-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bailey miał to szczęście, że miał wysoko postawionego wujka, który zadbał o niego nie tylko za kratkami, lecz również wtedy, gdy wyszedł na wolność, dzięki czemu nie musiał martwić się o to, co ze sobą pocznie. Nie mógł wrócić do tego, co robił przed więzieniem, jeszcze nie. Wiedział, że teraz przyciągał zbyt wiele uwagi, ale do normalnej pracy też nie mógł pójść. Pomijając to, że nie miał żadnego doświadczenia, bo całe swoje życie “pracował” ze znajomymi wujka, to jeszcze kto chciałby go przyjąć po odsiadce? Na szczęście również na to coś zaradził jego wujek, przedstawiając go swojemu znajomemu.
Ten zaś zaproponował Harriganowi, żeby zadbał o bezpieczeństwo jego córki, w zamian za co otrzymał legalne zatrudnienie, żeby nikt nie mógł się do niego doczepić. Poza tym pieniądze były niezłe, a jakby tego było mało, dostał własny kąt w niezłym miejscu, co akurat mu się przydało, bo wynajmowane przez niego mieszkanie przepadło, gdy trafił do więzienia, a przecież nie mógł zamieszkać z matką…
Dziś przyjechał do swojego nowego domu, a zarazem miejsca pracy, gdzie w pierwszej kolejności miał zadomowić się. Pracę zaczynał dopiero od jutra, dlatego na początek poszedł po prostu do swojego domku przy basenie, który od dziś miał być jego czterema ścianami. Nic wielkiego czy imponującego, ale dla Baileya było to w pełni wystarczające.
I o niebo lepsze od jego “pokoju” z ostatnich trzech lat. Poza tym mieszkanie to miało być dla niego po prostu wygodne, skoro miał mieć oko na kobietę, która mieszkała w domu, do którego domek przy basenie przynależał. Stąd miał do niej blisko i kontrolę nad sytuacją na miejscu, co zaobserwował, wyglądając przez okno prowadzące właśnie na ów budynek.
Spoglądał tam jednak tylko jeszcze przez chwilę, zanim wziął się za rozpakowywanie swojego dobytku, który zmieścił się w zaledwie jednej torbie. Nie miał nic więcej, większość rzeczy gdzieś przepadła pod jego nieobecność, czego się spodziewał i nie był tym mocno przejęty, Stracił jedynie rzeczy, które łatwo można było zastąpić, a to, co najcenniejsze, zostało już wcześniej ukryte w bezpiecznym miejscu, z którego nie zamierzał tego na razie zabierać.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tyle tylko, że tym razem nic jej nie groziło. Ta drobna stłuczka była tylko głupim błędem, w dodatku takim, za który samodzielnie odpowiadała, ponieważ tym razem nie zostało to sprowokowane przed nikogo z zewnątrz. W Toronto naprawdę była b e z p i e c z n a, co oznaczało, że plan jej ojca się powiódł.
Odesłał ją tu, dzięki czemu nie musiał martwić się o jej życie.
I naprawdę nie przypuszczała, że znowu zacznie, dlatego dzisiejsza rozmowa z nim całkowicie wybiła ją z rytmu. Już w momencie, w którym usłyszała, że mogła potrzebować ochrony poczuła, że coś się w niej zagotowało. Wiedziała, że ta część obstawy kasyna, którą sam tutaj przysłał, cały czas patrzyła jej na ręce. Ostatnie, czego chciała, to aby ktoś robił to także poza nim.
Wściekła się. Coś dosłownie się w niej zagotowało, jednak przez telefon niewiele była w stanie zrobić. Na pewno nie po tym, jak ojciec z łatwością wykręcił się rzekomym biznesowym spotkaniem i tak po prostu się rozłączył, po raz kolejny udowadniając, że bynajmniej nie traktował jej poważnie.
Jak zresztą miałby, skoro najwyraźniej nadal widział w niej małą dziewczynkę, która znów potrzebowała n i a ń k i?
Myśląc o tym postanowiła wyrwać się z kasyna. Zamówiła ubera i czym prędzej pognała w stronę domu, w którym czekać miał na nią nowy o c h r o n i a r z. Już w chwili, w której wpadła do mieszkania, gotowa była skoczyć mu do gardła, by czym prędzej go stąd przepędzić.
Rzecz w tym, że wcale go tam nie zastała.
Dopiero po dłuższej chwili wyjrzała przez okno i dostrzegła, że ktoś kręcił się po domku przy basenie. Wypuściła głośniej powietrze i popędziła prosto tam, nawet przez chwilę nie myśląc o tym, że być może wypadało zapukać. Wciąż była przecież u siebie. — Nie rozpędzaj się z tym — odezwała się chwilę po tym, jak skinęła głową w stronę rozpakowywanych przez niego rzeczy. — Nie wiem na co umówiłeś się z moim ojcem, ale to nie wypali — zadeklarowała i pokręciła głową na boki.
W Toronto rządziła przecież ona.
Mindy Montague
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale nawet jakby decyzja o zatrudnieniu ochroniarza dla córki wbrew jej woli była irracjonalna, to Baileyowi nic do tego. Dla niego to była praca, której potrzebował, więc tak czy inaczej zamierzał ją przyjąć i być niczym cień Mindy, aby wykonać swoją robotę jak należy. Zatrudniając Baileya można było być pewnym, że wykona swoją pracę porządnie, dlatego pan Montague mógł być spokojny o swoją córkę.
Ona zaś nie musiała doceniać tego, co Bailey będzie dla niej robił. Nie musiała nawet chcieć, żeby ją pilnował. Brunet i tak miał się tym zajmować, więc powinna zacząć przyzwyczajać się do jego obecności, zamiast zakładać, że nie zabawi tu zbyt długo. To ona nie powinna liczyć, że postawi tu na swoim. Harrigan zauważył, jak zdecydowany był jej ojciec, żeby zadbać o bezpieczeństwo swojej córki, więc nie sądził, że odpuści ze względu na jej kaprysy, przed którymi, tak swoją drogą, Harrigan został wcześniej ostrzeżony.
– Wspominał, że możesz coś takiego powiedzieć – przyznał, a na jego twarz wkradł się zadziorny uśmiech, mówiący, że lekko bawiło go to, jak dobrze ojciec ją znał i przewidywał jej ruchy, odnośnie których przekazał Baileyowi dokładne instrukcje. – Mówił też, że możesz być oporna, ale mam się tym nie przejmować – wzruszył ramionami, jasno przedstawiając swoje stanowisko. Nie zamierzał przejmować się jej skargami i narzekaniami, ponieważ był tutaj na życzenie jej ojca, który go zatrudnił i polecił mu, żeby zadbał o bezpieczeństwo Mindy. I dokładnie to Harrigan zamierzał zrobić, nie przejmując się jej protestami.
– I mam prośbę. Na przyszłość pukaj przed wejściem tutaj – dodał, nie po to, żeby ją rozdrażnić czy pokazać jej miejsce. Ten domek miał być najwyraźniej jedynym miejscem, gdzie będzie mógł liczyć na jakąś prywatność tak długo, jak będzie pracował dla jej rodziny, więc chciałby, żeby nikt nie naruszał jego przestrzeni w niewłaściwych momentach.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie działo się również nic, co powinno zaniepokoić jego, ale najwyraźniej jej ojciec był już przewrażliwiony. Być może był to efekt tego, że uwikłał się we współpracę z podejrzanymi ludźmi, dzięki czemu nie był już w stanie spać spokojnie, a Mindy musiała ponosić tego cenę, choć wcale się na to nie pisała.
Pierwszą była przeprowadzka, a kolejną był ewidentny brak wolności, której nie miała nawet tutaj - setki mil od domu.
Była zatem w ś c i e k ł a. Choć głównie na ojca, to jednak mimo wszystko nieco złości ulokowała także w mężczyźnie, który zgodził się przyjąć tę pracę, choć ona nikogo takiego dla siebie nie szukała. Nie przypuszczała też, że ewentualne prośby mogłyby przekonać go do rezygnacji, ponieważ miała już pewne pojęcie na temat tego, z jakimi ludźmi współpracował jej ojciec. Jeśli już wchodzili z nim w układy, zwykle byli w nich naprawdę wytrwali, a to z kolei stawiało ją w jeszcze bardziej niekorzystnej sytuacji.
Jedna z jej brwi wystrzeliła ku górze, kiedy przywołał rzekome słowa jej ojca. Z jakiegoś powodu sprawiło to, że Mindy zagotowała się jeszcze bardziej, a zanim cokolwiek powiedziała, wzniosła spojrzenie ku niebu. — A dlaczego ja miałabym przejmować się tym? — odbiła piłeczkę, ewidentnie zirytowana faktem, że już na starcie oznajmił, iż nie zamierza przywiązywać zbyt dużej wagi do tego, co mówiła ona. W odwecie zamierzała oczywiście odpłacić mu się tym samym.
— To mój dom i nigdzie nie zamierzam pukać, ale jeśli tobie się to nie podoba to mogę zdradzić ci perfekcyjne rozwiązanie — spojrzała na niego w wymowny sposób. Sugerowanie mu wyprowadzki mogło okazać się na nic, ponieważ pomimo tego, że to ona zajmowała dom, jego prawowitym właścicielem był jej ojciec. Teoretycznie to on odpowiadał za to, kto zatrzymywał się w środku, zatem być może Mindy powinna być mu wdzięczna za to, że swojemu p r a c o w n i k o w i nie zaproponował jednego z dostępnych wewnątrz pokojów.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Można powiedzieć, że Bailey był złem koniecznym w jej życiu, które musiała nauczyć się tolerować. Nie cieszyła jej jego obecność, ale nie był tu po to, żeby uprzykrzyć jej życie, tylko przypilnować, żeby ludzie ze świata jej ojca nie spróbowali jej wykorzystać. I Harrigan zamierzał dopilnować, żeby do tego nie doszło.
A im szybciej Mindy to wszystko zaakceptuje, tym szybciej będą mogli przejść do porządku dziennego bez zbędnych komplikacji, bo po co walczyć ze sobą i szukać sposobów na pozbycie się go, jak mogła po prostu zająć się swoimi sprawami, w których on nie zamierzał jej przeszkadzać? Zamierzał być jak jej cień, ale to tyle. Nie był tu po to, żeby czegokolwiek jej zabraniać lub w czymś przeszkadzać. Chyba, że uznałby to za skrajną głupotę i proszenie się o guza, ale Mindy nie wyglądała mu na taką, która pakowałaby się w podobne rzeczy. Także ta współpraca mogła pójść gładko, ale niestety, na to się nie zanosiło.
– Mogę zacząć zamykać drzwi na klucz albo najlepiej wstawić własne zamki, wiem – “zgodził się” z nią, po czym posłał blondynce wymuszony uśmiech. Wiedział, że miała na myśli coś zupełnie innego, ale słusznie założyła, że nie przekona go do wyprowadzki. Bailey nigdzie nie miał się stąd ruszyć, dopóki nie poprosi go o to jej ojciec. Jeśli więc chciała się go pozbyć, musiała rozmawiać ze swoim tatą, nie z Harriganem.
Poza tym, naprawdę myślała, że wygnanie go coś zmieni? Jak on by się nie sprawdził, jej ojciec pewnie ściągnąłby tu kogoś innego.
– Naprawdę chcesz zaczynać w ten sposób? – zapytał już odcinając się od poprzedniej, złośliwej wymiany. Czy naprawdę chciała już na start rozpoczynać walkę z nim, zamiast zadbać o neutralną relację, aby wszystko toczyło się spokojnie, bez psucia sobie humorów?
To naprawdę nie musiało wyglądać tak źle. I Baileyowi odpowiadałoby, gdyby udało im się jakoś ze sobą dogadać.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zawsze na głowie miał coś innego, ważniejszego, nie potrafiąc przyjąć jej bliżej nawet wtedy, kiedy zmarła jej matka. Montague mogła więc wydawać się silna, jednak w rzeczywistości niczego nie pragnęła bardziej, niż jego aprobaty. To zaś oznaczało, iż nie chciała, aby ktoś spoglądał na jej ewentualne potknięcia, o których później mógłby jej donieść.
A kimś takim była w jej oczach osoba, która miała towarzyszyć jej w s z ę d z i e.
Nic więc dziwnego, że ani trochę nie była zadowolona z faktu, iż jej ojciec postanowił zorganizować jej własnego ochroniarza. Jeszcze bardziej wściekała się na myśl o tym, że jak zwykle podejmował decyzję bez konsultacji z nią, czym tylko udowadniał, że nie traktował jej poważnie. W jego oczach wciąż była tą małą, kruchą dziewczynką, która potrzebowała niańki, a przecież to wcale nie tak, że musiała mieć obok kogoś, kto przez wszystko będzie prowadził ją za rękę.
Innymi słowy, Bailey był jej tutaj absolutnie n i e p o t r z e b n y.
A gdyby tego było mało, był też niesamowicie denerwujący, co zarejestrowała już na samym początku. Kiedy usłyszała jego komentarz, posłała mu jedno z tych morderczych spojrzeń, którym chciała dać mu do zrozumienia, że trochę się jednak zagalopował. To był j e j dom i miały tu panować j e j zasady.
— Nie chcę w ogóle tego zaczynać, ale to z jakiegoś powodu w ogóle was nie obchodzi — wymamrotała, po czym uśmiechnęła się sztucznie. Nie było nic, co mógłby powiedzieć lub zrobić, aby przekonać ją do tego, że ich relacja mogłaby zakrawać o w s p ó ł p r a c ę. — Siedź tu sobie, jeśli tak się umówiliście, ale nie chcę cię widzieć w pobliżu siebie. Ani kasyna — podkreśliła, chwilę później zaciskając usta w wąską linię. Sama myśl o tym, że miałby jej towarzyszyć sprawiała, że była zdenerwowana na tyle, iż mogła być pewna, że nie dałaby rady spokojnie wówczas pracować.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo właśnie tak w tej chwili widział Mindy. Tej ocenie nie pomogły słowa jej ojca, który od razu ostrzegł go, że nie będzie z nią lekko. Bailey przez to wyobraził ją sobie jako rozkapryszoną, bogatą córeczkę, która tupie nogami, kiedy coś nie idzie po jej myśli. I na razie, niestety, tylko potwierdzała to przypuszczenie.
A szkoda, bo być może mogliby jakoś ułatwić sobie życie, ale to najwyraźniej nie było możliwe. Ale jeśli myślała, że uda jej się zniechęcić Harrigana, to była w ogromnym błędzie, bo on nigdzie się nie ruszał. Skoro do czegoś się zobowiązał, to zamierzał to wykonać. Tym bardziej, że ręczył za niego wujek i nie mógł zrobić nic, co zaszkodziłoby jego opinii. To było dla bruneta dodatkową motywacją, aby jakoś przełknąć kaprysy Montague.
Widząc jej wymuszony uśmiech, odpowiedział jej dokładnie takim samym. – Ja tu tylko pracuję – wzruszył ramionami. Nie mógł jej pomóc, bo nie był tu decyzyjny. Po prostu go zatrudniono. Gdyby to nie on tu się znalazł, to byłby tu ktoś inny, więc rozmawiała o tym z niewłaściwą osobą, ponieważ Bailey nie mógł jej pomóc. Jedyną osobą, która mogłaby rozwiązać jej problem, był jej ojciec, ale brunet wątpił, że do tego dojdzie, bo to przecież on go tutaj ściągnął…
– A może po prostu zamiast tego powiesz mi, kiedy cię tam zawieźć? – wyszedł z kontrpropozycją, dając jej w ten sposób do zrozumienia, że nie mógł spełnić jej życzenia i powinna spodziewać się go w kasynie. Skoro ona tam bywała, to on również musiał się tam pojawiać, ale mogła być spokojna – nie obchodziła go jej praca. Nie był tu po to, aby zdawać jej ojcu raport z tego, jak sobie z nią radziła. Miał tylko pilnować, żeby nikt jej nie zagrażał, a nie donosić na nią. Mogła, jak dotychczas, robić to, co tylko chciała.
Musiała tylko nauczyć się tolerować jego obecność w pobliżu, bo miał się trzymać blisko.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oraz prawdopodobnie nieczystymi interesami.
Mimo to nie była roszczeniowa, a przynajmniej nie była taka w k a ż d e j sytuacji. Trudno jednak zachowywać się inaczej, kiedy ojciec w pewnym sensie próbował ograniczyć jej wolność. Bo tak, Mindy właśnie tak odbierała to, że wbrew jej woli ściągnął jej na głowę faceta, który miał ją s z p i e g o w a ć. Sama myśl o tym sprawiała, że Montague bliska była dostania szału.
Niczemu nie pomagał fakt, że Bailey zdawał się w ogóle tego nie rozumieć. Za sprawą jej pretensji nie spokorniał ani trochę, ale czy mogła spodziewać się czegoś innego? Oczywistym było przecież, że jej ojciec zdecyduje się na zawodnika, który będzie dostatecznie dobry, aby stawić jej czoła.
I nie zmieni zdania po tym, jak Mindy kilka razy krzywo na niego spojrzy.
A właśnie to zrobiła, kiedy Harrigan wspomniał, że tu p r a c o w a ł. Być może łatwiej byłoby jej znieść ten fakt, gdyby nie zapowiadało się na to, że będzie miała go tu c i ą g l e, co dodatkowo ją złościło. Coś jej bowiem podpowiadało, że wcale nie tak łatwo będzie przed nim uciec.
— Mam już kierowcę i potrafię jeździć sama — bzdura, przynajmniej to drugie, choć… czy przypadkiem to pierwsze również nie było już nie prawdą? Jej ojciec ściągnął go tu w dużej mierze przez to, że pewien czas temu zaliczyła stłuczkę po tym, jak mężczyzna, który ją woził, dostał dzień wolny. Przeczuwała zatem, jak się to skończy. Prawdopodobnie już teraz na jej biurku znajdowało się wypowiedzenie, ponieważ jej kierowca dostał lepszą ofertę pracy. Jej ojciec wiedział, jak postawić na swoim, a Mindy chyba powoli zaczynała rozumieć, że mogła nie mieć innego wyjścia, jak po prostu się temu poddać.
Mogła jednak przynajmniej w trakcie mu to utrudnić.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co nie znaczy, że planował przez cały czas siedzieć jej na karku. Jeśli będzie z nim współpracowała, to na pewno zdołają wypracować jakiś system, który będzie działał na korzyść obojga. Tylko najpierw musieliby się dogadać, a na to na razie się nie zanosiło, co Harrigan zrozumiał już na samym początku tej rozmowy. To zaś ani trochę go nie cieszyło, ale wcale nie znaczy, że miało go zniechęcić. Mindy miała tego pecha, że jej ojciec wybrał obowiązkowego faceta, który nie lubił odpuszczać, więc na pewno nie wywiesi białej flagi. Był na to zbyt uparty.
Dlatego niezależnie od tego, co Mindy mu powie, on nie miał zrezygnować.
– Masz, mnie – przeczucie jej nie oszukało, jej ojciec rzeczywiście dopilnował wszystkiego i dawny kierowca nie miał już nigdzie wozić Mindy. Jego obowiązki zostały przekazane Baileyowi, więc od teraz to z nim miała się kontaktować za każdym razem, gdy będzie potrzebowała gdzieś transportu. – Więc bez sensu, żebyś gdzieś jeździła sama – dodał i popatrzył na nią wymownie, co miało mniej więcej oznaczać tyle, że nie tego życzył sobie jej ojciec, który być może zrobił się przewrażliwiony po jej ostatnim wypadku. Harrigan jednak w to nie wnikał.
– Powinnaś zapisać sobie mój numer – wspomniał, starając się ustalić z nią przynajmniej jakieś podstawy, żeby nie musiał za nią gonić i patrzeć na jej każdy ruch. Jeśli chciała mieć choć trochę swobody, to musiała postawić na otwartą komunikację z nim. – Mogłabyś też podrzucić mi swoje plany na dzień, dwa, tydzień? Żebym nie musiał za każdym razem dopytywać o to, co zamierzasz robić – zaproponował, po czym lekko wzruszył ramionami. Ale choć rzucił to teraz, to nie spodziewał się osiągnąć sukcesu i załatwić wszystkiego, co próbował. Mimo to dobrze, żeby to chociaż zawisło w powietrzu.
Mindy Montague