-
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Początkowo, zamiast odpowiedzieć, zamrugał krótko. Odruchowo. Potem odetchnął raz, drugi, wolno, prawie za wolno, ale widocznie. Ż y ł. Bezwiednie przesunął więc dłonią nieznacznie w górę, potem nieznacznie w dół, jakby potwierdzając własną myśl. Ż y j ę. Czuję. O d d y c h a m. Rzeczywiście oddychał — trochę za równo, rzeczywiście czuł — ceramiczną powierzchnię pod palcami. Ż y ł. Poruszył się więc niespiesznie, poprawiając uścisk dookoła gorącego szkła, po czym jeszcze mocniej zacisnął dłoń.
Przez chwilę myślał o tym, czy to jeszcze cokolwiek znaczy. Rodzina. Relacje. Ciągłe gadanie Toma o odbudowywaniu straconych więzi. Próbował więc, ale nieważne, jak bardzo chciał dostrzec odpowiedź w parze bądź słojach drewna, otoczenie milczało, a on niewiele potrafił zebrać ze swoich strzępków myśli. Kiedy któregoś się czepiał, reszta mu umykała i burzyła koncentrację.
Całą poświęcał więc oddechowi, tak, jakby próbował przekonać się, czy wciąż umie odetchnąć.
Uważnie słuchał tego, co mówiła... tyle że przywiązywał do tego znikomą wagę. Być może dlatego, że zdania, które wypowiadała, odbijały się jak o ścianę. Nagle więc to, co dotychczas mogłoby wydawać się ważne, brzmiało jedynie jak przypadkowe wyrazy. Obce słowa. Wypowiadane bardziej obok, zamiast do niego. Kiedyś by go to zabolało, teraz... Jedynie mimowolnie rozluźnił mięśnie prawej ręki, a potem jeszcze raz napiął, oglądając to, co robi. Nie Ramonę. Nie otoczenie.
Jedynie siebie i swoje ręce.
Dopiero po chwili podniósł wzrok. Obserwował siostrę tym swoim badawczym, aczkolwiek trochę przytłumionym spojrzeniem, tak, jakby sprawdzał, czy to, co mówi, jest atakiem, czy obroną — potem z powrotem przerwał kontakt. Widział nietkniętą jajecznicę, bekon oraz parującą herbatę. Oddychał tym wolniej, im więcej mówiła.
“Odpuść”, usłyszał, a potem powtórzył to jedno słowo kilkukrotnie w myślach, jakby ważąc znaczenie. Brzmiało logicznie, niemniej jednak granice — dotychczas wyznaczane bardzo pewnie — od pewnego czasu albo miękły, albo całkiem znikały. Być może inaczej rzeczywiście by odpuścił, ale…
— Po prostu mówię… — odezwał się spokojnie, o wiele spokojniej, niż powinien, powtarzając to, co powiedział dosłownie chwilę temu. Poniekąd tak, jakby dzięki temu słowa mogły lepiej wybrzmieć, poniekąd — z przytłumienia emocji, odruchów, a także myśli. Czuł się wytrącony z uważności, co chwilę więc o czymś zapominał, z kolei o czymś innym przypominał sobie ni stąd, ni zowąd. Achronologicznie. Nierówno. Pomimo tego, jak spokojnie siedział, czuł się tak, jakby coś ciągnęło go w przeciwne strony. Niekoniecznie potrafił to zdefiniować, niemniej jednak czuł się tak, jakby część myśli walczyła ze sobą, rozpraszając i tak rozsypaną uwagę, a część usuwała się gdzieś w nieświadomość.
Demian odczuwał wyłącznie przejmujący spokój — o b o j ę t n o ś ć. Niekoniecznie przejmował się więc, jeśli coś mu uciekało, a coś wracało jeszcze mocniej i dosadniej. Wręcz przeciwnie, bo, paradoksalnie, jeszcze bardziej się rozluźniał. W takim stanie niewiele z tego, co słyszał, mogło wyprowadzić go z równowagi. Co prawda tęsknił, i to tęsknił naprawdę mocno, za tym znajomym ukłuciem w klatce piersiowej, zwiastującym coś bolesnego, emocjonalnego, ale tym razem nic takiego nie przyszło.
Drgnął mimowolnie, ale widocznie. Chcąc zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie, przede wszystkim zaś — poczucie braku kontroli nad swoim ciałem, najpierw podniósł, a potem cicho odstawił naczynie tak, jakby rozmyślił się z sekundy na sekundę. Marszcząc brwi, przekręcił kubek. Pochylił głowę w bok, bliżej prawego ramienia, szukając innego punktu widzenia Nieważne, co robił, czuł się tak, jakby robił to ktoś inny — być może dlatego tak bardzo ważył każdy ruch. I, być może, dlatego wyglądał tak, jakby to było najważniejsze w całym bożym świecie, ale, prawdę mówiąc, tych parę milimetrów było wyczuwalnych dla niego. Robiło ogromną różnicę.
Odstawił naczynie prosto. Co do milimetra.
Odetchnął głębiej jakby jedna prozaiczna czynność zdjęła mu ciężar z piersi.
— ...że nie chcę — odezwał się jeszcze raz, wreszcie podejmując przerwaną myśl, tak, jakby minął zaledwie ułamek sekundy, chociaż w rzeczywistości cisza przedłużała się w nieskończoność i zaczęła być niewygodna — tak rozmawiać. Powiem ci, jak będę gotów — wtedy dowiesz się pierwsza. Ale nie tak. Nie teraz. Nie po to, żeby było lżej.
Ramona Crowe
-
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOna / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale nie mogła. Coś spróbowała przegryźć, ale jedzenie które miało dawać przyjemność, jednak bardziej działało jakby bardziej w drugą stronę. Wręcz stawało w gardle. Ale skoro zaczła, to i kontynuowała. Przy pomocy sztućców włożyła do ust kolejny kęs.
A z drugiej strony chciała być ponad i się nie odzywać. Oczywiście, to tylko jej tłumaczenie, które narzucała jej głowa. Tak naprawdę miała w sobie bardzo dużo złości. Złość tę wyrażała lepiej lub gorzej, ale nie oszukujmy się - głównie jej to szło gorzej. Przez wybuchy, dowalanie, a nawet - czego się by ropiero o sobie dowiedziała jakby się zastanowiła nad sobą - ciszę.
Prawda jest taka, że naprawdę myślała że z Demianem tak nie będzie, że będzie inaczej, to znaczy w jakimś stopniu lepiej, że ta prawda o niej nie będzie jednak taka... prawdziwa.
Gdy mówił, na chwilę zatrzymała się i przestała jeść jakby chłonęła każde jego słowo. W końcu, nawet niezależnie od czasu spędzonego osobno i daleko, myślała o nim jako o swoim starszym bracie.
- Nie oczekuje, że będziesz teraz moim przyjacielem, ale myślałam... - urwała.
Zatrzymała się, bo... no właśnie, bo czemu? Czasem proste pytania wcale nie mają prostych odpowiedzi i to chyba dlatego.tak trudno jest na nie odpowidzieć. Wbrew pozoron, takie zwykłe dlaczego? potrafi niejednego zbić z pantałyku. I zatrzymać w zastanowieniu.
- Chyba możemy porozmawiać jak ludzie - dodała więc po krótkiej chwili, podnosząc na niego wzroku znad talerza pełnego jedzenia. Odgarnęła przy tym kosmyk niesfornych włosów, ciągle i uparcie zsuwających się do talerza, za ucho. Jakby wszystko działo się na złość. A może, tylko moźe, nic nie dzieje się z powodu opatrzności, planu wszechświata, jest wypadkową przypadków. I w tym człowiek musi się odnaleźć, nadając życiu mniejszy bądź większy sens jakoś wartościując te zdarzenia.
Może jednak nie zawsze się odcina. Może jednak są momenty gdy tego nie robi i się konfrontuje. I nawet się - chyba pierwszy raz od przylotu tutaj - szczerze uśmiechnęla. Mało uśmiech ten miał wspólnego z radością, jasne. Ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Demian Crowe
-
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bez rytmu, bez przyzwyczajeń i nawyków czuł wyłącznie o b o j ę t n o ś ć.
Czy zje, czy nie. Czy porozmawiają, czy nie. Czy cokolwiek ustalą, czy rozejdą się w złości — mogło skończyć się różnie. Nieważne bowiem, jak bardzo próbował, jedyne, co potrafił z siebie wykrzesać, to uśmiech tu i tam. Czasami jeszcze próbował zrozumieć, co mówi, a także dlaczego to robi, niemniej jednak sposób, w jaki odpowiadał, pozostawiał wiele do życzenia. Szczególnie po tak wielu latach bez kontaktu.
Dostawała wszystko, co mógł dać w tym momencie.
Nie więcej, nie mniej.
Uniósł brew, podnosząc wzrok, aby przyjrzeć się dokładniej Ramonie, tak, jak — wydawało mu się — zareagowałby normalnie. Dokładnie tak, jak reagował, widząc, jak łapczywie łapie oddech. Często najpierw słyszał, jak nieudolnie przełyka łzy, a dopiero potem dostrzegał uchylające się drzwi i małą, roztrzęsioną dziewczynkę, wsuwającą się do jego pokoju przez niedomknięte drzwi. Siadała obok, czasem na podłodze, czasem na łóżku, rzadko jednak mówiła cokolwiek. On także.
Tak, cokolwiek brał, pamiętał to wszystko aż za dobrze.
Nieważne jednak, jak daleko sięgał pamięcią, czuł wielkie n i c.
Demian poruszył się trochę niespokojnie, próbując znaleźć wygodniejsze miejsce, a może zwyczajnie zwiększając dystans pomiędzy sobą a siostrą. Wiercąc się, odsunął talerz w bok. Przedramieniem, prawym, tym samym, którym po chwili oparł się o krzywy, trochę podniszczony stół. Słysząc odgłos szkła, przesuwającego się wzdłuż drewnianego blatu, odruchowo zerknął w dół, trochę z zainteresowaniem, a trochę z ciekawością.
Kto to zrobił? On?
— "Jak ludzie"? Czyli jak? — Przechylił lekko głowę, zmieniając perspektywę, przede wszystkim jednak — jakby porządkując własne myśli. Bezskutecznie. Nieważne, jak bardzo próbował ogarnąć zarówno siebie, jak i rozkojarzenie, uderzało go w s z y s t k o: rozmowy nieopodal, sztućce stukające o talerze, ciągłe, niekończące się kroki...
Bezwolnie, niemal bez udziału woli i myśli, uniósł rękę.
Przeczesał włosy palcami raz, drugi, a potem trzeci, zanim odchylił się i trochę za mocno oparł plecy o oparcie.
— Przecież rozmawiamy... — Wzruszył ramionami, bezskutecznie próbując modulować własny głos. Chciał brzmieć tak, jakby przejmował się spotkaniem, w rzeczywistości jednak wszystko, co umiał z siebie wykrzesać, to obojętność przypominająca bardziej chłód.
— Czego dokładnie ode mnie oczekujesz — odezwał się, a chociaż pytał, opadająca, manchesterska intonacja sugerowała bardziej wypowiedź oznajmującą. Ale pytał, naprawdę. Teoretycznie z zainteresowaniem, jednak w rzeczywistości — wszystko, co mówił, co robił i co myślał, wyglądało bardzo automatycznie. Jakby robił, zamiast myśleć. Trochę tak, jakby inny człowiek kierował jego ciałem, a on mógł jedynie przyglądać się temu z boku. Słyszał swój głos, widział swoje ręce, ale bardziej przypominał kogoś innego. O b c e g o.
Ramona Crowe
-
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOna / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Złość. To jest to co poczuła w pierwszym odruchu - złość. Znów. Naprawdę była bardzo silnie przekonana o tym, że to ona się stara, a on po prostu odpycha ją na każdym kroku. Za każdym razem unika, pomija, unieważnia jej doznania (o których mu jednak tak naprawdę to nie powiedziała). Jakby to co się tutaj między nimi mogło zadziać - jakim wsparciem mogli dla siebie być (czyt. on dla niej) - całkowicie próbował zaprzepaścić. Najbardziej bolało to, że celowo.
Czuła się potraktowana bardzo niesprawiedliwe. Znów. To poczucie niesprawiedliwości towarzyszyło jej w mniejszym lub większym stopniu odkąd tu była tak naprawdę. Nie, mówić to byłoby kłamstwem. Odkąd się z nim spotkała tak właśnie się czuła. Wcześniej było różnie. Ale tutaj to zdecydowanie przeważało.
Nie zastanowiła się jednak dlaczego w to brnie skoro tak bardzo nie chce tu być. Głównie dlatego że dopuszczenie do siebie takiej prawdy oznaczałoby bycie zmuszoną do przy bania wszystkiego co za tym stoi, a mianowicie - że nie ma żadnej innej opcji.
Więc przełknęła ostatni kęs. Podniosła wzrok.
- Ty to nazywasz rozmową? - Parsknęła śmiechem.
Czuła swoje zagubienie. Może stąd ta skrajność w zachowaniu. Z jednej strony podejmowała próby do przybliżenia się. Z drugiej reagowała dokładnie tak jak w tym momencie - warcząc i samej odpychając. Tak czy siak, nie miała sobie nic do zarzucenia. Przecież to nie ona tutaj zawiniła. Ona tylko wyciągała rękę w goście na zgodę. Brzmi ładnie, prawda?
Wyciągnęła z kieszeni portfel. Gwałtownie. Szybko wyjęła papierowy banknot.
- Oczekuję może trochę jebanej empatii - warknęła, wstając jeszcze szybciej. Papierek rzuciła na stół.
- I zauważenia kogoś poza czubkiem swojego nosa - dodała więc jeszcze na odchodne, trochę się ponownie nachylając nad stołem.
Ale szybko się odsunęła.
- Dzięki za świetną kolację - przecedziła przez zacisnęte zęby, już całkiem odwrócona.
Nie liczyła, że ją będzie gonił, po prostu sama nie była w stanie znieść napięcia. Musiała wyjść. Więc stawiała krok za krokiem. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa.
Nie zawsze ucieka, ale zawsze odchodzi... Coś w tym jednak jest.