Wydawało się to być normalne pytanie.
Imprezy były w porządku, przynajmniej dla kogoś takiego jak on. Obozy, wszelkie wycieczki i wyjścia szkolne, dla niego były kolejną okazją do robienia rzeczy oraz spotkania się ze znajomymi. A tych miał naprawdę sporo, jako że był bardzo towarzyską osobą. Wiedział jednak jak bardzo Soojin się od niego różniła, ale chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak ciężkie dla niej mogło być wejście w towarzystwo, kiedy całe życie się takiego unikało. W końcu nie miała kiedy się socjalizować oraz poznawać zasady działania wśród ludzi, gdy stary całkiem ją odciął. Od wszystkich. Nie mówiąc o tym, że dzieciaki były różne i potrafiły być naprawdę okropne. Zwłaszcza jeśli były zazdrosne, albo były wśród swoich pachołków, którzy im przyklaskiwali.
Zerknął na nią krótko, ale nic nie powiedział. Zlustrował ją po prostu spojrzeniem, chyba dopiero po chili rozumiejąc, że ona nie bardzo się cieszy z wyjazdu. A przynajmniej nie wydawała się być podekscytowana. Opowiadałaby o nim inaczej, mówiła jakie są plany dnia, co będą robić. A milczała, w dodatku z nietęgim wyrazem twarzy.
Brewka mu lekko drgnęła na stwierdzenie, że ma świndla na punkcie włoskiej kuchni, ale nie komentował. Dla niego to przecież dobrze, bo będzie mógł zjeść coś dobrego, a on darmowym posiłkom nigdy nie odmawiał. Zwłaszcza jeśli miały być smaczne. Co prawda nie wiedział czy mama Soojin gotuje dobrze, ale stawiał, że było bardziej domowe niż wykwintna kuchnia prywatnego kucharza z Korei.
A on lubił to, co domowe.
—
Piątek z brydżem? — powtórzył po niej. Tego się raczej nie spodziewał. W zasadzie to nie wiedział czego spodziewać się po jej matce, ale może uważał, że kobieta będzie chociaż trochę podobna do jej ojca, bo nawet jeśli tamten okazał się być pierdolnięty, to swego czasu musiał mieć w sobie coś, co przekonało kobietę do poślubienia go, a potem posiadania z nim dziecka. Nawet jeśli była wpadką, to dalej musieli ze sobą być, a on… no nie robił najlepszego pierwszego wrażenia. I żadnego kolejnego. A podobno to Hunter był w tym kiepski.
—
Brzmi spoko. Nie schodzisz do nich? — Nie żeby uważał, że by się dobrze bawiła, ale… on to pewnie by się odnalazł. Generalnie był trochę jak towarzyski kameleon, nawet pośród starszych kobiet grających w brydża czy tam bingo bawiłby się dobrze. I znalazłby z nimi wspólny język. Pewnego dnia Suczin by go znalazła w czapeczce z daszkiem, jak kręcił kołem z numerkami, a potem krzyczy „DZIEWIĘTNAŚCIE”. I ktoś krzyknąłby bingo.
Matki go zwykle kochały. To ojcowie mieli z nim największy problem.
W momencie jak Soojin opuściła pokój, aby zdobyć dla niego coś do jedzenia, on zrobił szybki rekonesans. Przeszedł się po pomieszczeniu i rozejrzał się, zapamiętując jego ułożenie, a także zapoznając się z przedmiotami. W tym z pluszakiem, którego doskonale pamiętał z jednej z randek. Dał go jej po tym, jak wygrał go w parku rozrywki, w jednym z tych oszukanych konkursów. Zabrał ją tam oczywiście na przypale, ale wtedy każde ich wyjście oraz spotkanie było na przypale. Nawet wtedy, gdy uciekła i mieszkała u niego. Nigdy nie mogła się czuć bezpiecznie.
Gdy wróciła, przejął lasagne i bez problemu zaczął się nią zajadać, wcześniej siadając na łóżku. Już po pierwszym gryzie mógł stwierdzić, że…
—
Oja, zajebista. — To była opinia Huntera Ramsaya, krytyka kulinarnego z ulicy, którego zdanie w tym temacie akurat się nie liczyło. Chociaż jakby chciał, pewnie mógłby zacząć nagrywać filmiki jak opierdala kebaba, mówiąc co o nim myśli. I zrobiłby się z niego Książulo Dwa.
Zauważył, że nie czuła się tak swobodnie przy nim jak zwykle. Widział, że coś się zmieniło. Rozumiał, że zjebał i w ten sposób też ją do siebie zraził. Nie sądził jednak, że aż tak się wszystko… cofnie. W ich relacji. Może myślał, że na niego nakrzyczy, zwyzywa, powie cokolwiek, a ona po prosu była miła, ale na tyle zdystansowana, że czuł to bardziej, niż wcześniej. I źle mu z tym było. Z tym, że tak się zachowywała.
Co on mógł z tym jednak zrobić? Powiedział już, że mu dalej zależy, że zamierza walczyć.
Nie powiedział tylko dlaczego zrobił to, co zrobił.
—
Co? — Jej pytanie wyrwało go z rozmyślań i zauważeń. —
A tak, spoko — rzucił, wracając do jedzenia swojej lasagne, jak gdyby nigdy nic. Jakby wcale nie obserwował jej ruchów i nie pluł sobie w myślach w brodę. —
Sun-Oh zrobił mi spoko reklamę, więc po pokazaniu im się przy muzyce, stwierdzili, że się nadaję i zaczynam od następnego tygodnia — dodał, biorąc kęsa włoskiego przekładańca do ust. —
Dali mi kilka układów do ogarnięcia, więc muszę się ich nauczyć i doszlifować. — Wzruszył ramionami, jak gdyby to było nic. No ale to był Hunter, on się nie przejmował takimi rzeczami. —
Ale spoko, nic czego już nie robiłem. — Bo akurat na szybko zapamiętać nowe ruchy i układy miał w małym palcu. Ważniejsze było tylko dopracowanie szczegółów oraz synchronizacja z innymi tancerzami.
Skończył jeść dość szybko, bo on to miał spust i odstawił pusty talerzyk na bok.
—
Tak to będzie teraz wyglądać? Że będziesz trzymać się z daleka, jakbym był niebezpieczny? — rzucił, ale to było pytanie retoryczne. Prychnął pod nosem rozbawiony, kręcąc głową. Podniósł na nią spojrzenie. —
Wszystko od nowa. Zupełnie jak na początku. — Tylko zamiast ojca, była matka. Ale chociaż wycofanie było takie samo. I to także przez brak zaufania.
Hunter, ty jak coś powiesz…
Raina Bouchard