Decyzję o przyjeździe do Toronto podjął właściwie natychmiastowo po rozmowie z Alvaro. W czasie półtorej roku, który minął od śmierci brata, Salazar - jako ten starszy i dojrzały - starał się co jakiś czas dzwonić do "młodego", żeby sprawdzić w jakim ten jest stanie. Początkowo Salvatierra nie odbierał od niego telefonów, z czasem jednak zaczął to robić; ich rozmowy nie były może wyjątkowo długie i częste, ale Sal miał przynajmniej poczucie, że próbuje ten kontakt nawiązać. Nie powiedziałby może, że byli przyjaciółmi, ale byli w jakimś sensie rodziną, a o rodzinę trzeba dbać.
Tak czy inaczej - w pewien sobotni poranek miał chwilę na przejrzenie finansów rodzinnych (zwykle to on się tym zajmował, ale ostatnio nie miał do końca ani siły, ani czasu żeby robić to na bieżąco) i podczas przeliczania wydatków i wpływów z różnych kont bankowych (ze swojego, z Sergio, z ich wspólnego, a także z konta Santiago, do którego był upoważniony) odkrył coś niepokojącego - podejrzany ruch na koncie jego zmarłego brata. W pierwszej chwili przeanalizował czy nie chodziło o jakieś ustawione płatności cykliczne, ale gdy upewnił się, że ani kwoty, ani terminy nie łączą się ze sobą w żaden sensowny sposób uznał, że pewnie Alvaro korzysta z tych finansów, bo... no właśnie, bo co? Z tego co wiedział Salvatierra zarabiał całkiem nieźle, pracował w swoim zawodzie, w jakiejś renomowanej firmie w dodatku, więc... po co miałby ruszać środki z konta Tiago? Wiedział, że niedawno urodziło mu się dziecko (co nadal było dla niego szokiem szczerze mówiąc), ale nie wspominał o żadnych problemach finansowych. Z pewnym niepokojem chwycił więc za telefon i wybrał numer do Palermo. Pierwszy alarm uruchomił mu się w momencie, gdy usłyszał jego głos - był dziwnie spokojny, niemal szczęśliwy, przez telefon Salazar właściwie aż widział błysk w jego oczach. Kolejny alarm - na pytanie o znikające z konta Santiago pieniądze najpierw przez chwilę milczał, potem jego usta opuściło krótkie "eeee", a następnie próbował coś kręcić, ale średnio mu wychodziło - pływał znał go zbyt dobrze i zbyt długo, żeby dać się nabrać na te marne próby. W końcu, powoli tracąc cierpliwość, oparł plecy o oparcie krzesła, wzdychając ciężko i rzucił cierpko:
- Álvaro, no tengo energías para esto ahora mismo. Dime qué pasa. ¿Necesitas más dinero? ¿Pasó algo con el niño? ¿Has vuelto a las drogas? Sabes que si...
-
¡No, por Dios, Salazar! ¡No volví a las drogas, en serio! El bebé está bien. Es solo que...
Cisza, która nastąpiła później była ciężka, niemal dusząca. Salazar miał ochotę rzucić telefonem o ścianę, ale akurat sekundy przed tym jak do tego doszło usłyszał ciche:
- No debí habértelo dicho, se enojará conmigo... Maldita sea, vale, déjalo estar. Santiago está vivo. Él es el que se beneficia de ese dinero.
W tej chwili uporządkowany świat Martineza zawalił się niczym domek z kart zdmuchnięty przez zbyt silny podmuch wiatru. Salazar czuł się trochę tak, jakby prowadził jakieś przesłuchanie - Alvaro niechętnie odpowiadał na jakiekolwiek pytania, próbował odpowiadać jak najkrócej i jak najbardziej wymijająco, ale były pływak nie dał się tak łatwo zbyć - nie po tym, co usłyszał. Dowiedział się więc, że Santiago choruje, że po tym jak przeżył wybuch w tunelu zaszył się w Toronto i że Palermo też dowiedział się o tym stosunkowo niedawno i wcale nie od samego de la Serny.
Nie zastanawiał się długo - tego samego dnia powiedział o wszystkim Sergio, a dzień później był już w Toronto. Ostrzegł Palermo, żeby ten przypadkiem nie wypaplał Santiago, że Sal o wszystkim wie, oczywiście; z jednej strony nie chciał mu robić problemów, a z drugiej wolał zrobić "najście" bratu, a nie uprzedzać go w ten czy inny sposób o swoim przyjeździe. Po wylądowaniu w Kanadzie zostawił rzeczy w hotelu (wiedział, że będą musieli coś z Sergio kupić, coś swojego, skoro zamierzali zostać, a przecież nie uśmiechało im się mieszkanie na cudzym, ale to póki co mogło poczekać) i ruszył od razu pod podany mu wcześniej przez Alvaro adres. Był zły, chociaż już nie aż tak wściekły, jak na samym początku, gdy usłyszał o piekielnym pomyśle piekielnego brata, tym niemniej jednak podczas jazdy z hotelu do Guildwood taksówką zgrzytał zębami i rozstrzygał ich pierwszą potencjalną rozmowę tyle razy, że już niemal sam był w stanie sobie wmówić, że ta się odbyła i że spotkanie jest za nim. W końcu jednak kierowca odchrząknął, zwracając uwagę swojego pasażera, że zaparkował już pod wskazanym adresem i że ten może wysiadać. Salazar oderwał się więc od swoich myśl, zapłacił za kurs i podziękował krótko kierowcy, po czym wysiadł, wzdrygnął się z zimna - któryś już raz od wylądowania w Toronto - i podszedł do drzwi.
Nie był pewien ile razy dzwonił dzwonkiem, ale miał coraz większą ochotę zacząć się dobijać albo wręcz włamać (co jak co, ale włamywać się potrafił); w końcu jednak drzwi uchyliły się, a w progu stanął Santiago. Chudszy, bledszy, bardziej mizerny, niż kiedyś, ale... żywy.
-
Pequeño maldito bastardo - rzucił na przywitanie, natychmiast robiąc kilka kroków do przodu i tym samym wpraszając się do środka, po czym bez zastanowienia przywalił mu pięścią w szczękę. Nie bił się zbyt często, prawdę mówiąc był raczej pogodnym i ugodowym facetem, co najwyżej trochę pyskatym, więc ręka od razu dała o sobie znać tępym bólem. Wstrząsnął więc dłonią, krzywiąc się i popatrzył na swoje knykcie, a potem na szczękę Santiago. -
Mam nadzieję, że ciebie też przynajmniej trochę zabolało - rzucił już po angielsku i prychnął pod nosem. Po chwili złapał go za poły tej jego wiśniowej piżamki, przyciągnął go do siebie i... po prostu oparł czoło o jego ramię, drżąc lekko i czując dreszcze przebiegające po całym ciele. -
Imbécil - dodał jeszcze po chwili, już nieco ciszej, pociągając nosem, wciąż z palcami zaciśniętymi na tkaninie piżamy.
Santiago de la Serna