-
Traciłem pod nogami ziemię, szukałem ratunku dla siebie. I wybacz - to ludzkie, że błądzę, niech wyjdzie nam to na dobre, bo nic nam nie może się stać
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkionatyp narracjityp narracjiczas narracjitrzecioosobowypostaćautor
Albo może to kwestia tego, że poprzedniego wieczora wypiła o jeden kieliszek wina za dużo, oglądając kolejny odcinek kolejnego głupiego randkowego reality show i teraz czuła się tak, jakby coś ją przejechało? Któż to może stwierdzić!
Tak czy siak, zmęczenie, jakie by ono nie było, nie mogło jej przeszkodzić w pojawieniu się na umówionym spotkaniu z przyjaciółką. Są rzeczy ważne i ważniejsze a w hierarachii wartości Ariadne zobowiązania wobec przyjaciół zajmowały jedną z najwyższych pozycji. Ciemne okulary miały maskować wory pod oczami i nieco zamglone spojrzenie a bronzer maskować bladość twarzy. Poza tym Ariadne wierzyła, że - jak to mówią - jebnie kawusie i będzie git. Zwłaszcza jeśli zakąsi to odpowiednim lunchem. A już jakiś czas temu odkryła, że lunch w polskiej restauracji to jedna z lepszych rzeczy, które można sobie zaserwować, gdy ma się nieco słabszy dzień.
Była przekonana, że do Poloneza przyjdzie pierwsza, ale wypatrzyła Lotte już po kilku krokach, które zrobiła przez restaurację. Podniosła rękę i pomachała do niej, zanim podeszła do stolika.
- Mam nadzieję, że dzisiaj w lunch menu są pierogi. Tatar i pierogi to coś, czego potrzebuję bardziej niż wielbłąd wody - wyrzuciła z siebie po odpowiednim przywitaniu, siadając na krześle. I czy przeszło jej przez myśl, że wielbłądy zazwyczaj w przysłowiach występowały jako zwierzęta, które właśnie nieszczególnie potrzebują dużych ilości wody? Nie. W tym stanie niekoniecznie.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Życie Charlotte przechodziło jakąś wielką rewolucję. Wszystko wydawało się być bardziej zagmatwane niż najbardziej skomplikowana rozprawa sądowa, z którą jak dotąd miała do czynienia. Wszystko za sprawą sąsiada, któremu chciała uprzykrzać życie na wszystkie możliwe sposoby. Z początku wydawały się to być zwykłe psikusy, nie robiące na nikim żadnego znaczenia. Tylko im bardziej robiło się to bardziej zagmatwane, tym bardziej nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Właśnie z tego powodu musiała spotkać się ze swoją przyjaciółką Ariadne. Ktoś musiał przemówić jej do rozsądku. Pokazać prawdziwą nienawiść wobec Williama, z którym sprawy robiły się coraz bardziej skomplikowane. Już nawet ta noc sylwestrowa z ewentualnym zakończeniem w jej łóżku przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro we wszystko wchodziła w grę cała jej rodzina. Przywitała się krótko, od razu pomachała i przywitała się z przyjaciółką. Wyglądała, jakby właśnie miała zamiar przekazać jej najgorsze wieści. Poniekąd tak własnie było, bo sama nie wiedziała, co dokładnie czuła, a co gorsze w jaki sposób powinna się zachować.
— Nie uwierzysz, co się stało — zaczyna Kovalski na samym wejściu, a jej oczy już błyszczą — a to czy będą dziś pierogi w menu to nasz najmniejszy problem moja droga — zaczyna, a kiedy kelner podaje im menu, jedynie posyła mu krótki uśmiech. Szybko przegląda je kątem oka, choć doskonale wie, co weźmie. W końcu miała polskie korzenie, a znajdowali się w polskiej knajpie. Wybór wydawał się aż nadto prosty. Wręcz banalny.
— Kojarzysz tego sąsiada, na którego zaaawsze Ci narzekałam? — oczywiście, że musiała znać. Charlotte często na niego narzekała. William Patel głośny imprezowicz, który psuł codzienny spokój apartamentu Kovalski. Teraz mogłaby go spokojnie nazwać koszmarem jej życia — słuchaj, to chyba będę w stanie nazwać historia życia, tak to jest popierdolone — zaczyna, jakby miała właśnie zacząć opowieść życia — i proszę, posłuchaj do końca, bo nie wiem, co powinnam z tym zrobić — zbyt wiele zagwozdek istniało, a komuś musiała o nich opowiedzieć. Aria wydawała się być najbardziej kompetentną osobą, aż dziwne, że jeszcze nie znała każdego najmniejszego szczegółu.
— Mojito i schabowy ze ziemniaczkami — rzuca do kelnera, gdy znowu do nich podchodzi. Wszystko miała już wybrane, a ważniejszym dla niej było opowiedzenie najmniejszego szczegółu przyjaciółce — a ty Aria, co zamawiasz? — zagaduje od razu, by pośpieszyć przyjaciółkę. Nie potrzebowała teraz niepotrzebnych par uszu.
-
Traciłem pod nogami ziemię, szukałem ratunku dla siebie. I wybacz - to ludzkie, że błądzę, niech wyjdzie nam to na dobre, bo nic nam nie może się stać
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkionatyp narracjityp narracjiczas narracjitrzecioosobowypostaćautor
- Pewnie. Chłop, który nie może przetrwać dnia bez odpalenia imprezy na pełen regulator - potwierdziła, kiwając powoli głową i może odrobinę przerysowując całą sytuację. Była niezłą słuchaczką i miała niepokojąco dobrą pamięć, jeśli chodziło o opowieści o osobach w życiu bliskich jej osób. Oczywiście, że kojarzyła sąsiada, na którego Charlotte żaliła jej się dość regularnie. Aż dziwne, że do tej pory nie wymyśliły dla niego jeszcze żadnego roboczego pseudonimu. Może trochę liczyły, ze jeśli nie nadadzą mu roboczego imienia, jest większa szansa, że zniknie z życia Charlotte razem ze swoim zakłócaniem spokoju? - Mhm… - mruknęła i ściągnęła z nosa ciemne okulary, odkładając je powoli na stolik i wbijając w przyjaciółkę uważne spojrzenie. Mając na uwadze jej prośbę, ugryzła się w język, zanim wyrzuciła z siebie odruchowe "Co żeś odwaliła, Lottie?", a zamiast tego tylko spojrzała na nią uważnie.
Sama też nie musiała przeglądać menu, były trzy rzeczy, o których marzyła już od samego rana, więc kiedy miała okazję złożyć zamówienie, poprosiła o wymarzonego tatara z kieliszkiem czystej, a potem pierogi i espresso martini.
- Zamieniam się w słuch. I totalnie włączam tryb słuchamy, nie oceniamy - zapewniła i ułożyła oba przedramiona na blacie stolika, nieznacznie się nad nim pochylając. Popierdolone historie nie były jej obce, więc istniała spora szansa, że faktycznie była odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, żeby tej konkretnej wysłuchać.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— No właśnie, słuchamy, nie oceniamy — chociaż nią samą zdecydowanie powinna oceniać. Spojrzeć surowym wzrokiem i powiedzieć, że ją pojebało. Najłatwiej byłoby się wyprowadzić. Raz na dobre odciąć się od Patela. Najgorsze były to, że nie wiedziała, w jaki sposób powinna to zrobić. Ciągnęło ją do niego, nawet teraz kiedy szykował strategię, by zostawić jej matkę bez grosza przy duszy...
— Rodzice wysłali mnie na bal sylwestrowy, żebym reprezentowała rodzinę — od tego wszystko się zaczęło. W garniturze i to nie z lumpeksa. Prawie nie jak William, ale momentami miała go całkiem dosyć. Szczerze dosyć — no i on też się na nim pojawił — patologiczny dupek z bogatej rodziny — i wiesz co? Pocałowaliśmy się tam, bo świnie zaczęły latać — aż parsknęła pod nosem, przypominając sobie tamtą chwilę. Ile to było? Miesiąc? Dwa? Dalej czuła na swoich wargach delikatne muśnięcie tych jego — jakieś dziecko rzuciło maskotką świnki peppy — wytłumaczyła praktycznie od razu. Było to o tyle dziwne, że przecież były jej urodziny, a spędzała je z największym wrogiem. Tylko wtedy zawisła między nimi białka flaga, a ona nie chciała już się kłócić. Chciała odpocząć — i naprawdę fajnie spędziliśmy tę noc — stwierdziła, a na jej ustach wymalował się piękny uśmiech. Taki prawdziwego szczęścia, jakby rozmawiała o facecie, w którym była zakochana. Trochę jak ta nastolatka opowiadająca o własnym crush'u.
— Potem były walentynki — westchnęła głośno — czaisz, że typ nagadał mojej randce, że jestem pierdolnięta?! — no, wtedy to wręcz nią bujało na prawo i lewo. Potrzebowała oderwania się od prawniczej rzeczywistości, a zamiast tego spotkała się ze ścianą.
— Ale ja nie byłam lepsza... — mruknęła zaraz trochę ciszej — wbiłam na jego imprezę walentynkową i zaczęłam gadać gościom, że jego współlokatorka jest jego dominą oraz zapina go strap-on'em — choć ją to bawiło, to wstydziła się tego. Charlotte Kovalski nie postępowała w ten sposób. Potrafiła się bawić, ale nigdy nie prowadziłaby tak złośliwych zagrywek. W głowie za każdym razem tłumaczyła sobie jedno, została do tego zmuszona — no, pogodziliśmy się tego wieczoru — i znów ta rozmarzona mina i iskierki w oczach. Pogodzili się, a później układali razem tarota. Idealna sprawa, przynajmniej dla niej samej.
— Potem pojechałam do jego rodziny i chyba faktycznie... zaczynałam go lubić — przy bliskiej osobie mogła się do tego przyznać. Chyba potrzebowała wypowiedzieć to głośno — wiesz, Aria? — zagadnęła, wstrzymując przez moment oddech — zakochałam się w tym idiocie — męczyło ją to. Tylko sam fakt nie był najgorszy. Stawała na głowie, by móc utrudnić mu życie. Na każdym kroku uprzykrzała je na milion sposób. Lotte była dojrzała, stonowana, a jednak... najgorsza informacje dalej nadchodziła.
— A on wziął stronę mojego ojca w rozwodzie moich rodziców — najgorszy możliwy plaskacz, którego dostała — pokłóciliśmy się oto, a on mi powiedział, że chce patrzeć jak będę cierpieć... — i zniszczyć też moją matkę, dodała już w myślach — nie wiem... — stwierdziła, wypatrując wzrokiem kawy. Potrzebowała zająć czymś myśli. Skupić się na jednym realnym szczególe.