To był długi dzień pełen wrażeń i mnóstwa emocji. Na szczęście dzięki dobremu towarzystwu czas upływał szybciej. Cholernie potrzebował tej dawki energii i spokoju, jaką przyniosły mu szczera rozmowa, alkohol i śmiech. Wreszcie poczuł się lepiej, jakby cały ostatni miesiąc stawał się mglistym wspomnieniem. Jakby to, co wydawało się nie do przeskoczenia, przestawało stanowić jakiekolwiek trudności.
Powrót do wspomnień z czasów młodzieńczych był idealną odskocznią, która jednocześnie znów zbliżyła do siebie Dominica i Logana. Dzięki temu zyskał nadzieję, że nie musieli przekreślać ich przyjaźni, a za jakiś czas wszystko całkiem wróci między nimi do normy. W tym wszystkim była również Skye. Już sama jej obecność dawała mu wrażenie, że miał obok siebie wszystko, czego chciał. Zawtórował Loganowi śmiechem, ale nie skomentował więcej na głos jej kuchni, gdyż przez jego głowę z łatwością przeszło mu stwierdzenie, że tak naprawdę jemu nie przeszkadzał jej brak kulinarnych umiejętności, bo równie dobrze sam mógł coś przygotować dla niej. Dało się znaleźć w tym kompromis.
—
Skoro przeszło do rękoczynów to najwidoczniej Ci się należało - stwierdził z cwaniackim uśmieszkiem. Zwykle był w stanie zdzierżyć ciotkę Angelę, ale dziś wyjątkowo nadepnęła mu na odcisk - włączył jej się matczyny tryb, a przecież nikt nie był w stanie zastąpić Helene. -
Jakoś ciężko mi w to uwierzyć - odparł przekornie na słowa Skye, bo ciotka uważała, że znała się na wszystkim, choć jej doświadczenie na to nie wskazywało.
—
Słońce… - rzucił ostrzegawczo, ale w kącikach jego ust czaiło się rozbawienie. To z pozoru kolejne niewinne określenie, które zdarzało mu się kierować do niej bez względu na towarzystwo i okoliczności, tym razem miało ukryte znaczenie, o którym wiedzieli jedynie oni. Nadal jednak nie przywykł do tego, że tak się o niego troszczyła, choć wiedział, że z jej upartością nie dało się wygrać. -
A Ty coś jadłaś? - zapytał przewrotnie, unosząc brew do góry. Pomimo uwielbienia do jedzenia on był w stanie długo bez niego wytrzymać. Z resztą, to było widać w pracy, kiedy pijał kilka filiżanek dziennie, za co nie raz dostawał od niej opieprz, aż w końcu się oduczył. Pewnie dlatego wychodzenie z nią na lunche weszło im w nawyk. Był pewien, że od tego też wszystko się zaczęło.
Teraz, kiedy wszystkie ważne kwestie zostały między chłopakami wyjaśnione, czuł jedynie niewielki dyskomfort, który zatrzymywał go przed jakimkolwiek kontaktem fizycznym ze Skye, a robił to tylko z powodu Logana. Dla Haynesa było to jeszcze zbyt wcześnie, choć miał przeczucie, że z czasem całej trójce będzie łatwiej pogodzić się ze zmianami. Niemniej jednak w tym momencie nawet nie czuł zazdrości, kiedy Skye zwracała się do Logana w cieplejszym tonie, bo zdawał sobie sprawę, że dla niej brunet zawsze pozostanie ważny tak, jak dla niego. Uścisnął mu dłoń w braterskim geście, gdy ten wstał z miejsca. -
Dzięki, Logan. Trzymaj się - poklepał go po ramieniu i rzucił mu uśmiech na pożegnanie, którym wyrażał wszystko, czego nie potrafiły słowa - kochał go jak brata. Gdy drzwi za nim się zamknęły, mimowolnie odetchnął z zadowoleniem i wyraźną ulgą. Brakowało mu tego gościa.
Na jej pytanie przeniósł spojrzenie na nią. Starał się, jak mógł, by przez cały ten czas nie zerkać na nią, kiedy tak siedziała z założonymi nogami, odsłaniając przy tym kolana i część ud, skrywających się pod czarną skromną sukienką. Uznał jednak, że powinien się zachowywać, więc uśmiechnął się tajemniczo i zajął miejsce w fotelu, na którym jeszcze kilka minut temu siedział Logan, specjalnie przeciągając chwilę, zanim przekaże jej nowiny.
Gdy już usiadł, wziął do ręki szklankę z bursztynową cieczą i leniwie zakołysał zawartością, cały czas nie przestając się delikatnie uśmiechać.
—
Rozmawiałem z Sydney - zaczął powoli, ostatecznie skupiając ponownie niebieskie spojrzenie na ciemnowłosą. -
Na czas naszej nieobecności w Forward nastąpiły poważne zmiany. Louise odchodzi i ktoś musi zająć jej miejsce. - Z każdym kolejnym słowem uśmiechał się szerzej, sugerując jej odpowiedź. -
Z racji wykupienia udziałów Sydney znalazła się w zarządzie i zgłosiła moją kandydaturę. Wiesz, co to oznacza? - Uniósł wyżej brew coraz bardziej zadowolony z faktu, że mógł to już jej wyznać: -
Zostajesz w firmie. Potrzebuję Cię na miejscu. I w końcu rozwiniesz skrzydła jako architekt - powiedział w końcu, a jego oczy rozbłysły pod wpływem tanecznych iskier. Nie był pewien, czy bardziej cieszył się z powodu własnego awansu, czy dlatego, że nadal będą mogli razem pracować. Oboje pchną swoje kariery do przodu. A ich relacja tylko mogła na tym zyskać.
Skye Murray