
Jak nie drzwiami, to oknem.
Uparty jak osioł, a głupi jak but, nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Jako dzieciak był rozkrzyczany, musiał być centrum uwagi i generalnie uważał, że był powodem, przez który jego rodzice nie chcieli więcej dzieci, dopóki ten potwór trochę nie wyrósł, okay? Zbyt dużo energii, zbyt głośny, zbyt odważny i zupełnie nie potrafiący uczyć się na własnych błędach, przypominał bardziej diabła tasmańskiego, niż dziecko. W szkole lądował ciągle na dywaniku, reprymendy wydawały się przelatywać nad jego głową, a szeroki uśmiech i szalone chochliki w oczach nigdzie się nie wybierały. Nie dało się zabić jego entuzjazmu i, jeśli czegoś chciał, wydawał się nie rozumieć słowa "nie". A "nie da się"? To brzmiał bardziej jak wyzwanie. Z wiekiem nauczył się tylko tego, że czasami mógł więcej wygrać używając słów, niż tylko tupiąc nogą i generalnie rzucając fochami na prawo i lewo. Dzięki Bogu.
Bywał czarujący, miał w sobie sporo uroku osobistego i charyzmy, podobno miał zadatki na naprawdę fajnego chłopaka, może nie jakoś specjalnie mądrego, ale przynajmniej takiego, który coś w życiu osiągnie.. Tyle że wcale nie chciał. Wydawał się zupełnie nie mieć ambicji, a te rzeczy, które chciał zazwyczaj były bardzo płytkie, materialne, dający mu natychmiastową gratyfikację. Nowe ubrania, nową zabawkę, grę, instrument, szkicownik; nie planował do przodu i nie, wydawało mu się, że nie było takich rzeczy, które by mu się marzyły. Jego starsza siostra, dzięki Bogu, była bardziej ogarnięta i, chcąc nie chcąc, dzięki niej mógł przyjąć na siebie bycie czarną owcą między rodzeństwem. Drugi naleśnik trochę rodzicom nie wyszedł, ups?
A później mama postanowiła zachorować i młody Bennett stracił grunt pod nogami. Ojciec wydawał się martwy, starsza siostra wiecznie zestresowana, matka weszła w tryb robota, a on musiał przyjąć do wiadomości, że niektórych rzeczy nie dało się przeskoczyć. Nie, nie mógł znaleźć sposobu, żeby jego mama magicznie ozdrowiała. Był wtedy nastolatkiem i naprawdę chciał nie mieć zmartwień na swojej głowie, ale nie mógł zostawić Cath samej z całym tym bałaganem do posprzątania; nie ważne jak bardzo jego serce wyrywało się do wolności i beztroski, rodzina liczyła się bardziej. Młodsze rodzeństwo ich potrzebowało, ich rodzice ich potrzebowali, Alex nigdy wcześniej nie czuł się tak bezużyteczny, nie mógł nawet nimi potrząsnąć, bo wymagałoby to siły, osobowości i odwagi, a żadnej z tych rzeczy w sobie nie miał. Był tylko listkiem płynącym z biegiem rzeki w której wylądował i w dodatku miał wrażenie, że nie potrafił pływać w tej analogii. Koniec końców, wybrał po prostu słuchać się starszej siostry, brać na swoje barki część jej odpowiedzialności, żeby nie musiała wszystkiego robić sama. Podejmowała decyzje, a on je po prostu wykonywał. Wolał w ten sposób.
Fakt, że nie miał ambicji sięgania po edukację wyższą niż ta wymagana, był całkiem komfortowy dla rodziny, tak mu się przynajmniej wydawało, kiedy zgodził się pracować w tej samej rodzinnej restauracji co Catherine. Nie dał się zagonić do kuchni, wiedząc doskonale, że chyba by umarł od tej ciężkiej pracy, więc wybrał to, w czym wiedział, że mógł być dobry. Bycie barmanem wiązało się z rozmawianiem z ludźmi, prawda? I polewaniem drinków. Tyle potrafił zrobić! Nie, nie było w tej pracy pasji, nie miała niczego wspólnego z jego zainteresowaniami, ale przynajmniej nie musiał się wysilać, żeby czegoś dla siebie szukać? Dryfowanie wychodziło mu znacznie lepiej. A życie?... Życie poczeka.