać się potrafił); w końcu jednak drzwi uchyliły się, a w progu stanął Santiago. Chudszy, bledszy, bardziej mizerny, niż kiedyś, ale... żywy.
- Pequeño maldito bastardo - rzucił na przywitanie, natychmiast robiąc kilka kroków do przodu i tym samym wpraszając się do środka, po czym bez zastanowienia przywalił mu pięścią w szczękę. Nie bił się zbyt często, prawdę mówiąc był raczej pogodnym i ugodowym facetem, co najwyżej trochę pyskatym, więc ręka od razu dała o sobie znać tępym bólem. Wstrząsnął więc dłonią, krzywiąc się i popatrzył na swoje knykcie, a potem na szczękę Santiago. - Mam nadzieję, że ciebie też przynajmniej trochę zabolało - rzucił już po angielsku i prychnął pod nosem. Po chwili złapał go za poły tej jego wiśniowej piżamki, przyciągnął go do siebie i... po prostu oparł czoło o jego ramię, drżąc lekko i czując dreszcze przebiegające po całym ciele. - Imbécil - dodał jeszcze po chwili, już nieco ciszej, pociągając nosem, wciąż z palcami zaciśniętymi na tkaninie piżamy.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy oberwał pięścią w szczękę, zamroczyło go i przez chwilę nic nie widział i nie słyszał; ocknął się dopiero na podłodze. Nie stracił przytomności, a zamroczenie trwało najwyżej ułamki sekund - ot, tyle, ile wystarczyło, żeby się przewrócił i dotarł do poziomu. Prawdopodobnie uderzenie Sala nie zrobiłoby na nikim innym takiego wrażenia, ale... Santiago nie udawał choroby, naprawdę był osłabiony, więc siła ciosu była dla niego znacznie większa, niż w rzeczywistości - tym bardziej, że był zadany ze wściekłością, więc być może jednak włożył w to więcej siły, niż chciał. A być może wcale nie, a tylko Tiago tak to odczuł.
Kiedy brat przyciągnął go do siebie za koszulę i przyłożył czoło do jego ramienia, Kocur patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, pogrążony we własnych myślach, nieznacznie poruszając nerwowo szczęką. Oparł ręce na podłodze za sobą, siedząc teraz i... nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć. Szczęka pulsowała coraz mocniejszym, tępym bólem, ale on nie zwracał na to szczególnej uwagi. W jego piersi kłębiła się mieszanka emocji: od zażenowania i niepokoju, przez miłość do brata, wdzięczność, że może go znów zobaczyć, strach przed tym, że w takim razie on też będzie patrzył na jego śmierć, że skoro już dwie osoby wiedzą, to zaraz "cały świat" się dowie - cały jego świat. Poza tym bał się teraz Salazara: może i był niższy, ale tak wściekłego chyba Santiago nie widział go nigdy. Nie chciał też, żeby brat go znienawidził, a w tym momencie się tego obawiał - bo też Sal miałby do tego prawo. Tiago więc siedział tak na tej podłodze, nie poruszając się przez jakiś czas i wręcz bojąc oddychać, cały napięty. Taki widok również nie był częsty - można było go nawet tłuc przywiązanego do krzesła, a on tylko się śmiał, plując krwią. Można było trzymać mu broń przyłożoną do czoła, a on jedynie patrzył potencjalnemu strzelcowi prosto w oczy twardym, płomiennym spojrzeniem, wwiercającym się wgłąb czaszki. Ale teraz było inaczej - teraz bał się odrzucenia ze strony jednej z najbliższych mu na świecie osób, bał się jej złości i jej zranionych uczuć. Nie wiedział, co ma mu powiedzieć, bo żadne słowa nie wydawały się teraz właściwe. "Co ty tu robisz?" brzmiałoby jak odpędzanie go. "Przepraszam" byłoby puste i nic nie znaczące, śmierdzące, błahe. "Skąd wiesz?" wywołałoby kolejną falę słusznej furii. Przełknął więc tylko nerwowo ślinę, wciąż cały spięty, niemal nie oddychając.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez chwilę więc przytulał czoło do jego ramienia, oddychając coraz spokojniej, chociaż do pełnego spokoju było mu naprawdę daleko. W końcu jednak, widząc, że Santiago ewidentnie nie wie co zrobić z tym, że Salazar znów pojawił się w jego życiu, odsunął się od brata i podniósł się z podłogi, otrzepując swój płaszcz z jakichś niewidzialnych pyłków.
- Liczyłem przynajmniej na jakieś "cześć, braciszku" - mruknął, a właściwie burknął pod nosem; jego angielski był nienaganny, niemal amerykański, w końcu większość życia właściwie spędził w Nowym Orleanie. Być może zaciągał nieco "po tamtejszemu", lekko z francuska, ale nie zastanawiał się nad tym przesadnie. Zdjął płaszcz, odwiesił go na wieszak i zamknął z trzaskiem drzwi, zauważając, że do tej pory pozostawione były otwarte. To by wyjaśniało, że po wejściu do środka nadal czuł nieprzyjemny chłód. - W Nowym Orleanie jest teraz ponad dwadzieścia stopni. Tutaj jest chyba na minusie. Okropieństwo. - skrzywił się, choć widać było, że wcale nie ma ochoty mówić teraz o pogodzie. Uznał jednak, że nie będzie mówił o niczym ważniejszym, bo rozmawianie ze ścianą mu się nie uśmiechało. - Masz w domu whisky? Albo chociaż wino? - nie czekając na odpowiedź, bo i tak domyślał się, że jej nie dostanie, ruszył do kuchni, podwijając po drodze rękawy marynarki. Miał na sobie jakieś milion warstw, co już samo w sobie go drażniło, ale musiał się odpowiednio przygotować na pogodę, do której absolutnie nie był przyzwyczajony.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Hola, hermanito - odpowiedział w końcu, wciąż z zamkniętymi oczami i pochyloną głową. Wreszcie pozbierał się z podłogi, otrzepał piżamę i przyszedł za nim do kuchni - Tak, mam piwo, wino, whisky, co chcesz. Częstuj się - machnął ręką w stronę lodówki i barku. Poruszył szczęką, chcąc jakoś rozruszać ten ból po uderzeniu. Pomasował ją chwilę palcami, wpatrując się w blat kuchenny i wciąż zastanawiając się, co ma powiedzieć - Co u was? U ciebie i Sergio? - zapytał w końcu, zwracając spojrzenie na brata i wewnętrznie zbierając wszystkie siły, żeby przywołać dawnego siebie: tego, który jest skończonym skurwysynem, po którym wszystko spływa. Wreszcie wyprostował się całkiem (do tej pory - czego wcześniej nie zauważył - miał delikatnie przygarbione ramiona), wyminął brata i sięgnął do barku. Nalał im obu whisky, jedną szklankę podał Salazarowi i gestem zaprosił go do salonu. Zgarnął ze stolika kawowego przed telewizorem talerze i sztućce dla dwóch osób, które wcześniej przygotował na spodziewaną wieczorną kolację z Alvaro. Teraz by przeszkadzały. Chwilę później zgarnął świecznik i postawił go na szafce, po czym rozsiadł się w fotelu z nogą na nogę, w swojej dawnej, właściwej sobie pozycji pana i władcy, patrząc na Sala w ten swój dawny twardy sposób szefa wszystkich szefów, któremu nie da się podskoczyć. W jego oczach czaił się jednak wciąż cień niepokoju.
- Wybacz, że przyjmuję cię w takim niewłaściwym stroju, ale doprawdy nie spodziewałem się gości.
Jego angielski był również całkiem dobry, choć słychać było w nim hiszpański akcent. Nie ranił w uszy, ale był wyczuwalny. Ostatecznie częściej w życiu posługiwał się hiszpańskim, niż angielskim.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Zastanowił się chwilę nad pytaniem o to co u niego i Sergio. W pierwszym momencie miał ochotę odpyskować, że nie przyszedł tu po to, żeby rozmawiać o nich, ale z drugiej strony wiedział, że nie było to najlepszym pomysłem. Może to dziwnie zabrzmi, ale nie przyszedł tu też po to, żeby się kłócić z Santiago, więc postanowił, że to pytanie potraktuje jako swego rodzaju "przejście" do normalnej rozmowy.
- Chyba dobrze, tak myślę. Nie kłócimy się więcej, niż klasyczne pary, nasza miłość też nie skończyła się zaraz po ślubie, co niektórzy nam wróżyli - parsknął śmiechem, opierając się biodrem o jedną z kuchennych półek i obserwował brata, który zabrał się za nalewanie alkoholu. Widział, jak zmieniła się jego postawa, jak z przygarbionego nagle stał się wyprostowanym, dawnym Santiago, pewnym siebie, aroganckim i ogólnie nieprzystępnym dupkiem. On sam nigdy specjalnie nie nabierał się na tę jego maskę, ale pozwolił mu teraz na założenie jej, uznając, że skoro jemu to pomaga, to niech tak będzie.
Gdy Tiago zaprosił go gestem do salonu ruszył za nim, wypijając po drodze dwa potężne łyki ze swojej szklanki. Widział, że Santiago sprzątał jakieś rzeczy, akcesoria, które nazwałby "takimi na kolację przy świecach" i uniósł lekko brwi, nieświadomie, zaskoczony tym odkryciem. Najwyraźniej jego bratu nie powodziło się tak znowu źle.
- Nie ma dla mnie znaczenia w czym mnie przyjmujesz, ważne, że w ogóle cię widzę - wywrócił oczami, zajmując z cichym westchnieniem miejsce na kanapie i opierając łokieć o podłokietnik. Rozejrzał się po salonie, dostrzegając szczegóły, które nie do końca pasowały na takie, o które posądzałby jego brata. Było tam trochę zdjęć, poduszek i cała masa "ozdóbek", ale postanowił tego na razie nie komentować. Nie chciały mu jednak wyjść z głowy te przedmioty, które Santiago zgarnął, między innymi świecznik i talerze. Zestaw dla dwóch osób. Zestaw randkowy. - Spotykasz się z kimś? - zapytał więc po chwili, zanim zdążył ugryźć się w język.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy z ust Salazara padło kolejne zdanie: o tym, że ważne, że w ogóle może zobaczyć swojego młodszego brata; Tiago rzucił mu krótkie spojrzenie, ale zaraz znów powrócił do studiowania światła w swojej whisky. Jego twarz była stężała i kamienna - dla wielu byłaby pozbawiona wyrazu, ale dla jego brata zapewne było widoczne napięcie. Santiago jeszcze się nie uspokoił i tak naprawdę wciąż bał się tej rozmowy. Wiedział doskonale, do czego ona w końcu dobrnie i wcale nie czuł się z tym dobrze. Nie czuł się dobrze z samą obecnością Salazara tutaj, bo miał poczucie winy. Doskonale wiedział, ze według świata nie powinien się tak zachować, jak się zachował i rozumiał ich uczucia, bo sam z pewnością też byłby rozżalony i wściekły, gdyby ktoś tak potraktował jego. Tym niemniej wciąż uważał, że zachował się słusznie. Nie wszystko, co jest dla kogoś dobre, jest równocześnie przyjemne.
Pokręcił głową i napił się, słysząc ostatnie pytanie, ale nadal nie patrząc na brata. Nie miał odwagi.
- Nie spotykam. Mieszkam.
Oparł łokieć na podłokietniku i przygryzł paznokieć kciuka, w końcu zwracając spojrzenie na Martineza.
- Nadal mieszkacie w Nowym Orleanie? - zapytał, trochę niewyraźnie, bo wciąż z paznokciem w zębach - A - poruszył dłonią, na chwilę uwalniając usta, by zaraz paznokieć powrócił w to samo miejsce - no tak, przecież mówiłeś, że tam jest teraz znacznie cieplej i widzę, że zmarzłeś, co oznaczałoby, że owszem, stamtąd właśnie przyjechałeś. Pięknie tam jest, muszę przyznać. Wybraliście sobie dobre miejsce do życia. Coś się u was zmieniło przez... ten czas, kiedy się nie widzieliśmy?
Kilka razy w ciągu całej tej wypowiedzi przychodziły mu do głowy słowa, nawiązujące do powodu wizyty Salazara, ale za każdym razem jednak skrzętnie je omijał, bojąc się sam zaczynać ten temat.
Salazar Martinez