35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przytaknął skwapliwie, nie chcąc, by zmieniła zdanie - kolejne kłamstwo dorzucone na stertę wszystkich innych, które wypowiedział w trakcie ich znajomości. Żaden dyskomfort związany z szyciem nie mógł równać się z bólem zadawania rany, którą należało zamknąć, ale wiedział, że nie będzie to należało do przyjemnych doświadczeń. Wodził spojrzeniem za jej dłońmi gdy odsunęły się od jego ciała, jakby pragnąc, by natychmiast do niego wróciły - przynajmniej dopóki nie wydobyła z apteczki zapakowanej hermetycznie igły.
Krew odpłynęła z jego twarzy na widok tak prostego, tak niewinnego przedmiotu. Irracjonalny wstręt sprawił, że odwrócił wzrok od jej dłoni gdy ją nawlekała, zamiast tego wodząc po jej profilu. Po włosach opadających lekko na policzek, skupionym spojrzeniu ciemnych oczu spoglądających przed siebie spod długich rzęs.
Nie odwrócił wzroku gdy skierowała się w jego stronę. Kątem oka widział błysk zbliżającej się ku niemu igły - umysł podpowiadał mu obraz jej zaostrzonej końcówki przebijającej skórę z tym charakterystycznym w r a ż e n i e m, od którego włoski na jego karku stawały dęba. Wyczuł, jak zbliża się do jego ciała, do otwartej w nim rany i jego klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w nagłej potrzebie zaczerpnięcia powietrza.
Jego ramię znów zareagowało instynktownie, jakby oderwane od reszty, niekontrolowane przez jego starający trzymać wszystko na wodzy umysł - poruszyło się naprzód. Jego ręka zacisnęła się lekko na kobiecym udzie, szukając oparcia w rzeczywistości, z której prymitywny strach próbował go przepędzić. Czerwień jego knykci kontrastowała z szarym, jednolitym materiałem jej spodni, który zmiął się pod wpływem jego dotyku.
Pragnął poprosić ją o to, by coś powiedziała - c o k o l w i e k, lecz Mercer zawsze myślami była na tym samym torze i czy robiła to świadomie, czy nie, zawsze wiedziała czego potrzebował. Jego brwi zmarszczyły się lekko na dźwięk nazwiska, które jeszcze godzinę temu wzbudzało w nim niekontrolowaną wściekłość, a teraz z każdą sekundą stawało się t y l k o nazwiskiem. Sięgając wspomnieniem do pierwszych słów, które do niego wypowiedziała stając w progu, powoli, ociężale łączył ze sobą fakty, co okazało się znacznie trudniejszym zadaniem niż się tego spodziewał.
Nie wiedział, co rozpraszało go w tej chwili bardziej - igła wbijające się w jego skórę, czy kobieta, która ją dzierżyła.
Słowa Margo powoli osadzały się na jego ciele i duszy, zalewając je świadomością - tego, że nie wiedziała o planach Evansa. Że ich dyskusja w komisariacie nie była jej wyborem mężczyzny stabilnego i nieskomplikowanego. Że cały ten czas operowali na innym poziomie wiedzy na temat zaawansowania związku, który, jak się okazało, wygnał ją z własnego mieszkania złością.
I zaprowadził do jego drzwi.
- Myślałem, że wiedziałaś - odpowiedział, skupiając się na jej twarzy, jej słowach, a nie na ruchach jej dłoni. Rana nie była duża - myśl, że nie zajmie jej wiele czasu na zszycie jednocześnie napełniała go radością, jak i niezrozumiałym smutkiem. - Nie sądziłem, że jest tak głupi, by pójść do niego nie pytając cię najpierw o zgodę.
Kącik jego ust wygiął się w półuśmiechu, który był szczytem tego, na co był gotowy tak długo, jak w jej dłoni znajdowała się igła.
- Chyba niezbyt dobrze cię zna - mruknął, otwarcie wodząc spojrzeniem po jej twarzy gdy jej własny wzrok tkwił utkwiony w pracy przed sobą.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo naprawdę starała się być delikatna. Praca w policji przygotowała ją na wiele rzeczy - na krew, na chaos, na sytuacje, w których decyzje trzeba było podejmować szybciej niż pozwalał na to zdrowy rozsądek. Ale to było czymś innym. Nigdy wcześniej nie zszywała nikogo w ten sposób, w ciszy czyjegoś mieszkania, na miękkiej kanapie, z igłą i nitką, które nagle wydawały się o wiele bardziej poważne niż w szkoleniowych scenariuszach. Z pozoru wyglądało to na prostą czynność. Kilka ruchów, kilka pociągnięć nici i rana przestanie się sączyć. A jednak z każdym kolejnym ukłuciem czuła, jak napięcie zbiera się nie tylko w jego ciele, ale i w niej samej. Jej barki sztywniały, szczęka zaciskała się odruchowo, a palce musiała zmuszać do precyzji, której nagle brakowało jej bardziej niż w jakiejkolwiek sytuacji służbowej.
W pewnej chwili przerwała. Po prostu odsunęła się od niego i wstała, jakby potrzebowała sekundowej przerwy od tego skupienia, które zaczynało ją przytłaczać. Bez słowa przeszła do łazienki i wróciła z otwartą butelką tej samej złej whisky, z której najwyraźniej korzystał wcześniej. Podała mu ją do ręki, jakby było to najbardziej oczywiste rozwiązanie na świecie. Nie powiedziała nic więcej, bo nie musiała.
Rana faktycznie nie była duża. Kilka kolejnych ruchów wystarczyło, by zamknąć ją na tyle, żeby przynajmniej przestała krwawić. Nie wyglądało to idealnie, na pewno nieestetycznie i z pewnością nie było czymś, czym mógłby się chwalić komukolwiek. Ale spełniało swoją funkcję.
Kiedy jego dłoń spoczęła na jej udzie, poczuła to natychmiast. Jej ciało zareagowało zanim zdążyła pomyśleć; mięśnie napięły się odruchowo, oddech na moment zwolnił. Nie było w tym nic gwałtownego ani nic nachalnego. A jednak ten prosty gest był bardziej bezpośredni niż wszystko, co wydarzyło się między nimi wcześniej. Jej wzrok opadł na chwilę w dół, na jego dłoń zaciśniętą na materiale dresowych spodni. Przez sekundę tylko patrzyła na ten obrazek, jakby próbowała zapamiętać go dokładnie. Potem wciągnęła głębiej powietrze i wróciła do pracy, prowadząc igłę przez skórę z tą samą ostrożnością co wcześniej, choć teraz świadomość jego dotyku była niemożliwa do zignorowania.
- Znasz mnie przecież - powiedziała w końcu spokojnie, podnosząc na moment wzrok. W jej spojrzeniu pojawił się cień rozbawienia zmieszanego z czymś bardziej stanowczym. Pokręciła lekko głową. - Naprawdę sądzisz, że pozwoliłabym j a k i e m u k o l w i e k mężczyźnie decydować za mnie w taki sposób? - jej brew uniosła się lekko, jakby sama myśl była absurdalna. Ona - ta, która potrafiła wykłócać się z nim o niemal wszystko, która poddawała w wątpliwość każdy autorytet i która od pierwszego dnia w policji musiała udowadniać, że znaczy dokładnie tyle samo co każdy facet w mundurze. Teraz, nagle miałaby przystać na pomysł Evansa, by ich n i e i s t n i e j ą c y związek stał się oficjalny?
- Nie pozwoliłam mu się poznać - dodała po chwili ciszej, wracając wzrokiem do pracy. - Pokłóciliśmy się w restauracji. Wyszłam stamtąd po trzydziestu minutach - na jej ustach pojawił się krótki uśmiech, bardziej zmęczony niż rozbawiony. Nadal to robiła; nadal się tłumaczyła, ale teraz nie czuła, że to coś złego. Robiła to naturalnie, nikt jej do tego nie zmuszał, słowa po prostu same formułowały się w zdania. - Znowu zarzucił mi, że to twoja wina - co wcale nie było kłamstwem.
- Właściwie to dziś pokłóciłam się ze wszystkimi - mruknęła. - Ale tylko jednej z tych kłótni naprawdę żałuję - nie musiała dopowiadać której.
Jej dłonie znów przesunęły się po jego skórze, kiedy kończyła ostatni szew. - Zaraz skończę - powiedziała cicho.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coś w jego wnętrzu zaprotestowało gdy nagle odsunęła się od jego ciała, gwałtownie wstając z miejsca i ruszając w innym kierunku. Już w przeszłości przy przekraczaniu granic zawsze pojawiał się moment trzeźwości, który ściągał ich z powrotem do miejsca, w którym powinni być. Margo była nieprzewidywalna i przez myśl przeszło mu, że dotarł do niej absurd tej sytuacji - potrzeba zszywania człowieka, który odmówił jazdy do lekarza.
Pomiędzy tymi wszystkimi, racjonalnymi wnioskami chowała się jednak pustka, którą pozostawiła za sobą w miejscu, w którym wcześniej była.
Gdy wróciła, dzierżąc w ręce butelkę whisky, fala ulgi przedarła się przez ból i dyskomfort, a z ust wydostało się ciche parsknięcie śmiechem. Przyjął ją, niczym podarunek, ale to powrót kobiecego ciała obok własnego działała stanowił dla niego lepszą ucieczkę. Gorzki smak whisky zamiast upijać, otrzeźwiał, oferując jakiś inny bodziec, na którym mógłby się skupić. Odstawił butelkę po wzięciu łyku, odwracając tym samym własną uwagę od momentu, w którym znowu sięgnęła po igłę.
Alkohol mógł obrócić go w stronę brzegu, ale to ona była w tej chwili kotwicą.
Wyczuwał ciepło jej ciała pod swoją dłonią, przez cienki materiał spodni, które przypominały piżamę bardziej niż ubranie, w którym wychodziło się z domu. Wcześniej jego skupienie zatrzymało się na męskiej koszulce, której widok wzbudził w nim głęboko zaszytą, irracjonalną zazdrość - ale teraz uświadomił sobie, w jakim pośpiechu kobieta musiała opuszczać mieszkanie ruszając do niego. Tak wielkim, że nie zdążyła nawet przebrać się w coś wyjściowego, a Margo Mercer, którą znał, zawsze wyglądała adekwatnie do sytuacji.
Zmarszczył brwi bezwiednie, spijając każde słowo z jej ust z uwagą, która tylko częściowo posiadała źródło w chęci odwrócenia swojej uwagi od tego, co działo się niżej. Kąciki jego ust drgnęły gdy ich spojrzenia się spotkały, głowa skinęła lekko na potwierdzenie - z n a ł ją. Znał ją na tyle by wiedzieć, że gdyby nawet poszedł do kapitana z prośbą o przydzielenie mu innego partnera, sam fakt niepowiedzenia jej o tym wcześniej uznałaby za większą zdradę niż temat, który poruszył.
- To prawda - mruknął ciszej, starając się maskować ulgę, która błysnęła w jego oczach gdy docierał do wniosków, które pragnęła mu przekazać. - Jesteś nieznośna.
Szelmowski uśmiech wykrzywił jego usta na krótką chwilę, ale ostatnim, co pragnął zrobić, było branie strony Evansa, więc jego słowa wybrzmiały z większym rozbawieniem, i mniejszym przekonaniem niż gdy wypowiadał je wcześniej.
- I była - przyznał, nie widząc sensu w ukrywaniu ani przed nią, ani przed sobą, tego, jak bardzo mieszał się w jej z w i ą z e k - tak, by zbudowanie jakichkolwiek jego fundamentów było niemożliwe trudnym zadaniem. I nie czuł w związku z tym żadnego poczucia winy. Dziś, w mroku nocy, nie docierało do niego wraz z wyrzutami sumienia, a chwila otrzeźwienia nie zdawała się nadchodzić. - Naprawdę jestem strasznym dupkiem - powtórzył, choć jej słowa były nieco gorsze.
Jej słowa sprawiły, że popełnił błąd - zerknął w dół, na jej pracę, pragnąc ocenić postępy. Na widok igły przebijającej własne ciało, ukłucia, które wcześniej ledwo czuł pod natłokiem wszystkich innych bólowych wrażeń, a które teraz wrzeszczało w jego głowie, na jego twarz z powrotem zakradło się napięcie. Męska dłoń bezwiednie zacisnęła się na jej udzie, chwytając tej kotwicy, którą dla niego była.
- Przepraszam, że musisz to robić - dodał cicho, obserwując, z jakim skupieniem pracuje - i widząc, jak stresuje ją sam ten czyn, w takich warunkach, na miękkiej kanapie i w środku nocy.
I na nim.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego dłoń na jej udzie była czymś, czego nie mogła zignorować nawet gdyby bardzo chciała. Za pierwszym razem uznała to za instynktowny odruch, desperacką próbę znalezienia oparcia w chwili, gdy igła zbliżała się do jego skóry, gdy ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Za drugim razem nie dało się już udawać, że nic się nie stało. Czuła ciężar jego dłoni przez cienki materiał dresów, ciepło jego palców i napięcie, które zdradzało więcej niż słowa. Szukał w niej równowagi - uziemienia, które pozwalało mu przetrwać momenty, w których nerwy brały nad nim górę. A on nie odsunęła się nawet na milimetr.
W rzeczywistości jej ciało zareagowało szybciej niż myśli. Na krótką chwilę znowu zatrzymała się w pół ruchu, igła zawisła nad jego skórą, a jej oddech pogłębił się niemal niezauważalnie. Ciepło, które rozlało się wzdłuż jej kręgosłupa, nie miało nic wspólnego z temperaturą w mieszkaniu.
Dalej jednak nie powiedziała ani słowa. Nitka przeciągała się przez skórę niezgrabnie, nie tak płynnie jak w rękach chirurga, ale wystarczająco, by rozcięcie zlało się w grubą kreskę. Każdy kolejny ruch był trochę mniej niepewny od poprzedniego, aż wreszcie pozostało tylko jedno, ostatnie przeciągnięcie.
Dopiero wtedy skrzywiła się lekko, oceniając w milczeniu efekt swojej pracy. - No cóż - mruknęła pod nosem, odsuwając dłoń i przyglądając się temu, co właśnie zrobiła. Nie wyglądało to szczególnie estetycznie. Zdecydowanie nie była to robota, którą ktokolwiek chciałby się chwalić, ale spełniało swoją funkcję. Rana była zamknięta, a krew przestała powoli przesączać się spod skóry. - Powiedzmy, że działa - sięgnęła po gazę, nasączając ją jeszcze raz płynem do odkażania i ostrożnie przemywając okolice szwów. - Jeśli coś będzie się działo, p ó j d z i e s z do lekarza - nie zniosłaby sprzeciwu, więc nie było sensu, aby zaprzeczał. Dopiero po tym pozwoliła sobie unieść wzrok na jego twarz.
Uśmiechnęła się lekko na jego wcześniejsze słowa. To nie był pierwszy raz, gdy nazywał ją nieznośną. Właściwie robił to z zadziwiającą regularnością, jakby była to jedna z nielicznych rzeczy, w których pozostawali całkowicie zgodni. Tym razem jednak w jego głosie nie było ani chłodu, ani irytacji, które zwykle towarzyszyły podobnym komentarzom. I właśnie to sprawiło, że jej uśmiech pogłębił się odrobinę.
Uniosła brew z lekką kpiną. - Serio? - rzuciła cicho, niemal retorycznie. - Dopiero teraz do tego dochodzimy? - pokręciła głową z cichym rozbawieniem, przypominając sobie wszystkie sytuacje, w których próbowała nazwać rzeczy po imieniu, a on z uporem godnym lepszej sprawy udawał, że nie ma pojęcia, o czym mówi. - Mówiłam o tym wiele razy - jej spojrzenie było spokojne, niemal zaczepne. - Sabotowałeś Evansa od pierwszego dnia - kącik jej ust uniósł się nieco wyżej.
Odłożyła igłę na stolik obok apteczki i sięgnęła po plaster, przykładając go ostrożnie do jego skóry. Jej dłonie były już spokojniejsze, ruchy pewniejsze. - Skończyłam - skrzyżowała z nim spojrzenie, wracając do rzeczywistości - do chwili, w której się znajdowali. Nie odsunęła się, właściwie nawet nie próbowała. Między nimi nadal było za mało miejsca, zbyt mało powietrza, by można było udawać, że to nic nie znaczy.
Przez moment po prostu na niego patrzyła, jakby coś w jego wcześniejszych słowach dopiero teraz naprawdę do niej dotarło. Jej brew uniosła się powoli, a w oczach pojawiło się rozbawienie. - Czekaj… - krótki, niedowierzający śmiech wyrwał się z jej gardła. - Czy ja dobrze słyszałam? - nachyliła się odrobinę bliżej. - Czy Rhys Madden w r e s z c i e pierwszy raz przeprosił mnie za cokolwiek? - zawiesiła na nim wzrok, rozważając tę możliwość. Potem ten opadł niżej, na świeże szwy. Dalej zsunęła go na jego dłoń wciąż spoczywającą na jej udzie. Wyciągnęła w jej kierunku własną, a jej palce przesunęły się powoli po jego nadgarstku, lekko, niemal odruchowo, jakby miała zamiar zmusić go do zerwania fizycznego kontaktu, ale wcale tego nie zrobiła.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dopiero gdy nożyczki weszły w ruch, a igła odsunęła się od jego ciała, ośmielił się spojrzeć w dół. Szew wyglądał równo, krawędzie rany zeszły się ze sobą gładko, a poza wrażeniem ciągłego szczypania, najgorsze było już za nim - zarówno w kwestii bolesności całego przedsięwzięcia, jak i psychicznego obciążenia, które niosło ze sobą.
Odetchnął, jakby dopiero teraz pozwalając sobie na wypuszczenie powietrza z ust, za którymi pozostawało uwięzione przez większość czasu. Rozluźnił się odrobinę, nagle świadom sztywności, w jakiej tkwił przez cały ten czas. Jego wzrok zatrzymał się na kobiecych dłoniach gdy sięgały po gazę.
- Jest idealnie - skwitował, nie oceniając walorów estetycznych. Cięcie nie było wielkie, nie musiał stawać przed potencjałem posiadania blizny na całą klatkę piersiową przez swoją niechęć do pójścia do jedynego miejsca na tym świecie, które skrzętnie unikał. - Dziękuję.
W jego głosie przebrzmiała szczerość, po którą nie sięgał często. Żywa, prawdziwa, odsłonięta przez ciężar wszystkiego, co stało się dzisiejszego dnia, przez jej bliskość i późną porę. W ciszy, która zapadła między nimi słyszał smagane wiatrem gałęzie drzew, uderzające o któreś okno. Wiedział, że ta sama szczerość odbija się w jego oczach - wdzięczność za to, że pomimo wszystkich turbulencji, przez jakie się przetoczyli, pomimo jej wejścia do mieszkania z intencją kolejnej kłótni, udzieliła mu pomocy gdy jej potrzebował.
Kłótnia była ostatnim, na co miał w tej chwili ochotę.
Choć jego plecy zagłębiły się nieco w miękkie obicie kanapy gdy g r o ź b a igły zniknęła, jego dłoń nie odsunęła się od kobiecego uda. Czuł ciepło bijące z jej skóry, schowanej pod cienkim materiałem dresowych spodni. Czuł je na własnych knykciach, niosących na sobie wspomnienia poprzedniego wieczoru. W środku Kanadyjskiej zimy, wewnątrz jego mieszkania nagle było mu g o r ą c o.
- Niczego nie sabotowałem - zaprotestował, ale z mniejszym przekonaniem niż wcześniej. Widok uśmiechu na jej ustach sprawił, że jego własne kąciki ust bezwiednie zareagowały uniesieniem w górę. Lubił słyszeć jej śmiech, nawet gdy był podszyty ironią lub pełnym tryumfu przekonaniem, że w ich małej grze odniosła zwycięstwo. - Wykonywałem swoją pracę w należyty sposób.
Palce jego dłoni zacisnęły się lekko na jej udzie na dźwięk jej śmiechu, na widok rozbawienia w jej oczach i tych uniesionych wysoko brwi. Nie potrafił się powstrzymać, nie potrafił się o d s u n ą ć. Boleśnie świadomy ich położenia - bliskości, w jakiej siedzieli, jego obnażonego torsu z raną na skórze, którą pomogła zszyć, nie był w stanie wycofać się z powrotem za wyznaczoną przez nich granicę.
Nie potrafił jej nawet dostrzec.
- Nie przyzwyczajaj się. Przepraszam cię tylko za to - odrzucił natychmiast, ale sarkazm w jego głosie otrzymał inną barwę - nie był narzędziem do odsuwania jej od siebie. Wręcz przeciwnie, starał się ją przyciągnąć. Jego plecy oderwały się od oparcia kanapy gdy wyprostował się, jakby poczuł potrzebę dumnego wypięcia piersi do sufitu po tym, gdy przyłapała go na okazywaniu skruchy. Jego dłoń przesunęła się nieco po kobiecym udzie pod pozorem stanowienia odparcia, choć zupełnym przypadkiem przesunęła się w y ż e j. - Jesteś koszmarem w pracy, Margo Mercer - wycedził, pół świadomie, pół zupełnie instynktownie pochylając się w jej stronę. Z bliska dostrzegał na jej twarzy każdy pieg, każde znamię zdobiące jej skórę, zwykle przykryte warstwą świeżego makijażu, teraz obnażone długością przebytego dnia. - Ktoś musi przywołać cię do porządku od czasu do czasu.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej palce przesuwające się po jego nadgarstku zatrzymały się na moment, jakby naprawdę rozważała cofnięcie dłoni z miejsca, w którym spoczywała. Wystarczyłby jeden ruch, lekki nacisk, krótkie pociągnięcie i fizyczny kontakt między nimi zniknąłby tak samo łatwo, jak się pojawił. - Obiecaj, że jeśli ta rana będzie się rozchodzić, to mi powiesz - mruknęła spokojnie, ale ton jej głosu był niepodważalny. Jej brew uniosła się lekko, jakby dawała mu chwilę na przyjęcie do wiadomości, że nie zamierzała odpuścić. A gdy znał ją choć odrobinę, wiedział doskonale, że potrafiła być w takich sprawach n i e z n o ś n a w sposób, który doprowadzał ludzi do szaleństwa. Mogła przypominać, mogła drążyć, mogła wracać do tematu tak długo, aż ktoś w końcu zrobił dokładnie to, czego od niego oczekiwała.
Zaśmiała się dopiero wtedy, gdy zaprzeczył sabotowaniu Evansa. Ten dźwięk był krótki, miękki, podszyty niedowierzaniem. Przechyliła głowę lekko na bok, przyglądając mu się przez moment z wyraźnym rozbawieniem. - Proszę cię, Madden - jej głos był niemal czuły, choć kącik ust zdradzał zupełnie inną intencję. - Oczywiście, że sabotowałeś i muszę przyznać, że zrobiłeś to perfekcyjnie - na chwilę jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok, jakby naprawdę analizowała to, co wydarzyło się tego dnia - w restauracji, w rozmowie z Evansem. W tych wszystkich drobnych momentach, które wcześniej wydawały się przypadkowe, a teraz zaczynały układać się w logiczną całość. - Zupełnie zniechęciłeś mnie do niego - na moment zamilkła, bo sama jeszcze przyzwyczajała się do tej myśli. Może było w tym odrobinę wyrzutów sumienia; gdzieś w środku czuła, że powinna była spróbować inaczej to rozegrać. - Cokolwiek sobie zaplanował… nie wydarzy się - wzruszyła ramieniem lekko, uznając, że temat był już zamknięty.
Dopiero wtedy wróciła myślami do tego, co działo się tu i teraz. Do jego dłoni leżącej na jej udzie, sunącej leniwie w górę. Powinna była odsunąć się już dawno; powinna była wstać, zebrać apteczkę, zrobić choć pół kroku w tył, żeby przywrócić między nimi tę przestrzeń, którą przez tygodnie budowali tak starannie. A jednak tego nie zrobiła, bo on też tego n i e zrobił. Mimo że rana była już zamknięta, mimo że ból, który jeszcze chwilę temu zmuszał go do szukania oparcia, powoli ustępował - jego dłoń wciąż tam była.
Powoli uniosła wzrok na jego twarz, a potem znów się uśmiechnęła, tym razem z wyraźną ironią. - Ty jesteś jeszcze gorszy - odparła spokojnie. - I szczerze n i e z n o s z ę pracy z tobą - ton jej głosu zdradzał jednak coś zupełnie odwrotnego. - Naprawdę nie mogłam trafić gorzej - nachyliła się lekko w jego stronę, wtórując jego gestowi. Najpierw tylko trochę. Potem jeszcze odrobinę bardziej. Ich twarze znalazły się tak blisko, że oddechy zaczęły się mieszać, czuła ciepło jego skóry, zapach whisky i coś jeszcze - coś, co od tygodni uparcie ignorowała, a co teraz uderzało w nią z siłą, której nie potrafiła zignorować.
Jej spojrzenie opadło na moment na jego usta.
Serce przyspieszyło w sposób absurdalny i zupełnie nieproporcjonalny do sytuacji. - Zaraz popełnię błąd - powiedziała cicho, niemal szeptem, nie odrywając wzroku od jego twarzy - Taki, którego ty pewnie jutro będziesz żałował - na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. - I będzie to jedna rzecz z powodu której ja nie będę miała najmniejszych wyrzutów sumienia - przez sekundę jeszcze na niego patrzyła, jakby naprawdę dawała mu czas na reakcję, na cofnięcie się, na zatrzymanie jej.
Tak jak zawsze. Bo wbrew wszystkiemu, mimo wszystkich prowokacji i kroków naprzód, ostatni ruch z a w s z e zostawiała jemu.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeszcze godzinę temu gdy wkraczał przez drzwi do swojego mieszkania rana na jego klatce piersiowej była na szczycie jego listy priorytetów, wraz z problemem igły, która w jego palcach stawała się niestabilna wraz z drżeniem ręki. Teraz jednak dzielenie swojego skupienia na niej z kobietą, której wzrok wodził po zszytej tkance w poszukiwaniu niedoskonałości, sprawiało mu trudność. Jak nieprzyjemne wrażenie naciągania skóry przebijanej w trakcie zszywania odeszło w niepamięć, pozostawiając po sobie jedynie pieczenie działających środków antyseptycznych, tak uwaga Maddena przeniosła się zupełnie na coś innego.
Przede wszystkim na k o g o ś.
- Obiecuję - odrzucił krótko i tylko szelmowski uśmiech na jego twarzy zdradzał nadciągającą zaczepkę. - Zadzwonię, żebyś mogła przyjechać i spróbować ponownie.
Jego głos wybrzmiał rozbawieniem, którego nie starał się ukryć. Wiedział, że w razie powikłań prędzej czy później będzie musiał zjawić się w szpitalu, u kogoś, kto zerknie na jej robotę profesjonalnym okiem - ale z własnego doświadczenia przeczuwał, że nie będzie to potrzebne. Myśl, że kobieta martwiła się o jego stan na tyle, by wymuszać na nim obietnice i przysięgi pozostawiała po sobie uczucie ciepła w tych zakamarkach jego duszy, które od zbyt wielu miesięcy były kompletnie go pozbawione.
Była tak blisko.
Widział zarys własnej sylwetki w odbiciu jej czekoladowych tęczówek. W panującym wokół półmroku zapalonych wszystkich lamp poza główną, jej rysy wydawały się miększe w pomarańczowym świetle. Jego blask tańczył na wszystkich wypukłościach, na czubku jej zadartego nosa, na pełnych ustach, lekko rozchylonych, o c z e k u j ą c y c h.
- Może lubię komplikować rzeczy, które nie muszą być skomplikowane - odparł, miękko, z zarysem uśmiechu majaczącym na jego odbiciu, podczas gdy umysł sięgnął w stronę wspomnień - słów, którymi sama go obdarzyła jeszcze kilka tygodni temu.
Powinien się wycofać.
Choć granica pozostawała poza jego wzrokiem, dawno przekroczona i zostawiona w tyle, jej słowa miały go otrzeźwić. Uświadomić w miejscu, w którym się znajdowali, daleko za wytyczonymi ścieżkami, daleko za tym, co było znane - a nawet tym drobnym skrawkiem niezbadanego terytorium, na którym czasem stawiali nogę, a teraz tkwili w jego głębi już obiema.
- Jesteś dobrą osobą, Margo - westchnął, w tej próbie racjonalizacji, przywołania się do porządku z pomocą zawsze czekającego na niego pragmatyzmu, który tym razem zgubił się w natłoku innych uczuć, innych potrzeb. Drgnął - ręka, która wcześniej opierała się na jej udzie uniosła się w górę. Nagły brak jej ciała pod spodem kłuł bardziej, niż byłby to w stanie przyznać. - Nie chcę kłaść na tobie ciężaru mojej historii. Rzeczy, które przydarzyły się mi albo tych, które zrobiłem.
Racjonalność walczyła o utrzymanie nad nim przewagi, ale jego dłoń - ta sama, która wcześniej badała fakturę materiału jej spodni - teraz sięgnęła do okalających jej twarz, brązowych włosów. Ujęła delikatnie ciemne kosmyki przysłaniające jej policzek, powoli, ostrożnie odsuwając je za kobiece ucho, z nabożnością malarza dokonującego zmian na swoim obrazie.
- Powtarzam sobie, że zasługujesz na kogoś, z kim rzeczy nie będą dla ciebie takie trudne - przyznał, jak gdyby wypowiedzenie tego powtórzenia na głos miało sprawić, że i tym razem do niego trafi.
Słowa odbiły się w jego głowie, nie natrafiając na podatny grunt, który mógłby je przyjąć.
- Ale czasem, gdy na ciebie patrzę, nie potrafię się powstrzymać. - ciche, egoistyczne wyznanie wypadło z jego ust niepowstrzymane żelazną logiką, której pręty wcześniej trzymały je w środku. Jego palce musnęły kobiecy policzek nawet, gdy pretekst ułożenia ciemnych włosów za ucho zniknął, nie pozostawiając mu żadnego innego, którego mógłby się chwycić. - Obiecałaś mi, że będziesz dla mnie karą i miałaś rację. Praca z tobą jest dla mnie u d r ę k ą - mruknął, choć miękki głos nie współgrał ze słowami, które wypowiadał z jego pomocą. - Ponieważ nie potrafię przestać o tobie myśleć.
Kciuk, który wcześniej muskał jej policzek, badał jego fakturę w tym małym wyrazie bliskości, która zawsze była dla nich z a k a z a n a, przesunął się w dół - w stronę czerwonych ust, stworzonych do wypowiadania najbardziej paskudnych słów w jego stronę.
- Nawet, gdy wiem, że nie powinienem.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiech, który pojawił się na jej ustach był cichy i niemal pobłażliwy. Wiedziała, że mówił prawdę tylko w połowie. A mimo to jego obietnica przyniosła jej coś w rodzaju ulgi. Może była to tylko iluzja. Może próbowała sama siebie przekonać, że ten jeden gest, że przyjazd tutaj, zszycie tej rany, siedzenie z nim w ciszy jego mieszkania w środku nocy - w jakiś sposób naprawiał błąd, który popełniła wcześniej - ten jeden moment, kiedy nie uwierzyła mu i wybrała kogoś innego. Wiedziała jednak, że tak to nie działało. Sumienie nie było czymś, co dawało się uciszyć jednym dobrym uczynkiem. I wiedziała, że jeszcze długo będzie wracać myślami do tego wieczoru.
Potem wszystko zaczęło się zmieniać. Nie gwałtownie, nie w sposób, który można było jednoznacznie wskazać palcem. Raczej tak, jakby powietrze między nimi stopniowo gęstniało. Jego słowa, jego głos, sposób w jaki patrzył na nią z tej odległości, która przestała być bezpieczna - wszystko to sprawiało, że coś w jej wnętrzu zaczynało drżeć w sposób, którego nie kontrolowała. Słuchała go uważnie, ale jednocześnie czuła, jak każde kolejne zdanie odsłania coś więcej niż tylko myśl wypowiedzianą na głos.
Kiedy powiedział, że jest dobrą osobą, jej usta wygięły się w krótki, nieco smutny uśmiech. - Masz rację - odpowiedziała cicho, a w jej głosie zabrzmiała nuta czegoś trudnego do jednoznacznego nazwania. - Jestem dobrą osobą - na moment odwróciła wzrok, jakby potrzebowała sekundy, żeby poukładać w głowie to, co naprawdę chciała powiedzieć. - I miałbyś cholernie dużo szczęścia, gdybyś pozwolił mi być tą dobrą osobą dla ciebie - nie było w tym wyrzutu; to coś pomiędzy żartem a gorzką świadomością tego, jak bardzo skomplikowali wszystko, co znajdowało się między nimi. Bo przecież oboje widzieli, jak daleko zabrnęli tego wieczoru. I że to nie był pierwszy raz, kiedy znaleźli się w miejscu, z którego powinni się wycofać.
Przymknęła oczy na moment, kiedy jego palce musnęły jej policzek. Dotyk był delikatny, niemal ostrożny, jakby obawiał się, że wystarczy jeden ruch, by wszystko między nimi się rozsypało. A jednak właśnie ten gest sprawił, że coś w niej drgnęło głębiej niż wcześniej. Uczucie, które przez długi czas pozostawało gdzieś uśpione, teraz obudziło się nagle z intensywnością, która niemal ją zaskoczyła. Być może czuła coś takiego p i e r w s z y raz w życiu. - Dlaczego zawsze podejmujesz decyzje za mnie? - zapytała w końcu cicho, otwierając oczy. Jej spojrzenie było spokojne, ale w jego głębi czaiło się coś bardziej kruchego. - Dlaczego jesteś tak przekonany, że nie byłabym w stanie tego unieść? - pokręciła lekko głową, jakby ta logika wciąż była dla niej niezrozumiała. - Naprawdę wierzysz, że mógłbyś zrobić coś, co całkowicie zmieniłoby moje spojrzenie na ciebie? - nie rozumiała tego. Nie rozumiała, dlaczego tak bardzo starał się chronić ją przed czymś, czego ona nawet się nie bała.
Gdy jego dłoń przesunęła się wzdłuż jej twarzy, a palce zatrzymały się przy jej uchu, odgarniając kosmyk włosów, zrobiła coś zupełnie instynktownego. Unosząc jego rękę delikatnie, odwróciła ją lekko w swoją stronę i zanim zdążyła się nad tym zastanowić - jej usta musnęły wewnętrzną stronę jego nadgarstka. Ten jeden, czuły punkt, gdzie skóra była cieńsza, a puls wyczuwalny tuż pod powierzchnią.
Wypuściła powietrze powoli, ciężko, jakby w tym geście zawierało się coś więcej niż tylko impuls chwili. Coś pomiędzy pragnieniem a rozczarowaniem.
Dopiero wtedy odsunęła się odrobinę. Nie gwałtownie, nie zrywając całkowicie kontaktu. Tylko na tyle, by przerwać ten moment zanim stanie się czymś, czego nie będą mogli już cofnąć.
Przez chwilę patrzyła na niego w ciszy, jakby walczyła sama ze sobą o to, czy powinna wypowiedzieć następne słowa. Wiedziała, że to pytanie może zmienić wszystko, że może przesadzić. - Chodzi o Sophie? - zapytała w końcu cicho. Samo wypowiedzenie tego imienia kosztowało ją więcej, niż chciała pokazać. Przez chwilę naprawdę nie była pewna czy nie posunęła się za daleko. Czy nie zobaczy w jego oczach tego chłodu, który oznaczał, że postawiła stopę w miejscu, do którego nie powinna wchodzić. - Czy to przez nią nie pozwalasz sobie… pozwolić komuś być dla ciebie kimś więcej? - jej głos był spokojny, ale napięcie w nim było wyczuwalne, bo to pytanie dręczyło ją od dawna. Wiedziała, że jeśli odpowiedzią była właśnie ona - jeśli to Sophie była tym murem stojącym między nimi, wtedy nie miała ż a d n y c h szans.
I choć ta myśl bolała bardziej niż chciała przyznać, była też jedną z tych rzeczy, które potrafiła zrozumieć.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej usta stworzone były do wypowiadania prawdy.
Nawet, gdyby pragnął jej zaprzeczyć, nie znalazłby w odmętach swojego zepsucia argumentów, które by tego dokonały. Wiedział, że miała rację - że jej d o b r o ć tchnęłaby w jego życie szczęście, którego smaku nie potrafił już przywołać z pamięci. Widział jego przebłyski w ich drobnych interakcjach - w kawie, którą jedno z nich przynosiło dla drugiego widząc natłok pracy. W posyłanych sobie wzajemnie spojrzeniach, krótkich, znaczących, upewniających się, że wszystko jest w porządku. Uśmiechu półgębkiem, wieńczącym ich słowne przepychanki, którym daleko było do prawdziwej wrogości względem siebie.
W trosce, w której przerwała własnemu ojcu nie chcąc słyszeć jego własnej historii wypowiadanej innym głosem. Aktach, które do dziś pozostały zamknięte, a wraz z nimi wszystkie szczegóły jego życia i służby, którymi nie podzielił się z nią dobrowolnie.
Margo Mercer uczyniłaby go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Świadomość tego malowała się w jego oczach nawet, gdy nie wypowiedział ani słowa odpowiedzi.
Napięcie w jego ciele przekształcało się w trakcie ich rozmowy, ulegając ciągłym transformacjom. Krążąc między tym żywymi, boleśnie szczerymi słowami a jej zapachem, wypełniającym kurczącą się przestrzeń między nimi. Sprawiało, że w jednej chwili pragnął ująć jej twarz w swoje dłonie i wyjawić wszystkie uczucia drzemiące w nim od początku - w drugiej zaś opleść jej ciało rękoma i zamknąć usta pocałunkiem, nie mówiąc już niczego więcej.
Jej ciche pytanie było bolesne - na zupełnie inny sposób niż poszarpana krawędź butelki idąca na spotkanie z jego skórą. Cień przemknął w głębi jego spojrzenia, przykrywając kłębiące się w środku emocje - przenosząc wzrok z wpatrującej się w niego kobiety na dłoń, którą trzymał na jej policzku. Dłoń, którą ujęła, zbliżając do siebie.
Dłoń zbroczona szkarłatem niewidzialnym dla oka, którego żadna ilość czasu nie potrafiła zmyć.
- Ponieważ masz tendencję do pakowania się w kłopoty - odparł wreszcie, wysuwając nadgarstek z jej uścisku wyłącznie po to, by powrócił ku jej włosom, ku gładkiemu policzkowi oprószonemu śladem rumieńca - jakby nie zasługiwał na jej czułość, zamiast tego pragnąc dać jej własną. - Nie chcę, żeby stała ci się krzywda.
Padająca z jego ręki, choć nigdy nie miał jej na nią podnieść. Niewypowiedziane słowa zawisły pomiędzy nimi na krótką chwilę. Margo była d o b r a, co w kontraście pozostawiało mu tylko drugą rolę.
Rolę, którą wypełniał bez jej pełni świadomości. Popełniając czyn, który zmieniłby jej spojrzenie, sprawiłby, że przestałaby dostrzegać w nim kogoś, kto mógłby ją d o p e ł n i a ć.
Znajome imię przecięło ciszę, a jego brwi zmarszczyły się lekko nim zmusił je do posłuszeństwa, walcząc o zachowanie trzeźwości, o skrupulatne przemyślenie sobie następnej odpowiedzi. Sophie istotnie stanowiła powód, dla którego za każdym razem docierając do granicy decydował się za nią wycofać - ale nie przez uczucia, jakie względem niej żywił. Utrata była bolesna, a zadana przez nią rana głęboka - ale jak z każdą z nich, czas powstrzymał krwawienie, pozwolił jej się zabliźnić i choć nigdy nie miała zniknąć, przestała mu o sobie przypominać.
Czym innym było to, co zrobił p ó ź n i ej, niesiony żalem, krwawiącą raną w swoim sercu, z której szkarłat nie przestawał się lać.
Sophie oferowała mu w y j ś c i e. Racjonalny powód, dla którego nie chciałby wiązać się z drugą osobą. Ucieczkę z sytuacji, w którą zabrnęli, dając się ponieść własnym uczuciom. Cholernie idealny sposób na powrócenie na swoje miejsca, na przyjacielskiej stopie, na której byli przede wszystkim partnerami w wydziale. Sposobem na przekształcenie granicy w mur tak wysoki, tak gruby, że żaden ładunek wybuchowy podstawiony pod wpływem impulsu nie byłby w stanie go zburzyć.
Ale choć w słowach Margo chowała się kolejna oferta wycofania się, kolejna możliwość ucieczki, on potrafił jedynie skupić się na tym, jak jej oczy mieniły się odcieniami brązu w bursztynowym świetle lamp. Na obietnicy spływające spomiędzy jej czerwonych warg, ponad warstwą wypowiadanych przez nie słów. Na złudnej wizji tego, jak mogłoby wyglądać ich życie gdyby poddał się tej potrzebie, którą czuł od niemal samego początku.
Na tym, jak bardzo jej p r a g n ą ł.
- Nie - odpowiedział cicho, jego głos obniżył się pod wpływem czyhających nań konsekwencji. - To nie ma z nią nic wspólnego.
Jej usta krzewiły prawdę, ale jego były stworzone wyłącznie do kłamstwa.
Jego spojrzenie pociemniało gdy dłoń wpleciona wcześniej w ciemne włosy przesunęła się, ujmując jej podbródek. Powietrze między nimi było gęste, przesycone zapachem wody kolońskiej, perfum i czegoś innego, p o t r z e b y, źródła napięcia w jego trzewiach.
- Odkąd cię poznałem, jesteś jedyną osobą, o której myślę, Margo. - słowa wydawały się zbędne, w tej marnej przestrzeni dzielącą go od pełnych, czerwonych ust. - Ale nie chcę, żebyś tego żałowała.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez krótką chwilę nie była w stanie odpowiedzieć. Słowa Rhysa zawisły między nimi ciężko, jak coś czego nie można już cofnąć, choć oboje doskonale wiedzieli, że w pewnym sensie powinni byli spróbować. Margo patrzyła na niego w milczeniu, próbując odnaleźć w jego spojrzeniu coś, co pozwoliłoby jej zrozumieć. Cokolwiek. Jakąkolwiek logikę, która sprawiałaby, że to wszystko nagle nabierze sensu. Bo jej własny rozum, zazwyczaj chłodny, racjonalny, przyzwyczajony do analizowania faktów i wyciągania wniosków, tym razem pozostawał bezradny. Zupełnie jakby próbował rozwiązać równanie, w którym brakowało połowy liczb. Nie rozumiała go.
Nie rozumiała, dlaczego tak uparcie ją odpychał, zasłaniając się jej dobrem, jakby była kimś kruchym, kimś kto potrzebował ochrony przed światem, który przecież znali aż za dobrze. Ich praca każdego dnia przypominała im, jak łatwo wszystko mogło się skończyć; jak cienka była granica między rutyną a tragedią. Żyła z tą świadomością od lat i nigdy jej to nie zatrzymało. Nigdy nie sprawiło, że zaczęła wybierać bezpieczniejsze drogi. Dlaczego więc teraz miałoby być inaczej?
Powoli, niemal odruchowo, przesunęła swoją dłoń niżej, odnajdując jego wolną rękę. Ich palce splotły się ze sobą naturalnie, jakby robiły to od zawsze. Opuszka jej kciuka zaczęła kreślić na jego skórze drobne, powolne okręgi - ruch tak nieświadomy, że sama przez moment nie była pewna, kiedy właściwie się zaczął. Czuła ciepło jego dłoni, ciężar jego obecności tak blisko siebie i to dziwne, rozlewające się gdzieś w klatce piersiowej napięcie, które nie miało nic wspólnego z gniewem czy kłótnią. - Co takiego miałoby mi się stać? - zapytała w końcu cicho. - Rhys, naprawdę nie rozumiem. Nasza praca każdego dnia niesie ze sobą więcej niebezpieczeństw niż cokolwiek, co mogłoby wydarzyć się poza nią. Więc przed czym tak właściwie chcesz mnie chronić? - podniosła na niego wzrok. W jej spojrzeniu nie było już gniewu, tylko szczerość tak czysta, że aż bolesna.
Cisza, która zapadła po tych słowach wydawała się nieskończenie długa. Czas rozciągnął się w coś dziwnie nieruchomego, jakby powietrze w mieszkaniu zgęstniało między nimi. Miała wrażenie, że jej serce na moment przestało bić, a oddech zatrzymał się gdzieś w połowie drogi. Dopiero teraz dotarło do niej, jak daleko zaszła. Jak bardzo przekroczyła granicę, wypowiadając imię kobiety, której nie miała prawa przywoływać. Sophie. To imię nie należało do niej, nie do tej chwili. Przez ułamek sekundy poczuła coś dziwnego, niemal jak poczucie winy, którego nie potrafiła nazwać. Jakby stała w miejscu, które nigdy nie było przeznaczone dla niej. Dopiero gdy Rhys wreszcie odpowiedział, wypuściła powoli wstrzymywany oddech.
Ale ulga nie przyszła, bo jego słowa w gruncie rzeczy niczego nie zmieniały. Znaczyły dokładnie to samo co zawsze - że chciał i że nie mógł.
Kącik jej ust drgnął słabo, niemal bezradnie. - Jestem okropną osobą - przymknęła oczy na krótką chwilę, pozwalając sobie na moment słabości, zanim znów uniosła wzrok. Jej dłoń wciąż spoczywała w jego dłoni, palce nadal kreśliły powolne kręgi na jego skórze. - Bo zazdroszczę jej wszystkiego - słowa wyszły z niej ciszej, niż planowała. - K a ż d e j chwili, którą z tobą miała i k a ż d e j rzeczy, której ja nigdy nie będę mieć - powoli zbliżyła się jeszcze odrobinę, nie w sposób, który można by nazwać decyzją - jak ktoś, kto pozwala, żeby ciało zrobiło krok tam gdzie serce już dawno było.
Jej twarz znalazła się tuż przy jego. Czuła ciepło jego oddechu na swojej skórze, zapach jego wody kolońskiej zmieszany z czymś bardziej znajomym - czymś co zawsze kojarzyło jej się wyłącznie z nim. Na ułamek sekundy zawahała się, a potem jej usta musnęły kącik jego warg. To był ledwie dotyk, krótszy niż oddech, ale wystarczający, by pozostawić po sobie coś więcej niż tylko gest - przedsmak tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pozwolili sobie pójść dalej.
Gdy się odsunęła, jej czoło na moment oparło się o jego skroń. - Chcę cię tak bardzo, że czasem aż mnie to boli - wyszeptała. Jej głos zadrżał lekko, choć nie próbowała tego ukryć.
Jej palce lekko ścisnęły jego dłoń. - N i e będę żałować. Więc albo przestań się bać albo złam mi serce.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”